Pokazywanie postów oznaczonych etykietą benefit. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą benefit. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 grudnia 2019

Benefit, Boiing Industrial Strength Concealer & Whatt's up! highlighter duo; oraz róże Dallas i Dandelion

Dziś na tapetę wezmę kolorówkę Benefitu, którą mam w swojej toaletce. Trzy urocze pudełeczka, ale czy wszystkie generują satysfakcję i zadowolenie?

Zacznijmy od korektora i rozświetlacza.


Duo korektora i rozświetlacza dostałam w prezencie od Przyjaciółki. W miłym dla oka różowo-niebieskim kartoniku znalazłam plastikowe puzderko w kolorze srebrnym, z odkręcanym wieczkiem. Wprawdzie z wygody wolałabym wieczko na zawiasie, ale podejrzewam, że to opakowanie, z którym mam do czynienia, jest szczelniejsze i zabezpiecza oba kremowe produkty przed zbyt szybkim wysychaniem.

Można też zarzucać marce, że taki sposób podania kosmetyków jest dość niehigieniczny, ale ja aplikuję je tylko czystymi pędzlami i nie ładuję w nie palców, więc nie marudzę.



Oba kosmetyki są kremowe i jasne (wszak to jedyneczka). Rozświetlacz ma szampański kolor z leciuteńką nutką różu i bardzo ładnie wygląda na skórze. Nie bije po oczach (czego osobiście nie znoszę), ale ładnie, naturalnie rozświetla. Niestety na sobie nie jestem w stanie ocenić jego trwałości, gdyż w ciągu dnia w pewnym momencie zlewa się z moim sebum i już nie potrafię rozróżnić, gdzie jest on, a gdzie mój własny smalczyk.


Korektor jest super. Wprawdzie wbrew nazwie ma najwyżej średnie krycie (znam lepiej kryjące korektory od niego) i niedoskonałości raczej nie uda się nim przykryć, ale dzięki przyjemnie emolientowej formule komfortowo nosi się pod oczami nie wysuszając tych okolic. Kiedy nie chcę szpachli, sięgam po niego,  mimo iż nie przykrywa moich zasinień w stu procentach. Wystarczy mi, że ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami. Jest jasny i delikatnie wpada w nutki łososiowe, co wydaje się odżywiać spojrzenie. Lubię go.


Z różami Benefitu mam bardzo różne doświadczenia. Na ten przykład przewinęły się mi przez kosmetyczkę Coralista, Rockateur i Gold Rush, i żaden z tej trójki albo totalnie nie pasował kolorystycznie do mojego typu urody (Coralista), albo w ogóle nie było go na mojej cerze widać (dwa pozostałe). Jednak Dallas, również prezent od tej samej Przyjaciółki, okazał się strzałem w dziesiątkę.


J. kupiła mi ten kosmetyk w prezencie, gdyż wiedziała, że widniał na mojej wish-liście. Pociągał mnie bardzo jego ciekawy kolor - połączenie biszkoptu z różem. Jestem przekonana, że na niektórych cerach róż ten bardziej sprawdzi się jako bronzer. Na mnie wybijają się jednak lekkie różowe tony. Uwielbiam po niego sięgać, kiedy nie mam zbyt wiele czasu na makijaż i nie chcę się bawić w aplikację konturu, różu i rozświetlacza - Dallas skutecznie zastępuje mi dwa pierwsze będąc jakby ich skrzyżowaniem. Odpowiada mi też jego matowe wykończenie. Mimo suchej i pylącej konsystencji nie sprawia mi żadnych problemów podczas aplikacji i rozcierania, a jego trwałość jest kilkunastogodzinna.



Co do różu Dandelion, z ciekawości kupiłam go sobie w wersji podróżnej. Jest to bardzo jasny róż z delikatnymi drobinkami. Jakkolwiek i on nie sprawia mi problemów podczas aplikacji, a na cerze wygląda bardzo świeżo i uroczo, nie zagrzeje u mnie miejsca. Za bardzo przypomina swoim odcieniem mój rumień i zwykle się z nim zlewa, przez co nie widać go na mojej twarzy w ciągu dnia i nie jestem też w stanie ocenić jego trwałości na mojej tłustej skórze.


Dandelion będzie pieknie wyglądać na bardziej porcelanowej (i nie dotkniętej problemami naczyniowymi) niż moja cerze.



