Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą maseczki. Pokaż wszystkie posty

środa, 31 lipca 2019

Żegnam bez szczególnego żalu: Evree, Black Rose, detoksykująca czarna maska do twarzy

Internety donoszą, że spółka zajmująca się produkcją kosmetyków Evree, Mincer Pharma i kilku innych marek zbankrutowała, stąd mazidła te zniknęły ze sklepowych półek, choć jeszcze jakieś resztki kupić można w sieci. Jeśli chodzi o Evree, specjalnie mnie to nie boli, bo żaden ich kosmetyk mnie szczególnie nie zachwycił, detoksykującej maski nie wyłączając.

Jak ostatnio coraz częściej mi się zdarza, zapomniałam swoją sztukę obfocić, a byłam przekonana, że sesję jej zrobiłam. Niestety musiało mi się to przyśnić, bo w pamięci aparatu ani śladu sesji-widmo. Wybaczcie więc, że pożyczam zdjęcie, żeby było wiadomo, o jakim mazidle właśnie się produkuję (oczywiście podając źródło), a po alternatywną opinię i świetne zdęcia, w tym składu, zapraszam na bloga Agnieszki - o tu :) U Niej kosmetyk ten sprawdził się o wiele lepiej niż u mnie.




Zacznę od pozytywów. Producent umieścił maskę w wygodnej w użyciu tubce o przyjemnej szacie graficznej. Kosmetyk miał kremową konsystencję i nie wysychał na twarzy, nie trzeba więc było pilnować zwilżania. Różany zapach odbierałam jako przyjemny. Doceniałam też fakt, że ta maska to gotowiec, więc nie musiałam sama niczego mieszać, przygotowywać. Skład był całkiem niezły, choć znalazło się w nim kilka substancji unikanych przez bardziej ortodyksyjnych użytkowników kosmetyków.

Maska miała też spory minus - zawsze przez kilka minut po nałożeniu piekły mnie policzki i czasem wyskakiwał mi na twarzy delikatny rumień. Ze względu na czarny kolor mazidła (odpowiedź producenta na wielką popularność węgla w kosmetykach) najlepiej zmywało mi się produkt po prostu pod prysznicem, co by zminimalizować konieczność sprzątania.

A efekty stosowania tego kosmetyku raz-dwa razy w tygodniu u mnie były zauważalne, ale nic spektakularnego.
Maska coś tam oczyszczała cerę i wchłaniała sebum, jak każda pierwsza lepsza glinka. Na dłuższą metę jednak moja cera nie wyglądała po niej dużo lepiej, nie była jakoś lepiej oczyszczona, nie świeciła się mniej, pory nawet nie spróbowały się obkurczyć choć na pięć minut po zabiegu.... Jak mówiłam, nic specjalnego.

sobota, 22 grudnia 2018

Apis, oczyszczająco-wygładzająca maseczka błotna do twarzy z minerałami z Morza Martwego

Oczyszczająco-wygładzającą maseczkę Apis dorzuciłam sobie do koszyka przy okazji zakupów online w jakimś sklepie internetowym. Obiło mi się o uszy, że to dobra polska marka, więc postanowiłam coś wypróbować. Padło na maskę z glinką i błotkiem, bo takowe pomagają mi trzymać moją przetłuszczającą się wciąż cerę w ryzach. Dobrze zrobiłam, bo z maseczki byłam wyjątkowo zadowolona. 

Funkcjonalną tubkę o ładnej szacie graficznej producent zapakował do kartonika, na którym znajdziemy wszystkie potrzebne nam na temat produktu informacje. Nie miałam problemu z wydobyciem kosmetyku ze wspomnianej tubki; nie musiałam się siłować z wyciskaniem, choć mazidło ma postać dość gęstej pasty. Z informacji na opakowaniu wynika, że każda seria może różnić się kolorem - moja pasta była beżowa i miała przyjemny, słodkawy zapach.


