Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bielenda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bielenda. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 6 czerwca 2019

Bielenda, Botanic Spa Rituals, olejek do ciała len zwyczajny + rozmaryn

Jeśli regularnie mnie poczytujecie, wiecie że do nawilżania ciała najchętniej wybieram olejki i oliwki. Uwielbiam nakładać je na wilgotną jeszcze po kąpieli skórę. Gwarantuje mi to zadowalający poziom nawilżenia, zazwyczaj bez nadmiernie tłustego filmu (choć to zależy już od konkretnego produktu).

To samo mogę powiedzieć o maluchu z Bielendy - nie tłuści. W zasadzie bardzo polubiłam się z tym olejkiem, choć pokochałabym go bezgranicznie, gdyby był nieco tańszy.... Trzy dyszki bez grosza w Rossmannie za 75 ml to, umówmy się, nie jest deal życia. Zwłaszcza, że świetne olejki Alterry mają podobną cenę, a jest ich w opakowaniu 100 ml. Najlepiej po prostu polować na promocję.


Cała seria Botanic Spa Rituals, obejmująca kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała, ma charakterystyczne zielone opakowania o podobnej szacie graficznej. Olejkowa butelczyna została wyposażona w wygodny w użyciu korek typu "press". Nie miałam żadnych problemów z dozowaniem produktu. Olejek nie należy do ciężkich tłuściochów i nie zatłuszcza piżamy czy pościeli,  jest bezbarwny i ma przyjemny, słodkawy zapach.



Stosowałam produkt na skórę całego ciała w oszczędnych ilościach samodzielnie (można go też dodawać do mazideł do ciała, ale ja takowych nawet nie miałam na stanie) co wieczór przez nieco około miesiąc, bo na tyle wystarczyło mi te 75 ml. Skóra była w tym czasie w doskonałej kondycji - była nawilżona, elastyczna i megaprzyjemnie gładka w dotyku. Mam ochotę jeszcze kiedyś wrócić do tego kosmetyku.

niedziela, 29 kwietnia 2018

Bielenda, Rose Care, Olejek różany do cery wrażliwej

Mam dobrą wiadomość dla tych z Was, którzy lubią olejki w pielęgnacji. Pewien ciekawy okaz jest dostępny od ręki w Rossmannie za 26,49 zł/15 ml, a do tego produkuje go znana polska marka - Bielenda. Oto on, olejek brzoskwiniowy różany.


Wiecie co? Jest dobrze. Począwszy od opakownia, a na składzie i właściwościach skończywszy. Wspomniane opakowanie jest cudownie kobiece i bardzo przyjemne dla oka. Sam olejek mieszka w szklanej buteleczce z pipetą. Produkt jest bezbarwny i ma delikatny, lekko kwaskowaty zapach.

Jak na olejek jego konsystencję można uznać za lekką. Tak, zostawia na skórze film, ale delikatny. Ładnie nawilża naskórek. Z powodzeniem stosowałam ten kosmetyk do nawilżania i natłuszczania skóry twarzy, szyi i dekoltu, skórek wokół paznokci, a także dodawałam do masek, i w każdej z wyznaczonych ról sprawdził się bardzo dobrze. 

Skład też ma całkiem do rzeczy:


Moim zdaniem zdecydowanie warto zwrócić na ten olejek uwagę. Nawet mimo tego, że z nazwy jest różany, co może być mylące, skoró różanego oleju nie jest w nim najwięcej. Najważniejsze, że robi, co ma robić i spełnia obietnice producenta.

Znacie?

czwartek, 12 października 2017

Ulubieńcy minionego lata | Bielenda, Skin & Tonic, Sylveco, Tarte, Inglot, Maybelline, Theatric Professional

Tegoroczne lato było w Blackpool chłodne i deszczowe. Ciepłe, słoneczne dni pojawiały się co jakiś czas, na chwilę, jakby przypadkiem. Nie naładowałam swoich wewnętrznych słonecznych baterii. Nie było szans. Do tego dodajmy pracę na pełnych obrotach, dziecko, mało snu (który jeszcze dodatkowo ucinałam na rzecz treningów kilka razy w tygodniu), brak czasu dla siebie i już wiadomo, dlaczego moja pielęgnacja nie była specjalnie wyszukana, a makijaż robiłam na szybko i naprawdę rzadko kiedy sięgałam po nowości, a do testów nie miałam specjalnie głowy. Niemniej garstkę letnich ulubieńców wytypowałam.

Pielęgnacja

Bielenda, micele Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości (klik)


Micele Bielendy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, bo jak na kosmetyki dostępne w drogerii mają w składach sporo substancji aktywnych uznawanych za nawilżające i odmładzające. Oczywiście z zadania usuwania makijażu wywiązują się wzorcowo, a przy tym nie wysuszają mi skóry i nie powodują dyskomfortu. Sama szczególnie polubiłam nieobecną na zdjęciu Kojącą Wodę Różaną. Szczerze polecam i będę wracać.


Skin & Tonic London, Steam Clean oraz Brit Beauty Oil (klik)


Steam Clean było moim pierwszym masełkiem do demakijażu. I mimo iż osobiście wolę olejki hydrofilne  (najzwyczajniej w świecie kwestia preferencji), to ten kosmetyk naprawdę warto było wypróbować. Świetny skład, skuteczne usuwanie makijażu twarzy i dogadywanie się z moimi naczynkami sprawiły, że produkt naprawdę zasługuje na wyróżnienie.



A Brit Beauty Oil pokochałam całym sercem. Co za petarda! Pięknie pachniał neroli, cudownie nawilżał i uelastyczniał skórę, delikatnie obkurczał pory i wyrównywał koloryt cery. Do pielęgnacji nocnej jak znalazł. Sięgałam po niego z ogromną przyjemnością. Asiu :*


Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej (klik)


Jak już wspominałam, większość żeli do higieny intymnej mnie podrażnia. Nie Sylveco, co uczyniło z niego moje wielkie odkrycie. Poza tym, że rzeczywiście jest łagodny, wykazuje działanie łagodzące i kojące, np przy rozhukanych hemoroidach.


Kolorówka

Tarte, Showstopper Clay Palette (klik)


Ta paleta to ideał na pracowite lato, gdyż za jej pomocą można szybko załatwić nie tylko makijaż oczu, ale też twarzy. Przy tym kolorystyka, wykończenia, trwałość są jak marzenie. Bronzer i jeden cień trochę się osypują, ale da się nad tym zapanować. Cudo, cudo, cudo <3 Mimo niemal codziennego po nią sięgania nadal mi się nie nudzi, a to o czymś świadczy. Kasiu :*


Inglot AMC 84 & 85 (klik)


Kiedy jednak już znalazł się czas i ochota na odpicowanie oka, sięgałam po jeden z dwóch cudnych pigmentów Inglota. Natychmiastowy efekt murowany!