Róże Benefitu pakowane są w urocze, tekturowe opakowania wyposażone w lusterko i nieprzyjemny, drapiący pędzelek. W wersji regularnej nie mam się czego czepiać, ale te tekturki nie do końca sprawdzają się w przypadku miniatur, gdyż ze względu na mniejszy rozmiar i głębokie ścianki, dość trudno manipuluje się w nich pędzlem. Niemniej walorów wizualnie estetycznych nie da się im odmówić ;)

Jaki jest Wasz ulubiony róż Benefitu?

sobota, 26 października 2019

Benefit, Gimme Brow, Brow Volumizing Fiber Gel, 2 Light

Nie mam zbyt dużego doświadczenia z barwionymi maskarami do brwi, choć taki sposób ich podkreślania bardzo mi odpowiada. Znam "maczugę" Brow Drama Sculpting Brow Mascara z Maybelline (dostępny w chłodnych odcieniach, ale ma dość niewygodną szczoteczkę), zawodnika z Wibo Eyebrow Stylist (odcień ok, ale nieidealny, długi aplikator, zawiera w sobie  niepotrzebne drobinki) oraz koleżkę z L'Oreal Brow Artist Plumper (za ciepłe odcienie, ale aplikator może być). Wszystkie te maskary Gimme Brow Benefitu biję na głowę i zostawia daleko w tyle. A dowiedziałam się o tym dzięki kochanej Agacie, która sprezentowała mi to cudo.


Ogromną zaletą produktu jest duży wybór odcieni w różnej tonacji (cieplejsze, chłodniejsze) - jest ich aż osiem i niemal każdy będzie w stanie dobrać coś dla siebie. Agata wybrała dla mnie 2 Light; jasny, chłodny kolor, idealny do moich myszkowatych włosów i typowo słowiańskiej urody.

Drugą ogromną zaletą kosmetyku jest aplikator w postaci małej, łatwej w obsłudze spiralki.

Za trzecią zaletę uznaję obecność "kłaczków", które rzeczywiście lekko zagęszczają rzęsy, ale przy tym nie rzucają się w oczy, nie wędrują po twarzy i wyglądają naturalnie. Pigmentacja tuszu jest idealnie wyważona i dzięki temu otrzymujemy nienachalny, naturalny efekt, a wszystko to przy minimum wysiłku.


Nie mam też asbolutnie żadnych zastrzeżeń do trwałości makijażu wykonanego Gimme Brow. Wszystko trzyma się na miejscu do demakijażu.


Brawo Benefit za stworzenie tak świetnie przemyślanego kosmetyku. Serdecznie Gimme Brow Wam polecam, choć podejrzewam, że wiele z Was zna i lubi to mazidło. Mam rację?

sobota, 29 czerwca 2019

Benefit, Hoola bronzer

Swoją sztukę kultowej Hooli z Benefitu kupiłam w rozmiarze travel size. Chciałam sprawdzić, o co tyle hałasu, ale bez inwestownia w aż 8 gramów. Ogólnie jestem team blush, przy ekspresowych makijażach nie zaprzątam sobie głowy bronzerami/konturem, ale kiedy robię pełny make up, sięgam, owszem. Tyle że bez szybszego bicia serca (i nie mówię tu o Hooli, ale o bronzerach ogólnie). 


Hoolę otrzymujemy w charakterystycznym dla marki Benefit kartoniku zamykanym na magnes. Kartonik wyposażony jest w lusterko i całkowicie niepraktyczny, drapiący pędzelek. Ja swój bronzer bardzo szybko zdepotowałam i włożyłam do płaskiej paletki magnetycznej (Inglot), bo w opcji travel size bardzo niewygodnie wkładało mi się do tego małego kartonika o wysokich brzegach większych rozmiarów pędzel do bronzera. Musiałam specjalnie celować i bardzo uważać na to, co robię, a ja nie lubię utrudniać sobie życia. A tak, po zdepotowaniu, zużyłam produkt do cna.

Kosmetyk nie jest ani za suchy, ani za kremowy. Bardzo dobrze nanosi się na pędzel i z niego na skórę. Aplikuje się równomiernie i jest trwały - na moich tłustych policzkach widzę go od rana do wieczora. Nie wyciera się i nie znika, nie zostawia brzydkich plam. Ma ładne, satynowo-matowe wykończenie.


