Konturówkę Collection kupiłam w drogerii Superdrug za 1,99 funta. Ponieważ nie mogłam znaleźć kredki transparentnej w niskiej cenie (nie używam konturówek tak często, więc nie chciałam szarpać się na MUFE), a o Essence i MUA dowiedziałam się później, wybrałam odcień Clover Pink, który wydał mi się najbardziej zbliżony do mojego naturalnego koloru ust. No i cóż... było to kilka groszy, ale groszy niemądrze zainwestowanych.
Kredka jak kredka - łatwe w temperowaniu drewienko i rysik. Cholernie twardy i suchy rysik. Na zdjęciu w prawym górnym rogu chyba widać tę suchość w porównaniu z konturówkami Essence.
Clover Pink to róż z dużą domieszką brązu. Jako lip liner spełnia swoją funkcję poprawnie, czyli zabezpiecza przez rozlewaniem się szminek/błyszczyków, choć jego aplikacja jest bardzo nieprzyjemna, gdyż twardy rysik niemiło drapie.
Na całe usta też stosowałam. Nie mam zbyt wiele dobrego do powiedzenia. Po pierwsze, nieprzyjemna aplikacja ze względu na twardość i suchość rysika; po drugie, kolor rozkłada się nierównomiernie i zbiera w bruzdach wargowych; po trzecie, kredka wysusza usta; po czwarte, po około dwóch godzinach wygląda bardzo niechlujnie, gdyż nierównomiernie się ściera.
Nie polecam zawracać sobie nią głowy. Konturówki Essence są tańsze, a o lata świetlne lepsze.




