Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kosmetyki naturalne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Annabelle Minerals, podkład matujący i kryjący

Jakieś trzy lata temu przez blogi przetoczyła się fala zachwytów odnośnie podkładów Annabelle Minerals. Opinie były tak dobre, że włączyło się we mnie natychmiastowe chciejstwo. Róże Annabelle nie do końca się u mnie sprawdziły, bo były na mnie bardzo nietrwałe (klik), ale podkłady to zupełnie inna historia i sama nie wiem, czemu dopiero teraz o nich wspominam. I mimo że kilku podkładom mineralnym poświęciłam trzy dni temu posta (klik), uznałam, że Annabellki zasługują na osobny wpis. Bo tak - SĄ ŚWIETNE.

Od producenta:
"Marka Annabelle Minerals zrodziła się z marzeń i chęci do czerpania z natury tego, co najlepsze. Naszą pasją jest wydobywanie piękna z otaczającej nas rzeczywistości, dlatego też misją Annabelle Minerals stało się dążenie do tego, by każda kobieta uwierzyła, że nosi w sobie piękno. Piękno, które jest odbiciem jej duszy. Ufamy, że ma ono wiele odcieni i jest w każdej z nas – niezależnie od naszego wieku, koloru skóry czy rozmiaru ubrań, który nosimy."(klik)

Do wyboru mamy trzy wykończenia - rozświetlające, matujące i kryjące - i mnogość tonów i odcieni. Każdy znajdzie coś dla siebie. Ja na przykład metodą prób doszłam do wniosku, że najbardziej pasuje mi żółta gama GOLDEN.


Testowałam wersje matującą i  kryjącą. Muszę powiedzieć, że obie bardzo mi odpowiadają. Podkład matujący trzyma na mojej tłustej cerze mat przez około 6 godzn, a potem w zasadzie muszę tylko bibułką poprawić czoło. Wersja kryjąca daje na twarzy piękne satynowe wykończenie, bluruje pory, ładnie kryje, a przy tym wygląda jak druga skóra. Strefę T muszę potraktować bibułką po około 5 godzinach. Po poprawkach oba podklady wyglądają genialnie do końca dnia; nie ciastkują się, nie zbierają w liniach na twarzy. Cud, miód i orzeszki. UWIELBIAM.

 Golden Fairest przypomina odcieniem kolor mojej szyi.

Przepraszam, że efekt po jest w delikatnym makijażu; zapomniałam się lol.


A tu jeszcze małe porównanie odcieni różnych marek:



Moim zdaniem Annabelle ma jedne z najlepszych i najtrwalszych podkładów mineralnych na rynku.

sobota, 14 grudnia 2019

Ranking naturalnych mydełek eksfoliujących | Lawendowa Farma, Ministerstwo Dobrego Mydła, Miodowa Mydlarnia, Kostka Mydła

Ze względu na jakieś niezidentyfikowane problemy z nerwami nie mogę używać klasycznych scrubów do ciała. To znaczy mogę, ale okupuję to bardzo nieprzyjemnym, wielogodzinnym mrowieniem wnętrza dłoni. To samo dzieje się przy kontrastach zimno-ciepło, na przykład jeśli wrócę zimą do domu z zimnymi dłońmi i umyję je w ciepłej wodzie... Brrr. Jest to sprawa genetyczna, po tacie. Anyway, jeśli chodzi o eksfoliację ciała, znalazłam idealną dla siebie metodę peelingów w mydle. Uwielbiam je, bo są naturalne, generują bardzo mało odpadków, w większości robią solidną robotę, a przy tym nie zostawiają bałaganu w łazience. Oczywiście po każdej sesji z tego typu mydełkiem trzeba zadbać o porządne nawilżenie skóry.

Dziś opowiem Wam o mydełkach, które towarzyszły mi w ostatnich miesiącach. Wszystkie oprócz Lawendowej Farmy dostałam w prezencie od Hexxany, ale sama również kupiłam na zapas trzy kolejne kostki kawowego mydła Ministerstwa.


Miejsce pierwsze: Lawendowa Farma, Kawa z Cynamonem, mydło ręcznie robione metodą na zimno.


To mydło to mój absolutny ulubieniec i wieloletni towarzysz. Pierwszy raz napisałam Wam o nim na blogu (klik) w 2013 roku! I dalej wszystko, co na jego temat naskrobałam jest aktualne. Mydło pięknie pachnie cynamonem i naprawdę mocno eksfoliuję skórę - na granicy bólu. To bardzo mocny, solidny zdzierak.


Miejsce drugie: ex aequo Ministerstwo Dobrego Mydła i Miodowa Mydlarnia
 

Mydło kawa Ministerstwa Dobrego Mydła ma kakaowo-kawowy zapach i jest mocnym zdzierakiem eksfoliującym skórę na granicy bólu. Robi tak samo dobrą robotę, co mydełko Lawendowej Farmy i zajęło drugie miejsce tylko dlatego, że produkt LF ma, moim zdaniem, nieco ładniejszy zapach. Lubię korzenne aromaty po prostu.


Kostki Miodowej Mydlarni mają piękny i zaskakująco poręczny kształt słonecznika, co zapomniałam uwiecznić na zdjęciu.


Mydło Peeling Morelowy przepięknie, słodko pachnie i jest zdecydowanie najmocniejszym zdzierakiem z całego tego towarzystwa. Jestem w stanie masować sobie nim cellulit na udach, tyłku i brzuchu, ale nic poza tym, a sam masaż jest naprawdę bolesny. Wrażliwcy nie mają się co do niego zbliżać.



Mydło Kawa Cynamonowa z Miodem pachnie kawą z nutką cynamonu. Właściwościami zbliżone jest do kawowych kostek Lawendowej i Ministerstwa, więc nie będę się powtarzać.


Miejsce trzecie: Kostka Mydła


Nie zrozumcie mnie źle, jest to nadal świetne mydło. Jest też odczuwalnie bardziej nawilżające od całej opisanej reszty ze względu na białą, natłuszczającą część. Pachnie kakaowo. Umieściłam je na dalszym miejscu ze względu na to że, po pierwsze, ma mniej eksfoliujących drobin niż reszta, a co za tym idzie - słabsze działanie złuszczające (nadal dobre i odczuwalne); po drugie, im mniejsza kostka, tym zdziera słabiej; a po trzecie, jako jedyne pod koniec rozpadło się na wiele małych kawałków.


