wtorek, 22 stycznia 2019

Podsumownie zużyć grudnia. Czystki w kosmetyczce.

Wiem, wiem. Prawie koniec miesiąca (a przy okazji Dzień Dziadka), a ja dopiero ze zużyciami grudnia wyskakuję. Niech ktoś zatrzyma czas, to może będę się lepiej wyrabiać ;)


Do koktajlu pod oczy IOSSI (klik) oraz łagodzącego toniku Naturativ na pewno będę wracać, gdyż są to moje hity. Bardzo polubiłam też gąbkę konjac z różową glinką z Sephory (prezent od Agaty), ale wolałabym większą wersję, bo ten maluszek często i gęsto leciał mi z rąk. Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej Sylveco był w porządku. Nie zawiera alkohou, nie ma drażniącego smaku i ładnie odświeża oddech. Miniaturę kremu Decleor (od Hexxany) zużyłam w jakieś 5 dni i miałam dobre pierwsze wrażenia. Ładnie nawilżał i pięknie pachniał. Serum pod oczy Be Organic (klik) z kolei niczym mnie nie zachwyciło. Nie widziałam efektów stosowania tego mazidła.


Na powyższym zdjęciu znalazły się dwa kolejne moje hity: mydło kawa z cynamonem z Lawendowej Farmy (klik) oraz oczywiście mocznikowy krem do rąk Isany (klik). Często wracam też do antyperspirantu Rexona (na dzień) oraz dezodorantu Fenjal (na noc). Ten pierwszy daje mi, człowiekowi bardzo potliwemu, dobrą ochronę kiedy jestem aktywna, a dzięki ładnie pachnącemu dezodorantowi Fenjal nie budzę się rano ze smrodkiem zalatującym spod pachy. Jeśli chodzi o piankę pod prysznic Dove, to będę wracać do wersji gruszkowej. Widoczny tu zapach pistacji zupełnie mi nie podszedł, przez co produkt męczyłam i nie miałam przyjemności z kąpieli. Miniatura olejku różanego do włosów (od Hexx) zostawiła po sobie pozytywne wrażenie ze względu na boski zapach dzikiej róży prosto z krzaka. Serum na końcówki L'Oreal, które dostałam dawno temu od Justyny, dzięki dużej pojemności było megawydajne i poprawnie chroniło moje długie już kłaki przed zniszczeniami mechanicznymi od ocierania się o swetry. Solny scrub od Soap & Glory wyglądał i pachniał jak owsianka. Działanie miał bardzo dobre, ale nie mogłam używać go do całego ciała z dwóch względów: nie chciałam cała pachnieć jak śniadanie i ja ogólnie nie mogę zbyt długo rozcierać scrubów dłońmi na ciele, bo... cierpią na tym moje dłonie (dostaję kilkugodzinnego, bardzo dokuczliwego mrowienia ich wewnętrznych części). Do samych dłoni i stóp jednakowoż był wspaniały (złuszczał i natłuszczał), więc będzie się jeszcze u mnie pojawiał. O serum antycellulitowym Norel postaram się napisać osobny post, a tutaj powiem jedynie, że to fajny produkt.


Na kolejnym zdjęciu mamy same mega dobre kosmetyki. Olejek hydrofilny z e-naturalnie uwielbiam (klik), podobnie jak złuszczające skarpetki z Exclusive Cosmetics. Moim zdaniem są wręcz najlepsze na rynku. Szampon Alterry z granatem i aloesem bardzo dobrze służy moim włosom i skórze głowy (nie podrażnia jej!), żel pod prysznic Isany ładnie pachniał, był tani i robił, co miał robić, a oliwka Babydream to też niemal stały bywalec w mojej łazience, bo olejki na mokrą skórę to moja ulubiona forma nawilżania się po kąpieli.


Tak, zużyłam ten problematyczny korektor Astor (klik) i sama nie wiem, jak tego dokonałam. Maskara Saemmul (klik) była dobra, a z rozświetlającej bazy Burberry (prezent od Kasi) byłam mega zadowolna, gdyż w subtelny sposób rozświetlała cerę, a makijaż rzeczywiście dłużej się na niej utrzymywał.


