Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szminki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szminki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Pomadki z wyższej półki (w wersjach miniaturowych) Vol. 2: Clinique, Clinique Pop Lip Colour + Primer (Nude Pop, Cherry Pop); Giorgio Armani, Rouge Ecstasy Lipstick (400); Givenchy, Le Rouge (202 Rose Dressing); Marc Jacobs, Le Marc (206 Dashing)

Jak już Wam wspominałam - sama jeszcze nigdy nie kupiłam sobie luksusowej pomadki. Nie było takiej potrzeby, bo zostałam wieloma z nich rozpieszczona przez Dobre Duszki, a dwie (miniatury Clinique) były dodatkiem do jakiegoś brytyjskiego magazynu i dotarły do mnie z Manchesteru, bo w Blackpool się wyprzedały zanim mogłam je dorwać :D

Dzisiaj same minisy. Zaczniemy sobie od wspomnianych pomadek Clinique.


#1
Clinique Pop Lip Colour + Primer, Nude Pop & Cherry Pop


Mają przyjemne dla oka opakowania z wieczkami korespondującymi z kolorem pomadki. 


Po wstępnych czystkach w kolorówce Nude Pop to jedyny beżowy nudziak, który jeszcze siedzi na mojej toaletce. Jak widać, nie jest to "mój" typ koloru, nie wyglądam ani nie czuję się korzystnie w tak jasnych odcieniach. Wypierają życie z mojej twarzy. Nude Pop widzę na sobie przez około 4 godziny bez jedzenia.


Natomiast Cherry Red to śliczna, żywa czerwień. Kolor stworzony dla mnie. Wymaga poprawek po około 6 godzinach noszenia. Znikając zostawia na ustach stain.


Kolejne trzy wysokopółkowe miniatury dostałam w prezencie od Hexxany.


#2
Giorgio Armani, Rouge Ecstasy Lipstick, 400


Szminka ma eleganckie, czerwone ubranko. Ma być to połączenie pomadki pielęgnacyjnej (zawiera masło shea) z kolorem. Mazidło jest kremowe i nosi się bardzo komfortowo. Zostawia lekki połysk na ustach, ale, jak to tego typu pomadki mają, nie jest trwałe. Po trzech godzinach bez jedzenia na ustach niewiele zostaje.


400 to bardzo ładna, lekko pomidorowa czerwień.



#3
Givenchy, Le Rouge, 202 Rose Dressing


Szminki z serii Le Rouge od Givenchy również mogą pochwalić się eleganckimi ubrankami. Producent obiecuje nam dobre krycie (zgadzam się) oraz wykończenie rozświetlonego matu. Cóż, moim zdaniem posiadana przeze mnie sztuka to klasyczny krem, nie rozświetlony mat, ale jak kto woli. Ta pomadka też jest bardzo komfortowa w noszeniu i ma trwałość porównywalną z koleżanka wyżej.


202 Rose Dressing to odcień herbacianej róży. Jest uroczy, ale dla mnie odrobinę za jasny. Byłby idealny, gdyby był ze trzy tony ciemniejszy.


#4
Marc Jacobs, Le Marc, 206 Dashing


Opakowanie, charakterystyczne dla marki, jakie jest - każdy widzi. Pomadka jest bardzo dobrze napigmentowana i ma matowe wykończenie. Nie wysusza mi ust.


Odcień 206 Dashing to lekko buraczkowa czerwień. Bez tłustego jedzenia wymaga pierwszych poprawek po około 5 godzinach noszenia.

Tak... czerwienie rządzą :D

Garść kolorówki z drogerii: Maybelline, Lash Sensational Luscious; Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303); L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige); Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve); Golden Rose, sheer shine lipstick (19); Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)

Mam na toaletce kilka kosmetyków drogeryjnych, które jeszcze nie zawitały na blogu, więc nadrabiam.


#1
Maybelline, Lash Sensational Luscious


Bardzo, bardzo lubię podstawową maskarę Lash Sensational. Niestety wersja Luscious się u mnie nie sprawdza. Szczoteczka jest stożkowata, silikonowa, nie sprawia żadnych trudności przy aplikacji kosmetyku. Tusz ma ładny, czarny kolor i dodaje rzęsom nieco objętości. Niestety maskara ta bardzo lubi się na mnie rozmazywać i osypywać, co ją w moich oczach skreśla. W 2020 roku na pewno muszę kupić nowy tusz (bądź dwa).



