Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą buble. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 stycznia 2019

Kosmetyczne rozczarowania 2018 roku.

To, co dla mnie jest bublem/rozczarowaniem, może być Twoim hitem. Takie zestawienia są baaardzo subiektywne, więc nie bijcie ;)

Swoją drogą tego posta piszę od tygodnia i cały czas coś staje mi na przeszkodzie. Obawiam się, że jakakolwiek regularność z mojej strony to marzenia ściętej głowy.

A przechodząc do rozczarowań (pełne recenzje podlinkowane), są to:

1. Astor, perfect stay concealer 24  hr (klik), bo był dla mnie za jasny, za żółty, za mało kryjący, nie rozświetlał i nie wtapiał się w skórę, a raczej na niej "siedział".



2. Olay, Regenerist, CC Complexion Corrector (klik), bo przyciemniał mi odcień cery, nie dawał żadnego krycia, bardzo szybko się po nim wyświecałam, nie spełniał obietnic producenta (nawilżanie, redukcja przebarwień) i  miał naprawdę niską ochronę przeciwsłoneczną.



3. Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy (klik), bo ze względu na konieczność masażu był bardzo upierdliwy w stosowaniu, miał nieprzyjemnie tłustą konsystencję, i praktycznie nie złuszczał, a jedynie sprawiał, że skóra była miła w dotyku. W czasie jego królowania w mojej łazience cera zanieczyszczała mi się mega szybko i mega łatwo.



4. IOSSI, serum dla cery z problemami, trądzikowej krwawnik i tamanu (klik), bo ma bardzo nieprzyjemny zapach olejku tamanu i podczas kuracji cały czas borykałam się z wysypami niedoskonałości, przy czym produkt nie pomagał na powypryskowe blizny w najmniejszym stopniu.



5. Bandi, antirouge, peeling kwasowy na naczynka 10% kwas laktobionowy, glukonaloktan (klik), bo zapowiadał się na hit, a zupełnie przestał działać na moją skórę po zużyciu 1/3 zawartości buteleczki.




6. Ava, aktywator młodości, witamina C z acerolą (klik), bo nie działał jak inne znane mi sera z witaminą C, czyli nie rozświetlał skóry, nie rozjaśniał blizn powypryskowych, nie wygładzał naskórka - słowem, nie robił nic ciekawego.




7. Dr Lewin's, line smoothing complex, triple action day defence (klik), bo na mojej skórze ten nowoczesny kosmetyk nie robił nic. Ba, do tej pory ciężko mi orzec, jakie właściwie było jego przeznaczenie.



8. Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów (klik), bo miały nieznośny zapach najtańszego cytrusowego środka do czyszczenia toalet z nutką uryny; bo szampon powodował u mnie oklap, a odżywka nie robiła na włosach dosłownie nic.





9. Evree, deep moisture, głeboko nawilżający krem do rąk do bardzo suchej i szorstkiej skóry (klik), bo wbrew nazwie na moich dłoniach nie robił żadnego wrażenia, nie nawilżał nawet na kilka minut.




10. Organique, SPA & Wellness, terapia wyszczuplająca kawa, serum do ciała (klik), bo miał bardzo obiecujące właściwości, a skończył mi się dosłownie po dziesięciu oszczędnych aplikacjach :(



Znacie któryś z tych gagatków? Czy Wasze odczucia pokrywają się z moimi, czy też są pozytywne i zaskoczyłam Was swoimi wyborami?

piątek, 26 stycznia 2018

Rozczarowania i buble 2017 roku - pielęgnacja.

Nie tylko opisana post wcześniej kolorówka zaszła mi w ubiegłym roku za skórę. Niestety napatoczyłam się również na kilka pielęgnacyjnych rozczarowań.

Garnier, Micellar Oil-infused Cleansing Water (klik)


No dobrze, nie jest to w moich oczach totalny bubel. Nie podrażniał skóry ani oczu i coś tam w niewielkim stopniu robił. Niestety nie potrafiłam go polubić. Po pierwsze, fazy niesamowicie szybko się rozdzielały i trzeba było się porządnie butelką natrząchać podczas całego procesu demakijażu. Po drugie, wspomniany proces nie był ani szybki, ani przyjemny, bo z demakijażem niewodoodpornego makijażu produkt radził sobie kiepsko i trwało to całe wieki. Tak jak z różowym Garnierem po 2-3 wacikach jest po sprawie, tak tutaj zużywałam ich ze trzy razy więcej, a i tak nie czułam, żeby wszystko było usunięte w 100%.
AA, Oil Infusion 30+, krem pod oczy; Lanocreme, Extra Firming Eye Gel with manuka honey (klik


Propozycja Lanocreme ma postać mętnego żelu o intensywnym miodowym zapachu. Opakowanie z pompką jest stylowe, wygodne i higieniczne. Producent chwali się zawartością ekstraktu z owocu kiwi, kolagenu, oleju arganowego, miodu manuka i aloesu, co ma stanowić niezwykle odżywczą, łagodzącą i ujędrniającą mieszankę. Niestety u siebie żadnego z tych pożądanych efektów nie dostrzegłam. Wręcz nie mogłam stosować kosmetyku solo, bo na noc był zdecydowanie za mało odżywczy, a na dzień za mało nawilżający i już po kilku godzinach czułam jak cienka i delikatna skóra pod oczami odwadnia się, wysycha i ściąga. 