Kolor produktu jest ciepły, herbatnikowy, ale nie pomarańczowy. Raczej do ocieplania sobie twarzy, a nie konturowania.

Nie mam większych zastrzeżeń do Hooli. Sięgałam po ten bronzer bez oporów, choć kolorystycznie Laguna z Narsa (klik) bardziej mi podeszła. Mam jeszcze w toaletce dwa inne bronzery, więc na przyszłe lata jestem ustawiona ;)

niedziela, 10 czerwca 2018

Benefit, róż Galifornia

Kiedy Benefit wyszedł z Galifornią, naoglądałam się mnóstwa cudownych zdjęć na Waszych blogach. I w pewnym momencie poczułam nieodpartą pokusę wypróbowania go na sobie. Ponieważ jednak nie narzekam na brak różów w kosmetyczce, kupiłam w Sephorze format podróżny (85 zł/4 g), który mieszka w równie cudnym pudełeczku, co standardowa wersja, ale nie ma na nim tego pięknego słonecznego tłoczenia.


Opakowanie, jak to u Benefitu, jest tekturowe, zawiera małe lusterko oraz moim zdaniem kompletnie bezużyteczny pędzelek. Albo tylko ja nie potrafię się nim umalować. 

Pracuje się z tym różem wyśmienicie. Jest jedwabisty w dotyku, dobrze ale nie przesadnie napigmentowany, nie robi plam, pięknie się rozciera i jest naprawdę trwały. Na mojej tłustej cerze potrafi przetrwać w stanie "do ludzi" nawet przez dwanaście godzin, a to naprawdę spory wyczyn.

Odcień Galifornia to matowa brzoskwinia ze srebrnymi mikrodrobinkami, których nie widać na skórze.


I wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że nie jest to kolor dla mnie. Nie pasuje do mojego chłodnego odcienia skóry i włosów, i gryzie się z rumieniem i  naczynkami. Niestety muszę temu pięknotkowi znaleźć inny dom. Mnie pasują bardziej różowe, różane i brązowawe blushery. Te wpadające w pomarańcz i brzoskwinię muszę sobie darować, bo nie wyglądam i nie czuję się w nich optymalnie.

czwartek, 28 maja 2015

Dwa drogie przecietniaki: Clinique long last glosswear SPF 15 (10 Air Kiss) oraz Benefit Ultra Plush Lip Gloss (Dandelion)

Może jestem z góry uprzedzona, gdyż od błyszczyków wolę pomadki. Zdecydowanie. Z drugiej strony nie uciekam od nich całkowicie, więc posiadałam tego typu produktów w swojej kosmetycznej karierze dość sporo i mam porównanie między różnymi markami. Porównanie, które w moich oczach wychodzi na niekorzyść przedstawianych dzisiaj dwóch produktów. Postanowiłam opisać je w jednym poście, bo to ta sama półka i oba można znaleźć w polskich Sephorach. Ja na szczęście mam je w postaci miniaturek, które były dołączone do brytyjskich magazynów. Nie zapłaciłabym za nie tyle, ile sobie wołają producenci. Ba! W ogóle nie mam ochoty na zakup pełnowymiarowych opakowań...


Od opakowań też sobie zacznijmy. Kosmetyk Benefitu zapakowano w tubkę z dziurką do dozowania produktu, a w przypadku Clinique mamy do czynienia z klasyczną tubką z gąbkowym aplikatorem. Osobiście zdecydowanie wolę to drugie rozwiązanie. Nigdy nie lubiłam tubeczek; zdarza mi się wycisnąć za dużo kosmetyku do jednej aplikacji, a kilka razy w przeszłości zdarzyło mi się też odłamać dziubek od reszty tubki, co kończyło się tym, że błyszczyk nadawał się tylko do kosza. A poza tym takie tubki kojarzą mi się z błyszczykami dla nastolatek, którą ja od lat kilkunastu już nie jestem...

Przejdźmy do kwestii zapachu. Błyszczyk Clinique go nie posiada, podczas gdy kosmetyk Benefit chce pachnieć owocowo. Nie mam większych zastrzeżeń w ani jednym, ani drugim przypadku.