Stosowanie produktu było samą przyjemnością. Raz, że to gotowiec, więc jeśli ktoś nie ma czasu na kręcenie własnych masek lub, po prostu, ręki do tego, Apis przychodzi z pomocą. Dwa, daje piękne efekty i nie stawia mocnego oporu podczas zmywania pod prysznicem (zwłaszcza jeśli wspomagacie się gąbeczką). U mnie po każdej sesji SPA skóra była oczyszczona i rozświetlona, o ładniejszym kolorycie (uspokojone naczynka) i lepszej fakturze (ściągnięte pory). Do tego twarz była  niezwykle przyjemna, gładka w dotyku, a ewentualne wypryski troszkę podeschnięte. Maska działała do ostatniej porcji, co nie zawsze jest takie oczywiste w przypadku gotowców. To połączenie błota z Morza Martwego, glinki, cynku, oraz ekstraktów z zielonej herbaty, aloesu i mimozy naprawdę służyło mojej dojrzałej, tłustej, płytkounaczynionej cerze. Świetne było też to, że maska nie wysychała na twarzy, więc nie trzeba było jej niczym spryskiwać, choć podejrzewam, że to zasługa oleju mineralnego, który znajdziemy w drugiej połowie składu. Mi substancja ta nie zrobiła tu najmniejszej krzywdy.

Producent ostrzega też na opakowaniu, że po nałożeniu maski może być odczuwalne lekkie pieczenie skóry oraz jej krótkotrwałe zaróżowienie po zmyciu produktu, ale u mnie nic takiego nie wystąpiło.

Serdecznie polecam. Znacie?

poniedziałek, 12 marca 2018

Lush, Rosy Cheeks, fresh face mask

Różana maska Lush zbiera bardzo skrajne oceny - albo jednoznacznie negatywne, albo entuzjastyczne. Nie zraziło mnie to, ponieważ moja tłusta, płytkounaczyniona cera lubi różę, więc postanowiłam po prostu produkt wypróbować na sobie.

Ja byłam z niego zadowolona.


Maska ma postać gęstej, różowej pasty o perfumeryjnym różano-kwiatowym zapachu. Nie wysycha zbyt szybko, więc nie trzeba jej co chwilę zwilżać (tak może raz na 5 minut). Zawartość opakowania wystarczyła mi na około 10 użyć.

Za każdym razem po zmyciu maski moja cera była oczyszczona a pory ściągniętę. Skóra była również nieco podsuszona i wołała o nawilżenie, więc ograniczałam się do sięgania po ten produkt mniej więcej raz w tygodniu. Żadnego podrażnienia, pieczenia czy szczypania nigdy nie zarejestrowałam, a naczynka się nie buntowały.

Rosy Cheeks to przyzwoita maska z glinką o ładnym zapachu. Działa oczyszczająco i ściągająco na pory, ale nie jest na tyle wspaniała, abym zaraz miała biec kupić nowe opakowanie. Kiedyś, przy okazji, czemu nie?

sobota, 10 lutego 2018

Na nie i na tak: Glamglow, Youthmud Tinglexfoliate Treatment oraz Thirstymud Hydrating Treatment

O maskach Glamglow, ponoć uwielbianych przez amerykańskie (i nie tylko) gwiazdy, zrobiło się głośno za sprawą youtube. Twórcy zachwycali się tymi wyjątkowymi produktami najnowszej generacji i ich cudownym działaniem na skórę, wzbudzając w rzeszach odbiorców chęć zdobycia prezentowanych skarbów. Sama również byłam ciekawa oferty tej marki, ale jednocześnie nie byłam gotowa opróżnić portfela na jedno czy drugie drogie opakowanie. Na szczęście nie musiałam, bo dwa warianty z dziesięciu (w wersji podróżnej) zostały mi podarowane w prezencie urodzinowym przez Słomkę i Stri-lingę.

Jak wskazuje tytuł dzisiejszej notki, z jedną z nich się polubiłam, a z drugą definitywnie kończę przygodę.


Obie maseczki zostały zapakowane w małe, poręczne słoiczki. Każdy wariant ma inną wersję kolorystyczną opakowania, co moim zdaniem jest bardzo fajnym posunięciem - zwlaszcza dla osób posiadających kilka sztuk. Bardzo ułatwia to identyfikację.