Miejsce czwarte: mydło Cynamon Ministerstwa Dobrego Mydła


Do mydła Cynamon mam kilka zastrzeżeń. Raz, że nie pachnie cynamonem (zapach jest delikatny i z niczym mi się nie kojarzy), a dwa - na samym początku kostka ściera naskórek na granicy bólu, ale z każdym kolejnym myciem złuszczanie jest coraz słabsze (zapewne spada zagęszczenie złuszczających drobin),  by w końcu mydło tylko delikatnie łaskotało i masowało skórę. Szkoda.


Z oferty LF korzystam od lat, a MDM miałam na celowniku. Bardzo, bardzo się jednak cieszę, że Asia vel Hexxana zwróciła moją uwagę na Miodową Mydlarnię i Kostkę Mydła, bo są to nasze rodzime manufaktury oferujące naprawdę doskonałe, polskie kosmetyki. 

Macie jakieś doświadczenia z naturalnymi mydełkami? Podzielicie się ze mną swoimi ulubieńcami?

wtorek, 10 grudnia 2019

Pixie, My Secret Mineral Rouge Powder, Kiss and Tell, Blushing Berry, Pale Jasper

Robiąc porządki w tolatce natknęłam się na odsypki trzech różów mineralnych marki Pixie - satynowego Kiss and Tell, matowego Blushing Berry i rozświetlającego Pale Jasper. Musiałam je kupić razem z próbkami różnych podkładów mineralnych, w ramach testowania. 

Są ładne, ale....



Słodki, satynowy róż Kiss and Tell w moim przypadku okazał się najlepszy z całej trójki. Bardzo ładnie i świeżo wygląda na policzku, no i widzę go na sobie od aplikacji do zmycia makijażu po około dziesięciu godzinach. Gdybym miała jakieś braki w różach, mogłabym się na niego skusić.



Blushing Berry to śliczny odcień jasnego, przybrudzonego różu o matowym wykończeniu. Niestety znika bez śladu z mojego lica po 3-4 godzinach. 



A połyskliwy Pale Jasper jest tak jaśniutki, że lepiej sprawdzi się w roli różowawego rozświetlacza niż różu. On też jest na mnie bardzo nietrwały i szybko znika bez śladu.
 

Macie jakieś doświadczenia z różami marki Pixie?

Średniaki, zwyklaki, przeciętniaki... | Chanel, Estee Lauder, Wibo, Nabla, Biotanique, Bandi, La Roche-Posay, Sun Ozon, Perfecta, Evree

Dziś o kosmetykach ani dobrych, ani złych. Średnich do bólu.


#1
Chanel, Vitalumiere, loose powder foundation with mini kabuki brush


Sypki podkład Chanel dostałam od Hexxany. Producent zapakował go w dobrej jakości plastkowe pudełko z siateczką, przez którą mamy nabierać proszek na pędzel.


Dołączony kabuki brush nie podbił mojego serca. Daleko mu do miękkości pędzli firm produkujących minerały, a do tego jest dość mały, więc trzeba się namachać podczas aplikacji. Szybko poszedł w odstawkę.


Nie wiem, jaki mam kolor podkładu, bo nie widzę takiej informacji na opakowaniu. Wiem, że jest on odpowiednio jasny, ale niestety wpada w różowe tony, co do mnie nie pasuje. Pomagam sobie używając żółtego pudru wykończeniowego, który początkowo załatwia sprawę. Tuż po aplikacji na twarz kosmetyk daje wykończenie satynowego matu, ale już po około 3 godzinach zaczynam się wyświecać, a podkład wyraźnie ciemnieje i pomarańczowieje. Natomiast po całym dniu noszenia wygląda ciężko i ciastkowato. Jeśli już po niego sięgam, to na krótsze wyjścia.


#2
Estee Lauder, Enlighten EE cream, 01 light


Ten krem też dostałam od Hexxany. Uważam, że może sprawdzić się na cerach suchych i być może normalnych. Na mojej tłustej nie jest optymalny. Ma leciutkie krycie, ale jeśli chcemy tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery, daje radę samodzielnie. Niezależnie jednak, czy użyję go bez podkładu czy pod podkład, już po około dwóch godzinach zaczyna się na mnie brzydko wyświecać,  a pod koniec dnia, kiedy robię demakijaż, okazuje się, że w międzyczasie zupełnie ulotnił mi się z twarzy - a wszystko to po utrwaleniu pudrem. Kolejny kosmetyk z kategorii podkładów, po które ewentualnie sięgam na krótkie wyjścia.



#3
Nabla, Close Up Stay Full Smooth Concealer, Ivory


I kolejny kosmetyk, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Jak widzicie, ma on typowe dla korektorów opakowanie z wielkim gąbkowym aplikatorem (wielkością aplikator przypomina ten od korektora Conceal & Define z Revolution). Odcień Ivory wbrew nazwie nie jest bardzo jasny i wpada w żółte tony. Moim problemem w tym przypadku jest zbyt duże krycie. Nie zetknęłam się wcześniej z bardziej kryjącym korektorem. Ma w sobie tyle pigmentu, że osobiście nie potrafię porządnie rozetrzeć pod okiem nawet minimalnej ilości produktu (mowa o główce szpilki, jak by ktoś się zastanawiał) - wygląda maskowato, odnacza się, no i wysusza mi skórę. Nie jest też kompatybilny z lekkimi podkładami do ukrywania niedoskonałości - tu również się odnacza i ciastkuje. Swoją drogą nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że ja, posiadaczka widocznych zasinień od chronicznego niedosypiania, będę narzekać, że korektor jest ZBYT KRYJĄCY. Co za ironia!


#4
Wibo, matująco-utrwalający puder ryżowy do każdego typu cery


Ten puder dostałam z kolei od Justyny. Wbrew nazwie kosmetyk ani nie matuje, ani nie utrwala makijażu, ale sprawdza się w roli bazy pod sypki podkład mineralny i tylko w takim charakterze z niego korzystam.

#5
Biotanique, oczyszczający żel micelarny oraz łagodny żel do mycia twarzy.


Oczyszczający żel micelarny zapakowano do buteleczki z funkcjonalną pompką. Kosmetyk ma piękny, świeży, cytrusowy zapach. W kontakcie ze skórą nie pieni się ani nie emulguje, i dość trudno go spłukać, bo maże się po skórze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzeczywiście spełniał obietnice producenta i "z łatwością usuwał makijaż i inne zabrudzenia", ale w takim charakterze produkt zawodzi na całej linii. Nie jest w stanie dobrze usunąć ze skóry lekkiego podkładu mineralnego, o makijażu oczu już w ogóle nie wspominając. Sprawdza się natomiast dobrze do delikatnego, porannego mycia twarzy, kiedy do zmycia ma jedynie kurz i resztki nocnej pielęgnacji.