Krem AA zapakowano w typową tubkę z dziubkiem. Ma postać białej, gęstawej emulsji i jest bezzapachowy. Dałam mu szansę ze względu na ciekawe składniki aktywne, m. in. masło shea, olej marula, pantenol, olej arganowy, alantoinę, olej z ostropestu plamistego, olej z ogórecznika, czy skwalan. Chciałam zobaczyć u siebie obiecaną metamorfozę; skórę "głądką, nawilżoną i pełną blasku". Nic z tego. Krem okazał się w moim przypadku zwykłym, podstawowym nawilżaczem. Nadawał się pod makijaż, a na noc łączyłam go z opisanym wyżej żelem. Dzięki temu zabiegowi skóra mi się w nocy nie odwadniała, ale na żadne zachwycające rezulaty nie mogłam liczyć. 


Stara Mydlarnia, organic garden, wzmacniający szampon (klik)


Szampon ma postać bezbarwnego żelu o dziwnym, ni to lawendowym, ni ziołowym, ni kwiatowym zapachu. Spienia się dość słabo, a piana nie należy do zbitych i obfitych. Kosmetyk zapakowano w butelkę ze sprawnie działającą pompką. Co mi się jednak nie do końca spodobało to fakt,  że na zużycie 500 ml producent dał nam tylko 3 miesiące. Normalnie myjąc włosy co drugi dzień raczej bym się w tym czasie nie wyrobiła, gdyby nie fakt, że do umycia włosów potrzebowałam sporej ilości szamponu - tak słabo się pienił. Jeśli zaś o działanie chodzi, daleko mi do zachwytów. Włosy po umyciu tym specyfikiem szybko zaczynały tracić świeżość, były oklapnięte i brakowało im jakiekolwiek lekkości czy objętości. Żadnego wpływu kosmetyku na ich wzmocnienie nie odnotowałam. Żadna z obietnic producenta nie została spełniona.
 Vianek, krem do rąk nawilżający (klik)


Producent zapakował swój wyrób do typowej tubki z zamknięciem na zatrzask. Moim zdaniem jednak nie jest to najlepsze rozwiązanie w tym konkretnym przypadku, gdyż kosmetyk ma tak wodnistą konsystencję, że po otwarciu klapki po prostu się z tej tubki niekontrolowanie wylewa. W tym przypadku najlepiej sprawdziłoby się opakowanie z pompką. Kosmetyk przyjemnie pachnie i dość szybko się wchłania. Bazuje na wodzie, ale oprócz niej w jego składzie znajdziemy m. in. olej sojowy, mocznik, masło shea, ekstrakt z robinii akacjowej, olej z kiełków pszenicy oraz pantenol. Substancji odżwyczo-nawilżająco-natłuszczająco-regenerujących zatem nie brakuje, aż dziwne więc, że kosmetyk na skórze moich dłoni nie robił wrażenia. Co prawda w czasie testowania kosmetyku przedstawiała ona obraz nędzy i rozpaczy - egzema, suche, szorstkie placki, mniejsze i większe pęknięcia, które nie chciały się goić; tego typu sprawy. Niestety w tak ekstremalnym przypadku krem zupełnie sobie nie radził, a nawet doraźną ulgę dawał na krótko, dosłownie 10-15 minut.
Eveline, Argan & Vanilla, luksusowy krem-serum do rąk i paznokci (klik


Krem ma postać słomkowej w odcieniu emulsji i dość szybko się wchłania. I w moim ciężkim przypadku nie spełnił ani jednej obietnicy producenta. Na pewno nie nawilżał i nie odżywiał na dłużej niż pół godziny, tym bardziej nie intensywnie, wygładzał na kilka sekund, nie redukował szorstkości w najmniejszym nawet stopniu, nie robił najmniejszego wrażenia na skórkach ani paznokciach, nie radził sobie z przebarwieniami ani troszeczkę.... Po prostu doraźnie znosił uczucie ściągniętej, zbyt małej skóry na krótki okres czasu. I tyle. Eveline ma w ofercie dużo skuteczniejsze produkty do pielęgnacji dłoni.
Vis Plantis, Helix Vital Care, krem do rąk i paznokci nawilżający (klik


