Jako posiadaczka wrażliwych i drażliwych naczynek od lat nie sięgam już po peelingi mechaniczne do twarzy, bo wszystkie, nawet te najdelikatniejsze, wywoływały u mnie niepożądany rumień. Sięgam więc regularnie po enzymatyki. Wiele już z nich przetestowałam, ale jeszcze nigdy nie miałam równie upierdliwego w użyciu jak peeling Sylveco. Dawno już się tak nie męczyłam z kosmetykiem.
Produkt zamieszkał w plastikowym pudełku z aluminiowym wieczkiem. Inny rodzaj opakowania nie wchodzi w jego przypadku w grę, ponieważ ma postać bardzo zbitej pasty. Pachnie bardzo przyjemnie (geranium?).
Wszystkie peelingi enzymatyczne, które stosowałam do tej pory, były mało problematyczne w użyciu. Po prostu nakładało się je na twarz (czasem po rozdrobnieniu) na określony czas i już. Nie w tym przypadku. Tu trzeba stać i masować twarz przez 5 minut, co moim zdaniem jest upierdliwe. Peeling, owszem, jest tłusty, ale jednocześnie trochę tępy, i ten wymagany masaż nie jest jakąś ogromną przyjemnością. A do tego efekty po całym procederze też mnie nie zachwycały. Owszem, skóra była przyjemna w dotyku,, ale to by było na tyle. Nie miałam poczucia, że po zabiegu pozbywałam się starego naskórka, a pory dość szybko wyglądały na zanieczyszczone. Męczyłam ten produkt przez może trzy miesiące średnio co pięć dni,a potem, nie widząc sensu w dalszym sięganiu po kosmetyk, którego stosowanie nie dawało mi żadnej przyjemności, zużyłam go do smarowania tyłka i ud na kilka minut przed prysznicem. Sprawiał, że skóra była w tych miejscach przyjemna w dotyku.
W moim odczuciu peeling enzymatyczny Sylveco to problematyczny w użyciu, mało skuteczny, ale ładnie pachnący tłuścioch. Na pewno dobrowolnie do niego nie wrócę, choć wiem, że ma też i sporo zwolenników.
Jeśli go znasz, do której grupy należysz?