Jeśli chodzi o konsystencję, błyszczyk Benefit ma komfortową, lekką, nawilżającą formułę. Kosmetyk Clinique zaś to gęsty klejuch.

Mimo iż oba produkty na swatchach różnią się kolorem (Clinique to blady róż, a Benefit - łosoś), to na ustach wypadają bardzo podobnie. Raz, że oba są półtransparentne i prawie nie dają krycia; dwa - oba zawierają drobniutki srebrny shimmer.

Trwałość w ani jednym, ani drugim przypadku nie jest imponująca. Błyszczyk Benefit znika z moich ust po około godzinie; klejuch z Clinique - maksymalnie po dwóch. Bez jedzenia i picia oczywiście. Konsumpcja wszelaka kończy się konsumpcją kosmetyków.


Klejuch Clinique wygląda ładnie, to fakt, ale nie zapłaciłabym 89 zł za 6 ml. To chyba jakiś żart.


Z kolei tutaj zapłacimy 75 zł za 15 ml. Większa pojemność za niższą cenę, ale i tak bym tyle nie zapłaciła.

wtorek, 19 marca 2013

Benefit, Bad Gal Lash

Miniatura tuszu o pojemności 4 g była dołączona do jakiegoś brytyjskiego magazynu. Maskary używam od początku lutego, więc chyba nic nowego w produkcie już nie odkryję ;)



Tusz od samego otwarcia miał raczej suchą konsystencję. Obawiałam się, że przez to będzie szybko wysychać, ale na razie jego konsystencja się nie zmieniła i maskara się w żaden sposób nie starzeje.

Szczoteczka należy do klasycznych i jest bardzo duża. Jak wiecie, ja dużych szczot nie lubię, ale z tą dobrze mi się współpracuje. Myślę, że to dzięki suchej konsystencji produktu właśnie. W każdym razie nie brudzę sobie swojej opadającej powieki malując rzęsy (moja zmora, kiedy tusz ma wielgachną szczotę), więc jest dobrze. Dolne rzęsy również całkiem łatwo jest kosmetykiem podkreślić.

Czerń jest ładna. Może nie smolista, ale wyraźna. Maskara nie rozmazuje się ani nie osypuje.

Ja na swoich mizernych rzęsach uzyskuję zadowalające efekty. Firanki są widoczne. Tusz je nieco wydłuża, nieco pogrubia, bardzo ładnie podkręca, dobrze rozdziela. Nie mam temu produktowi nic do zarzucenia. No może poza ceną, ale Benefit to wyższa półka ;)


wtorek, 12 lutego 2013

Benefit, Bene Tint, rose-tinted lip&cheek stain

Nutka na dziś:


 ***

Miniaturka bene tintu była jakiś czas temu dołączona do któregoś z brytyjskich magazynów.


Bene tint jest jednym z kultowych produktów marki Benefit. Zapoznałam się z nim trochę (jak widać, zużyłam ok. 1/4 miniatury) i rozumiem jego legendę, choć ja osobiście się w tym produkcie nie zakochałam. Dlaczego? Zaraz wyjaśnię :)

Zacznijmy od pozytywów. Płyn ma dość intensywny kolor w pojemniczku, ale po roztarciu daje na skórze przepiękny, świeży, delikatny rumieniec. Produkt ma różany zapach, ale aromat nie jest intensywny.

Bene tint jest niesamowicie trwały. Jeśli podkład nie schodzi Wam z policzków w ciągu dnia, tintu nic nie ruszy. Produkt wgryza się w skórę i dopiero proces demakijażu robi na nim wrażenie.

Sprawdźmy: ładny kolor, przyjemny, nienachalny zapach, nienaganna trwałość - skąd brak mojego entuzjazmu? Spieszę z wyjaśnieniem. Po pierwsze, nie odpowiada mi aplikator-pędzelek. Nie wiem naprawdę, do czego miałby służyć, bo rozprowadzić produktu się nim nie da. Ja nabierałam trochę produktu na wierzch dłoni i stamtąd paluszkiem na lico. Po drugie, bene tint bardzo szybko zasycha, trzeba więc spieszyć się z rozcieraniem. Po trzecie - tak jak rozetrzesz, tak jest. Nałożyłaś produkt za wysoko/nisko? Trudno, nie da się już tego jak poprawić. Po czwarte i ostatnie, tint oczywiście wżera się podczas aplikacji w palce i zostaje na nich długie godziny...