Maybelline, Color Whisper by Color Sensational, 120 Petal Rebel & 130 Pink Possibilities (klik)



Seria Color Whisper jest już niedostępna, więc trochę biłam się z myślami, czy Wam ją tu przypominać. Niemniej te dwie pomadki rzeczywiście towarzyszyły mi przez całe lato, kiedy nie miałam glowy do kontrolowania makijażu ust, co przy moich ukochanych czerwieniach i fuksjach jest koniecznością. Whisperki były niezobowiązujące i kontroli nie wymagały, a przy tym nosiły się bardzo komfortowo, więc to one królowały. No i też chcę je zużyć zanim się zepsują....


Theatric Professional, bibułki matujące super absorbujące (klik)


Bibułki matujące to przy tustej cerze latem konieczność. Te z Theatric są moim ogromnym odkryciem. Duże, chłonne, mocne, nienaruszające makijażu, w dobrej cenie. Ideał.

A lakieru do paznokci tym razem nie będzie. Bywały dni i tygodnie, kiedy pazury były gołe, bo wolałam poćwiczyć lub iść spać zamiast je malować....

Ponarzekałam na lato, ale póki co tegoroczna jesień pogodowo też nie rozpieszcza :/ Chandra to chyba będzie moje drugie imi; potrzebuję słońca! Trzymajcie się ciepło i pogodnie :)

środa, 13 września 2017

Bielenda, Slim Cellu corrector, wyszczuplająca radiofrekwencja rf oraz wygładzająca krio mezoterapia (serum antycellulitowe)

Za każdym razem, kiedy piszę o serach antycellulitowych, muszę podkreślić, iż wiem, że kosmetyki te nie usuną mojego cellulitu. Chcę od nich po prostu pomocy w ujędrnieniu skóry, małego wspomagania po godzince ćwiczeń. Bo, wbrew temu, co mi kiedyś zarzucono, ruszam tyłek z kanapy (na której rzadko przesiaduję, bo prowadząc pensjonat mam bardzo mało czasu na relaks) i ćwiczę kilka razy w tygodniu. Przy okazji polecam mój ulubiony kanał, Fitness Blender.

Przed nastaniem lata skusiłam się na dwa okazy spod szyldu Bielendy. Wydaje mi się, że w tej serii dostępne są trzy warianty. Każda dwustumililitrowa tuba wystarczyła mi na mniej więcej miesiąc cowieczornego smarowanka pupy, ud i boczków. Przy czym zupełnie nie żałowałam sobie nakładanych ilości.


Oba kosmetyki mają postać białej emulsji i potrzebują kilku minut na wchłonięcie. Pachną nienachalnie, delikatnie, jakby kwiatowo. Serum termoaktywne daje na skórze efekt rozgrzewający na granicy bólu (naprawdę daje popalić), a serum chłodzące mocno chłodzi.


Na skórze oba kosmetyki dają podobny efekt - widocznie ją ujędrniają i uelastyczniają, a do tego dobrze nawilżają, więc nie musiałam sięgać jeszcze po dodatkowe wspomaganie.


Notka krótka, ale też nie ma się o czym rozpisywać. Oba sera Bielendy okazały się skuteczne w kwestii ujędrniania skóry. Cellu nie ruszyły, ale bądźmy realistami - tego typu smarowidła nie mają większych szans na pozbycie się tego upartego zawodnika. Zresztą popełniam nadal dużo jedzeniowych grzeszków, więc jest jak jest. Akceptuję ten stan rzeczy, bo pomarańczową skórkę w zasadzie mam od kilkunastu lat; pojawiła się już te 10 kg temu...

Nie polecam jedynie osobom wrażliwym na rozgrzewanie/chłodzenie. Efekty termiczne są mocno odczuwalne.

niedziela, 30 lipca 2017

Rzecz o dwóch micelach Bielendy: Kolagenowe Odmłodzenie (regenerujący) oraz Esencja Młodości (nawilżający)

Zdaje się, że jedna z moich ulubionych polskich marek drogeryjnych, Bielenda, ma w ofercie dużo rodzajów płynów micelarnych. I bardzo dobrze, bo co jak co, ale one wychodzą Bielendzie świetnie. Może dlatego, że obok substancji myjących zawierają ciekawe składniki aktywne, łącząc skuteczny demakijaż z działaniem pielęgnacyjnym? Nie wiem, ale w moim przypadku właśnie ten fakt sprawia, iż micele tego polskiego producenta uwielbiam. Pokochałam kojącą wodę różaną, która nie tylko ładnie i delikatnie oczyszcza skórę, ale też zauważalnie ją uspokaja; pokochałam również wersje Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości, na których skupiam się w dzisiejszej notce.


Oba produkty mają postać i konsystencję wody oraz delikatny, przyjemny, nienachalny zapach. Można dostać je między innymi w Rossmannie, gdzie ich niepromocyjna cena wynosi 11,99 zł/200 ml.


Działaniem w zasadzie się nie różnią. Bardzo dobrze wywiązują się ze swojego głownego zadania, czyli usuwania makijażu. Robią to szybko, delikatnie i skutecznie, bez podrażniania skóry twarzy oraz irytowania oczu (o ile nie mamy za mocno nasączonego płatka i nie wlejemy sobie do oka zbyt dużej ilości produktu). Zostawiają na skórze delikatny film, ale nie wysuszają jej i nie powodują dyskomfortu.


Składy na moje laickie oko wydają się interesujące. Zwłaszcza pod kątem substancji aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, arganowe komórki macierzyste, hydrolizowany kolagen, mocznik, kwas mlekowy, alantoina, czy niacynamid, których obecność nie jest w micealch dostępnych od ręki tak oczywista.

Ciężko byłoby mi znaleźć jakiekolwiek minusy w tych micelach. Pozostaje mi je serdecznie polecić i kupić ponownie, kiedy będę miała okazję. Macie z nimi jakieś doświadczenia?

wtorek, 18 kwietnia 2017

Bielenda, fluid matujący (1 naturalny)

W zeszłym roku prężnie rozwijająca się Bielenda wprowadziła do sprzedaży trzy podkłady: liftingujący fluid nawilżający, fluid kryjący oraz fluid matujący. Jako że bardzo kibicuję tej marce, z ciekawości skusiłam się na tę ostatnią propozycję w najjaśniejszym dostępnym odcieniu (a jest ich tylko trzy). Cena, niecałe 12 zł, również wydała mi się bardzo zachęcająca.

Powiem tak: podkład swoje wady ma, ale za tak przystępną cenę nie ma za bardzo co narzekać.Wręcz śmiem twierdzić, że to przyzwoity produkt.