Ten, kto stwierdził na opakowaniu, że to łagodny żel, chyba nigdy go nie stosował. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który po myciu zostawia skórę twarzy skrzypiącą, ściągniętą i wołającą o tonik i krem. Zapach ma jakiś nieszczególny; taki typowy drogreryjny rypacz z tego żelu.


#6
Bandi, boost care, koncentrat z aktywną witaminą C


Bandi zaoferowało poprawne serum. Ma ono przyjemną konsystencję, doskonale nadaje się pod makijaż, lekko nawilża i wygładza skórę, ale osobiście znam kosmetyki tego typu, które dają o wiele bardziej spektakularne efekty niż serum boost care - chociażby LIQ CC. Serum Bandi trochę rozświetla cerę, ale nie jest to żaden efekt wow, a na przebarwienia czy wyrównanie kolorytu cery nie ma najmniejszego wpływu. Daję temu mazidłu też ogromnego minusa za bardzo intensywny perfumeryjny zapach. Po co on w kosmetyku do twarzy?


#7
 La Roche-Posay, cicaplast baume bs SPF 50


Dużą zaletą kremu La Roche-Posay jest widoczne działanie otulająco-łagodzące, co sprawia, że mimo cięższej konsystencji dobrze nosi się w sezonie jesienno-zimowym, nawet pod makijażem (na mojej tłustej cerze makijaż zazwyczaj spływa z tego typu kremów). Niestety po każdej aplikacji i późniejszym wieloetapowym myciu skóry znajduję na twarzy nowe wypryski - nawet jeśli robię dłuższe przerwy od produktu. Z tego tytułu nie sięgam po niego regularnie. Nie rozumiem też zastrzeżenia producenta, że to nie jest produkt chroniący przed słońcem (patrz etykieta). Przecież zawiera SPF 50?


#8
Sun Ozon, fluid przeciwsłoneczny do twarzy i dekoltu z efektem matującym SPF 30 oraz SPF 50



Tu mamy filtry dostępne każdego roku w Rossmannie w bardzo dobrej cenie. Mają one dość lekką konsysytencję (SPF 30 jest nieco lżejszy niż SPF 50), choć obiecywanego na opakowaniu matu nie dają. Dobrze nadają się pod makijaż. Mam jednak wrażenie, że nie są aż tak skuteczne, jak bym sobie życzyła. Do tego przy stosowaniu przez kilka dni pod rząd (przypominam, że skórę oczyszczam dokładnie i wieloetapowo) wysypywało mnie po nich, a poza tym zauważyłam, że po kilku godzinach noszenia wywołują u mnie rumień. Osobiście nie będę do nich wracać, choć wiem, że mają szerokie grono zwolenników.


#9 
GlamGlow, Glowstarter, rozświetlający preparat nawilżający


Preparat był częścią zestawu, który dostałam w prezencie od Kasi. No i cóż, nie jest to moje pierwsze zetknięcie z marką (klik) i nadal uważam, że kreują się na coś lepszego niż oferują. Ma to być kosmetyk luksusowy i z wyższej półki, a jest to zwykły, przeciętnie nawilżający krem z dodatkiem miki, który poprawnie sprawdza się pod makijażem. Nic, nad czym miałabym piać z zachwytu - nawet jeśli przyszedł do mnie w holograficznym opakowaniu.


#10
Perfecta, extra oils, silikonowe rękawiczki krem-olejek do rąk, paznokci i skórek


Dużą zaletą tego kremu jest wygodne opakowanie z pompką i delikatny, kosmetyczny zapach. Niestety moim suchym dłoniom pomaga tylko doraźnie i na krótko; niedługo po aplikacji skóra jest ponownie sucha i ściągnięta.


#11
Evree, cukrowy peeling do ust oraz multifunkcyjny balsam



Tak, wiem, że Evree już nie jest dostępne stacjonarnie, ale niedobitki można znaleźć w sieci. Osobiście uważam, że nawet za te niewielkie pieniądze nie warto sobie zawracać głowy. Wprawdzie mazidełka  mają naprawdę przyjemny zapach pomarańczy, ale peeling ma w sobie ogromne, mocno drapiące drobiny, które ścierają za mocno powodując ból, a do tego zawarte w nim olejki lubią rozlewać się poza obręb ust i robić bałagan na twarzy, a balsam to totalny okluzyjny zwyklak, który ust czy skórek nam nie zregeneruje. To już zdecydowanie lepiej sięgnąć po Tisane.

Czy ktoś dotrwał do końca moich wywodów? 

piątek, 22 listopada 2019

Trzy hity Internetu, które mnie rozczarowały: Polny Warkocz i ich oczyszczający koncentrat z olejem lnianym oraz rumiankowa esencja micelarna; D'Alchemy Age Delay Eye Concentrate

Dziś pomarudzę. Ośmielę się skrytykować wielkie hity blogosfery. Tyle się naczytałam pochwał pod ich adresem, a u mnie było średnio lub kiepsko. Strasznie nie lubię tego typu sytuacji, ale co zrobić - muszę wtrącić swoje trzy grosze i dolać dziegciu do tej beczki miodu.

Zacznijmy od bardzo popularnej marki o pięknej nazwie Polski Warkocz i jej dwóch flagowych produktów: emulsji oczyszczającej i esencji micelarnej. 


Jestem ogromną fanką olejków i emulsji hydrofilnych. Używam ich do pierwszego etapu demakijażu, czyli wstępnego rozpuszczania i usuwania całego mejkapu (potem "poprawka" micelem i mycie twarzy żelem bądź mydłem). Mam swoich ulubieńców w tej kategorii, które z tego zadania wywiązują się w przynajmniej 95%, zostawiając po sobie jedynie resztki do usunięcia micelem. Mam tu na myśli wielce skuteczne i nieuderzające po kieszeni olejki myjące z Biochemii Urody oraz E-Naturalne, o których wielokrotnie wspominałam na blogu. Ze względu na obietnice na etykiecie po Polnym Warkoczu spodziewałam się podobnej, satysfakcjonującej skuteczności. A tu zonk. Tak, kosmetyk emulguje. Tak, kosmetyk jest delikatny i nie podrażna skóry czy oczu, ani ich nie wysusza. ALE makijażu tym produktem nie usuniemy nawet przy dwukrotnym myciu. Kolorówka na twarzy miesza się ze sobą w kolorowe błocko i robi się mało malowniczy bałagan, którego nie da się usunąć wodą, a trzeba sięgnąć po większą artylerię. Nie tak miało być - kosmetyk miał skrócić mi czas demakijażu do minimum, nie go wydłużać. Słowo ostrzeżenia - skoro trudno nim usunąć nawet delikatny makijaż mineralny, zapomnijcie o tuszu do rzęs.... Acha, trafiło mi się felerne opakowanie z zaciętą pompką, więc musiałam przelać kosmetyk do innej butelki, co też nieco mnie zdenerwowało.



