Dzisiaj będzie chwalenie i słodzenie, albowiem opowiem Wam o najlepszym kremie do twarzy na noc, z jakim do tej pory się zetknęłam. Kto by pomyślał, że kupiony przypadkiem kosmetyk - wszak do Holland & Barret poszłam tylko po swoją ulubioną pastę do zębów (AloeDent), a krem wypatrzyłam przy okazji - okaże się idealnym remedium na zimowe, trudne dla cery noce?
Dla porządku dodam, że za 50 ml kosmetyku zapłaciłam niecałe 10 funtów.
Krem ma piękny, różany zapach i gęstą, masełkowatą konsystencję. Podejrzewam, że to właśnie konsystencja wymusiła na producencie zapakowanie kosmetyku w szklany słoiczek. Pompka na pewno nie zdałaby tu egzaminu, a z tubki pewnie ciężko byłoby go wycisnąć. Słoiczek zaś zapakowany był dodatkowo w kartonik zawierający wszystkie niezbędne informacje na temat produktu.
Na zużycie kremu mamy pół roku od otwarcia, a mi zajęło to mniej więcej dwa miesiące cowieczornego stosowania. Przez pierwszy miesiąc używałam go codziennie, a przez dwa kolejne - co drugi wieczór na zmianę z kremem Bielendy z kwasem migdałowym.
Jeśli spojrzeć w lustro po aplikacji kremu, ma się wrażenie, że kosmetyk wchłania się do matu. Pod palcami czuć jednak lekko woskowy film, który otula skórę niczym opatrunek (nie jest to absolutnie nic nieprzyjemnego) i nie wchłania się w nią do końca. Rano zmywałam resztki produktu wodą i łagodnym detergentem. Jeszcze ciekawostka - jeśli po kąpieli i aplikacji kremu decydowałam się na zrobienie prasowania, co wiązało się z ogólnym rozgrzaniem ciała i twarzy, na skórze wytrącały mi się kropelki wody. Nie zdarzyło mi się to nigdy przy żadnym innym kremie, ale nie miało wpływu na działanie kremu.

A działanie to było wyśmienite! Mimo zimna na zewnątrz i grzejników wewnątrz, dzięki regularnemu stosowaniu peelingu enzymatycznego, glinek i tego kremu nie miałam żadnych suchych skórek. Produkt optymalnie nawilżał naskórek. Co więcej, krem fantastycznie koił mój rumień. Nie spotkałam się wcześniej z kremem do twarzy, który robiłby to w takim stopniu - niemal jak chłodząca maska algowa, a przecież nie fundował mi tego typu termicznych atrakcji. Po prostu działał jak kojący opatrunek. Dalej, na twarzy pojawiało mi się mniej niedoskonałości, a te, które jednak się przebiły, bardzo szybko się goiły. Szybciej niż zwykle. Poza tym podczas stosowania kosmetyku twarz wyglądała lepiej, jakby jędrniej, a linie na czole nie rzucały się tak w oczy.
Świetny, świetny, świetny krem. Mam teraz w zapasie coś innego, ale do kosmetyków tej marki na pewno wrócę. Na celowniku mam serię ze ślimaczym śluzem. I z minerałami z Morza Martwego. I z miodem Hanuka. I z granatem. I z woskiem pszczelim. Z ciekawości zajrzałam na stronę marki i szczęka mi opadła - mają naprawdę ogromny wybór kosmetyków ukierunkowanych na najróżniejsze problemy i bolączki naszych cer. Dla zainteresowanych zostawiam link:
klik.
Jakby co, nikt mi za moje zachwyty nie płacił. Po prostu ten krem wzbudza we mnie same pozytywne uczucia - i do siebie, i do marki, która go stworzyła.