Na koniec roku zrobiłam również przegląd toaletki i pozbyłam się kilkuletnich cieni, różów, a także przeterminowanych kredek do oczu i pomadek:


Z paletki Pupy Pupa Roses (klik) złoty cień i piękny róż zużyłam w całości, a tandetne błyszczyki wyrzuciłam już dawno temu; pozostały w niej brązik jest dla mnie za chłodny, więc się żegnamy. Z cieni Inglot (moja kolekcja tu) oraz Sleek (Garden of Eden, Respect, Vintage Romance) byłam swojego czasu bardzo zadowolona - zresztą widać zużycie. Maluch z Too Faced Jingle, All The Way (klik), natomiast zawierał zbyt pomarańczowy bronzer, bardzo średniej jakości cienie, róż, który mi wypadł i dwa fajne maty, które jako jedyne zużyłam. Musiałam rozstać się też z dwoma ładnymi, ale już zdecydowanie zbyt starymi różami - Inglot 47 (klik) oraz różową połową Flormar Pretty Compact Blush-On P116 (druga połowa mi nie pasowała, więc pozbyłam jej się dawno temu) (klik). Do kosza trafił rozświetlający puder z paletki Sleek Blush Buy 3 Santa Marina (klik) - to ten w słoiczku. Pokruszył mi się, ale żadna strata, bo kosmetyk nie utrwałał makijażu, nie rozświetlał, wysuszał skórę pod oczami i ogólnie był raczej do niczego. Dwie maskary Maybelline ze zdjęcia - The Falsies Volum' Express oraz Lash Sensational w wersji wodoodpornej - wyrzucam, bo okropnie się na mnie rozsypują/rozmazują, a dwie niebieskie kredki nie były przeze mnie mocno eskploatowane ze względu na odcienie nie pasujące do szybkich dzienniaków typu nude, więc się zestarzały. Na koniec kosz zaliczyla gromadka pomadek o niepasujących do mnie odcieniach (Maybelline: Color Whisper Coral Ambition, Color Whisper Faint for Fuchsia, Color Sensational Iredescent Rose Diamonds, Revlon Amethyst Shell), przeterminowanych (Bourjois Souffle de Velvet liquid lipstick, Revlon Colorburst Balm Stain Sweetheart, Maybelline Color Drama Intense Velvet Lip Pencil In With Coral, Wibo Elixir 03) i bublowatych (niebieska pomadka NYX).

Porządki były prowizoryczne. Powinnam wywalić dużo więcej kosmetyków pochodzących z czasów mojego "zachłyśnięcia się" blogowaniem i testowaniem, ale to się zrobi do wiosny...

wtorek, 15 stycznia 2019

Obrodziło, czyli ogromniaste zdobycze grudniowe (i z początków stycznia).

Miałam w planach najpierw podsumować zużycia grudnia, a potem pokazać Wam, co takiego dostałam i kupiłam, ale znowu deficyt czasowy się dał o sobie znać, więc niniejszym przygotowuję wpis, który zajmie mi mniej czasu. 

W grudniu pojawiło się u mnie MNÓSTWO nowości kosmetycznych i nie tylko. Nic dziwnego - raz, że były Święta i okazja na otrzymanie wymarzonych podarków, a dwa - byłam w Polsce i miałam ze sobą długą listę zakupów, bo sporo rzeczy mi się pokończyło. Zatem, jeśli jesteście ciekawi, co zasiliło moje zasoby kosmetyczne, zapraszam.

Zacznę od prezentów. 