Jak na tak dużą ilość parafiny i wazeliny w składzie ta biała emulsja zaskakuje lekką i szybko wchłaniającą się konsystencją (u mnie nie zostawiała żadnego filmu). Zapach ma cytrusowy, mocno kojarzący się z chemią gospodarczą. Krem, stosowany przeze mnie kilka-kilkanaście razy dziennie, nie spełnił w moim przypadku żadnych obietnic producenta. Nie nawilżał, koił na kilka minut, nie działał na skórki ani paznokcie, nie przyniósł żadnych efektów długofalowych. Mogłam co najwyżej liczyć na doraźne, chwilowe zniesienie uczucia ściągnięcia skóry. Mając na uwadze skład (a nie obietnice producenta), jestem zaskoczona. Zgodnie z moimi dotychczasowymi doświadczeniami produkt powinien stać się nowym odkryciem. A tu zonk.
Lirene, Vital Code, ujędrniający witaminowy olejek oraz wygładzający multi olejek (klik)

Olejki zapakowano w plastikowe butelki z atomizerem. Taki sposób aplikacji oprócz ciała natłuszczał wszystko naokoło (więc jeśli macie jakieś mordercze plany w stosunku do osób, z którymi dzielicie łazienkę, polecam niesprzątanie wanny/brodzika po kąpieli; o niewinnie wyglądające pośliźniecie baaardzo łatwo), a z samych flaszek w krótkim czasie zaczynały schodzić etykiety. Butelczyny schowane były w kolorowych kartonikach z opisem wielu obietnic, z których żadne się nie spełniły. Przyciągająca wzrok szata graficzna przede wszystkim; kto by się tam przejmował działaniem (a raczej jego brakiem)? Poszczegolne wersje różniły się zapachem, ale żaden z nich nie był szczególnie charakterystyczny. Ot, aromaty "kosmetyczne". Ten z zieloną etykietą był bardziej świeży, cytrusowy, ten z czerwoną - kwiatowy. Co do składów; skóra by chyba bardziej skorzystała, gdyby wyrzucić z nich parafinę (choć do ciała nie demonizuję, ale wolę unikać) i znoszące uczucie tłustości silikony. Może wtedy działanie pielęgnacyjne byłoby na wyższym poziomie? Nie wiem, nie znam się, ale z doświadczenia wiem, że moja osobista zewnętrzna powłoka bardzo dobrze reaguje na olejowe mieszanki bez tych dodatków. Poza tym kiedy sięgam po olejek, nie zależy mi, żeby był "suchy". Miałam ich kilka i.... Suche olejki na mnie działają tylko doraźnie i na krótko, więc bez sensu takie smarowanie. U mnie oba olejki Lirene działały tak samo, czyli nijak. Po aplikacji skóra była nawilżona może do godziny. Żadnego długofalowego działania; długotrwałej ulgi. Co z tego, że ubrania nie lepiły się do ciała; można stworzyć skuteczniejsze, relatywnie nietłuste mieszanki olejów. Plus? Nie doszło do wysypu na dekolcie.
Lirene, Antycellulitowy endo-masaż, olejek antycellulitowy plus bańka chińska (klik


Producent zapakował specyfik do plastikowej butelki z nakrętką, a tę, wraz z małą bańką chińską, wrzucił do wściekle zielonego kartonika, który trudno przeoczyć na drogeryjnej półce. Gwoli sprawiedliwości przyznam, że olejek miał ładny, cytrusowo-skłodkawy zapach, a ponieważ było go tylko 100 ml to, na szczęście, nie był wydajny. I tu kończą się zalety. Powiedzmy sobie szczerze: sam olejek nie ma w składzie zbyt wielu substancji uznawanych za skuteczne w walce z cellu. Wnioskuję zatem, że w tym przypadku całą dobrą robotę miała odwalać bańka chińska znana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów na walkę z pomarańczową skórką, o ile jest to walka systematyczna. No i może miałoby to sens, gdyby olejek był tłustszy niż jest. Bo tutaj zastosowano formułę suchego olejku, który bardzo szybko się wchłania i NIE DAJE POŚLIZGU POTRZEBNEGO NA KILKUMINUTOWY MASAŻ BAŃKĄ. Paranoja po prostu. Produkt nie spełnia swojego najbardziej podstawowego zadania. Nie wspominając już, że jest tak lekki, iż nie ma nawet właściowości nawilżająco-natłuszczających. Ostateczenie do masażu musiałam stosować inną oliwkę, a olejkiem smarowałam się po kąpieli jedynie po to, żeby dowilżyć skórę i nawet w tej roli się nie spełnił. Dwa-trzy dni pod rząd stosowania samego tylko olejku bez dodatkowego nawilżacza skutkowało suchymi plackami na skórze ciała. 
Lirene, Antycellulitowa Mezoterapia, remodelator sylwetki, reduktor cellulitu i tkanki tłuszczowej; Wygładzająca Eksfoliacja, antycellulitowe serum o działaniu złuszczającym (klik)