Maseczką, z którą się nie polubiłam, jest wersja oczyszczająca. Kosmetyk ma postać błotnej pasty z wyraźnie wyczuwalnymi pod palcami ostrymi drobinkami i kawałkami roślinnymi, które robią bałagan w zlewie. Zdaniem mojego nosa pachnie dziwnie i nieprzyjemnie - coś jak perfumowane gnijące rośliny? Perfumowana spirulina (choć tej w składzie nie widzę)? Oczyszcza bardzo mocno - nie tylko ściąga ze skóry zanieczyszenia, ale również warstwę hydrowo-lipidową, co oznacza, że po zmyciu skóra jest sucha, ściągnięta i spragniona. Nie to jednak jest źródłem mojej niechęci. Niestety produkt ten okazał się zbyt agresywny dla mojej naczynkowej cery. Tuż po aplikacji maska daje efekt intensywnego i bardzo nieprzyjemnego rozgrzania skóry, a podczas zmywania chcąc nie chcąc fundujemy sobie mechaniczny peeling. Moje naczynka ani jednego, ani drugiego nie lubią, więc kiedy już zacisnęłam zęby i wytrzymałam palenie skóry niczym żywym ogniem, przez kilka godzin po domowym SPA  musiałam walczyć z intensywnym, długotrwałym rumieniem. Maskę zużyłam na czoło i brodę, ale i tak się z nią już do końca nie polubiłam; mocne efekty cieplne na twarzy to nie jest to, co lubię.

z lewej maska oczyszczająca; z prawej - nawilżająca


Z kolei maska nawilżająca to już zupełnie inna para kaloszy. Ma postać brązowawej, lekko zawiesistej a lekko żelowej emulsji, i przyjemny słodkawy zapach. Można nakładać ją grubszą warstwą na twarz na kilkanaście minut, ale nawilża jeszcze lepiej zaaplikowana na skórę cienką warstwą na całą noc (pod makijaż absolutnie się nie nadaje, bo lekko zmienia odcień skóry). Produkt dobrze nawilża i daje skórze ukojenie. U mnie nie wystąpiło żadne zapychanie czy podrażnienie. Po prostu bardzo przyzwoita maseczka nawilżająca.

Dziękuję Dziewczyny za ufundowanie mi tej przygody. Maski uważam za bardzo ciekawe, ale nie wiem, czy ten cały hype wokół nich jest uzasadniony. 

Jak tam Wasze doświadczenia z produktami spod tego szyldu?

środa, 30 sierpnia 2017

Pierwsze (i nie ostatnie) spotkanie z marką Skin & Tonic London.

Moje pierwsze, bardzo zachęcające spotkanie z marką Skin & Tonic London zawdzięczam Hexxanie i jej szalonej urodzinowej paczce. Zostałam totalnie rozpieszczona, a w otrzymanym zestawie odkryłam prawdziwe perełki pielęgnacyjne.



Kosmetyki, które dostałam, charateryzują się świetnymi, naturalnymi, krótkimi składami, w większości ładnymi zapachami oraz, znowu w większości, funkcjonalnymi opakowaniami o ładnej szacie graficznej. Dlatego cały zestaw właściwie z marszu trafił na moją półkę; paląca ciekawość nie dała mi czekać.

Nie ma w tym zestawie żadnego niewypału. Wiadomo jednak, że wyłuskałam tu swoich ulubieńców, opiszę więc poszczególne produkty w kolejności do najbardziej ulubionego.


Skin & Tonic, Gentle Scrub

Po otwarciu tego słoiczka naszym oczom ukazuje się różowy proszek o dziwnym zapachu wysuszonej, kwaskowatej róży. Aromat ten nie przypadł mi do gustu. Kosmetyku można używać na dwa sposoby: wymieszać z wodą na pastę i stosować jako peeling mechaniczny lub dodać do proszku ulubione składniki (u mnie hibiskusowy tonik Sylveco, jakiś olejek do twarzy, kwas hialuronowy) i przygotować maskę. Pierwszy sposób nie do końca się u mnie sprawdził. Moje naczynka nie lubią mocnego ścierania, a przy delikatnym nacisku nie uzyskiwałam specjalnie satysfakcjonującego efektu. Jako maska kosmetyk sprawdzał się poprawnie: wchłaniał sebum i inne nieczystości, pomagał podsuszać wypryski, a po zmyciu skóra była przyjemna w dotyku. Niemniej do gentle scrub akurat raczej nie wrócę, zabrakło "tego czegoś".