Taką niespodzinakę sprawiła mi Justynka, która zna moją ogromną słabość do czerwonych pomadek oraz gotowych masek, a także wie, iż kremy do rąk schodzą u mnie jak woda (podobnie jak czekoladki, które sama wpałaszowałam w dwa dni):



W Wigilię przyleciałam do Polski i po kilku dniach spotkałam się z moimi Dziewczynami. Tam Stri uraczyła mnie pysznym sokiem malinowym (genialny dodatek do zielonej herbaty) oraz przepysznym obiadem, a Kasia zaskoczyła takimi smakołykami:



Zobaczymy, jak sławne Glam Glow się sprawdzą, a puder Innisfree polecany jest przez naprawdę wiele osób (Agato, zobacz, sam do mnie przyszedł) i mam ogromną nadzieję, że i  u mnie się sprawdzi. 

Z kolei Justyna uraczyła mnie takimi cudami oraz kartą do Empiku, którą użyłam do zakupienia czekającej na mnie jeszcze księgi "Władcy Polski. Historia na nowo opowiedziana" Beaty Maciejewskiej oraz Mirosława Maciorowskiego. Trzeba sobie odświeżyć polską historię, bo wieeelu faktów już dawno nie pamiętam:


W końcu wypróbuję sławną bazę pod cienie Too Faced!

Mój brat z bratową też zaszaleli. Tylko spójrzcie:


Z racji przerwy semestralnej mojej córci, będę w Polsce w lutym i zostawiłam sobie u rodziców tę paletę. Tym samym, muszę zabrać ze sobą jedynie pędzle i podkład :D Acha, od teściowej mojego  brata dostałam maskarę i liner, też z Douglasa, ale zapomniałam je sfotografować.


Na początku stycznia z kolei doszła do mnie ogromna paka od - zgadliście - Hexxany. Znalazło się w niej mnóstwo idealnie pode mnie dobranych nowości, z których zdecydowana większość od dawna wisiała na mojej prywatnej wish-liście:





Tym samym Dziewczyny dokarmiły moje ciało i duszę, i po prostu rozpieściły do maksimum. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję :*


***
Mamy za sobą część prezentową, ale przecież, jak już wyżej pisałam, nie obyło się bez zakupów. Oto one.

W grudniu naszła mnie słabość do brokatu i koloru rose gold, co zaowocowało zakupami w Glam Shop:


Są to typowe zachcianki, ale od dawna miałam ochotę wypróbować coś od Hani. Muszę kupić teraz bazę do glitterów, bo bez niej te cienie holograficzne niestety nie dają rady (albo ja nie umiem ich obsłużyć). Turbopigmenty z kolei na razie są OK, ale nie testowałam ich jeszcze porządnie.


Skusiłam się też na pierwsze zakupy w Ministerstwie Dobrego Mydła:


W użyciu mam już olej kokosowy (do włosów córeczki) oraz mydło cynamonowe, i oba kosmetyki są naprawdę super.


Była też oczywiście wyprawa do Rossmanna:


Na liście zakupów był ten peeling Biovax (odkąd odkryłam, jak dobrze mojej skórze głowy robi regularne złuszczanie, będę się trzymać tego zabiegu), sprawdzony płyn do higieny intymnej (czyli Lactacyd, bo mój Rossmann niestety nie sprzedaje Vianka), silikonowe serum na końcówki Isana do wypróbowania, EOS do wypróbowania, micel Botanic Spa Rituals od Bielendy, też do wypróbowania, jakiś żel do mycia twarzy (wybrałam Biotanique) oraz emulsja myjąca Botanic Spa Rituals Bielendy, ale niestety w moim Rossmannie jej nie było, więc wzięłam żel micelarny Biotanique, ale to jednak "nie jest to".


Oczywiście kupiłam ulubieńców do pielęgnacji stóp (maska złuszczająca Exclusive Cosmetics, krem Eveline) oraz dłoni (Isana 5% mocznika, Eveline aksamitne dłonie oraz krem mocznikowy, Kamill z mocznikiem), a także nabyłam kremy do dłoni, których jeszcze nie znam. Jak widać, zima dokopuje mi na tym polu, a jeszcze do tego oparzyłam sobie dłoń i kiedy oparzenie wyschło, nie chce się goić, skóra jest tam mega sucha i ciągle pęka :/


Skończył mi się lakier bazowy oraz zrobiłam sobie zapas ulubionych dezodorantów i antyperspirantów. Nie lubię musieć co chwila kupować takich podstawowych rzeczy ;)


W grudniu Colour Pop miało darmową dostawę na cały świat. Skusiłam się na zakupy, ale paczka, po ponad miesiącu, ciągle jeszcze do mnie nie dotarła, więc niestety nie mogę Wam pokazać zawartości. Mam nadzieję, że nie zaginęła w tranzycie...