Jak widać, podkład zapakowano w mało uroczą tubkę. No ale cena!

Kosmetyk nie jest ani rzadki, ani gęsty; taki pomiędzy. Pachnie trochę farbą olejną, ale niezbyt intensywnie, więc przymykam oko. Ja aplikuję go Beauty Blenderem, uzyskując lekkie/średnie krycie i ładny, naturalny efekt. Nie daje matowego wykończenia; raczej satynowe. Jak wiecie, mam cerę tłustą. Stosując fluid Bielendy po bibułki matujące muszę sięgać po około czterech godzinach od aplikacji, co nie jest złym wynikiem - 4 godziny to w moim przypadku taka średnia w kwestii utrzymywania matu przez podkłady. Kosmetyk dobrze utrzymuje kontur i nie ma tendencji do spływania czy osadzania się w załamaniach i porach na twarzy. Nie zauważyłam też, aby oksydował. Na szczęście! Po kilku tygodniach niemal codziennego stosowania stwierdzam też, że nie powoduje u mnie wysypu niedoskonałości.

Największą wadą fluidu jest uboga gama kolorystyczna. Chyba się zgodzicie, że trzy odcienie to niedużo. Co więcej, jak to często bywa, najjaśniejszy odcień jest dla mnie, bladolicej, za ciemny (czego na ostatnim zdjęciu nie widać, musicie mi uwierzyć na słowo). Ostatecznie, żeby bez dyskomfortu psychicznego stosować propozycję Bielendy, musiałam kupić jeszcze biały podkład do rozjaśniania tego gagatka. Tyle dobrego, że fluid wpada w noszalne żółte tony.


Nie jest to zły kosmetyk. Podejrzewam wręcz, że w podobnej cenie nie znajdzie się nic lepszego. To powiedziawszy, nie wiem, czy do niego wrócę. Denerwuje mnie konieczność kombinowania z rozjaśnianiem odcienia fluidu, bo marka, choć polska, nie pomyślała o bladolicych, ech.

sobota, 30 kwietnia 2016

Bielenda, skin clinic professional, super power mezo serum, aktywne serum rozjaśniające

Po udanym spotkaniu z serią z kwasem migdałowym (klik) byłam niezwykle ciekawa serum z witaminą C naszej polskiej marki Bielenda.


Za 30 ml kosmetyku zapłaciłam około 24 zł; kupiłam go w Naturze. Wystarczył mi na trochę ponad dwa miesiące stosowania raz dziennie.

Producent umieścił kosmetyk w przezroczystej szklanej butelce z higieniczną pipetą, po czym zalecił, by chronić zawartość przed światłem i ciepłem. Przechowywałam zatem produkt w oryginalnym kartoniku.


Mazidło ma leciutko słomkowy kolor i postać mocno rozodnionego żelu, który bardzo szybko się wchłania i który z powodzeniem można (a nawet trzeba) stosować pod krem do twarzy i makijaż.

Serum powstało na bazie wody. Zawiera m.in. glukonoloktan, niacynamid, kwas askorbinowy (forma witaminy C, deklarowane 15%), betainę, mleczan sodu i kwas cytrynowy, czyli naprawdę porządne i cenione składniki aktywne. Zakonserwowano go wzbudzającym kontrowersje fenoksyetanolem.


Działanie kosmetyku u mnie nie było spektakularne (chcę wierzyć, że to dzięki ogólnie dobrej kondycji skóry), ale zauważalne. Dodam, że samodzielnie serum nie mogłam stosować, bo dla mojej (prawie) trzydziestoletniej skóry nawilżenie nie było optymalne.

U siebie zaobserwowałam, że serum rzeczywiście delikatnie złuszczało naskórek (bez widocznego łuszczenia), dzięki czemu skóra twarzy była gładka i przyjemna w dotyku. Efekt ten wzmacniałam peelingiem enzymatycznym stosowanym co kilka dni.

Zgodzę się też z tym, że skóra była promienna i jędrna. Serum w żaden sposób mnie nie podrażniło ani nie spowodowało negatywnych skutków ubocznych.

Nie zauważyłam żadnego wpływu na naczynka ani niestety nie doszło do rozjaśnienia blizn po wypryskach. Serum złuszcza bardzo delikatnie.

Jestem ogromną zwolenniczką witaminy C i uważam, że ten łatwo dostępny drogeryjny produkt Bielendy jest godny uwagi. Nie jest to rolls royce wśród produktów z tym składnikiem, ale solidną 'be emką' też przecież nie gardzimy.

środa, 23 grudnia 2015

Bielenda, argan face oil + sebu control complex

Do zakupu uszlachetnionego olejku arganowego naszej rodzimej marki zachęcił mnie skład - ładna mieszanka naturalnych olejków. Intuicja mnie nie zwiodła, kosmetyk okazał się bardzo dobry. 

Kosmetyk kosztuje ok. 25 zł/15 ml i według producenta powinien zostać zużyty w 3 miesiące. Ledwo zmieściłam się w tym terminie stosując 4-5 kropli na jedną aplikację. Gdybym stosowala go mniej, a można, bo 4-5 kropli olejku to całkiem sporo, nie zużyłabym go w tak krótkim czasie.

Produkt zamknięto w szklanej buteleczce z pipetką. Pipetka działa bez zarzutu, a sama buteleczka spadła mi na kafelki dwa razy i jakimś cudem się nie zbiła. Wow.

Mieszanka ma żółtą barwę i ładny, słodki zapach. Na wchłonięcie potrzebuje całkiem sporo czasu, dlatego zwykle mieszałam olejek z żelem hialuronowym i wtedy wszystko wchłaniało się szybciej. Mamy tu umiarkowany stopień tłustości; są olejki lżejsze, są i cięższe.


Kosmetyk stosowałam po demakijażu, jeśli do wieczornego mycia twarzy było jeszcze trochę czasu. Zapobiegał wysuszaniu się skóry, ładnie ją natłuszczał i nawilżał, i w ogóle wszystko było cacy. Nie wiem, jak ustosunkować się do obietnic dotyczących wydzielania się sebum, ale w okresie, kiedy stosowałam olejek skórę miałam w dobrym stanie - nawilżoną, gładką. Byłam zadowolona z całoksztaltu pielęgnacji, której olejek był znaczącą częścią.