Skin & Tonic, Naked Lip Balm
Ten trzyskładniowy balsamik do ust jest zupełnie bezzapachowy i nie pozostawia żadego posmaku na ustach. Ma dość zbitą, twardą konsystencję, ale lekko topi się w kontakcie z ustami. Będzie niesamowicie wydajny. Zwykle aplikuję go na noc, a rano budzę się z ładnie nawilżonymi wargami.


Skin & Tonic, Rose Mist

Stosowałam tę mgiełkę w charakterze toniku i sprawdziła się bardzo dobrze. Lekko nawilżała skórę i zauważalnie gasiła grę naczyń, uspokajała rumień. Różany zapach był nieco "lepki" acz przyjemny. Jedyne, co mi nie pasowało, to atomizer, który pryskał wielkimi kroplami zamiast drobną mgiełką, ale nie zniechęci mnie to do powrotu do tego kosmetyku.


Skin & Tonic, Steam Clean

Czyli moje pierwsze masełko do demakijażu, które okazało się naprawdę dobre, ale uświadomiło mi, że jednak osobiście wolę rozpuszczać mejkap i inne zabrudzenia olejkiem hydrofilnym (to najzwyczajniej w świecie kwestia preferencji). Ale do rzeczy. W dotyku masełko przypominało wazelinę i ładnie pachniało eukaliptusem. Z makijażem twarzy produkt radził sobie znakomicie, całkowicie rozpuszczając kolorówkę. Nie radził sobie natomiast do końca  z maskarą i kreskami, a ja dla wygody lubię wszystko "machnąć" jednym kosmetykiem. Doceniam fakt, że mając masło na oczach mogłam je otworzyć bez ryzyka, że zaraz wszystko się zamgli. Dla wielbicieli masełek do mycia twarzy pozycja obowiązkowa do wypróbowania; ja zostaję przy olejkach, które emulgują.


Brit Beauty Oil

Jak ja uwielbiałam ten olejek! Cudownie pachniał neroli i był względnie nietłusty. Aplikowało się go bardzo łatwo za pomocą sprawnie działającej pipety. Zwykle mieszałam cztery krople kosmetyku z kwasem hialuronowym i wcierałam w twarz i szyję na noc. Budziłam się z przepięknie nawilżoną, ukojoną, elastyczną, rozświetloną cerą o bardzo ładnej teksturze; pory rzeczywiście były obkurczone. Cudeńko, o którym nie mam niczego złego do powiedzenia.


Kupuje mnie marka Skin & Tonic i mam zamiar na dłużej się z nią zaprzyjaźnić. Muszę im oddać, że w tych kilkuskładnikowych recepturach kryje się ogromna moc. Jestem oczarowana!

Macie na koncie jakieś doświadzenia ze Skin &  Tonic London?

sobota, 18 lutego 2017

Warto poznać: Living Source, Pomegranate Deep Cleansing Mask

Maskę dostałam w prezencie od Hexxany. Prezencie niezwykle trafionym, bo kocham glinki i lubię gotowce (o ile są skuteczne), które pozwalają mi zaoszczędzić nieco czasu podczas pielęgnacji.

Kosmetyk oparty jest o glinkę białą. Ma postać bardzo gęstej, białej pasty, więc zapakowanie kosmetyku do (szklanego) słoiczka było dobrym pomysłem - raczej nie dałoby się go wycisnąć z tubki. Maska jest delikatnie perfumowana. 45 gramów produktu wystarczyło mi na około 10 użyć.

Dużą zaletą maski jest to, że nie zasycha na twarzy, jak to glinki mają w zwyczaju, odpadała mi zatem konieczność zraszania twarzy mgiełką/wodą termalną, co było bardzo wygodne.


Jeśli zaś o działanie chodzi, kosmetyk spełnia wszystkie obietnice producenta: oczyszcza skórę, absorbuje sebum, ściąga pory i sprawia, że skóra jest promienna, a jej koloryt wyrównany. Po zmyciu skóra nie jest wysuszona ani ściągnięta. 