#2
Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303)


Korektor pod oczy Max Factoria polubiłam od pierwszego użycia. Jest jasny, leciutki, daje średnie krycie, ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami i odbija światło. Absolutnie nie wysusza mi skóry ani nie podkreśla moich pierwszych zmarszczek. Idealnie dogaduje się z lekkimi podkładami mineralnymi.



#3
L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige)


Korektor z serii True Match L'Oreala ma troszkę lepsze krycie niż kolega powyżej, ale jest też nieco suchszy. Po kilkunastu godzinach zaczyna troszkę podsuszać mi skórę, ale tuż po aplikacji wygląda i zachowuje się bardzo dobrze. Nie lubię tego opakowania - kosmetyk lubi wylewać się z różnych miejsc na pędzelku w niekontrolowanych ilościach.



#4 
Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve)


Kiedy ja się nauczę, że odcienie kropka w kropkę przypominające mój rumień gubią się na mojej twarzy? Róż Max Factora uroczo się prezentuje (ten marmurek!), ma uroczy odcień, piękne, miękko matowe wykończenie i nie sprawia żadnych problemów podczas aplikacji, ale... na mnie Lavish Mauve akurat nie widać i nie wiadomo gdzie znika bez śladu w ciągu dnia. Ech.



 #5
Golden Rose, sheer shine lipstick (19)


OK, w Rossmannie czy Naturze Golden Rose nie znajdziemy, ale nie chciałam tworzyć osobnego wpisu dla tej pomadeczki. Lubię ją. Ma lekkie krycie, błyszczące wykończenie i nawilżającą formułę. Odcień 19 to uroczy różowawy koral. Trwałością nie powala, ale to idealne mazidełko na mrozy, bo zabezpieczy usta przed niską temperaturą, nawilży je i będzie pasowało do każdego makijażu.


#6
Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)


Czternastogodzinnej trwałości nie ma co od tej matowej szminki wymagać, ale już 5-6 godzin bez tłustego jedzenia daje radę. Stay With Me Coral to bardzo uroczy kolor; przyzwoita sztuka ot co.

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Cztery wysokopółkowe kosmetyki kolorowe: Too Faced, shadow insurance, 24 hours anti-crease eyeshadow primer; Giorgio Armani, eye tint, 10; Studio 10 Beauty, Liquid Foil I-Radiance; Lanolips, tinted balm, Rhubarb

Przegląd toaletki trwa. W związku z tym przychodzę dziś ze swoimi trzema groszami na temat czterech wysokopółkowych kosmetyków, które warto poznać, bo są naprawdę świetne jakościowo. Oto moj ferajna.

#1
Too Faced, shadow insurance, 24 hours anti-crease eyeshadow primer


W ładnej, miętowo-złotej tubce mieszka silikonowa w dotyku baza pod cienie. Sunie po skórze jak masełko, bez żadnego naciągania naskórka ani tego typu rzeczy, i idealnie wywiązuje się ze swojej roli. Używałam kosmetyku z cieniami różnych marek i nigdy nie spotkał mnie zawód; makijaż oczu pozostaje na miejscu w niezmienionym stanie przez kilkanaście godzin. Baza ładnie podbija też pigmentację cieni. Dostałam ją w prezencie od Przyjaciółki.


Kolejne trzy kosmetyki przywędrowały do  mnie od Hexxany

 
#2
Giorgio Armani, eye tint, 10


Eye tint to cień w płynie. Aplikuje się go małym gąbkowym aplikatorem. Cień jest bardzo dobrze napigmentowany i bardzo szybko zastyga. Zanim zastygnie, można nieco rozetrzeć jego granice pędzelkiem do blendowania, ale trzeba się spieszyć. Po zastygnięciu kosmetyk jest nie do ruszenia. Jest bardzo, bardzo trwały i nie wymaga użycia bazy pod cienie. Nie da się jednak go budować - przy próbach nakładania drugiej warstwy na pierwszą, pierwsza warstwa zaczyna się odklejać od powieki i robią się prześwity, a tego bałaganu bez zmycia makijażu nie da się ogarnąć. Nie ma jednak potrzeby budowania koloru, gdyż, jak wyżej pisałam, pigmentacja mazidła jest bez zarzutu.


Odcień numer 10 to kakaowy ciemny brąz ze srebrnymi drobinkami. Super do makijażu typu smokey eye dla osób, które lubią chłodne cienie.