W dalszej kolejności uczepię się popularnej rumiankowej esencji micelarnej. Ponownie nie mogę narzekać na brak delikatności wobec naskórka i śluzówek z jej strony - micel nie podrażnia, nie wysusza, do tego ma przyjemny rumiankowy zapach. No ale jest mało skuteczny. Dodajmy do tego niewielką pojemność i okazuje się, że mamy do czynienia z niewydajnym przeciętniakiem. Z tej kategorii  o wiele lepiej, szybciej i skuteczniej zmyję makijaż świetnymi micelami Vianka czy Sylveco. Moim zdaniem Polny Warkocz nawet nie depcze im po piętach.



No i sławny koncentrat D'Alchemy, hicior wielu osób. Bardzo długo wisiał na mojej wish-liście, aż został mi sprezentowany przez Hexxanę. Towarzyszył mi przez ponad pół roku cowieczornego stosowania, więc nie wystawiam swojej opinii pochopnie. Nie jest to zły kosmetyk, ale też nie zauważyłam po nim żadnego widocznego działania w kierunku obiecywanego przez producenta rozświetlenia skóry pod oczami, czy ujędrnienia i wygładzenia naskórka. Nie zauważyłam też pogorszenia stanu skóry, ale przecież nie o to chodzi. Co więcej, w moim przypadku mazidło nie okazało się też żadnym tytanem nawilżenia. Przy stosowaniu na noc co prawda nie zwróciłam na to uwagi, ale kiedy parokrotnie użyłam kremu na dzień pod makijaż, ze zdumieniem obserwowałam, jak z upływem czasi skóra pod korektorem coraz bardziej mi się odwadniała i wyglądała sucho i ciężko, co nie miało miejsca w przypadku kremu, po który sięgałam na dzień... Jeśli zdarzy mi się wrócić do D'Alchemy, a nie zarzekam się, że to nie nastąpi, będę go stosować jako serum pod inny krem celem podkręcenia jego działania, choć producent nie wspomina o takiej potrzebie. Niemniej Agata tak zrobiła i była zadowolona.

Nie chciałam nikogo urazić swoim marudzeniem, ale nic nie poradzę, że mnie te hiciory internetów w sobie nie rozkochały...

środa, 31 lipca 2019

Żegnam bez szczególnego żalu: Evree, Black Rose, detoksykująca czarna maska do twarzy

Internety donoszą, że spółka zajmująca się produkcją kosmetyków Evree, Mincer Pharma i kilku innych marek zbankrutowała, stąd mazidła te zniknęły ze sklepowych półek, choć jeszcze jakieś resztki kupić można w sieci. Jeśli chodzi o Evree, specjalnie mnie to nie boli, bo żaden ich kosmetyk mnie szczególnie nie zachwycił, detoksykującej maski nie wyłączając.

Jak ostatnio coraz częściej mi się zdarza, zapomniałam swoją sztukę obfocić, a byłam przekonana, że sesję jej zrobiłam. Niestety musiało mi się to przyśnić, bo w pamięci aparatu ani śladu sesji-widmo. Wybaczcie więc, że pożyczam zdjęcie, żeby było wiadomo, o jakim mazidle właśnie się produkuję (oczywiście podając źródło), a po alternatywną opinię i świetne zdęcia, w tym składu, zapraszam na bloga Agnieszki - o tu :) U Niej kosmetyk ten sprawdził się o wiele lepiej niż u mnie.




Zacznę od pozytywów. Producent umieścił maskę w wygodnej w użyciu tubce o przyjemnej szacie graficznej. Kosmetyk miał kremową konsystencję i nie wysychał na twarzy, nie trzeba więc było pilnować zwilżania. Różany zapach odbierałam jako przyjemny. Doceniałam też fakt, że ta maska to gotowiec, więc nie musiałam sama niczego mieszać, przygotowywać. Skład był całkiem niezły, choć znalazło się w nim kilka substancji unikanych przez bardziej ortodyksyjnych użytkowników kosmetyków.

Maska miała też spory minus - zawsze przez kilka minut po nałożeniu piekły mnie policzki i czasem wyskakiwał mi na twarzy delikatny rumień. Ze względu na czarny kolor mazidła (odpowiedź producenta na wielką popularność węgla w kosmetykach) najlepiej zmywało mi się produkt po prostu pod prysznicem, co by zminimalizować konieczność sprzątania.

A efekty stosowania tego kosmetyku raz-dwa razy w tygodniu u mnie były zauważalne, ale nic spektakularnego.
Maska coś tam oczyszczała cerę i wchłaniała sebum, jak każda pierwsza lepsza glinka. Na dłuższą metę jednak moja cera nie wyglądała po niej dużo lepiej, nie była jakoś lepiej oczyszczona, nie świeciła się mniej, pory nawet nie spróbowały się obkurczyć choć na pięć minut po zabiegu.... Jak mówiłam, nic specjalnego.

czwartek, 27 czerwca 2019

Orientana, bio olejek do biustu 16 roślin ajurwedy

Dla tych, co nie pamiętają, moim absolutnym hitem do pielęgnacji piersi jest ten olejek z Mazideł. Niestety nie zawsze jest on dostępny, ale znalazłam godnego zastępcę, bio olejek do biustu z Orientany.


Jest on co prawda dużo jaśniejszy w kolorze oraz sporo lżejszy w konsystencji od mojego wspomnianego ulubieńca, ale za to nie tylko w stopniu zadowalającym nawilża, natłuszcza i uelastycznia skórę biustu, ale też pięknie pielęgnuje skórę dekoltu. Moja jest niezmiernie podatna na zapychanie i wiele kosmetyków powoduje w tym rejonie powstanie pola minowego pryszczowego. Nic takiego nie miało miejsca podczas stosowania olejku Orientany. Skóra na moim dekolcie wyglądała wręcz podejrzanie ładnie i gładko.


Skład kosmetyku wygląda bardzo ładnie - jest to głównie mieszanka różnych ogólnie chwalonych olejów. Można się nieco czepiać zapachu - tu dominuje olej jojoba, a on nie pachnie przyjemnie, ale dla mnie liczy się głównie działanie produktu, a tu nie miałam większych zastrzeżeń. Żałuję, że olejek mi się skończył po dwumiesięcznej, cowieczornej przygodzie.