Z maski korzystałam z największą przyjemnością i nie miałam do niej absolutnie żadnym zastrzeżeń. Bardzo przyjemny produkt.

sobota, 11 lutego 2017

Origins, maseczki Calm To Your Senses, Clear Improvement oraz Drink Up Intensive

Sławne maseczki marki Origins miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Ja sama do tej pory nie poddawałam się owczemu pędowi i licznym rekomendacjom, bo miałam próbki i miniatury kilku ich produktów i cóż... Nic mnie nie zachwyciło. Opisywanie dziś maski również. Nie zrozumcie mnie źle, ich działanie na skórę widać, ale znam kosmetyki, które mojej cerze służą podobnie, a są lepiej dostępne i, nie ukrywajmy, tańsze.


Wszystkie posiadane przeze mnie sztuki zamknięto w wygodnych tubkach z klapką. Szata graficzna spójna. Maseczka antystresowa ma pojemność 100 ml, a dwie pozostałe - 75 ml. 


Calm To Your Senses, stress-relieving mask

Ta maska ma postać białej emulsji o kwiatowo-ziołowo-cytrusowym aromacie (według producenta pachnie rumiankiem i lawendą), do którego musiałam się przyzwyczaić. Mnie osobiście zapach ten specjalnie nie odstresowywał ani nie uspokajał (a raczej denerwował), ale to na pewno kwestia indywidualna. Można stosować ją dwojako: albo zamiast kremu na noc nawet codziennie, albo grubą warstwą kiedy czujemy taką potrzebę. Osobiście nakładałam ją jako krem na noc co drugi dzień.

To co najbardziej spodobało mi się w działaniu tego produktu to fakt kojenia rumienia i gry naczynek, i zauważalne wyrównywanie kolorytu skóry. Co do nawilżania, to przed sezonem grzejnikowym maska sprawdzała się pod tym względem bardzo dobrze, ale kiedy musieliśmy włączyć ogrzewanie, skóra niestety zaczęła mi się odwadniać i produkt Origins nie był w stanie temu zapobiec. Ogólnie na mojej skórze kosmetyk dawał bardzo podobne efekty, co np. różany krem Evree czy nieco droższy Dr Organic (oba opisywałam już na blogu). A skoro tak - to po co przepłacać.


Clear Improvement, Active charcoal mask to clear pores

Ten kosmetyk to szara, glinkowo-węglowa pasta o ziemistym zapachu. Należy nałożyć breję na twarz, poczekać aż wyschnie, a potem zmyć ciepłą wodą. Oczywiście jest to proces brudzący, ale ja załatwiałam sprawę pod prysznicem, więc nie będę narzekać. Po kosmetyk możemy sięgać mniej więcej raz w tygodniu i tak właśnie robiłam. Produkt mnie nie podrażnił.

Co do działania, ze względu na obecność węgla oczekiwałam mocnego oczyszczenia skóry, ale tu tego nie znalazłam. Po maskowaniu skóra była odświeżona i delikatnie oczyszczona, i tyle. Porów maska niestety nie ściągała, nie dawała wrażenia jedwabistej gładkości naskórka. Podobne efekty przynoszą na mojej twarzy chociażby tanie jak barszcz glinki Ziai, a zdecydowanie lepsze - czysta biała/zielona glinka, bez wspomagania ze strony węgla...

Drink Up Intensive Overnight mask to quench skin's thirst

Ta maska to również emulsja o przyjemniejszym niż maska antystresowa, owocowym zapachu. Nałożona cienką warstwą na skórę szybko się wchłania i nie zostawia lepkiego filmu.

Ją również stosowałam jako krem na noc co drugi dzień. Jeśli zdarzyło mi się nałożyć ją dzień po dniu, budziłam się z bolącymi gulami na twarzy (sprawdzone i potwierdzone kilka razy). Przy rzadszym stosowaniu nieprzyjemnych niespodzianek nie było, ale przyjemnych też nie. Na moją skórę ta maska działa jak normalny krem nawilżający i nie daje żadnych fajerwerków. Po przebudzeniu cera wyglądała normalnie. Produkt nie do końca radzi sobie z odgrzejnikowym odwodnieniem naskórka. Jeśli miałabym wybierać między Drink Up a Calm To Your Senses, powiedziałabym, że ta druga sprawdza się u mnie lepiej, bo łagodzi naczynka i rumień, czego przy masce nawilżającej nie zauważyłam.

Jak widzicie, kosmetyki Origins nie do końca leżą mojej skórze. Krem pod oczy i krem do twarzy z serii z żeń-szeniem też niczego mi nie urwały. No ale przecież nie ma kosmetyków uniwersalnych, które będą służyć dosłownie każdemu.

