Ponieważ swoich brwi nie muszę specjalnie zagęszczać, lubię barwione maskary, które potrafią w dwie sekundy załatwić mi ich makijaż. Jako średnia, chłodna blondynka nie celuję w najciemniejsze kolory, dlatego stając przed szafą Essence na szybcika chwyciłam najjaśniejszą, zdaję się, wersje maskary make me brow. I jakkolwiek produktowi nie mam wiele do zarzucenia, to z kolorem niestety nienajlepiej trafiłam....
Pomińmy rzucającą się chamsko w oczy "inspirację" propozycją Benefitu (nie lubię takich praktyk).
Essence zakmnęło maskarę w małej tubce korespondującej z odcieniem produktu. Szczoteczka jest klasyczna, mała i precyzyjna; bardzo wygodna. W formule kosmetyku ujęto dodatkowe włoski, ale u siebie nie zauważyłam, żeby brwi były bardziej zagęszczone.
Po aplikacji tusz trzyma moje włoski na miejscu przez cały dzień i nie ulatnia się z nich do demakijażu. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń.
Pomijając fakt, że kosmetyk mógłby być chłodniejszy, to w moim przypadku odcień 01 okazał się po prostu za jasny. Na powyższym zdjęciu brew z prawej jest "goła", a brew z lewej pociągnięta produktem Essence (który z jakiegoś niewiadomego mi powodu nie chciał osiąść się na samym początku brwi w dniu, w którym zrobiłam fotkę). Różnica jest niewielka. Owszem, maskara mi wystarcza przy delikatnym makijażu, ale jeśli mocniej podkreślam oko, muszę dodatkowo przyciemnić brwi czymś innym, a przez to nie oszczędzam już cennych sekund.
Nie jest to zły kosmetyk, ale na razie do zachwytów mi daleko. Muszę kiedyś tam (umówmy się, że w mojej toaletce produktów do brwi nie brakuje) wypróbować ciemniejszy wariant, co pozwoli mi wyrobić sobie ostateczną opinię na temat tego produktu.
Aha, pojawiały się głosy, że odcień 01 potrafi na brwiach utlenić się do fioletu. U mnie nic takiego nie miało miejsca...

















