Oba produkty zapakowano w podobne tubki z miękkiego plastiku. Nie ma żadnych problemów z wydobyciem kosmetyków i można zużyć wszystko do ostatniej kropli, bo tubkę łatwo na końcu przeciąć. Mają konsystencję białej, rzadkawej emulsji, która potrzebuje 2-3 minut na wmasowanie w skórę. Nie zostawiają na ciele żadnego tłustego filmu. Obie wersje różnią się zapachem, ale żaden z nich nie jest szczególnie przyjemny; są chemicznie cytrusowe. Jak wiecie, nie znam się na biochemii kosmetycznej, ale rzut moim laickim okiem na składy nie pozostawia złudzeń, że działanie mazideł może zaskoczyć. Prawie nie ma w nich uznanych substancji aktywnych sprawdzających się w walce z cellulitem, jak chociażby kofeina. Opisów, wizualizacji i statystyk mamy na opakowaniach sporo, ale niestety.... Zdaniem mojej skóry to wszystko to bajkopisarstwo. Oczywiście istnieje możliwość, że mam naskórek słonia. Ale ponieważ sera tego typu stosuję dość regularnie wiem, że im więcej w nich składników aktywnych typu algi, kofeina, żeń-szeń, to i lepsze efekty na sobie widzę. Opisywane mazidła Lirene po prostu lekko nawilżały skórę, a dzięki silikonom naskórek był przyjemny w dotyku. I to by było na tyle. Chłodząco-rozgrzewająca czternastodniowa terapia tej samej marki (klik) naprawdę widocznie ujędrnia i napina skórę, więc do niej zdarza mi się wracać; dziś opisywane sera to w porównaniu ze wspomnianą terapią słabizna. Aż dziw, że to ten sam producent.


PS 1. Naprawdę nie uparłam się na nieszczęsne Lirene. Ich kosmetyki mi nie służą i uważam, że jakościowo są daleko w tyle za innymi polskimi markami.

PS 2. Nie wymagam od kosmetyków redukcji cellu. O tego typu produktów chcę jedynie ujędrnienia skóry jako dodatek do ćwiczeń.

środa, 24 stycznia 2018

Rozczarowania i buble 2017 roku - kolorówka.

O kosmetykach, które z różnych powodów się u nas nie sprawdzają, też warto pisać. W idealnym świecie krytyka mogłaby pomóc producentom wprowadzić korzystne zmiany... 

Zwykle robiłam jeden wpis z rozczarowaniami, ale w ubiegłym roku trochę się ich nazbierało, więc pozwoliłam sobie rozbić go na kolorówkę i pielęgnację, bo inaczej wyszedłby niezły tasiemiec.


Podkład.

Ilia, Vivid Foundation, Tularosa (klik


Idealny przykład na to, że nie wszystko, co naturalne, jest dla nas dobre. W składzie podkładu znajdziemy kilka olejów: kokosowy, słonecznikowy, różany, pomarańczowy, żurawinowy; do tego wiele naturalnych ekstraktów. Skład na oko laika jest naprawdę ładny, ale... w praktyce nie okazał się dobry dla mojej tłustej cery. Ze względu na wyraźnie tłustawą konsystenję nie mogłam aplikować podkładu  ani palcami, ani pędzlem, bo bardzo się mi na skórze odznaczał i wyglądał ciężko; po prostu się z nią  nie stapiał. Jedynym słusznym narzędziem okazał się wilgotny Beauty Blender, za pomocą którego udawało mi się nie uzyskać maski (oczywiście mówimy o stosowaniu niewielkich ilości, a nie tynkowaniu twarzy uprawianym przez większość popularnych youtuberów). Nie oznacza to jednak, że twarz wyglądała naturalnie, bo podkład dawał na mnie bardzo mokre, świecące wykończenie, z czym pudry nie do końca sobie radziły. A przypudrować go musiałam, bo inaczej zaczynał mi zjeżdżać ze skóry. Po utrwaleniu bardzo szybko (dosłownie po 2 godzinach) zaczynałam się świecić, jakbym wysmarowała się smalcem, choć bibułki matujące nieco ratowały sytuację. Najgorsze było jednak to, że jeśli sięgałam po ten produkt kilka razy z rzędu, zauważałam wysyp czarnych kropek na brodzie - podkład zanieczyszczał mi pory. Żeby oddać jednak kosmetykowi sprawiedliwość, dobrze służył mi jako dodatkowa warstwa ochronna podczas mroźnych spacerów. I jeszcze jedno: zauważyłam, że czasem zdarzało mu się rozpuszczać korektor pod oczy w miejscu styku. Pierwszy raz spotkałam się z takim dziwacznym zjawiskiem. Podkład dawał bardzo lekkie krycie. Według producenta można było je budować, ale w moim przypadku nie za bardzo miało to sens (wszystko spływało). 
 