Jest co testować, zdecydowanie. Oby jeszcze udało się w miarę regularnie pisać ;)

niedziela, 13 stycznia 2019

Kosmetyczne rozczarowania 2018 roku.

To, co dla mnie jest bublem/rozczarowaniem, może być Twoim hitem. Takie zestawienia są baaardzo subiektywne, więc nie bijcie ;)

Swoją drogą tego posta piszę od tygodnia i cały czas coś staje mi na przeszkodzie. Obawiam się, że jakakolwiek regularność z mojej strony to marzenia ściętej głowy.

A przechodząc do rozczarowań (pełne recenzje podlinkowane), są to:

1. Astor, perfect stay concealer 24  hr (klik), bo był dla mnie za jasny, za żółty, za mało kryjący, nie rozświetlał i nie wtapiał się w skórę, a raczej na niej "siedział".



2. Olay, Regenerist, CC Complexion Corrector (klik), bo przyciemniał mi odcień cery, nie dawał żadnego krycia, bardzo szybko się po nim wyświecałam, nie spełniał obietnic producenta (nawilżanie, redukcja przebarwień) i  miał naprawdę niską ochronę przeciwsłoneczną.



3. Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy (klik), bo ze względu na konieczność masażu był bardzo upierdliwy w stosowaniu, miał nieprzyjemnie tłustą konsystencję, i praktycznie nie złuszczał, a jedynie sprawiał, że skóra była miła w dotyku. W czasie jego królowania w mojej łazience cera zanieczyszczała mi się mega szybko i mega łatwo.



4. IOSSI, serum dla cery z problemami, trądzikowej krwawnik i tamanu (klik), bo ma bardzo nieprzyjemny zapach olejku tamanu i podczas kuracji cały czas borykałam się z wysypami niedoskonałości, przy czym produkt nie pomagał na powypryskowe blizny w najmniejszym stopniu.



5. Bandi, antirouge, peeling kwasowy na naczynka 10% kwas laktobionowy, glukonaloktan (klik), bo zapowiadał się na hit, a zupełnie przestał działać na moją skórę po zużyciu 1/3 zawartości buteleczki.




6. Ava, aktywator młodości, witamina C z acerolą (klik), bo nie działał jak inne znane mi sera z witaminą C, czyli nie rozświetlał skóry, nie rozjaśniał blizn powypryskowych, nie wygładzał naskórka - słowem, nie robił nic ciekawego.




7. Dr Lewin's, line smoothing complex, triple action day defence (klik), bo na mojej skórze ten nowoczesny kosmetyk nie robił nic. Ba, do tej pory ciężko mi orzec, jakie właściwie było jego przeznaczenie.



8. Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów (klik), bo miały nieznośny zapach najtańszego cytrusowego środka do czyszczenia toalet z nutką uryny; bo szampon powodował u mnie oklap, a odżywka nie robiła na włosach dosłownie nic.





9. Evree, deep moisture, głeboko nawilżający krem do rąk do bardzo suchej i szorstkiej skóry (klik), bo wbrew nazwie na moich dłoniach nie robił żadnego wrażenia, nie nawilżał nawet na kilka minut.