#3
Studio 10 Beauty, Liquid Foil I-Radiance


I kolejny cień w płynie z małym gąbkowym aplikatorem. Niestety nie wiem, który z dwóch dostępnych odcieni posiadam. Mamy tu transparentną bazę ze złotymi drobinkami. Ja stosuję ten cień jako topper, jeśli mam ochotę na ekstra bling. Nie zauważyłam, aby cień uszkadzał makijaż oka, na który go nakładam, a sam w sobie jest bardzo trwały i absolutnie nie przemieszcza się po powiece w trakcie noszenia. Ma też tę przewagę nad prasowanymi brokatami, że tylko naprawdę znikoma ilość drobinek opada w ciągu dnia na twarz, a 99% brokatu trzyma się na swoim miejscu.


#4
Lanolips, tinted balm, Rhubarb


Jaki to jest świetny balsam. Cudownie pielęgnuje, natłuszcza i nawilża usta, a w bonusie otrzymujemy też cień koloru. Wspaniały kosmetyk na sezon grzejnikowy.


Znacie któryś z tych produktów?

sobota, 14 grudnia 2019

Pomadki z wyższej półki vol. 1: Jeffree Star, Velour Liquid Lipstick (I'm Shook); Make Up For Ever, Artist Rouge Mat (M203); NARS, Velvet Lip Glide (Danceteria); NARS, Velvet Matte Lip Pencil (Dragon Girl) & Smashbox, Be Legendary Lipstick (Power On)

Na mojej toaletce dumnie pręży się gromadka wysokopółkowych pomadek. Żadnej z nich nie kupiłam sama, bo mam w swoim życiu niesamowite Dziewczyny, które lubią mnie rozpieszczać kosmetycznymi cacuszkami. Dziś pokażę pierwszą ich grupę. Drugi wpis z luksowymi pomadkami, tym razem w wersji mini, pojawi się bardzo niedługo. 

A tymczasem ruszamy w porządku alfabetycznym.


#1
Jeffree Star, Velour Liquid Lipstick, I'm Shook


Pomadka była prezentem od Justyny. Pochodzi z limitowanej kolecji, którą kontrowersyjny youtuber Jeffree Star wypuścił we współpracy z innym popularnym influencerem, Mannym MUA. Ja poczynań panów specjalnie nie śledzę, ale kosmetyk chętnie przetestowałam. Zwłaszcza, że ma bardzo oryginalny kolor rdzawej czerwieni (na żywo bardziej rudej niż na moich zdjęciach - aparat miał problem z oddaniem koloru). Plastikowy zapach mazidła nie zachwyca, ale za to produkt ma ciekawy aplikator z małym wgłębieniem, w którym zbiera się idealna ilość kosmetyku, by wypełnić obie wargi za jednym pociągnięciem, bez potrzeby dobierania produktu.


Pomadka ma matowe wykończenie i zastyga na ustach, więc nie wymaga użycia konturówki. Jej trwałość na mnie bez tłustego jedzenia wynosi około 5 godzin. Po tym czasie kolor zaczyna się nierównomiernie wycierać i potrzebne są poprawki. Kosmetyk nie wysusza moich nieproblematycznych ust. Podczas noszenia czuć na ustach jakby gumową warstwę.


#2
Make Up For Ever,  Artist Rouge Mat, M203


Pomadka ma przepiękne, eleganckie, ciężkie opakowanie. Ma piękne, matowe wykończenie i jest bardzo dobrze napigmentowana. Nie zauważyłam, aby wysuszała mi usta, nie doświadczyłam żadnego rozmazywania. Trzeba się troszkę przyłożyć do aplikacji, bo sztyf nie jedzie gładko po skórze. Efekt jest jednak tego wart.

Dostałam ją od Hexxany.


M203 to śliczna fuksja. Jej trwałość na mnie wynosi 5-6 godzin bez tłustego posiłku.


#3
NARS,  Velvet Lip Glide, Danceteria & Velvet Matte Lip Pencil, Dragon Girl


Obie pomadki NARS z tego wpisu również zostały mi sprezentowane przez Hexxanę. Velvet Lip Glide to, jak widać, pomadka w płynie. Mój odcień, Danceteria, to żywa fuksja. Produkt może pochwalić się wygodnym w użyciu aplikatorem zapewniającym precyzyjną aplikację. Przez jakiś czas po nałożeniu pomadka wygląda na ustach jak doskonale napigmentowany błyszczyk. Później błyszcząca warstwa znika, a na ustach zostaje matowy stain, który wygląda schludnie przez około 5 godzin noszenia (bez spożycia tłustego posiłku), potem wymaga poprawek. Kosmetyk jest komfortowy w noszeniu.