 
Pharmaceris, Fluid Matujący Zwężający Pory (01 Ivory) oraz Fluid Ochronno-Korygujący (01 Ivory) (klik


Listę zarzutów wobec tych podkładów mam długą. Najbardziej oczywisty to odcienie. Bo ja znam wieeele Polek (sama zresztą się do tej grupy zaliczam), dla których widoczne wyżej najjaśniejsze kolory byłyby dużo za ciemne. Zwłaszcza fluid matujący jest ciemny i żółty, i robił mi na twarzy kurczaka. Byłam zmuszona mieszać go z białym podkładem. Fluid ochronno-korygujący wypadał na twarzy jaśniej i aż tak nie odznaczał się od szyi. Oba podkłady mają gęstą, ciężką konsystencję. Nakładane palcami i pędzlem robiły mi na twarzy maskę widoczną z kilometra, osiadały na meszku, właziły w pory i generalnie na pewno nie upiększały. Dużo lepiej wyglądały zaaplikowane Beauty Blenderem. Oba mają dość lekkie krycie, którego niestety nie mogłam budować. Moja skóra tolerowała niewielkie ilości podkładów; jeśli nałożyłam za dużo mililitrów na twarz bądź próbowałam budować krycie przez dokładanie warstw, nawet po przypudrowaniu wszystko szybko zaczynało spływać i ciastkować się. W przypadku fluidu matującego chwilę po wklepaniu podkładu jajkiem twarz miała całkiem ładne, satynowe wykończenie, ale nie trwało to długo. Moja skóra szybko zaczynała produkować sebum pod tym fluidem i już po trzech, góra czterech godzinach świeciłam się jak córa króla smalcu. Oczywiście po przypudrowaniu. Po kolejnej godzinie-dwóch podkład zaczynał się miejscami ciastkować, warzyć i włazić w pory. Nic przyjemnego. Flud ochronno-korygujący wyglądał i zachowywał się na mojej twarzy nieco lepiej; już mnie tak bardzo nie zażółcał i miał ładne, satynowe wykończenie. Tutaj też po czterech godzinach skóra była gotowa na bibułki matujące, ale sebum było mniej niż w przypadku wyżej opisanego kolegi. Ten zawodnik nie miał tendencji do warzenia się, ciastkowania czy zbierania w porach, więc okazał się lepszy od wersji matującej, ale też nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała do niego wrócić. A poza tym podejrzewam go o zapychanie, bo za każdym razem kiedy sięgałam po niego przez 3-4 dni pod rząd, witałam na twarzy nowe bomby. Dodam, że od lat stosuję kilkuetapowy demakijaż, więc nie była to kwestia niedoczyszczenia przeze mnie skóry.
 
 
INMND, Beauty Elements, BB Treatment Cream


To ta tubka w środku. Dostałam ten krem od Hexxany i jakoś nie zebrałam się, aby go obsmarować w osobnym poście. Czemu więc nie zrobić by tego teraz? Jest to produkt azjatycki. Zamknięto go w tubce zakończonej dzióbkiem (z opakowania należy go wycisnąć). Ma przyjemnie jasny kolor wpadający w żółte tony i bardzo wodnistą konsystencję. Charakteryzuje się średnim kryciem i oferuje bardzo wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Zdaniem producenta kosmetyk jest podkładem, korektorem pod oczy oraz bazą pod makijaż w jednym, a przy tym także pielęgnuje cerę. Ma wygładzać skórę i minializować widoczność porów, a także dawać naturalne wykończenie. W teorii - bajka. A w praktyce? A w praktyce produkt ten zawiera w sobie coś na kształt pudru (jakby puder w zawiesinie? chodzi o to, że z tubki nie wypływa gładka emulsja, ma w  sobie pudrowe grudki) i daje na twarzy pudrowe wykończenie, czego jako posiadaczka cery tłustej absolutnie bym się nie czepiała, gdyby nie fakt, że ów puder osiada na skórze i meszku a także zbiera się w porach; po prostu odznacza się na twarzy, robi maskę. Poza tym kosmetyk nie tylko matuje, ale wręcz wysusza skórę, więc pod oczy nie nadaje się zupełnie. Żeby poprawić sytuację starałam się eksperymentować mieszając krem BB z kremem nawilżającym, innym lekkim podkładem czy próbując stosować go jako bazę pod minerały. Niestety nic to nie dało.  W pierwszych dwóch przypadkach owszem, ładniej wyglądał na skórze, ale bardzo tracił na trwałości i nawet po przypudrowaniu nie zastygał, przemieszczał się na twarzy, zbierał w liniach, a po kilku godzinach ciastkował się. Jako baza pod minerały bardzo wysuszał cerę a wszystko wyglądało ciężko i nieładnie. Niestety nie dogadałam się z nim. Przy okazji innego wpisu ujęłam aparatem, jak pudrowo i ciężko wyglądał na twarzy:
 
 

Róż.