10. Organique, SPA & Wellness, terapia wyszczuplająca kawa, serum do ciała (klik), bo miał bardzo obiecujące właściwości, a skończył mi się dosłownie po dziesięciu oszczędnych aplikacjach :(



Znacie któryś z tych gagatków? Czy Wasze odczucia pokrywają się z moimi, czy też są pozytywne i zaskoczyłam Was swoimi wyborami?

niedziela, 6 stycznia 2019

Złota dziesiątka 2018 roku, czyli ulubieńcy i odkrycia | Stara Mydlarnia, Green People, IOSSI, Bandi, Podopharm, E-naturalne, Vianek, Juvia's Place, Mokosh, Apis

W ubiegłych latach dzieliłam ulubieńców i odkrycia roku na przynajmniej dwa posty: pielęgnacyjny i kolorówkowy. W zeszłym roku natomiast nie miałam za bardzo głowy, czasu i ochoty na testowanie dużych ilości nowości, stąd tym razem mogę spokojnie ograniczyć ulubieńców do dziesiątki (kiedyś byłoby to dla mnie nie do pomyślenia; jak to się wszystko zmienia). Pojawi się tylko jedna rzecz z kolorówki, bo makijaż wykonywałam w głównej mierze mechanicznie i bez przyjemności, a paznokcie... Zapomniałam o ich istnieniu na kilka miesięcy. Bywa. Ale nie przedłużając, oto moi ulubieńcy w kolejności od czubka głowy do stóp.

1. Stara Mydlarnia, organic garden, peeling do skóry głowy regenerujący (klik)

W 2018 roku na dobre zainteresowałam się złuszczaniem skóry głowy i zabieg ten oraz powyższy produkt zrewolucjonizowały moją włosową pielęgnację. Scrub zawiera mentol, który fantastycznie łagodzi świąd. Poza tym regularne złuszczanie skalpu u mnie przepięknie odbijało włosy u nasady i pomagało pozbyć się łuski i tłustego łupieżu, dzięki czemu włosy mniej wypadały. Hell, yeah!


2. Green People, quinoa & artichoke conditioner (klik)

Ten cudownie, korzeniowo pachnący prezent od Hexxany wyczyniał cuda z moimi włosami, które były w dotyku niczym jedwab, cudownie lśniły i wyglądały jak po użyciu prostownicy, a to wszystko bez podrażniania skalpu i obciążania. Zdecydowanie najlepsza odżywka do włosów, jaka kiedykolwiek wpadła w moje łapska.


3. IOSSI, A+E+C witaminowy koktajl pod oczy z retinolem (klik)


Przygodę z tym cudem zawdzięczam Hexxanie i Justynie. I zużycie dwóch buteleczek kosmetyku nie oznacza bynajmniej jej końca. Cóż za fenomenalny olejek. Pięknie nawilżał i ujędrniał skórę pod oczami, uelastyczniał ją i sprawiał, że wyglądała jakby wypchnięta od środka. Kiedy skóra była w stanie spoczynku, moje linie prawie w ogóle nie rzucały się w oczy. Niewiele kosmetyków do pielęgnacji tych okolic to potrafi!


4. Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30 (klik)


Jako posiadaczka cery tłustej poszukuję skutecznych, ale nietłustych filtrów. Dlatego niemal co roku sięgam po matujące propozycje Vichy bądź La Roche-Posay, ale w roku 2018 do tego grona dołączył krem ochronny z probiotykami Bandi. Raz, że bardzo odpowiadało mi jego satynowo-matowe wykończenie, a dwa - działał i bardzo dobrze sprawdzał się pod makijażem, nie przyspieszał procesu przetłuszczania się mojej cery. Na okresy, kiedy SPF na poziomie 50 nie jest konieczne, Bandi naprawdę daje radę.


5. IOSSI, aksamitna róża, krem regenerująco-nawilżający z acerolą, różą i algami (klik)


IOSSI bardzo szybko zostało jedną z moich ulubionych marek, a moja tłusta, płytkounaczyniona cera zdecydowanie pokochała ich różany krem. To, jak ją nawilżał i regenerował zasłużyło niemal na miano magii. Ale to nie koniec - kosmetyk bardzo poprawił fakturę mojej skóry, która zrobiła się niezwykle gładka i przyjemna w dotyku oraz miała przyjemny dla oka glow. Do tego to cudo trzymało w ryzach mój rumień, dzięki czemu cera miała ładniejszy, bardziej wyrównany koloryt. Był do prezent od, niespodzianka!, Hexxany.