Aha, opakowanie jest plastkowe, więc nie zachodzi niebezpieczeństwo zrobienia sobie krzywdy w razie upuszczenia, a pompka działa sprawnie. Pod sam koniec można olejek bez problemu po prostu wylać na dłoń, co by go zużyć do ostatniej kropli.

Fajny, godny wypróbowania kosmetyk do biustu. Znacie?

wtorek, 11 czerwca 2019

Fitomed, mydlnica lekarska, żel ziołowy do higieny intymnej

Oto jest. Kolejny, obok zawodników Sylveco, Vianek, Naturativ i Organic Life, żel do higieny intymnej, KTÓRY MNIE NIE PODRAŻNIA. Ta da bum tsssss.


Producent zamknął swój bezbarwny, nieperfumowany żel w plastikowej butelce z korkiem na zatrzask. Jej ciemny kolor ogranicza dostęp światła do produktu.

Kosmetyk ma niezwykle delikatną bazę bez silnych detergentów. Co za tym idzie, prawie się nie pieni. Mimo to robi swoją robotę - myje, odświeża, a przy tym po jego użyciu nie występuje u mnie żaden nieprzyjemny świąd czy pieczenie. Uffff. Bardzo polecam osobom z niezwykle kapryśnymi okolicami intymnymi.

niedziela, 2 czerwca 2019

Neve Cosmetics, Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (Light Warm)

Witajcie w moim ulubionym miesiącu w roku. Maj był bardzo pracowity (do około 18 godzin w pracy na dobę) i miałam naprawdę niewiele czasu dla siebie. Czerwiec zapowiada się podobnie, ale raz, że pracy się nie boję, a dwa - mam nadzieję w końcu na słoneczko i ciepełko, więc w najbliższą przyszłość patrzę z nadzieją. Nawet teraz piszę notkę obsługując klientów w pensjonatowym barze w sobotnią noc gdzieś między 3.00 a 4.00 nad ranem. Za wszelkie błędy z góry przepraszam :D A że nie zdążyłam zrobić jeszcze żadnych zdjęć majowych zużyć, przychodzę z opinią na temat podkładu mineralnego nieznanej mi do tej pory marki Neve Cosmetics, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie.

Spośród dziewięciu dostępnych odcieni, do  mnie trafił Light Warm. Tak o kosmetyku pisze producent:

Pressed powder foundation with a silicone-free, vegetarian and vegan formula. Precious minerals are combined with plant ingredients and vitamins to give your skin a smooth, luminous look, making it sublime to look at and to touch.

Light Warm, a pale shade with warm undertones. The foundation for fair but not cold skin tones: unlike Light Neutral, this one has amber undertones that make it the perfect choice for pale Mediterranean skin. If most pale foundations look too pink on your skin, you're probably a Light Warm.

Application: face.
Finish velvet: opaque yet vibrant.
Wet & dry.
Size: 8 g of product in a 5,8 cm diameter pan.
Vegetarian & Vegan: no animal nor animal derived ingredients.
No silicones, petrolatum and parabens.
Cruelty-free: not tested on animals!
Made in Italy.   

Ingredients: Talc, Mica, Silica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil [Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil], Lauroyl Lysine, Zinc Stearate. May Contain (+/-): CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxides), CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides).
(klik)


Producent umieścił swój podkład w poręcznym, plastikowym puzderku wyposażonym w lusterko. Moje jedyne zastrzeżenie w kwestii opakowania wzbudził fakt, że wieczko jest pofalowane, a nie gładkie, co nieco utrudnia przechowywanie produktu z innymi podobnymi puzderkami, jako że nie możemy niczego na nim polożyć, gdyż zwyczajnie się ześlizgnie.

Jak widać, kosmetyk ma prasowaną formułę. CO ZA WYGODA w porównaniu z sypkimi minerałami - łatwiej kontrolować ilość, która nabiera się na pędzel i osyp na ubrania podczas aplikacji jest zminimalizowany.

Podkład ma na moje laickie oko bardzo ładną, bezpieczną dla skóry formulację, w której oprócz minerałów i pigmentów znajdziemy witaminy i olej słonecznikowy.

Praca z tym kosmetykiem to sama przyjemność: stosowany na sucho dobrze przykleja się do skóry i daje się ładnie, równomiernie rozprowadzić. Aplikacji na mokro nie próbowałam. Krycie oczywiście można budować, ale ogólnie należy do tych delikatniejszych. Wykończenie jest bardzo ładne, naturalnie satynowe. Muszę przyznać, że na mojej skórze podkład dawał efekt drugiej skóry: jej koloryt był delikatnie wyrównany, a przy tym wyglądała, jakbym na nią niczego nie nakładała. Sami zobaczcie (pierwsze zdjęcie z lewej to ja przed aplikacją podkładu;  na kolejnych dwóch na twarzy mam jego jedną cienką warstwę; niedoskonałości przebijają, ale koloryt cery jest wyrównany):


Co do kwestii trwałości, to jest w porządku, ale bez cudów. Nie jest to podkład długotrwały i na imprezę bym go nie wybrała. Na mojej tłustej cerze wyświeca się po około 3-4 godzinach, ale zmatowiony bibułką nadal wygląda bardzo ładnie i nie ciastkuje się. Po około 6-7 godzinach widać, że na skórze jest go już bardzo niewiele; tak jakby równomiernie wyparowywał. Ogólnie jest to bardzo dobry zawodnik na co dzień, nie na ważne wydarzenia. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję go poznać.

czwartek, 30 maja 2019

IOSSI, rozświetlające serum do twarzy z geranium, cyprysem i witaminami C i E

Rozświetlające serum IOSSI dostałam w prezencie od Justyny. Czytałam na jego temat dość mieszane opinie - ja byłam z kosmetyku bardzo zadowolona, choć przyznaję, że pod kątem rozświetlania miałam już intensywniej działające produkty. Poza tym serum potrzebowało odpowiedniego toniku, by naprawdę pokazać, że warto po nie sięgnąć.

O tym wszystkim za chwilę. Najpierw zobaczcie, co na temat swojego specyfiku ma do powiedzenia producent:

Nowa odsłona bestsellerowego serum rozświetlającego, wzbogacona o niezwykle stabilną formę witaminy C.
Dzika Róża to esencjonalne serum, które wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych i widocznie poprawia kondycję oraz koloryt skóry. Już po kilku dniach zauważysz, że Twoja skóra jest gładka, zregenerowana i rozświetlona.