NARS, róż Orgasm (klik)


Zupełnie się nie spodziewałam zawodu ze strony kultowego kosmetyku-legendy. A jednak. Orgasm to bardzo ładny, rozświetlający róż ze złotym shimmerem. Odcień pasuje do prawie każdego makijażu, ale produkt ten zupełnie nie chce przyklejać się do mojej twarzy bez względu na to jaki podkład (płynny, mineralny) czy puder (o ile w ogóle) użyłam wcześniej. Jeśli chcę, żeby róż był na mnie widoczny, muszę aplikować go zwilżonym Beauty Blenderem a potem delikatnie rozetrzeć pędzlem. Uskuteczniając takie kombinacje muszę jednak liczyć się z faktem, że i tak maksymalnie po 5-6 godzinach różu na mojej skórze nie będzie widać. Najpierw nie chce się do niej przykleić (mimo iż pigmentację ma w porządku), a po zaaplikowaniu sposobem, nie chce się na niej trzymać. 


Maskara.

Maybelline, the falsies Push Up Drama mascara (klik)


Spójrzcie na szczoteczkę. Tak rzadko rozstawione wypustki plus mokrawa formuła kontra krótkie, rzadkie rzęsy - to się nie mogło udać. No i się nie udało. Dodam jeszcze, że na czubku spiralki oczywiście gromadzi się nasz natrętny przyjaciel glutek. Bez chusteczki w podorędziu nie ma co podchodzić. Tyle dobrego, że maskara nie ma raczej tendencji do osypywania i rozmazywania się. Jaki efekt daje szczoteczka z rzadko ułożonymi ząbkami? Nie ma rozdzielenia rzęs, a wręcz przeciwnie - w równych odstępach mamy grupki rzęs sklejonych. Może i wygląda to trochę rockowo, trochę buntowniczo, ale mnie ten efekt się nie podoba. Ja wolę kiedy rzęsy są rozdzielone, pogrubione, wydłużone i podkręcone bez użycia zalotki, a nie zbite w strączki. Naprawdę, lepiej te 38 zł zainwestować w Lash Sensational. I o co chodzi producentowi z tym The Falsies? Tuszem nie da się uzyskać efektu sztucznych rzęs!
 
 
Karaja, maskary Lash Lift Express oraz Lash Design (klik)
 


Wysokopółkowa cena tych maskar jest niestety nieadekwatna do mizernej jakości. Obie maskary oryginalnie zapakowane są w srebrne kartoniki. Aplikatorami oczywiście się różnią, bo mają dawać zupełnie inny efekt. Lash Lift Express ma "zwykłą" spiralkę z nylonowego włosia, podczas gdy w wersji Lash Design mamy do czynienia z silikonowym aplikatorem z krótkimi, rzadko rozstawionymi wypustkami i z rządkiem wypustek dłuższych. Lash Lift Express zapakowano w czarną, tłuściutką tubkę. Aplikatorem operuje się wygodnie. Zadaniem tej maskary jest nadawanie rzęsom objętości oraz podkręcanie ich. U mnie produkt ten dawał po prostu zwykłe poczernienie rzęs; o efekcie podkręcenia bez zalotki (a nie używam) mogłam zapomnieć. Spektakularnej firanki rzęs poprzez dokładanie warstw nie udało mi się za pomocą tego tuszu uzyskać. Co gorsza, po całym dniu noszenia gagatek ten potrafił spłynąć na dolną powiekę i się tam rozmazać. Lash Design natomiast okazał się wręcz bublem. Wypada drożej od Lash Lift Express, bo kosztuje tyle samo za mniejszą pojemność,  a jakościowo jest jeszcze bardziej w tyle za powyżej opisaną maskarą. Aplikatorem bardzo łatwo dziabnąć się w oko i pobrudzić powiekę. Zdarzało mi się to nagminnie. Poza tym za każdym razem po wyjęciu aplikatora ze srebrnej, niesamowicie "palcującej się" tubki, na jego czubku zostawał wielki glut produktu, który byłam zmuszona wycierać w chusteczkę. Z tego powodu kosmetyk skończył się po niecałym miesiącu stosowania. Płakać nie ma jednak za czym. Tusz ten miał wydłużać optycznie rzęsy i to czynił, zabierając im jednocześnie jakąkolwiek objętość. Dodajmy, że czerń była wyblakła i cały makijaż wyglądał smętnie. A do tego po kilku godzinach tusz zaczynał się osypywać, co jest nie do wybaczenia.
 