Opinie Asi na temat tych kosmetyków przeczytać możecie tutaj.

środa, 25 stycznia 2017

Flos-Lek, seria do skóry z problemami naczyniowymi, krem maseczka

Opisywaną dziś maskę poznałam kilka lat temu dzięki Hexxanie, która podarowała mi dwie saszetki tego cuda. Po ich zużyciu zrobiłam małe rozeznanie, z którego wynikło, że kosmetyk można również kupić w tubce o pojemności 75 ml (za około 15 zł na doz.pl), oraz że seria do skóry z problemami naczyniowymi to cały szereg kosmetyków, którym warto się przyjrzeć.


Kosmetyk zamknięto w estetycznej, biało-czerwonej tubce. Ma on postać żółtawej emulsji o dziwnym, kwiatowo-mentolowym zapachu. Producent zaleca nałożyć go na twarz na 5-10 minut, a potem zmyć nadmiar wilgotnym wacikiem. Ja robiłam inaczej - ponieważ produkt mnie nie zapychał ani nie szkodził w żaden inny sposób, trzymałam go na twarzy do oporu, po czym przed pójściem spać jedynie ścierałam jego nadmiar z wierzchu, a zmywałam resztki maseczki rano wodą z łagodnym detergentem. Na twarzy był wyczuwalny film, ale w spaniu mi nie przeszkadzał; zwłaszcza, że efekty regularnego stosowania mazidła (co drugi-trzeci wieczór) przyszły bardzo szybko.


Maseczka bardzo ładnie chłodzi natychmiastowo uspokajając rumień, co przyczynia się do wyrównania kolorytu skóry. Co ważniejsze, przy regularnym używaniu faktycznie widać pozytywne zmiany. Oczywiście już widoczne teleangiektazje nie znikają, bo cudów nie ma, ale nowych  w szybkim tempie nie przybywa, a przy tym zdecydowanie mniej się czerwienię niż zwykle. Swojego czasu byłam ogromnie zadowolona z arnikowego kremu na dzień tej marki (arnika super wpływa na naczynka), a opisywana dzisiaj maseczka towarzyszyła mi przez całą drugą połowę 2016 roku (jest naprawdę wydajna). Kosmetyk w pełni sobie zasłużył na miano ulubieńca, a ja wiem, że w kwestii uspokajania gry naczynek mogę liczyć na rodzimą markę, co mnie bardzo cieszy.

Znacie? Miałyście do czynienia z innymi kosmetykami z tej linii?

piątek, 15 lipca 2016

Norel Dr Wilsz, maska algowa plastyczna owoce leśne

W maskach algowych zakochałam się kilka lat temu za sprawą doskonałych alg od Organique (maska algowa papaja, maska algowa borówka, maska algowa żurawina), które nadal są moimi ścisłymi ulubieńcami. Miałam okazję poznać również propozycję Bielendy (aloesowa algowa maska do twarzy) i trzy rodzaje alg od E-naturalne (maska z acerolą, maska z kakao, maska pod oczy), i wszystkie wykazywały odczuwalne właściwości odżywcze i łagodzące rumień. Dla takich efektów nie narzekam nawet na konieczność samodzielnego przygotowania zabiegu i jego względną czasochłonność. Wszak algowy proszek trzeba dobrze wymieszać z wodą mineralną, szybko nałożyć grubą warstwą na skórę zanim mikstura zglucieje w miseczce, odczekać 15-20 minut, a potem oderwać (jak każdą maskę peel-off) i "wyczyścić" to, co się nie oderwało wodą bądź tonikiem.

Maskę algową owoce leśne Norel dostałam od Hexxany. Asia poczęstowała mnie również hojną odsypką wariantu na trądzik różowaty. Co ma do powiedzenia na ich temat producent można przeczytać tu (owoce leśne) i tu (trądzik różowaty).


Oba warianty bardzo przypadły  mi do gustu, ale muszę szczerze napisać, że u siebie nie widziałam żadnych różnic w ich działaniu.