Nowa,wyjątkowo stabilna forma witaminy C (Ascorbyl Tetraisopalmitate) ma bardzo wszechstronne działanie: przeciwstarzeniowe, rewitalizujące i rozjaśniające. Chroni również przed wpływem promieni UV. Dzięki synergii z witaminą E wzmacnia stymulację syntezy kolagenu i ceramidów. Połączenie to wspiera także regenerację podrażnionej skóry.
Zawarty w serum organiczny olej z dzikiej róży to remedium dla skóry suchej i spiętej. Skwalan z trzciny cukrowej zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, zmiękcza ją, łagodzi i utrzymuje wysoki poziom nawilżenia. Dodatek olejku cyprysowego poprawia ukrwienie oraz gospodarkę wodną skóry, działa kojąco i relaksująco. Wyjątkowy zapach serum to zasługa olejku z geranium, który rozbudza zmysły przygotowując je na wyzwania nadchodzącego dnia.

Dla każdego typu cery, szczególnie naczynkowej.
Działanie: wzmocniona, elastyczna skóra o zdrowym kolorycie.
Konsystencja: lekki olejek.
Zapach: kwiatowy z nutą róży geranium.
Stosowanie: raz dziennie wmasuj 2-3 krople olejku w wilgotną skórę twarzy. Stosuj samodzielnie lub razem z kremem.
Przeciwwskazania: ze względu na zawartość niektórych olejków eterycznych nie polecamy kobietom w pierwszym trymestrze ciąży.

Ingredients:
Rosa Canina (dzika róża) Fruit Oil*, Simmondsia Chinensis (jojoba) Seed Oil*, Borago Officinalis (ogórecznik) Seed Oil*, Vitis Vinifera Seed (winogrona) Oil, Triticum Vulgare (zarodki pszenicy) Germ Oil, Avena Sativa Kernel Oil, Squalane, Hydrogenated Farnesene, Helianthus Annuus Seed Oil & Beta-Carotene, Ascorbyl Tetraisopalmitate (stabilna witamina C), Natural Mixed Tocopherols & Helianthus Annuus Seed Oil (naturalna witamina E), Hippophae Rhamnoides Fruit (rokitnik) Oil, Helichrysum Italicum (kocanka) Flower Extract, Calendula Officinalis (nagietek) Flower Extract, Pelargonum Graveolens Flower (geranium) Oil, Cupressus Sempervirens (cyprys) Oil, Cymbopogon Martini (palmaroza) Herb Oil, Santalum Spicata Wood (drzewo sandałowe) Oil, Salvia Officinalis (szałwia) Oil, Anthemis Nobilis Flower (rumianek) Oil, Citral**, Citronellol**, Farnesol**, Geraniol**, Limonene**, Linalool**
*z kontrolowanych upraw organicznych
**naturalne składniki olejków eterycznych
Wszystkie kosmetyki IOSSI produkowane są z naturalnych i organicznych składników, bez szkodliwych dodatków i sztucznych barwników. Powstają z naturalnych składników roślinnych dlatego u osób wrażliwych mogą wywoływać reakcję uczuleniową. Posiadają badania i dokumentację uprawniające do sprzedaży na terenie U.E.
IOSSI. Kosmetyki doskonałe z natury.
(klik)



Pachnący geranium, żółty w kolorze, dość gęsty olejek został zamknięty w szklanej buteleczce z ciemnego szkła. W tych kwestiach nie mam zastrzeżeń - jest estetycznie, praktycznie, zapach odebrałam jako przyjemny, a pipeta działała bez zarzutu.

30 ml produktu wystarczyło mi na niecałe 5 miesięcy cowieczornego stosowania. Jak zaleca producent, aplikowalam go na zwilżoną wcześniej tonikiem twarz. Najpierw był to różany tonik IOSSI, ale to konkretne połączenie nie dawało mi wystarczającego uczucia nawilżenia. Kiedy natomiast zaczęłam aplikować serum na wodę z płatków róży od Venus (zawiera glicerynę i jest w odbiorze niemal jak kwas hialuronowy), mazidło IOSSI pokazało moc. Budziłam się z cerą, która była odświeżona, nawilżona, przyjemnie napięta, o ładnym kolorycie (uspokojony rumień i naczynka) i lekko, ale zauważalnie rozświetlona.  Nie aż tak, jak po serach z witaminą C od Filorgii czy LIQ CC, ale efekt rozświetlenia jednak miał miejsce. Mnie osobiście serum IOSSI bardzo dobrze służyło bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, więc nie przyłączam się do negatywnych głosów.

Znacie?

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Phenome, non-drying cleansing foam

Dziś przychodzę z rekomendacją dla miłośników pianek do mycia twarzy. Otóż non-drying cleansing foam z Pheonome jest naprawdę przyjemna, a miałam okazję się o tym przekonać dzięki Hexxanie.

Może nie jest to najważniejsza sprawa, ale pianka ma bardzo przyjemny acz delikatny, słodki zapach. Co ważniejsze, rzeczywiście po umyciu twarzy nie ma uczucia przesuszenia i ściągnięcia naskórka.


Przyznam, że zwykle nie sięgam po delikatne dla skóry pianki do wieczornego zmywania z twarzy resztek całodniowych brudów. W tej roli wolę wykorzystywać naturalne mydła bądź żele. Nie mam podstaw podejrzewać, że pianki są mniej skuteczne, ale mam taką niewytłumaczalną psychiczną blokadę. W związku z tym piankę Phenome oddelegowałam do porannego zmywania nocnej pielęgnacji i w tej roli sprawdziła się bez zarzutu, a dzięki swojej delikatności i ładnemu zapachowi fundowała mi chwilę przyjemności z rana. Okazała się też wydajna, gdyż korzystałam z jej dobrodziejstw przez dobre cztery miesiące.

Acha, opakowanie ma ładne, wygodne i funkconalne.

Naprawdę nie ma się czego czepiać.

Znacie?

sobota, 30 marca 2019

HIT: Organic Life, balsam myjący do higieny intymnej, przywrotnik

Kolejny raz dzięki Hexxanie miałam okazję poznać jeden z najlepszych kosmetyków, tym razem w kategorii higiena intymna, jakie dane było mi kiedykolwiek stosować. Asiu, dzięki Tobie poznałam więcej perełek niż przez własne wybory i poszukiwania! 

Balsam myjący Organic Life, bo to o nim mowa, nie ma w moim odczuciu żadnych wad. Począwszy od estetycznego i funkcjonalnego opakownia z pompką, przez brak zapachu, po tworzenie idealnej pianki - wszystko gra.