Go Bielenda, go!

wtorek, 17 listopada 2015

Bielenda, uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy + sebu control complex

Preparat w formie lekkiego HYDROFILNEGO olejku przeznaczonego do OCZYSZCZANIA I MYCIA skóry twarzy ze skłonnością do niedoskonałości, przebarwień, nadmiernego wydzielania sebum oraz cery mieszanej i tłustej.
Działanie
Zawiera niezwykle efektywne połączenie szlachetnego olejku arganowego z regulującymi i matującymi właściwościami sebu control complex, co sprzyja znacznej poprawie jakości naskórka, jego odnowie i ograniczeniu nadaktywności gruczołów łojowych. Wyjątkowa lekka olejowa formuła zamieniająca się pod wpływem wody w delikatną piankę, skutecznie rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia podatne na działanie tłuszczu i wody:  zmywa makijaż,  upłynnia sebum,  oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i odświeża ją.
Efekt
Olejek daje efekt satynowej miękkości naskórka,  wygładzenia, nie obciąża skóry przy jednoczesnej natychmiastowej redukcji uczucia suchości i dyskomfortu.
Stosowanie
Zwilżyć skórę twarzy i dłoni. Nanieść na dłonie niewielką ilość olejku (1-2 dozy), równomiernie rozprowadzić na skórze, aż do powstania delikatnej pianki, dokładnie spłukać skórę letnią wodą. W razie dostania się produktu do oczu, obficie przemyć je  wodą.



Nie wiem, czy pamiętacie, ale ponad 3 miesiące temu pisałam o innej wersji tego olejku - z pro retinolem (klik). Byłam z tamtego zetknięcia z produktem Bielendy dość zadowolona, ale wersję sebu control polubiłam bardziej. Wprawdzie działaniem olejki niewiele się różnią, ale bohater dzisiejszej notki ma moim zdaniem o wiele przyjemniejszy, świeższy zapach, który bardziej przypadł mi do gustu.

Opakowanie jest takie samo, jak poprzednio: plastikowa butelka ze sprawnie dzialającą pompką. Na wstępne rozpuszczanie makijażu, bo tak używam olejków hydrofilnych, potrzebna mi jedna porcja, dzięki czemu 140 ml produktu wystarcza mi na 3,5 miesiąca codzienego stosowania. Kosmetyk bardzo dobrze rozpuszcza makijaż twarzy i inne zanieczyszczenia (np. sebum), ale z oczami radzi sobie nieco gorzej, czego nie mam mu za złe, bo i tak zawsze "poprawiam" micelem. Jestem ogromną zwolenniczką dwuatepowego demakijażu. Za plus poczytuję produktowi, że nie zostawia niechcianej mgły na oczach.

Formuły olejku nie nazwałabym, jak chce producent, lekką, gdyż jego bazą jest parafina. Parafina w porównaniu z wieloma naturalnymi olejami jest tłustsza i cięższa. Pod wpływem wilgoci olejek zmienia się w mleczną emulsję, którą przez chwilę masuję twarz, a następnie wszystko zmywam ciepłą wodą. Skóra twarzy rzeczywiście nie jest wysuszona, choć obiecywanego wygładzenia raczej nie przypisywałabym temu produktowi. Nie wierzę też, iż ma on wpływ na redukcję produkcji sebum. O tej porze roku moja tłusta cera sama z siebie produkuje go mniej, niż w ciepłe miesiące; nie sądzę, że kosmetyk, który ma krótkotrwały kontakt ze skórą, może tak zadziałać.

Mnie zawarta tu parafina nie szkodzi, tj. nie mam po niej wysypu. Jednak, jak wspomniałam, zawsze po użyciu tego olejku sięgam po micel.

Zostawię Was z tą samą konkluzją, jak po opisaniu pierwszego olejku myjącego Bielendy, z którym miałam do czynienia: nadal zdecydowanie wolę naturalne olejki hydrofilne (moje ulubione to te z BU), ale olejków Bielendy nie skreślam, gdyż spełniają wyznaczoną im przeze mnie rolę, a są dużo łatwiej dostępne od moich ulubieńców (i odpadają koszty przesyłki).

środa, 29 lipca 2015

Bielenda, uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy +pro retinol

Z opakowania (nie dało się zrobić dobrego, wyraźnego zdjęcia, na którym widać by było wszystkie te informacje):


Preparat w formie lekkiego HYDROFILNEGO olejku przeznaczonego do OCZYSZCZANIA i MYCIA skóry twarzy, która w wyniku starzenia i czynników zewnętrznych traci swoją naturalną sprężystość, jędrność i elastyczność. Zawiera niezwykle efektywne połączenie łagodnych substancji myjących, szlachetnego olejku arganowego z bogactwem pro-retinolu, co sprzyja znacznej poprawie jakości naskórka, jego regeneracji i odbudowie. Wyjątkowa lekka olejowa formuła zamieniająca się pod wpływem wody w delikatną piankę, skutecznie rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia podatne na działanie tłuszczu i wody: zmywa makijaż, upłynnia sebum, oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i odświeża ją. Olejek daje efekt satynowej miękkości naskórka, wygładzenia, nie obciąża skóry przy jednoczesnej natychmiastowej redukcji uczucia suchości i dyskomfortu.
Olejek współgra z naturalnym odczynem naszej skóry, nie wysusza jej i nie narusza jej naturalnej bariery ochronnej.
STOSOWANIE: zwilżyć skórę twarzy i dłoni. Nanieść na dłonie niewielką ilość olejku (1 dozę), równomiernie rozprowadzić na skórze aż do powstania delikatnej pianki, dokładnie spłukać skórę letnią wodą. W razie dostania się produktu do oczu, obficie przemyć je wodą.

Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Glycine Soya (Soybean) Oil, PEG-20 Glyceryl Trisostearate. Argania Spinosa Kernel Oil, Retinyl Palmitate, Tocopherol, Tocopheryl Acetate Elaeis Guineensis (Palm) Oil, Parfum (Fragrance)

Olejek kupiłam w Rossmanie na promocji i zapłaciłam za niego około 14 zł. Normalnie kosztuje 17,99 zł/140 ml. Przed zakupem sprawdziłam skład i świadomie zdecydowałam się na kosmetyk oparty o parafinę. Jeśli jak ognia unikacie tej substancji, ostrzegam. Ja uwielbiam wstępnie rozpuszczać makijaż olejkiem hydrofilnym, a akurat nie miałam możliwości zamówienia sobie ulubieńców z Biochemii Urody czy E-naturalnie, więc postawiłam na propozycję drogeryjną.

I powiem Wam, że sprawdza się wcale nieźle. Wprawdzie olejek nie przebija wspomnianych wyżej zawodników, to nie ta liga, ale jeśli potrzebne nam jest coś od ręki, co dostępne jest normalnie w drogeriach, czemu nie.

Ponieważ produkt bazuje na parafinie, jest wyraźnie tłustszy i cięższy od naturalnych odpowiedników. Jest też dość mocno perfumowany, a aromat mogę opisać jako ciężki, słodki i kwiatowy. W połączeniu z wodą olejek zamienia się w białą emulsję.