 
Make Up For Ever, Excessive Lash Arresting Volume Mascara (klik


Na szczęście nie jest to totalny bubel i zalety ma. Od nich więc zacznę. Po pierwsze i najmniej istotne, ma ładne, estetyczne opakowanie. Po drugie, dużo bardziej istotne, szczoteczka, choć dość mała, jest wygodna w używaniu, zwłaszcza przy malowaniu dolnych rzęs (co ja osobiście rzadko robię z racji tego, że dolne rzęsy mi wypadają i robią się w nich "dziury"). Po trzecie, maskara się nie osypuje, nie robi pandy, ani nie rozmazuje - nawet podczas dość intesnywnego płaczu, jak miałam okazję sprawdzić. Po czwarte, czerń jest ładna, niewyblakła. To jednak nie wystarczy, aby podbić moje kosmetycznie wybredne serce. Listę zarzutów zacznę od faktu, że kosmetyk ma bardzo suchą formułę i naprawdę szybko wysycha w opakowaniu. No chyba że tylko samplery tak mają. Niemniej ja swój byłam w stanie używać jedynie przez około 3 tygodnie zanim zrobił się za suchy. Poza tym może i szczoteczką wygodnie się operuje, ale niestety skleja rzęsy i czasem zostawia na nich małe grudki. A efekt? No cóż, dramatycznych rzęs tym produktem nie uzyskamy. Według producenta maskara ma dodać rzęsom objętości, którą łatwo zbudować. Nie u mnie. I to  nawet nie chodzi o to, że moje naturalne rzęsy imponujące nie są, bo po kilkakrotnym malowaniu tuszem są takie same, tylko sklejone i widocznie poczernione. I to wszystko. Naturalny, "dzienny" efekt i nic więcej. 
 
 
Produkty do ust.
 
Golden Rose, Dream Lips Lipliner, 516 (klik)
 
 
Grafit kredki jest bardzo suchy i twardy, przez co mocno drapie podczas aplikacji. Mocną stroną posiadanego przeze mnie liplinera jest żywy odcień ciepłej czerwieni. W swojej pierwotnej roli - konturówki - kosmetyk sprawdza się OK, jeśli już przejdziemy przez proces nieprzyjemnej aplikacji. Trzyma pomadki w ryzach przez kilka godzin. Niestety nie do końca sprawdza się nałożony na całe usta. Po pierwsze, jak już pisałam, aplikacja jest wyjątkowo niekomfortowa. Po drugie, kosmetyk wysusza naskórek. Po trzecie, po około 3 godzinach bez jedzenia i picia zaczyna zjadać się w mało estetyczny sposób - na całej powierzchni warg w przypadkowych miejscach zaczynają robić się prześwity.
 
 
MUA, matowa pomadka w płynie Reckless (klik


Już samo opakowanie pomadki zwraca uwagę - oszroniony plastik wygląda ciekawie, elegancko, inaczej. Aplikator to gąbeczka, którą bardzo wygodnie się operuje. Nie ma drażniącego dla nosa zapachu. Odcień Reckless to piękna, winna czerwień. Nie widać tego na zdjęciu wyżej (odbijające się światło od okna; na zdjęciach poniżej wykończenie jest lepiej oddane), ale wykończenie mazidła to konkretny mat. Przez kilka minut po aplikacji pomadka jest plastyczna, dzięki czemu można z nią popracować, po czym zastyga na mur-beton i jest nie do ruszenia (np. podczas pocierania o siebie wargami). Po zastygnięciu nie ma też najmniejszej nawet lepkości i produkt prawie w ogóle nie odbija się na kubkach. Pomadka oczywiście wysusza usta, więc po całodniowym romansie z nią warto je mocno nawilżyć. Największą wadą kosmetyku jest to, jak się zjada. Oto obraz, jaki za każdym razem widzę w lustrze po trzech godzinach noszenia pomadki nałożonej na czyste, suche usta:

Sposób zjadania BARDZO mi się nie podoba...


Podsumowując, jak widać w 2017 roku nie miałam za wiele szczęścia do podkładów i maskar.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Perfecta, Beauty Mask, koktajlowa maseczka S.O.S. na twarz i pod oczy rozświetlająca

Ta maseczka to jakiś ponury żart. Naprawdę, nie lada bublisko.


Mazidło ma postać białego kremu z mnóstwem grubo zmielonej, złotej miki. Pachnie słodko, kwiatowo. Zawartość saszetki (8 ml) zużyłam na jednorazową aplikację na twarz i szyję. Przez kilka minut po rozprowadzeniu mazidła na buzi odczuwałam lekkie pieczenie skóry.