6. Juvia's Place, the Saharan Eyeshadow Palette (klik)


Skoro już przy twarzy jesteśmy, nie mogę zapomnieć o moim kolorówkowym rodzynku - paletce cieni, którą na urodziny sprezentowała mi Kasia. To nietypowe zestawienie odcieni i wykończeń naprawdę mnie inspirowało i dawało mi wiele radości w letnich i jesiennych miesiącach.


7. Podopharm, maska do dłoni i stóp z mikrosrebrem (klik)


Swoją tubkę tego małego skarbu oddała mi Basia, która nie przepada za mocznikiem, podczs gdy moje dłonie go kochają, jak również w ogóle skarby z Podopharmu. Był to już kolejny krem tej marki, który cudownie nawilżał i regenerował moje sucholce, przynosząc mi niewypowiedzianą ulgę i stanowiąc skuteczną broń na egzemę i inne suche placki.


8. E-naturalne.pl, masło kawowe (klik)


Tłuścioszek, ale jak on nawilżał! Na długie, długie, dłuuugie godziny. Do tego pięknie pachniał kawą i sprawiał, że skóra na ciele była napięta i przyjemna w dotyku.


9. Vianek, nawilżający żel do higieny intymnej (klik)


Żel do higieny intymnej w ulubieńcach roku? A tak - bo nie podrażnia, nie wywołuje swędzenia, jest skuteczny, delikatny i nawet pomaga łagodzić dolegliwości związane z posiadaniem "cudownej" przypadłości zwanej hemoroidami.


10. Podopharm, regenerujące serum do stóp (klik)


Jak w kwestii pielęgnacji twarzy ukochałam sobie produkty IOSSI, tak dłonie i stopy należą do marki Podopharm, poznanie której zawdzięczam nieocenionej Hexxanie. Jeśli masz bardzo suchą skórę stóp, a przy tym szybko rogowacieją Ci pięty i miejsca pod palcami, jest to produkt dla Ciebie. Pięknie nawilża i zmiękcza skórę.



Złota dziesiątka za nami, ale mam jeszcze ochotę wyróżnić dwa produkty do pielęgnacji twarzy, które przegrały w starciu z powyższymi hitami, ale jednak korzystałam z nich z prawdziwą przyjemnością. Niech i one ponownie mają swoje 5 sekund!


Mokosh Cosmetics, ujędrniające serum pomarańcza (klik)


Oczywiście kosmetyk sprezentowała mi Hexxana. Jak widać, dzięki Asi poznałam multum prawdziwych skarbów. A wracając do serum, uwielbiałam jego cudowny, pomarańczowy zapach, a i działanie było zadowalające. Kosmetyk dobrze nawilżał skórę, rozświetlał ją, delikatnie zwężał pory, pomagał wyrównywać jej koloryt. Nie przebił różanego kremu IOSSI, ale pozostawił po sobie naprawdę pozytywne wspomnienia.


Apis, oczyszczająco-wygładzająca maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego (klik)


Kosmetyk miał całkiem sensowny (choć nie idealny) skład przy dobrej cenie, był wygodny w użyciu (gotowiec!) i dawał przyjemne rezultaty w postaci oczyszczania i rozświetlania skóry, ściągania porów i uspokajania naczynek. To była jedna z bardzo niewielu masek, po które starałam się w 2018 roku sięgać regularnie.


No dobrze, to wszystko na dziś. Przymierzam się też do posta o bublach i rozczarowaniach ubiegłego roku. Ot tak, ku pamięci i przestrodze ;)

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Kosmetyczna petarda: A+E+C witaminowy koktajl pod oczy z retinolem

Żeby zakończyć rok na pozytywną nutę, w ostatnim poście ciężkiego dla mnie roku 2018 przedstawię prawdziwą kosmetyczną petardę: witaminowy koktajl pod oczy od IOSSI. Miałam szczęście posiadać aż dwie buteleczki tego cuda: jedną dostałam od Hexxany, a drugą od Justyny, co razem dało mi 10 miesięcy cowieczornego stosowania. Można powiedzieć, że już nic nowego się o tym kosmetyku nie dowiem ;) Muszę zatem serdecznie go Wam polecić.