Velvet Matte Lip Pencil ma postać kredki jumbo, do temperowania. Dragon Girl to piękny odcień chłodnej czerwieni o matowym wykończeniu. Dzięki swojej formie, pomadka umożliwia bardzo precyzyjną aplikację. Nie wysusza mi ust, nosi się komfortowo. Jej trwałość na mnie to około 4 godziny bez tłustego jedzenia, potem trzeba wypełnić ubytki.



#4
Smashbox, Be Legendary Lipstick, Power On


Tę pomadkę przejęłam od mojej kochanej Pameli. Cóż, jestem fanką koralu i nigdy nie miałam szminki Smashbox. Muszę przyznać, że podobnie jak MUFE, mazidło ma świetne, ciężkie, porządne, eleganckie opakowanie. Power On to twarzowy, świeży odcień lekko rozbielonego koralu o matowym wykończeniu. Ten kosmetyk też nosi się komfortowo, nie wysusza mi ust, a jego trwałość na mnie to około 4 godziny, po których wymaga poprawek.


Znacie którąś z tych pomadek? Podzielacie moje wrażenia?

piątek, 13 grudnia 2019

MAC, Liptensity Lipstick (Postmodern), Retro Matte (Relentlessly Red) & Patrick Starr collection (Slay Ride).

Pomadki marki MAC Cosmetics są szeroko lubiane. I ja należę do grona ich wielbicieli, mimo iż żadnej z posiadanych przez siebie sztuk nie kupiłam sama, a zostałam nimi obdarowana przez kochaną Justynę :*

Na blogu pokazywałam już uroczą Make Me Gorgeous (klik) oraz cudowne, wampowe Lady Danger, MAC Red, Diva (kocham!) i Rebel (też kocham!) (klik), więc dziś przychodzę z resztą moich MAC-owych skarbów.

Czy muszę pisać, że wszystkie mają ten charakterystyczny, waniliowy zapach?

Oto one.


#1
Liptensity Lipstick, Postmodern


Opkowanie pomadki jest ciężkie i porządne. Jego kolor koresponduje z odcieniem pomadki - Postmodern to żywy róż o kremowym wykończeniu. Szminka jest obłędnie napigmentowana i już po jednym pociągnięciu otrzymujemy pełnię koloru. Jej trwałość niezmiennie mnie zadziwia. Z jednej strony bardzo brudzi kubki, z drugiej jeśli nie jemy niczego specjalnie tłustego, makijaż ust nie wymaga poprawek przez jakieś siedem godzin. Lekkie posiłki w ogóle jej nie szkodzą. Pomadka zostawia też na ustach stain, który trzeba zmyć podczas demakijażu (micel załatwia sprawę). Nosi się ją bardzo komfortowo. Jest prawie idealna!

Jedyne co mi w pomadce nie odpowiada to jej ścięty na płasko kształt. Precyzyjne nałożenie prosto ze sztyftu jest niemożliwe i najlepiej posiłkować się pędzelkiem.


#2 
Retro Matte, Relentlessly Red


Najbardziej matowy z matów. Suchy i wysuszający, ale bardzo efektowny. Relentlessly Red to różowa czerwień, piękna. Pomadka jest dobrze napigmentowana. Ze względu na swoją formułę nie sunie gładko po ustach, trzeba się troszkę postarać przy aplikacji. Mazidło nie wymaga konturówki, gdyż nie ma tendencji do rozmazywania się. Na mnie wyglądą dobrze przez około 6 godzin; potem w makijażu ust widać pewne ubytki i trzeba zrobić poprawki. Potrafi przetrwać niezbyt tłusty obiad. Nie sprawdzi się na suchych ustach, ale tym nieproblematycznym bardzo ją polecam.


#3
Patrick Starr Collection, Slay Ride (matte)


To była kolekcja świąteczna z zeszłego roku. Pomadka ma przepiękne opakowanie, stanowi prawdziwą ozdobę toaletki. Slay Ride to winna czerwień o satynowo-matowym wykończeniu. Produkt może pochwalić się świetną pigmentacją i komfortem noszenia, nie wysusza mi ust. Brudzi kubki, a bez jedzenia wymaga poprawek po około pięciu godzinach. Nie zjada się równomiernie, ale przy takich odcieniach nie jest to nic szczególnie zaskakującego.