Producent w pierwszej kolejności obiecuję poprawę jakości naskórka. Cóż, po wspólnych 3,5 miesiącach (cowieczorne stosowanie) takiego działania nie zauważyłam, ale też i na nie nie liczyłam. W końcu jest to głównie produkt myjący, który ma krótki kontakt ze skórą. Trzeba myśleć realistycznie. Mnie zależało na kosmetyku, który wstępnie rozpuści makijaż, po czym szybka poprawka micelem i demakijaż skończony. I tu olejek Bielendy sprawdza się przyzwoicie, skutecznie rozpuszczając makijaż twarzy i pozbywając się sebum. Producent nie zaleca go do mycia oczu, ale ja się do tego zalecenia nie zastosowałam i nie miałam z tego tytułu większych nieprzyjemności w postaci podrażnień. Niestety w przypadku makijażu oczu olejek nie dorównuje naturalnym kolegom i zawsze robi mi się panda,z którą szybko rozprawiam się micelem. Parafina zawarta w składzie nie spowodowała u mnie wysypu, ale zawsze dobrze spłukiwałam olejek wodą, po czym przecierałam twarz micelem. Warto dodać, że kosmetyk nie wysusza skóry i nie odczuwam żadnego ściągnięcia czy suchości po zastosowaniu produktu.

Cieszę się, że przetestowałam ten kosmetyk. Mam łatwo dostępną, drogeryjną alternatywę dla ukochanych naturalnych olejków hydrofilnych na czasy, kiedy z różnych powodów nie mogę ich sobie zamówić. Ba! Bielenda zadowoliła mnie na tyle, że kupiłam ich kolejny olejek hydrofilny, tym razem w wersji sebum control. Jestem ciekawa, jak sprawdzi się ten  gagatek, bo składy dość znacząco się różnią...

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Bielenda, skin clinic professional, super power mezo, terapia korygująca (tonik, serum, krem, maseczka w płachcie)

Kiedy pod koniec zeszłego roku dowiedziałam się o nowościach w asortymencie Bielendy, a szczególnie o linii skin clinic professional, i poczytałam sobie o tych kosmetykach, poczułam nie tyle zainteresowanie co ogromną chęć (no dobra, pożądanie, there, I said it) przetestowania na sobie wariantu z 10% kwasem migdałowym. Mam tłustą cerę z przebarwieniami i rozszerzonymi porami, i walczę z nadprodukcją (w moim odczuciu) sebum. Dodatkowo czytałam, iż kwas laktobionowy, który jest jednym ze składników aktywnych w tych kosmetykach, wpływa dobrze na rumień i naczynka. Poprosiłam zatem o  swój zestaw w prezencie bożonarodzeniowym. Dlaczego zestaw? Po pierwsze, kosmetyki mają się wzajemnie uzupełniać, a po drugie - producent obiecuje, że równoległe stosowanie serum i kremu gwarantuje cofnięcie biologicznego wieku skóry o 10 lat. 


Kosmetyków używałam od początku stycznia z następującą częstotliwością: tonik codziennie wieczorem, serum co drugi dzień, bo wychodzi mi po nim rumień i obawiałam się, że codzienne stosowanie skończy się nowymi teleangiektazjami ("pajączkami"), krem co drugi dzień wieczorem razem z serum oraz maseczkę raz na jakiś czas. Wszystko oprócz serum, którego zostało jeszcze na kilka aplikacji, właśnie zdenkowałam.

Serum i krem zapakowano w kartoniki, na których widnieje dużo informacji dotyczących tej linii, łącznie oczywiście z imponującymi obietnicami producenta oraz składem. Co do tego ostatniego, działanie kosmetyków linii opiera się na trzech kluczowych substancjach: kwasie migdałowym, kwasie laktobionowym oraz witaminie B3. Jakie dokładnie jest ich zadanie przeczytacie na kartonikach; nie będę tu tego przepisywać.



Tonik zamknięto w przezroczystej butelce z klapką. Ma typową dla tego typu produktów konsystencję wody i pachnie słodkawo, przyjemnie. Nie wysusza skóry, ale też nie powiedziałabym, że ją silnie nawilża. Na pewno w jakimś stopniu przygotowuje ją na kolejne mazidła.




Serum ma postać mocno rozwodnionego żelu. Umieszczono je w szklanej butelce z pipetą. Pipeta nabiera porcję produktu, która wystarcza na nałożenie i na twarz, i na szyję. Produkt dość szybko się wchłania, w czym pomaga krótki masaż. Mi po każdej aplikacji wychodził na policzki i nos rumień, ale po około godzinie koloryt twarzy wracał do normy. Po kilku minutach od nałożenia serum musiałam potraktować skórę twarzy kremem, inaczej odczuwałam nieprzyjemne ściągnięcie naskórka.



Krem również delikatnie i słodkawo pachnie. Ma postać lekkiego masełka. Jest dość odżywczy i w moją tłustą skórę nie wchłaniał się do końca - zostawiał błyszczący się film. Produkt stosowałam na noc, więc nie wiem, jak sprawdziłby się pod makijażem. Rano moja skóra była zauważalnie nawilżona i odżywiona, ale nie aż tak świetnie, jak po różanym kremie Dr Organic (klik).




Maska w moim odczuciu jest najsłabszym ogniwem serii. Doceniam formę nasączonej płynem płachty ze względu na prostotę użycia. Produkt delikatnie nawilża i rozświetla cerę, ale efekt nie jest tak dobry, jak na przykład po glinkach. To taka maseczka bankietowa, do szybkiej aplikacji przed jakimś wyjściem.


Ponieważ kosmetyki stosowałam równolegle, trudno wyrokować który z nich zapewnił mi jakie efekty. Zresztą najprawdopodobniej poszczególne produkty uzupełniały swoje działanie i być może było ono silniejsze i bardziej zauważalne niż na przykład przy stosowaniu samego toniku, samego serum czy samego kremu. Wnioski te wysuwam na takiej podstawie, że czytałam o serum, iż nic nie robi (stosowane samodzielnie), a ja po całej kuracji widzę jednak różnicę.