Jeśli chodzi o opakowanie, moje obie sztuki miały jeszcze stary dozownik w formie kroplomierza, który się totalnie nie sprawdzał, bo olejek bardzo niemrawo z niego leciał nawet przy mocnym potrząsaniu. Po zmianach aplikujemy kosmetyk metalową kuleczką, co jest naprawdę o wiele sensowniejszym rozwiązaniem. Dodam jeszcze, że sama buteleczka nie pozwala na przenikanie światła, tym samym lepiej zabezpieczając mazidło przed zepsuciem.

Koktajl ma postać lekko żółtawego olejku. Z tego tytułu nie nadaje się do stosowania rano, pod makijaż, ale na noc jest super. Olejkowy film otula skórę pod oczami swoją kołderką na dłuższy czas, a przy tym nie migruje do oczu, o ile nie nałożymy go dosłownie na dolną linię rzęs.

Producent obiecuje:
Jedwabiste serum pod oczy o konsystencji lekkiego olejku, intensywna kuracja do delikatnej skóry. Dogłębnie pielęgnuje, odmładza i zapobiega przyszłym zmarszczkom. Dzięki zawartości Retinolu zwanego witaminą młodości - widocznie zmniejszają się spowodowane czasem zmiany skórne. Dodatek odżywczych i lekkich olejów z pestek cytryny i herbacianego powoduje, że skóra staje się aksamitnie gładka i miękka. 
Witaminy E i C, doceniane ze względu na swoje właściwości przeciwutleniające - dodatkowo wzmacniają, ujędrniają i regenerują skórę. Serum poprawi strukturę i koloryt. Przeznaczone jest do każdego typu skóry, specjalnie zaś testowaliśmy go pod kątem cery wrażliwej.

Działanie: przeciwzmarszczkowe, regenerujące, nawilżające, wygładzające.
Dla każdgo typu cery, a w szczególności dojrzałej.
Stosowanie: wieczorem, delikatnie wmasuj w skórę pod oczami, dookoła ust lub na szyję. Można stosować samodzielnie lub na krem. Przeciwwskazania: ze względu na zawartość retinolu nie polecamy w ciąży. (klik

U siebie zaobserwowałam, że skóra pod oczami była doskonale nawilżona (jeśli się nie malowałam następnego dnia, mogłam sobie spokojnie darować krem pod oczy na dzień), elastyczna, wygładzona i jakby grubsza i "wypchnięta" od wewnątrz. Dzięki temu linie od śmiechu/płaczu i zalążki kurzych łapek nie były mocno widoczne, kiedy skóra znajdowała się w stanie spoczynku. Niewiele kosmetyków pod oczy potrafi dać tak zauważalne efekty, stąd mój zachwyt. Za to cudeńko trzeba zapłacić 98 zł/10 ml.

***

Korzystając z okazji pragnę Wam życzyć zdrowego i pogodnego Nowego Roku - aby obfitował w szczęśliwe chwile, a tych gorszych niech będzie jak najmniej. Życzę Wam jak najmniej stresu i jak najwięcej czasu na relaks. No i szampańskiej zabawy dzisiaj :)

Dwa przeciętniaki: Be Organic, serum pod oczy olej makadamia & centella oraz Vianek, wzmacniające serum do twarzy cera naczynkowa

Jeśli bywacie u mnie od dłuższego czasu wiecie, że bardzo lubię pielęgnację z kategorii naturalnej. Oczywiście nie unikam całkowicie substancji nieroślinnego pochodzenia, ale lubię testować kosmetyki plant-based. Niestety nie zawsze działają one bez zarzutu, choć złe też nie są. Jestem jednak już w takim wieku, że chcę wyraźnie widzieć i odczuwać działanie stosowanej pielęgnacji, dlatego wybrzydzam. Dziś zatem opowiem, czemu nie zachwyciły mnie produkty Be Organic oraz Vianek.