Oczywiście najważniejsze jest działanie. Biała emulsja, przez producenta zwana balsamem myjącym, jest jednocześnie delikatna i skuteczna. Zdarzało mi się myć kosmetykiem twarz po demakijażu - skóra była stuprocentowo doczyszczona z wszystkich zabrudzeń, przy czym nie została odarta z warstwy hydro-lipidowej i nie było charakterystycznego uczucia ściągnięcia naskórka, króre obligowałoby mnie do natychmiastowej aplikacji toniku i kremu/olejku/serum. Co do higieny intymnej.... Bajka; produkt myje, odświeża i NIE PODRAŻNIA. Więcej, łagodzi swędzenie i ból przy aktywnych hemoroidach, a dla mnie to już mistrzowstwo.

Zdecydowanie warto to cudo wypróbować.

sobota, 23 marca 2019

IOSSI, Damascus Rose Tonic / Face Mist (Tonik i Mgiełka Róża Damasceńska)

Tonik Róża Damasceńska IOSSI trafił do mnie jako urodzinowy prezent od Justyny :*

Producent pisze o nim tak:

W 100% naturalny tonik z róży damasceńskiej o kuszącym zapachu. Przywraca naturalne ph skóry i skutecznie odświeża. Wzmacnia naczynia krwionośne pozostawiając skórę miękką, gładką i nawilżoną. Działa antyseptycznie, koi i łagodzi podrażnienia wrażliwej skóry. Poprawia koloryt i niweluje zmarszczki. Przygotowuje skórę do nałożenia olejku lub kremu.

Czego się możesz spodziewać?
Działanie: tonizuje, odświeża nawilża, łagodzi
Konsystencja: mgiełka w atomizerze
Zapach: różany
Pojemność: 50 ml
(klik)




Zacznijmy od tego, co widać gołym okiem. Producent zapakował tonik do szklanej butelczyny z atomizerem. Czego gołym okiem nie widać to fakt, że atomizer, wbrew nazwie, nie rozpyla mgiełki, a chluszcze nam w twarz sporymi kroplami. Co więcej, od tego chlustania kosmetyk coś podejrzanie szybko się zużywał, a że mamy do dyspozycji jedynie 50 ml, aż serce mi się krajało. Znalazłam jednak sposób na niemarnowanie produktu, i to w duchu less waste - czyli, w tym przypadku, bez sięgania po waciki - serwowałam sobie dwa psiknięcia na dłoń, rozcierałam płyn w obu dłoniach i klepanko na twarz. Dzięki temu zabiegowi tonik towarzyszył mi każdego ranka przez około dwa miesiące.

Zgodzę się z poducentem, że płyn ładnie pachnie. Czuć w nim różę.

W kwestii działania  -  u mnie mgiełka sprawdziła się po prostu jako dobry tonik. Odświeżała, przygotowywała cerę do przyjęcia kremu, ale doraźnego nawilżania, kojenia, łagodzenia podrażnień i rumienia czy niwelowania zmarszczek (serio?) u siebie nie zaobserwowałam. W tych kwestiach dużo lepiej sprawdza się na mojej naczynkowej cerze popularny tonik łagodzący z Naturativ. Nie oznacza to, że IOSSI jest zły - o nie, jest dobry i sympatyczny, i ma ładny skład, ale nie jest to mistrz nad mistrze w swojej kategorii. Niemniej warto było go poznać.

Znacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami na temat tego toniku!

czwartek, 14 marca 2019

Naturativ, szampon Łagodność, Blask, Wzmocnienie

Jak już wiele razy tu wspominałam, od kilku lat mam bardzo wrażliwą skórę głowy, która na większość detergentów reaguje łuską, tłustym łupieżem i świądem. Niewiele jest szamponów, które jej nie podrażniają. Dzięki Hexxanie miałam okazję wypróbować jednego z potencjalnych kandydatów na dobry szampon dla mojego chimerycznego skalpu. 

Producent zamknął szampon w plastikowej butelce z korkiem typu press. Kosmetyk ma żelową konsystencję, słomkowy kolor i bardzo przyjemny, cytrynowy zapach. Dość dobrze się pieni.


Mimo zapewnień producenta o łagodności, ja odebrałam ten szampon jako dobry oczyszczacz. Zostawiał włosy wręcz "skrzypiące" z czystości i bezwzględnie wymagał sięgnięcia po odżywkę. Z tego względu sięgałam po niego mniej więcej raz w tygodniu, co trzecie mycie. W okresie, kiedy próbowałam używać go przy każdym myciu, moja skóra głowy nieco się buntowała. Po ograniczeniu częstotliwości naszych podprysznicowych schadzek, nie miałam takich problemów. Ostatecznie polubiłam się z tym produktem, ale musiałam znaleźć na niego sposób.

Znacie ten szampon? Jeśli są tu jacyś wrażliwcy, jaki szampon polecacie do częstego stosowania? Ja zdecydowanie Alterrę z granatem i aloesem!

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Kosmetyczna petarda: A+E+C witaminowy koktajl pod oczy z retinolem

Żeby zakończyć rok na pozytywną nutę, w ostatnim poście ciężkiego dla mnie roku 2018 przedstawię prawdziwą kosmetyczną petardę: witaminowy koktajl pod oczy od IOSSI. Miałam szczęście posiadać aż dwie buteleczki tego cuda: jedną dostałam od Hexxany, a drugą od Justyny, co razem dało mi 10 miesięcy cowieczornego stosowania. Można powiedzieć, że już nic nowego się o tym kosmetyku nie dowiem ;) Muszę zatem serdecznie go Wam polecić.


Jeśli chodzi o opakowanie, moje obie sztuki miały jeszcze stary dozownik w formie kroplomierza, który się totalnie nie sprawdzał, bo olejek bardzo niemrawo z niego leciał nawet przy mocnym potrząsaniu. Po zmianach aplikujemy kosmetyk metalową kuleczką, co jest naprawdę o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. Dodam jeszcze, że sama buteleczka nie pozwala na przenikanie światła, tym samym lepiej zabezpieczając mazidło przed zepsuciem.

Koktajl ma postać lekko żółtawego olejku. Z tego tytułu nie nadaje się do stosowania rano, pod makijaż, ale na noc jest super. Olejkowy film otula skórę pod oczami swoją kołderką na dłuższy czas, a przy tym nie migruje do oczu, o ile nie nałożymy go dosłownie na dolną linię rzęs.