Ok, jakie efekty całej kuracji zaobserwowałam u siebie? Najłatwiej chyba będzie, jeśli odniosę się do nich komentując obietnice producenta:
  • skóra wygląda na młodszą - Tak, jest gęstsza, bardziej napięta.
  • jest gładka, jędrna, matowa, pełna blasku, o jednolitym kolorycie - Skóra twarzy rzeczywiście jest po kuracji gładsza, moje linie mimiczne na czole zostały lekko spłycone. Nie narzekałam na brak jędrności, ale jak wspomniałam wyżej, widzę że skóra jest gładsza i bardziej napięta. Poza tym rzeczywiście jest pełna blasku, co zapewne jest zasługą lekkiego działania eksfoliującego kwasu migdałowego. Efekt podobny jak po witaminie C. Co do produkcji sebum, niestety w moim przypadku nie doszło do jej ograniczenia. Strefa T i policzki jak tłuściły się w ciągu dnia, tak tłuszczą się nadal. Odnośnie ujednolicenia kolorytu cery - tak, doszło do niego. Mam wrażenie, że skóra jest nieco bledsza, przebarwienia są delikatnie rozjaśnione, ale jednocześnie wyraźnie widać na policzkach i nosie sieć rozszerzonych naczynek. Zastanawiam się, czy miałam je wszystkie wcześniej, czy jednak kwas migdałowy podrażniał mnie na tyle, że powstały nowe teleangiektazje. Trudno mi tu wyrokować.
  • pory zwężone, przebarwienia rozjaśnione, niedoskonałości zredukowane i mniej widoczne - Małe pory zostały zwężone do minimum, kratery są nieco mniejsze niż były, ale dalej je widać. Niemniej efekt jest w moim mniemaniu zadowalający. Świeże blizny potrądzikowe zniknęły, a te stare i utrwalone zauważalnie zbladły, choć niestety nie pozbyłam się ich zupełnie. Co do niedoskonałości - po pierwszych dwóch tygodniach od rozpoczęcia kuracji męczyłam się z ogromnym wysypem. Zacisnęłam jednak zęby i kosmetyki stosowałam dalej. Dziś już wiem, że po prostu skóra się w ten sposób oczyszczała. Po tym początkowym wysypie niedoskonałości pojawiają się bardzo rzadko i szybko znikają. Pod tym względem jestem z kosmetyków bardzo zadowolona.
  • Testy [...]wykazały, że serum w połączeniu z kremem cofa biologiczny wiek skóry o 10 lat - powiem tak: moja skóra wygląda lepiej niż przed kuracją, ale nie jest to skóra dziewiętnastolatki (za nieco ponad tydzień skończę 29 lat). Być może jestem po prostu za młoda, żeby zaobserwować aż tak spektakularne efekty.
Podsumowując, kuracja w moim przypadku spełniła część obietnic producenta. Osobiście jestem zadowolona. Pewnie, że chciałoby się, aby kosmetyki zadziałały jeszcze lepiej, ale moim zdaniem naprawdę nie ma co narzekać. Bielenda odwaliła kawał dobrej roboty stwarzając dla nas działające, szeroko dostępne i przystępne cenowo kosmetyki.

poniedziałek, 23 marca 2015

Bielenda, Sexy Look, Intensywne serum modelujące z efektem powiększania i podnoszenia biustu

Dzisiaj opowiem trochę o pierwszym w mojej karierze serum do biustu. Wcześniej tego typu kosmetyku nie stosowałam, bo przed ciążą i karmieniem biust miałam ładny, jędrny i zupełnie nieproblematyczny. Wystarczał dobrze dobrany stanik (65 G) oraz zwykły nawilżacz.

A potem wszystko się spartaczyło. Cycki dostały w kość podczas prawie dziesięciu miesięcy karmienia, a smarowałam je wtedy bezpieczną dla dziecka maścią, której bazą było masło shea. Maść dobrze nawilżała skórę, ale do dawnego stanu było moim dziewczynkom daleko. Serum Bielendy, surprise surprise, tego nie zmieniło.


Kosmetyk zapakowano w czerwoną tubę, którą z kolei zapakowano w kartonik. Na kartoniku zaś umieszczono wiele dziwnych obietnic po polsku i angielsku. Tak więc na przykład dowiadujemy się, że mazidło "wspomaga wypełnianie biustu o rozmiarze A i B, który wizualnie staje się większy, natomiast biust o miseczce C i D nabiera kuszącego, wymodelowanego kształtu". Czy tylko mnie smuci, że Bielenda, marka produkująca wiele kosmetyków skierowanych do kobiet, nie wie, co to bra-fitting? Że popularyzuje błędną stanikową rozmiarówkę?

Samo serum ma postać dość rzadkiej, białej emulsji i ładnie pachnie. 125 ml wystarczyło mi na dwa i pół miesiąca cowieczornego smarowania obu piersi i dekoltu, więc wydajność oceniam bardzo pozytywnie. Poza tym produkt bardzo szybko się wchłania i nie zostawia żadnego filmu.


Nie powiedziałabym, że serum jest "wyjątkowo skuteczne". Coś tam nawilża, trochę może uelastycznia skórę, ale efektu wow nie ma. Jak również nie zauważyłam ani podniesienia, ani powiększenia, ani wymodelowania piersi. Tyle obietnic, u mnie niestety bez pokrycia.

A tak w ogóle to zachęcam w pokładanie mniejszej wiary w skuteczność tego typu kosmetyków, a większej w dobrze dobrany biustonosz. Nic lepiej piersi  (i przy okazji całej sylwetki) nie modeluje, moim zdaniem.

wtorek, 20 stycznia 2015

Bielenda, appetizing body spa, masło do ciała wanilia + pistacja

Zimą chętnie sięgam po masła, bo przez chłód na zewnątrz oraz grzejniki wewnątrz moja skóra się odwadnia. Lubię też o tej porze roku otaczać się słodkimi zapachami "spożywczymi", bo są miłe i otulające. Z tego tytułu nie wahałam się długo, kiedy natknęłam się w Rossmannie na masło Bielendy wanilia i pistacja. Zapłaciłam 14,99 zł za 200 ml.


Producent zapakował masło do plastikowego słoiczka. Rozwiązanie typowe dla tego rodzaju kosmetyków, więc przejdźmy dalej. Mazidło ma konsystencję gęstej śmietanki, dobrze się rozsmarowuje bez smug i szybko wchłania, zostawiając po sobie leciutki, przyjemny film. Pachnie świetnie! Na pierwszy plan wysuwa się słodka, apetyczna wanilia. Zapach kupił mnie od pierwszego wsadzenia nosa pod ochronną folię (oł je, mamy zabezpieczenie przed palcami-grzebalcami) i do końca nie zrobił się męczący. Nie jest intensywny, jest w sam raz.

Masło nawilża dobrze. Na początku doraźnie, ale jeśli stosuje się je regularnie, w moim przypadku co wieczór, rzeczywiście poprawia stan nawilżenia skóry. Bardzo pomogło nawet moim przesuszonym kolanom. Obietnice o ujędrnianiu i uelastycznianiu skóry oraz przywracaniu jej sprężystości raczej traktowałabym z przymrużeniem oka. Nie po to jednak masło kupiłam. Chciałam nawilżenia i je otrzymałam, więc byłam z produktu bardzo zadowolona.

Jeden jedyny minusik to fakt, że kosmetyk skończył mi się po trzech tygodniach. Nie żałowałam go sobie, fakt. Nie jestem też tak szczupła jak kiedyś, więc powierzchnia do smarowania jest większa... Oh, well.