Jesteście team pomadki wyraziste czy team pomadki nude? Co do mnie, to chyba oczywiste, co wybieram ;)

środa, 11 grudnia 2019

Kat Von D, lock-it concealer creme (light 3 warm), lock-it setting powder, studded kiss lipstick (underage red), everlasting liquid lipstick (outlaw)

Kat Von D to marka, która do mnie nie przemawia i nigdy mnie specjalnie do niej nie ciągnęło. Z tego tytułu, gdyby nie Hexxana, od której dostałam cztery  miniatury ich produktów, nie byłoby tego posta. Ale skoro mam, przetestowałam i dzielę się swoimi odczuciami.


#1 
lock-it concealer creme, light 3 warm


Korektor lock-it conceraler przychodzi w typowym dla korektorów opakowaniu z gąbeczką. Odcień light 3 warm jest względnie jasny i wpada w żółte tony. Kosmetyk jest bardzo dobrze napigmentowany i oferuje świetne krycie. Niestety jest też suchy, wysusza skórę pod oczami i wygląda w tych okolicach ciężkawo, siedzi na skórze, odznacza się. 



#2
lock-it setting powder, translucent


Jest to puder z dodatkiem miki, nie z kategorii matujących a raczej z tych zmiękczających rysy twarzy, zostawiających rozświetlone wykończenie. Sprawdza się u mnie na policzkach, bluruje pory, nie odnacza się na skórze i wygląda świeżo przez cały dzień. Swoją bardzo tłustą strefę T muszę jednak matowić pudrem typowo matującym, bo po kilku godzinach z Kat Von D bardzo się tam świecę. Spodziewałam się, że sprawdzi mi się pod oczami do lekkiego utrwalenia korektora, ale o dziwo - nie. Odznacza się na korektorze (a używam minimalnej ilości, nie stosuję metody bakingu). Myślę, że skóry suche, normalne i dojrzałe będą bardo zadowolone z tego pudru.


#3
studded kiss lipstick, underage red


Bardzo się polubiłam z tym maluchem. Ma urocze opakowanie, które zdobi toaletkę. Ma świetną pigmentację, piękne, satynowo-matowe wykończenie i wspaniały kolor nasyconej czerwieni. Nie migruje poza kontur ust (nie wymaga konturówki), nie wysusza ich, komfortowo się nosi i jest bardzo trwała - bez jedzenia nie wymaga poprawek przez około 5 godzin. Odbija się na kubkach. Przy lekkim posiłku jedynie traci na intensywności, ale obiadu już nie przetrwa (czego od pomadek nie oczekuję). Mój ulubieniec z całej czwórki.



#4
everlasting liquid lipstick, outlaw 


I kolejny odcień nasyconej czerwieni. Płynna pomadka KVD ma precyzyjny aplikator, daje matowe wykończenie i zastyga na ustach, więc nie wymaga konturówki. Produkt lekko wysusza usta i podczas noszenia czuć na nich tak jakby pudrową warstwę. Kosmetyk ma nieprzyjemny, plastikowy zapach. Pod względem trwałości mazidło jest dość chimeryczne - raz potrafi wyglądać nienagannie przez 5-6 godzin, innym razem zjada się przy lekkim, suchym posiłku. Nie wiem, od czego to zależy. Ten konkretny odcień zjada się dość brzydko, od środka ust i w kącikach, ale nie ma problemu z poprawkami, można nakładać kolejną warstwę na wcześniejszą, nie trzeba wszystkiego najpierw zmywać.



A Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami Kat Von D? Podzielcie się!

poniedziałek, 9 grudnia 2019

NYX, soft matte lip cream (Manila), butter gloss (peach cobbler), butter lipstick (fizzies)

Swoją przygodę z produktami do ust marki NYX zawdzięczam Justynie. To od Niej dostałam trzy posiadane przeze mnie sztuki.


Płynna pomadka soft matte lip cream bardzo przypomina mi podobne pomadki Manhattan, które już  daaaawno temu zniknęły z rynku, a które wspominam z ogromnym sentymentem. Kosmetyk NYX ma podobodną do nich kremową konsystencję, wykończenie miękkiego matu, dobrą pigmentację i jest niewyczuwalny na ustach. Nie wysusza ich, a jego trwałość to u mnie około 5 godzin, po upływie których zauważam zjadanie się pomadki od środka. Robiąc poprawki, muszę zmywać pierwszą warstwę, gdyż po dołożeniu drugiej mazidło lubi zbierać mi się w bruzdach wargowych. Klasyczny gąbeczkowy aplikator jest wygodny w użyciu, daje odpowiednią precyzję, a proces aplikacji umila przyjemny, waniliowy zapach pomadki. Odcień Manila to uroczy rozbielony koral.