Producent obiecuje:
Jedwabiste serum pod oczy o konsystencji lekkiego olejku, intensywna kuracja do delikatnej skóry. Dogłębnie pielęgnuje, odmładza i zapobiega przyszłym zmarszczkom. Dzięki zawartości Retinolu zwanego witaminą młodości - widocznie zmniejszają się spowodowane czasem zmiany skórne. Dodatek odżywczych i lekkich olejów z pestek cytryny i herbacianego powoduje, że skóra staje się aksamitnie gładka i miękka. 
Witaminy E i C, doceniane ze względu na swoje właściwości przeciwutleniające - dodatkowo wzmacniają, ujędrniają i regenerują skórę. Serum poprawi strukturę i koloryt. Przeznaczone jest do każdego typu skóry, specjalnie zaś testowaliśmy go pod kątem cery wrażliwej.

Działanie: przeciwzmarszczkowe, regenerujące, nawilżające, wygładzające.
Dla każdgo typu cery, a w szczególności dojrzałej.
Stosowanie: wieczorem, delikatnie wmasuj w skórę pod oczami, dookoła ust lub na szyję. Można stosować samodzielnie lub na krem. Przeciwwskazania: ze względu na zawartość retinolu nie polecamy w ciąży. (klik

U siebie zaobserwowałam, że skóra pod oczami była doskonale nawilżona (jeśli się nie malowałam następnego dnia, mogłam sobie spokojnie darować krem pod oczy na dzień), elastyczna, wygładzona i jakby grubsza i "wypchnięta" od wewnątrz. Dzięki temu linie od śmiechu/płaczu i zalążki kurzych łapek nie były mocno widoczne, kiedy skóra znajdowała się w stanie spoczynku. Niewiele kosmetyków pod oczy potrafi dać tak zauważalne efekty, stąd mój zachwyt. Za to cudeńko trzeba zapłacić 98 zł/10 ml.

***

Korzystając z okazji pragnę Wam życzyć zdrowego i pogodnego Nowego Roku - aby obfitował w szczęśliwe chwile, a tych gorszych niech będzie jak najmniej. Życzę Wam jak najmniej stresu i jak najwięcej czasu na relaks. No i szampańskiej zabawy dzisiaj :)

Dwa przeciętniaki: Be Organic, serum pod oczy olej makadamia & centella oraz Vianek, wzmacniające serum do twarzy cera naczynkowa

Jeśli bywacie u mnie od dłuższego czasu wiecie, że bardzo lubię pielęgnację z kategorii naturalnej. Oczywiście nie unikam całkowicie substancji nieroślinnego pochodzenia, ale lubię testować kosmetyki plant-based. Niestety nie zawsze działają one bez zarzutu, choć złe też nie są. Jestem jednak już w takim wieku, że chcę wyraźnie widzieć i odczuwać działanie stosowanej pielęgnacji, dlatego wybrzydzam. Dziś zatem opowiem, czemu nie zachwyciły mnie produkty Be Organic oraz Vianek.


Be Organic, serum pod oczy olej makadamia & centella


Serum kupiłam w Drogerii Natura za około 50 zł/50 ml skuszona ładnym na laickie oko składem oraz intrygującymi obietnicami:
 "EFEKT LIFTINGU W 1 h.
Silnie regeneruje, nawilża i uelastycznia delikatną skórę wokół oczu. Dzięki zawartości ekstraktu z wąkroty azjatyckiej pobudza produkcję kolagenu, wzmacnia naczynia krwionośne i poprawia mikrokrążenie, pozwalając uzyskać efekt liftingu już w ciągu 1 godziny od zastosowania." 

Kosmetyk ma bardzo lekką, wodnistą konsystencję i lekko żółtawy kolor. Bardzo szybko się wchłania i.... No właśnie - i nic. Serum nie nawilża na tyle dobrze, aby mogło być używane bez kremu, a stosowane pod kremy u mnie nie podkręcało ich działania. Obiecanego efektu liftingu u siebie nie zaobserwowałam, to samo z regeneracją i uelastycznianiem skóry wokół oczu. Słowem, produkt, który nie szkodzi, ale ciężko stwierdzić, czy robi cokolwiek. Przynajmniej w moim przypadku, bo czytałam kilka pozytywnych opinii na jego temat.


Vianek, wzmacniające serum do twarzy cera naczynkowa


To mazidło również kupiłam w Naturze za ok. 30 zł/15 ml. Jak na tak niewielką pojemność okazało się bardzo wydajne, bo opakowanie wystarczyło mi na ponad miesiąc cowieczornego stosowania. Do opakowania nie mam zarzutów: pompka działała sprawnie do samego końca, no i było bardzo higienicznie. Sam kosmetyk miał postać białej, rzadkiej emulsji.


Zgodzę się, że serum to porządny nawilżacz, bo przy swojej lekkiej konsystencji zaskoczyło mnie faktem, że nie odczuwałam potrzeby dodatkowego dowilżenia skóry kremem (mam cerę tłustą). I to w sezonie grzejnikowym. Tutaj ogromny plus. Niemniej, ponieważ jest to kosmetyk do cery naczynkowej, liczyłam też na dobre i szybkie kojenie rumienia i hamowanie jego wyłażenia na skórę, ale znam kosmetyki, które w tej  kwestii działają szybciej, lepiej i dużo skuteczniej. Dlatego nie czuję potrzeby zakupu kolejnych buteleczek serum Vianka i kontynuowania kuracji przez kilka kolejnych miesięcy.

No, to wszytko. Jak mawia Czarszka, takie mazidła w sam raz na raz.

niedziela, 16 grudnia 2018

Nturativ, łagodny żel do higieny intymnej

Kilka miesięcy temu Hexxana, wiedząc o moich problemach ze znalezieniem żelu do higieny intymnej, który by nie wywoływał u mnie podrażnień, podarowała mi kosmetyk Naturativ. Był to strzał w dziesiątkę - dziękuję :*

widzicie, jak suche mam dłonie? i to przy maniakalnym smarowaniu :(

Kosmetyk trafia do nas w białej, plastikowej butelce z pompką o bardzo skromnej, ale estetycznej szacie graficznej. Pompka działa sprawnie do samego końca, dzięki czemu produkt jest wygodny w użyciu. Żel jest gęsty, nieperfumowany i nie pieni się mocno, co ja uznaję za zaletę, gdyż nie ma tu agresywnych detergentów.

Sprawdza się świetnie! Dobrze myje, odświeża i nie wysusza ani nie podrażnia okolic intymnych. Naprawdę fajny zawodnik. Polecam tym, którzy, jak ja, mają problemy z podrażnianiem przez "zwykłe" drogeryjne produkty do higieny intymnej, ale uwaga osoby uczulone na aloes  - kosmetyk zawiera sok z tej rośliny.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...