Serdecznie polecam fankom jadalnych zapachów!

piątek, 25 lipca 2014

Bielenda Professional, aloesowa maska algowa do twarzy - pierwsze wrażenia

Jeśli jesteście ze mną od jakiegoś czasu, wiecie, że kocham maski algowe. Koją rumień, wyrównują koloryt cery, nawilżają, ujędrniają... Znam jednak tylko te oferowane przez markę Organique oraz jedne algi z e-naturalne. Od dawna miałam ochotę zapoznać się z jakąś propozycją Bielendy, co umożliwiła mi odsypka od Agaty, która wystarczyła mi na dwa użycia. Agata wysmarowała niedawno posta na temat maski, wypowiadając się na jej temat w samych superlatywach.

Moje odczucia są pozytywne, ale nie jestem zachwycona. Nadal przemyśliwuję nad kupnem któregoś wariantu z oferty Bielendy, ale niekoniecznie będzie to aloes...


Obsługa tego zielonego proszku jest prosta: mieszamy z wodą mineralną, nakładamy grubą warstwą na twarz, zostawiamy do wyschnięcia i ściągamy jak maskę peel-off. Maska przyjemnie chłodzi, ale nie w takim stopniu jak algi Organique. Na swojej skórze widziałam wyraźne ukojenie rumienia, dzięki czemu cera miała bardziej wyrównany koloryt, oraz przyjemne nawilżenie skóry (choć zastrzegam, że pod algi kładłam na skórę olejek Caudalie). Działanie było bardzo dobre, ale algi Organique dają na mojej skórze jeszcze lepsze efekty :)

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Bielenda, Eco care, Glinka biała, Bioorganiczna maseczka twarz & szyja & dekolt

Kilka postów wstecz pisałam o rozczarowującym zetknięciu z maseczką z zieloną glinką z tej serii (klik). Wyraziłam wtedy swoją obawę, że biała glinka również się u mnie nie sprawdzi. Obawa znalazła pokrycie w rzeczywistości...

A ponieważ właściwie mogłabym tu wkleić tekst z recenzji maseczki z glinką zieloną, działanie maseczki z glinką białą podsumuję tylko krótko w punktach. 


Na plus:
  • każda połówka saszetki (5 ml) zawiera idealnie odmierzoną ilość produktu na jedno użycie na twarz. Jeśli jednak ktoś chce nałożyć maseczkę również na szyję i dekolt, trzeba wykorzystać obie saszetki.
  • kremowa, gęsta konsystencja
  • maseczkę dość łatwo się zmywa (zwłaszcza pod prysznicem)
  • produkt nie zasycha na twarzy na skorupkę
  • mazidło ma właściwości oczyszczające; wchłania zanieczyszczenia i sebum, matuje cerę, lekko ściąga pory

Na minus:
  • zbyt intensywny, słodki zapach
  • podobnie jak w przypadku koleżanki z glinką zieloną przez całą sesję z maseczką odczuwałam uporczywe, nieprzyjemne pieczenie skóry twarzy. Na szczęście nie skończyło się ono rumieniem, ale drugą połówkę maski zużyłam na dekolt, żeby nie męczyć twarzy.
  • maseczka bioorganiczna? Tylko rzućcie okiem na skład...



Nie polecam. Zużyłam, bo miałam, ale przez to pieczenie do maseczki na pewno nigdy nie wrócę. Zresztą mam zapasik naturalnych glinek, a lubię sobie kręcić swoje mieszanki :)

piątek, 26 lipca 2013

Bielenda, Eco care, Glinka zielona, Bioorganiczna maseczka twarz & szyja & dekolt

Jak już niejednokrotnie wspominałam, jestem zwolenniczką samodzielnego kręcenia glinek. Jednak z czasów, kiedy wpadłam w maseczkowy szał, zostały mi do wypróbowania gotowe saszetki. Jak na przykład oparta o zieloną glinkę propozycja Bielendy.


Produkt umieszczono w podwójnej saszetce o pojemności 2x5 ml. Każda połówka wystarcza na jedno zastosowanie na samą twarz. Mazidło jest koloru seledynowego i ma bardzo kremową, dość gęstą konsystencję. Rozprowadza się łatwo i przez przepisowe 10 minut nie zasycha na twarz na skorupkę. Zmywałam maseczkę pod prysznicem i nie miałam z tą czynnością większych problemów.

Kosmetyk pachnie dość intensywnie, słodko. Mnie ten zapach do siebie nie przekonał, choć też nie mogę napisać, że był odpychający. Ot, nie przypadł mi jakoś do gustu.

Największym minusem, który sprawił, że maseczka na pewno u mnie ponownie nie zagości, był fakt, że przez całe 10 minut kiedy trzymałam produkt na twarzy, odczuwałam nieprzyjemne pieczenie skóry. Po zmyciu skóra nie była zaogniona, z wyjątkiem moich pajączków, które zrobiły się jeszcze czerwieńsze i bardziej widoczne. Szczęście w nieszczęściu, że nie wystąpił rumień. Z tego tytułu drugą połówkę maseczki zużyłam na dekolt (tu nie było żadnych nieprzyjemnych doznań), bo nie chciałam męczyć buzi.



 Maseczka ma właściwości oczyszczające, tego jej nie mogę odmówić. Wchłonęła zanieczyszczenia i sebum, zmatowiła cerę, lekko ściągnęła pory. Jednak towarzyszące temu pieczenie sprawiło, że małe domowe SPA było tym razem nieprzyjemne. No i te zaognione pajączki...









Swoją drogą w nazwie produktu takie ładne hasełka, i eco care, i bioorganiczna maseczka, ale skład ich absolutnie nie usprawiedliwia ;)

Ze swojej strony nie mogę polecić maseczki. Mam jeszcze w zapasach jej koleżankę z białą glinką i trochę boję się jej użyć...

środa, 17 lipca 2013

Bielenda, kuracja parafinowa, pumeks kremowy i maska na dłonie i stopy

Dawno temu recenzowałam na blogu mój ulubiony krem do rąk ever z serii kuracja parafinowa Bielendy (klik). Kochana Słomka, wiedząc jakim uwielbieniem darzę wspomniane kremiszcze, sprezentowała mi resztę (jak domniemywam) kosmetyków z tej serii. Zaprzyjaźniłam się z nimi, czy nie? Odpowiedź w tekście :)


Ok, wiecie już, że krem do rąk na dzień uważam za mocne, o ile nie najmocniejsze, ogniwo serii. Muszę jednak przyznać, że i peeling, nazywany przez producenta pumeksem kremowym, sprawuje się znakomicie. 