Algi, jak to algi, troszkę zajeżdżają rybą. Nie jest to jednak zapach intensywny ani nieprzyjemny. Samo noszenie tych masek na twarzy jest niezywkle przyjemne i relaksujące ze względu na miłe uczucie chłodzenia. Jako posiadaczka cery naczynkowej i jeszcze-nieutrwalonego-ale-chyba-już-nie-na-długo rumienia bardzo je doceniam. Po każdej takiej sesji rumień gdzieś się chowa, koloryt cery jest wyrównany, a skóra gładka, rozświetlona, napięta i niezwykle przyjemna w dotyku.

Czy algi Norel przebiły w moim odczuciu ulubieńców z Organique? Nie, ale niewiele im brakuje. Są naprawdę dobre i godne uwagi. Ja być może jestem tutaj troszkę nieobiektywna, bo algi Organique to moja pierwsza miłość, a tę, jak wiadomo, zawsze trochę się idealizuje i nigdy się jej nie zapomina...

piątek, 16 października 2015

Queen Helene, Mint Julep Masque - maseczka miętowa

Jakkolwiek uwielbiam samorobione maski z glinki za moc działania i możliwość dobierania dowolnych dodatków, w okresach wzmożonej pracy liczy się dla mnie szybkość i wygoda, więc sięgam wtedy po "gotowce". Jednym z nich była w ostatnich tygodniach maska Queen Helene.


Kupiłam ją w aptece Dbam O Zdrowie za niecałe 9 zł/56 g. Maskę zapakowano w tubkę z zakrętką. Produkt ma bardzo gęstą i zwartą konsystencje, ale ujście tubki jest na tyle duże, że relatywnie łatwo wycisnąć porcję. Zawartość tubki wystarczyła mi na dziesięć aplikacji na całą twarz.

Maska ma wyraźnie miętowy zapach i chłodzi po nałożeniu. Mnie ten efekt bardzo odpowiada, bo takie chłodzenie uspokaja rumień i naczynka. Po kilku minutach glinka (jak to glinka) zaczyna zasychać i warto ją co jakiś czas zraszać.  Trochę marze się podczas zmywania, dlatego z wygody zawsze wykonuję tę czynność pod prysznicem.

Pod względem działania maska spisuje się poprawnie, choć na kolana mnie nie powaliła. Widać, że nieco oczyszcza skórę, wyrównuje jej koloryt i ściąga pory. Po jej zastosowaniu wszelkie kremy i sera szybciej się wchlaniają. Nie są to jednak efekty długotrwałe.

Ot, przyjemna maska do częstego stosowania.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Bielenda, skin clinic professional, super power mezo, terapia korygująca (tonik, serum, krem, maseczka w płachcie)

Kiedy pod koniec zeszłego roku dowiedziałam się o nowościach w asortymencie Bielendy, a szczególnie o linii skin clinic professional, i poczytałam sobie o tych kosmetykach, poczułam nie tyle zainteresowanie co ogromną chęć (no dobra, pożądanie, there, I said it) przetestowania na sobie wariantu z 10% kwasem migdałowym. Mam tłustą cerę z przebarwieniami i rozszerzonymi porami, i walczę z nadprodukcją (w moim odczuciu) sebum. Dodatkowo czytałam, iż kwas laktobionowy, który jest jednym ze składników aktywnych w tych kosmetykach, wpływa dobrze na rumień i naczynka. Poprosiłam zatem o  swój zestaw w prezencie bożonarodzeniowym. Dlaczego zestaw? Po pierwsze, kosmetyki mają się wzajemnie uzupełniać, a po drugie - producent obiecuje, że równoległe stosowanie serum i kremu gwarantuje cofnięcie biologicznego wieku skóry o 10 lat. 


Kosmetyków używałam od początku stycznia z następującą częstotliwością: tonik codziennie wieczorem, serum co drugi dzień, bo wychodzi mi po nim rumień i obawiałam się, że codzienne stosowanie skończy się nowymi teleangiektazjami ("pajączkami"), krem co drugi dzień wieczorem razem z serum oraz maseczkę raz na jakiś czas. Wszystko oprócz serum, którego zostało jeszcze na kilka aplikacji, właśnie zdenkowałam.

Serum i krem zapakowano w kartoniki, na których widnieje dużo informacji dotyczących tej linii, łącznie oczywiście z imponującymi obietnicami producenta oraz składem. Co do tego ostatniego, działanie kosmetyków linii opiera się na trzech kluczowych substancjach: kwasie migdałowym, kwasie laktobionowym oraz witaminie B3. Jakie dokładnie jest ich zadanie przeczytacie na kartonikach; nie będę tu tego przepisywać.