No i cóż, wyżej opisane cechy produktu sprawiły, że nie pałałam entuzjazmem do częstego sięgania po to cudo, nawet jeśli potrafił dawać naprawdę ładny, świeży efekt na policzku. Dlatego produkt jest już w drodze do nowego domku :]

Na usta bene tintu nie nakładałam. Mam jakąś awersję do produktów, których zadaniem jest wżeranie się w skórę warg. Zwykle podkreślają niedoskonałości i wysuszają. Nie wiem, czy bene też - nie miałam ochoty tego sprawdzać :]

sobota, 11 sierpnia 2012

Lancome teint miracle, Benefit Hello Flawless, Lioele Dollish Veil Vita BB, Revlon Colorstay: subiektywny przegląd

Każda z nas ma konkretne wymagania wobec podkładu. Ja, na przykład, jako posiadaczka cery tłustej i naczynkowej poszukuję podkładów przynajmniej średniokryjących, co by zatuszować różowość policzków i nosa oraz pryszcze. Poza tym szukam podkładu, który zmatuje mnie na kilka godzin. Mimo krycia podkład nie ma dawać efektu maski. Poza tym nie ma się utleniać ani mnie świnkować. Jestem dość różowa i bez tego. 

Poszukiwania KWC w tej dziedzinie trwają, choć jest taki jeden produkt - krem BB - który szczerze pokochałam. Niemniej, wciąż i wciąż testuję różne produkty, co ułatwiają mi odlewki i próbki od Was i ze sklepów. Co jakiś czas będę zamieszczać efekty testów porównując do siebie kilka przypadkowych produktów.

Uwaga. W tym poście bardzo się obnażam. Na zdjęciach widać, że borykam się z wieloma niedoskonałościami - obszarami naczynkowymi, wypryskami, bliznami potrądzikowymi... Nic co ludzkie, nie jest mi obce :P Osoby o słabych nerwach prosi się o opuszczenie strony :)

Dzisiejsze zestawienie powstało w oparciu o odlewki, z których każda wystarczyła mi na przynajmniej tydzień testów. 

No to do dzieła! Zacznijmy od swatchy:



Max Factor, swoją drogą najbardziej różowy, nie bierze udziału w dzisiejszym zestawieniu. Na zdjęciach widać, że podkłady Lancome, Benefit i Revlon wpadają w pożądaną w moim przypadku żółć. Za to duży plus. Krem BB Lioele jest pastelowo-fioletowy, ale po roztarciu ładnie dopasowuje się do koloru skóry.

Przejdźmy do właściwego zestawienia:


1. Lancome Teint Miracle 010

Przed i po:


Moje spostrzeżenia:

  • podkład rozświetlający
  • tuż po aplikacji twarz wygląda naprawdę ładnie, ale (po przypudrowaniu) zaczynam świecić się już po 2-3 godzinach
  • krycie lekkie w stronę średniego
  • po kilku godzinach podkład całkowicie spływa z nosa
  • produkt nie zbiera się w porach
  • nie utlenia się
  • łatwa aplikacja, nie robi plam
  • w ciepłe dni warzy się na twarzy!
  • podczas aplikacji mocno czuć alkohol
Nie, nie, nie. Za szybko się po tym podkładzie świecę, szybko znika z newralgicznych miejsc (nos) i, co najgorsze, warzy się na twarzy. Nie tego oczekiwałam po tej półce cenowej. Porażka.


2. Lioele Dollish Veil Vita BB, Gorgeous Purple

Sporą odlewkę tego bebiszona dostałam od Hexxany :* Przed i po:



Moje spostrzeżenia:
  • krem daje świetne, satynowe wykończenie
  • średnie krycie
  • po przypudrowaniu zaczynam świecić się po około 4 godzinach, co latem jest bardzo dobrym wynikiem
  • nie zbiera się w porach
  • nie utlenia się
  • tuż po aplikacji bieli twarz, ale po kilku minutach idealnie dostosowuje się do jej kolorytu
  • ładnie pachnie
Bardzo, bardzo fajny produkt. Lubię, choć to jego zielonego brata kocham szczerą miłością, ponieważ genialnie ujednolica moją cerę i matuje skórę na kilka godzin. Lioele Dollish Veil Vita to jedyne kremy BB, które się u mnie sprawdziły.


