Hexxana, jakiś czas temu przedstawiała na swoim blogu dwa podkłady Pharmaceris (klik). Poprosiłam przy tamtej okazji Asię o odlewki, bo chciałam sprawdzić, jak te produkty zachowałyby się na mojej wciąż tłustej, trzydziestoletniej cerze. Zamiast odlewek dostałam prawie pełne opakowania (szalona kobieto :*)! Po początkowej inspekcji okazało się, że najjaśniejsze odcienie są dla mnie za ciemne, więc zrobiłam sobie solidne odlewki do testów, a resztę podesłałam koleżance o ciemniejszej karnacji. Dzisiaj podsumuję spotkanie z fluidami Pharmaceris.
Daleko mi do zachwytów.
Zacznijmy jednak pozytywnie. Opakowania kosmetyków może i nie cieszą specjalnie oka, ale są higieniczne, lekkie i funkcjonalne. Mazidła wydobywamy za pomocą sprawnie działających pompek.
Listę zarzutów mam jednak dłuższą... Najbardziej oczywisty to oczywiście odcienie. Bo ja znam wieeele Polek (sama zresztą się do tej grupy zaliczam), dla których widoczne wyżej najjaśniejsze kolory byłyby za ciemne. Zwłaszcza fluid matujący jest ciemny i żółty, i robił mi na twarzy kurczaka. Byłam zmuszona mieszać go z białym podkładem. Fluid ochronno-korygujący wypadał na twarzy jaśniej i aż tak nie odznaczał się od szyi.
Oba podkłady mają gęstą, ciężką konsystencję. Nakładane palcami i pędzlem robiły mi na twarzy maskę widoczną z kilometra, osiadały na meszku, właziły w pory i generalnie na pewno nie upiększały. Dużo lepiej wyglądały zaaplikowane Beauty Blenderem.
Oba mają dość lekkie krycie, którego niestety nie mogłam budować. Moja skóra tolerowała niewielkie ilości podkładów; jeśli nałożyłam za dużo mililitrów na twarz bądź próbowałam budować krycie przez dokładanie warstw, nawet po przypudrowaniu wszystko szybko zaczynało spływać i ciastkować się.
A oto kurczak, który się ze mnie robił po aplikacji fluidu matującego:
Chwilę po wklepaniu podkładu jajkiem twarz miała całkiem ładne, satynowe wykończenie, ale nie trwało to długo. Moja skóra szybko zaczynała produkować sebum pod tym fluidem i już po trzech, góra czterech godzinach świeciłam się jak córa króla smalcu. Oczywiście po przypudrowaniu. Po kolejnej godzinie-dwóch podkład zaczynał się miejscami ciastkować, warzyć i włazić w pory. Nic przyjemnego...
Flud ochronno-korygujący wyglądał i zachowywał się na mojej twarzy nieco lepiej:
Już mnie tak bardzo nie zażółcał i miał ładne, satynowe wykończenie. Tutaj też po czterech godzinach skóra była gotowa na bibułki matujące, ale sebum było mniej niż w przypadku wyżej opisanego kolegi. Ten zawodnik nie miał tendencji do warzenia się, ciastkowania czy zbierania w porach, więc okazał się lepszy od wersji matującej, ale też nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała do niego wrócić. A poza tym podejrzewam go o zapychanie, bo za każdym razem kiedy sięgałam po niego przez 3-4 dni pod rząd, witałam na twarzy nowe bomby (co też widać na zdjęciach). Dodam, że od lat stosuję kilkuetapowy demakijaż, więc nie była to kwestia niedoczyszczenia przeze mnie skóry.
Jestem na nie. Mam nadzieję, że Justyna jest bardziej ode mnie zadowolona...
Znacie? Macie lepsze od moich doświadczenia z tymi fuidami?