Ten sam aplikator znajdziemy w podobnym wizaulnie opakowaniu błyszczyka butter gloss. Ma on przyjemnie nawilżającą formułę, również waniliowy zapach i jest średnio napigmentowany. Zaskoczyła mnie jego trwałość jak na błyszczyk, bo wynosi jakieś 4 godziny bez jedzenia. Odcień peach cobbler to właśnie tak dodająca świeżości brzoskwinia.



Nie mam zdjęć opakowania pomadki butter lipstick, ale podejrzeć je można tutaj. Moim zdaniem,  w przeciwieństwie do dwóch wyżej opisanych koleżanek, jest brzydkie, tanie i niefunkcjonalne - sztyft pomadki jest luźny, jak również kosmetyk bardzo łatwo samoistnie się otwiera, więc noszenie w torebce to ryzyko. Moja pomadka ma lekką pigmentację, jest bezzapachowa i daje przyjemne, kremowe wykończenie na ustach, jak również uczucie nawilżenia. Od tego typu pomadek nie należy spodziewać się świetnej trwałości, ale za to komfort noszenia to jej ogromny plus. Odcień fizzies to taka jasna brzoskwinka.
 

Są tu jacyś fani mazideł do ust NYX?

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Burberry Beauty Box

Zestaw, który dziś opiszę, dostałam w prezencie od Kasi dwa lata temu :* i od niecałych dwóch lat nosiłam się z zamiarem opisania go, taki mam zapłon. Połowę tej kolorówki (czyli bazę i tusz) już dawno zużyłam, ale zrobiłam sobie notatki, co by nie zapomnieć swoich wrażeń. A są one dość mieszane i zacznę po prostu opisywać te mazidła w kolejności od lepszych do gorszych.


Na pewno nie czepnę się opakowań, bo jak na luksusową markę przystało, są porządne, ciężkie i przyjemne dla oka. 

Nie przepadam za bazami pod makijaż, bo nie lubię nakładać na swoją przetłuszczającą się skórę zbyt wielu warstw kolorówki. A tu - niespodzianka. To właśnie rozświetlająca baza Fresh Glow okazała się najsilniejszym punktem zestawu. Po pierwsze, dawała piękne, rozświetlone wykończenie, dzięki czemu wyglądałam świeżej i młodziej. A przy tym jakimś cudem nie tylko nie powodowała szybszego przetłuszczania się cery, ale wręcz spowalniała ten proces. Stosując kosmetyk pod dowolne podkłady nigdy nie otrzymałam efektu córki króla smalcu. Byłam nią autentycznie zachwycona.
 


Drugim kosmetykiem, który mi się spodobał, okazał się tusz do rzęs Burberry Cat Lashes. Naprawdę solidna, czarna maskara, dająca objętość na rzęsach i nie fundująca użytkownikowi rozmazywania się, osypu, ani żadnych innych przykrych niespodzianek. Aplikator był wygodny w użyciu.


Cień Eye Colour w odcieniu Pale Barley okazał się średniaczkiem. Owszem, jest aksamitny w dotyku i bez problemu się z nim pracuje. Owszem, ma bardzo ciekawy odcień przybrudzonego piaskowego beżu. Ale nawet na bazie nie jest imponująco trwały i po kilku godzinach potrafi się zrolować na powiece, co dla mnie jest niedopuszczalne. Pigmentację ma średnią.


Nadszedł czas na najsłabsze ogniwo, czyli pomadkę Burberry Kisses w odcieniu 93 Russet. Bardzo ciekawy odcień swoją drogą, unikatowy w mojej kolekcji. Cóż z tego, skoro trzeba się namachać, żeby zbudować nią krycie, sztyft jest sztywny, pomadka mocno wysusza usta, a przy tym jest nietrwała (w porywach do trzech godzin bez jedzenia i picia). Szminka nie ma zapachu.


Przy użyciu całego zestawu (z dodatkiem podkładu, pudru, różu i czegoś do brwi) można uzyskać klasycznie elegancki makijaż.

Znacie kolorówkę Burberry?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...