W założeniu produkt ma się w całości wchłaniać. Producent mówi, żeby maski nie zmywać. Co więcej, ponoć po 15 minutach można wykonać makijaż. Otóż moi drodzy, nie można. Po pierwsze, produkt nie wchłania się całkowicie. Po drugie, na twarzy zostaje brzydka, złota, świecąca warstwa grubo zmielonej miki. Po trzecie, przy próbie dotknięcia twarzy kosmetyk obrzydliwie roluje się pod palcami.

Jeśli chodzi o działanie, czego bajkopisarze nam tu nie obiecują... Maseczka błyskawicznie odświeżająca cerę - chyba w sennych marzeniach. Szybka regeneracja? Nie zauważyłam. Niweluje zmarszczki i oznaki wiotczenia? Nie borykam się z takowymi, ale szczerze wątpię. Silne nawilżenie? Na pewno nie, silnego nawilżenia nie czułam. Co najwyżej duszącą skórę warstewkę. Zdrowy koloryt skóry? A od kiedy zdrowa skóra świeci się na złoto niczym przyprószona brokatem? Natychmiastowe wygładzenie niedoskonałości? Nie. Maskowanie cieni i oznak zmęczenia? Cóż, w końcu jakaś obietnica jest spełniona. Gruba, złota, świecąca na twarzy warstewka na pewno skutecznie odwraca od nich uwagę...

Tfu! Nie polecam!


piątek, 25 stycznia 2013

Buble: The Body Shop, eye definer & MUA, Matte Foundation

Dziś będzie o bublach. Brace Yourselves. Chcę Was przestrzec przed wydaniem cennej mamony na kiepskie kosmetyki...

Zacznijmy od kredek marki The Body Shop - Eye Definer. Miałam wątpliwą przyjemność zapoznania się z nimi dzięki temu, że były dodatkami do jakiegoś brytyjskiego magazynu. Produkt nietani (Ł8) a bardzo, bardzo, bardzo kiepski...

Czy kredki są trwałe? Nie wiem. Czy się rozmazują, kserują, znikają w ciągu dnia? Nie wiem. Dlaczego nie wiem? Bo rysik tych kredek jest tak niemiłosiernie twardy, że prędzej da się tym produktem wydłubać sobie oko niż zrobić kreskę. I nie zależy to od koloru, bo i ta mizerna, blada czerń, i granat mają identyczne właściwości. Nawet do zrobienia słoczy musiałam tak kredki docisnąć do dłoni, że przez jakiś czas bolała mnie kość... A na brytyjskiej stronie TBS kredki oznaczone są jako best seller. Jakiś ponury żart...



To teraz przejdźmy do kolejnego bubelka, jakim jest taniutki (Ł2/30 ml) podkład brytyjskiej marki MUA, który jako ciekawostkę podesłała mi Hexxana :*


Porównałam posiadany odcień (shade 1) z podkładami Bourjois HM Serum (odcień 51), Avon Extra Lasting (odcień Shell) i Max Factor Smooth Effect (odcień Natural 50). Jedną z nielicznych zalet podkładu MUA jest ładny, jasny odcień wpadający w żółć. Produkt nie ma różowych podtonów. Do tego zapewnia średnie krycie. Dalej jest już tylko gorzej...

Po pierwsze i najważniejsze, skład podkładu jest tragiczny. Na samym początku mamy kilka bardzo komedogennych substancji. Po dwóch próbach na szczęście mnie nie wysypało, ale podświadomie cały czas się tego bałam. Poza tym może i jestem laikiem w kontekście składów, ale nie chcę wcierać w twarz oleju mineralnego, wazeliny, czy DMDM Hydantoiny. 

Podkład ma postać prawie-musu. Typowym musem nie jest, ale płynnym też nie można go nazwać. Ze względu na te wszystkie tłuste substancje z początku składu produkt w dotyku jest nieprzyjemnie tłusty (nakładałam go palcami). Dość dobrze stapia się z cerą, nie robi odcinającej się od skóry maski, ale po nałożeniu czuć na twarzy tłustą, ciężką warstewkę, pod którą skóra zaczyna się dusić. Początkowe satynowe wykończenie szybko (po ok. 1,5 godzinie) i pomimo przypudrowania przechodzi w obleśny, tłusty błysk. Tak jakbyśmy wysmarowały twarz masłem. Czego można się zresztą spodziewać. Zerknijcie na krótkie obietnice producenta - żadna z nich nie ma pokrycia w rzeczywistości. Żadna. Bajkopisarz poleciał w kulki...

Nikomu nie polecam tego produktu. Nawet cerom suchym zimą. Za dużo chemii w dużym natężeniu niewspartej żadnymi, dobrymi dla skóry substancjami.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...