Be Organic, serum pod oczy olej makadamia & centella


Serum kupiłam w Drogerii Natura za około 50 zł/50 ml skuszona ładnym na laickie oko składem oraz intrygującymi obietnicami:
 "EFEKT LIFTINGU W 1 h.
Silnie regeneruje, nawilża i uelastycznia delikatną skórę wokół oczu. Dzięki zawartości ekstraktu z wąkroty azjatyckiej pobudza produkcję kolagenu, wzmacnia naczynia krwionośne i poprawia mikrokrążenie, pozwalając uzyskać efekt liftingu już w ciągu 1 godziny od zastosowania." 

Kosmetyk ma bardzo lekką, wodnistą konsystencję i lekko żółtawy kolor. Bardzo szybko się wchłania i.... No właśnie - i nic. Serum nie nawilża na tyle dobrze, aby mogło być używane bez kremu, a stosowane pod kremy u mnie nie podkręcało ich działania. Obiecanego efektu liftingu u siebie nie zaobserwowałam, to samo z regeneracją i uelastycznianiem skóry wokół oczu. Słowem, produkt, który nie szkodzi, ale ciężko stwierdzić, czy robi cokolwiek. Przynajmniej w moim przypadku, bo czytałam kilka pozytywnych opinii na jego temat.


Vianek, wzmacniające serum do twarzy cera naczynkowa


To mazidło również kupiłam w Naturze za ok. 30 zł/15 ml. Jak na tak niewielką pojemność okazało się bardzo wydajne, bo opakowanie wystarczyło mi na ponad miesiąc cowieczornego stosowania. Do opakowania nie mam zarzutów: pompka działała sprawnie do samego końca, no i było bardzo higienicznie. Sam kosmetyk miał postać białej, rzadkiej emulsji.


Zgodzę się, że serum to porządny nawilżacz, bo przy swojej lekkiej konsystencji zaskoczyło mnie faktem, że nie odczuwałam potrzeby dodatkowego dowilżenia skóry kremem (mam cerę tłustą). I to w sezonie grzejnikowym. Tutaj ogromny plus. Niemniej, ponieważ jest to kosmetyk do cery naczynkowej, liczyłam też na dobre i szybkie kojenie rumienia i hamowanie jego wyłażenia na skórę, ale znam kosmetyki, które w tej  kwestii działają szybciej, lepiej i dużo skuteczniej. Dlatego nie czuję potrzeby zakupu kolejnych buteleczek serum Vianka i kontynuowania kuracji przez kilka kolejnych miesięcy.

No, to wszytko. Jak mawia Czarszka, takie mazidła w sam raz na raz.

sobota, 29 grudnia 2018

HIT: Green People, quinoa & artichoke conditioner

Bohaterką dzisiejszego posta jest chyba najlepsza odżywka do włosów, jaką kiedykolwiek stosowałam. Miałam okazję poznać ją dzięki Hexxanie, w ramach niezwykle trafionego prezentu.

Ponieważ kosmetyk ma dość lejącą konsystencję, zamknięcie go w tubie było moim zdaniem sporym błędem. Niejedonokrotnie zdarzyło mi się, że wylało mi się na dłoń dużo więcej produktu niż chciałam, przez co mam poczucie, że jego część zmarnowałam i jest mi ogromnie z tego powodu przykro. Butelczyna z pompką byłaby tu chyba najsensowniejszym rozwiązaniem. Ale opakowanie to jedyna wada odżywki Green People.


Mazidło przepięknie korzeniowo-cynamonowo pachnie i ma na moje oko bardzo ładny skład. Jednakowoż najważniejsze jest działanie, a to zasługuje na największe pochwały. Moje długie włosy po każdej sesji z odżywką były cudownie nawilżone, w dotyku przypominały jedwab, lśniły jak szalone i wyglądały jak pociągnięte prostownicą. Bajka, mówię Wam.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...