Kosmetyk jest koloru błękitno-stalowego i ma przyjemny, słodki zapach. Materiałem ściernym jest tu (niespodzianka!) wspomniany w nazwie pumeks. Pumeks jest drobno zmielony, ale robi dobrą robotę, czyli przyzwoicie złuszcza, a przy tym nie pozostawia skóry nadmiernie przesuszonej. Nie znam się, ale myślę, że to dzięki ekstraktowi z siemienia lnianego, mocznikowi i olejowi ze słodkim migdałów, które widnieją dość wysoko w składzie. Uwielbiam stosować ten produkt zwłaszcza na dłonie. Są po takim masażu przyjemnie wygładzone, a okolice skórek wyglądają o niebo lepiej. Na stopach peeling też się sprawdza. Ogólnie jestem z produktu ogromnie zadowolona i widzę w nim tylko jedną wadę - opakowanie. Pal licho, że mamy tu odkręcaną nakrętkę (a przecież klapeczki są o wiele funkcjonalniejsze!). Tubka wykonana jest z bardzo miękkiego plastiku i łatwo ją uszkodzić. Niemniej, liczy się wnętrze, a to jest bardzo przyzwoite.


Niestety jeśli chodzi o maskę, tutaj zachwytów już nie będzie....


Maska ma kolor pomarańczowy i bardzo zbitą, twardą konsystencję. Jest też ekstremalnie tłusta i najlepiej stosować ją pod rękawiczki/skarpetki. Pachnie trochę dziwnie, słodko-gorzko. Chyba wyczuwam w niej anyżową nutę, a nie znoszę zapachu anyżu. Również i ten produkt zapakowano w tubkę ze słabego, cienkiego plastiku. Materiał ten jest na tyle kiepski, że po pewnym czasie regularnego odkręcania ułamało mi się całe ujście tubki...

Efekty? Cóż, tu właśnie spotkał mnie największy zawód. Maska co prawda dobrze sprawuje się na moich nieproblematycznych stopach, pozostawiając skórę miękką i odżywioną. Ale to przecież dłonie to moja wieczna bolączka. No i cóż.... Po nocnej sesji z maską skóra dłoni jest rano natłuszczona i miękka... do pierwszego kontaktu z wodą i mydłem. Po umyciu rąk dłonie są suche i wołają: pić! Na skórki wokół paznokci maska też nie ma większego wpływu; nie zmiękczyła ich, nie zapobiega zadziorom... I nie piszę tego po paru użyciach. Od dwóch miesięcy stosuję maskę na dłonie regularnie, co noc (mazidło jest bardzo wydajne, niewiele trzeba produktu na jedną aplikację), bo moja praca daje im jednak bardzo w kość, i nic. Na dłuższą metę stan skóry dłoni i skórek ani trochę się nie poprawił...

Koniec gorzkich żali. Krem do rąk i peeling do dłoni i stóp z serii kuracja parafinowa serdecznie polecam. Maskę niekoniecznie, choć kto wie? Może na mniej problematycznych dłoniach sprawdziłaby się lepiej?

czwartek, 2 sierpnia 2012

Bielenda, Bio Plantacja Algi anti-age, peeling enzymatyczny + maseczka samowchłaniająca, cera dojrzała z widocznymi oznakami starzenia


Dwukrokową maseczkę dostałam od Hexxany :* Wprawdzie nie należę do grupy docelowej (cera dojrzała), ale nawet w wieku 25+ od czasu do czasu można sięgnąć po tego typu kosmetyk, w celach prewencyjnych oczywiście.

Dzięki Hexx wiem, że w starszym wieku będę szukać czegoś innego. Produkt bowiem zupełnie mi nie podpasował...

Pierwszy krok to peeling enzymatyczny. Nie znam zbyt wiele peelingów tego typu, ale spotkałam się z takimi (saszetkowy Lirene), po których skóra rzeczywiście była dobrze oczyszczona, rozświetlona i wygładzona. Ten peeling enzymatyczny Bielendy jest słabiutki. Owszem, zmiękczył skórę, ale np. z suchymi skórkami wokół wyprysków nie poradził sobie zupełnie. Dodam, że peeling ma postać bezbarwnego żelu i kwiatowy zapach.

Drugi krok to maseczka samowchłaniająca. Ma postać białego kremu o intensywnym, kwiatowym zapachu. Owszem, całkowicie się wchłania, ale pozostawia na skórze nieprzyjemny lepki film. Nawet rano, po przebudzeniu, lepki film wciąż był na twarzy wyczuwalny. Efekty? Skóra była nawilżona... i tyle. Błyskawicznego napięcia, jędrności, uelastycznienia, spłycenia zmarszczek (chodzi mi o bruzdy na czole), poprawy kolorytu i promiennego blasku cery nie zaobserwowałam.

Bielenda zarabia u mnie również ogromny minus za nachalne reklamowanie maseczki "ekologicznością". Zwróćcie uwagę na ten tekst na saszetce (pisownia oryginalna, nie ja powstawiałam tam zbędne przecinki):

Bio Plantacja to niezwykłe, wyjątkowo naturalne kosmetyki - ekologiczna przyszłość piękna dla skóry. Innowacyjne formuły na bazie roślin z certyfikowanych ekologicznych bioupraw, doskonale pielęgnują skórę oraz poprawiają wygląd i samopoczucie.
Ekologiczny zabieg anti-age, dzięki oryginalnej recepturze, skutecznie niweluje widoczne oznaki starzenia się skóry. Daje natychmiastowy efekt promiennej, młodzieńczej i wypoczętej cery.


A teraz spójrzcie na te wielce "ekologiczne" składy:


Glikol propylenowy, PEGi, Disodium EDTA, Diazolidynyl Urea, parabeny, substancje zapachowe, barwniki - czy tak prezentuje się skład ekologicznego kosmetyku? A na dokładkę algi z bioplantacji gdzieś pod koniec składu...

Nie czepiałabym się formuły tego kosmetyku za bardzo, bo w końcu to nie pierwszy i zapewne nie ostatni produkt z tymi składnikami, który użyłam/użyję, ale takie wprowadzanie klientów w błąd strasznie mnie irytuje. "Wyjątkowo naturalne kosmetyki", "ekologiczna przyszłość piękna dla skóry" - Bielendo, albo się wywiąż z tych, jak na razie pustych, słów, albo przestań wprowadzać nas w błąd! Jest to bardzo nieczyste zagranie.


Na sam koniec dodam, że miałam jeszcze z serii tych dwuetapowych maseczek serum uszczelniające na naczynka + maseczkę łagodzącą, którymi również nie byłam zachwycona oraz mój osobisty bubel - maseczkę głęboko oczyszczającą + maseczkę intensywnie nawilżającą; duet ten poparzył mi twarz. 

Ja nie polecam żadnego z tych trzech duetów.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...