3. Benefit Hello Flawless Oxygen WOW! ivory

Przed i po:


Moje spostrzeżenia:
  • podkład daje satynowe wykończenie
  • średnie krycie
  • po przypudrowaniu zaczynam świecić się po około 3-4 godzinach
  • nie zbiera się w porach
  • nie utlenia się
  • okropnie pachnie - jakby gumą?
W zasadzie podkład się u mnie sprawdza, ale... wolę od niego Healthy Mix od Bourjois, który dodatkowo jest tańszy :)


4. Revlon Colorstay sand beige

Tego też dostałam od Hexx :) Przed i po:


Moje spostrzeżenia:
  • ładne, matowe wykończenie
  • średnie krycie
  • po przypudrowaniu zaczynam świecić się po około 4 godzinach
  • nie włazi w pory
  • nie utlenia się
Sand Beige to nie mój odcień (Buff jest dla mnie lepszy), ale sam podkład jest jak najbardziej w porządku. Jakiś czas temu byłam zawiedziona jego poziomem krycia, bo spodziewałam się czegoś więcej, ale podkład się sprawdza, a od czego mam korektor?

***
Znacie któryś z tych produktów? Jak Wasze wrażenia?

czwartek, 17 maja 2012

O moich rozświetlaczach słów kilka

 Z pozdrowieniami dla Hexxany :)

Przygotowałam dla Was zestawienie swoich rozświetlaczy. Nie uwzględnia ono meteorytów od KoraLik, ponieważ jeszcze ich nie przetestowałam.

W zestawieniu wystąpi pięć rozświetlaczy - dwa w płynie i trzy w kamieniu. Cztery spośród nich dostałam od koleżanek-blogerek :) Oto cała ferajna:


  • Essence, Vampire's Love shimmer powder z mojego pierwszego BlogBoxa
  • Essence, fairytale shimmer powder od Urban
  • Physicians Formula, Happy Booster, Glow & Mood Boosting Powder od Urban
  • próbka high beam Benefitu, która była dołączona do któregoś brytyjskiego "Glamour"
  • ELF, highlighter od Urban


Napiszę kilka słów o każdym z nich. Kolejność nieprzypadkowa - od najmniej do najbardziej lubianego :)



1. Essence fairytale shimmer powder.

Kolor beżowy, ciepły. Efekt rozświetlenia opiera się na drobinach brokatu (baza pudru jest matowa), które widać na skórze przez 7-8 godzin. Na szczęście nie przemieszczają się po całej twarzy.


2. Essence Vampire's Love shimmer powder.

Kolor piaskowy, ciepły. Tu również efekt rozświetlenia opiera się na drobinkach brokatu, ale jest on drobniej zmielony i jest go więcej niż w rozświetlaczu fairytale. Jest również nieco trwalszy od niego - widzę go na skórze przez 8-9 godzin.


3. Elf Highlighter.

Jak widać na zdjęciach, jest to kosmetyk 2 w 1. Z jednej strony mamy korektor pod oczy, z drugiej - rozświetlacz. Nakładam go palcami lub języczkowym pędzlem do podkładu. Ma chłodny odcień, daje ładny efekt zmrożonej tafli, ale nie rzuca się za bardzo w oczy. Nadaje się na dzień (pasuje do makijażu w chłodnej kolorystyce). Na mojej skórze widzę go przez 8-9 godzin.


4. Physicians Formula Happy Booster Glow & Mood Boosting Powder. 

Według producenta puder można stosować na całą twarz - ma ją ładnie rozświetlać. Raz spróbowałam; w świetle dziennym twarz rzeczywiście wyglądała świetnie, ale w świetle sztucznym świeciłam się jak kula dyskotekowa. Produkt zawiera w sobie mnóstwo drobno zmielonych, rozświetlających drobinek. Bardzo ładnie wygląda na szczytach kości policzkowych. Ma beżowy, ciepły odcień - to mój ulubiony rozświetlacz na co dzień. Widzę go na skórze przez 9-10 godzin.


5. High Beam Benefitu.

Jest różowawy, chłodny. Daje przepiękny efekt tafli i trzyma się na skórze aż do demakijażu. Stosuję go na specjalne okazje :)


Swatche:




To by było na tyle :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...