Tonik zamknięto w przezroczystej butelce z klapką. Ma typową dla tego typu produktów konsystencję wody i pachnie słodkawo, przyjemnie. Nie wysusza skóry, ale też nie powiedziałabym, że ją silnie nawilża. Na pewno w jakimś stopniu przygotowuje ją na kolejne mazidła.




Serum ma postać mocno rozwodnionego żelu. Umieszczono je w szklanej butelce z pipetą. Pipeta nabiera porcję produktu, która wystarcza na nałożenie i na twarz, i na szyję. Produkt dość szybko się wchłania, w czym pomaga krótki masaż. Mi po każdej aplikacji wychodził na policzki i nos rumień, ale po około godzinie koloryt twarzy wracał do normy. Po kilku minutach od nałożenia serum musiałam potraktować skórę twarzy kremem, inaczej odczuwałam nieprzyjemne ściągnięcie naskórka.



Krem również delikatnie i słodkawo pachnie. Ma postać lekkiego masełka. Jest dość odżywczy i w moją tłustą skórę nie wchłaniał się do końca - zostawiał błyszczący się film. Produkt stosowałam na noc, więc nie wiem, jak sprawdziłby się pod makijażem. Rano moja skóra była zauważalnie nawilżona i odżywiona, ale nie aż tak świetnie, jak po różanym kremie Dr Organic (klik).




Maska w moim odczuciu jest najsłabszym ogniwem serii. Doceniam formę nasączonej płynem płachty ze względu na prostotę użycia. Produkt delikatnie nawilża i rozświetla cerę, ale efekt nie jest tak dobry, jak na przykład po glinkach. To taka maseczka bankietowa, do szybkiej aplikacji przed jakimś wyjściem.


Ponieważ kosmetyki stosowałam równolegle, trudno wyrokować który z nich zapewnił mi jakie efekty. Zresztą najprawdopodobniej poszczególne produkty uzupełniały swoje działanie i być może było ono silniejsze i bardziej zauważalne niż na przykład przy stosowaniu samego toniku, samego serum czy samego kremu. Wnioski te wysuwam na takiej podstawie, że czytałam o serum, iż nic nie robi (stosowane samodzielnie), a ja po całej kuracji widzę jednak różnicę.

Ok, jakie efekty całej kuracji zaobserwowałam u siebie? Najłatwiej chyba będzie, jeśli odniosę się do nich komentując obietnice producenta:
  • skóra wygląda na młodszą - Tak, jest gęstsza, bardziej napięta.
  • jest gładka, jędrna, matowa, pełna blasku, o jednolitym kolorycie - Skóra twarzy rzeczywiście jest po kuracji gładsza, moje linie mimiczne na czole zostały lekko spłycone. Nie narzekałam na brak jędrności, ale jak wspomniałam wyżej, widzę że skóra jest gładsza i bardziej napięta. Poza tym rzeczywiście jest pełna blasku, co zapewne jest zasługą lekkiego działania eksfoliującego kwasu migdałowego. Efekt podobny jak po witaminie C. Co do produkcji sebum, niestety w moim przypadku nie doszło do jej ograniczenia. Strefa T i policzki jak tłuściły się w ciągu dnia, tak tłuszczą się nadal. Odnośnie ujednolicenia kolorytu cery - tak, doszło do niego. Mam wrażenie, że skóra jest nieco bledsza, przebarwienia są delikatnie rozjaśnione, ale jednocześnie wyraźnie widać na policzkach i nosie sieć rozszerzonych naczynek. Zastanawiam się, czy miałam je wszystkie wcześniej, czy jednak kwas migdałowy podrażniał mnie na tyle, że powstały nowe teleangiektazje. Trudno mi tu wyrokować.
  • pory zwężone, przebarwienia rozjaśnione, niedoskonałości zredukowane i mniej widoczne - Małe pory zostały zwężone do minimum, kratery są nieco mniejsze niż były, ale dalej je widać. Niemniej efekt jest w moim mniemaniu zadowalający. Świeże blizny potrądzikowe zniknęły, a te stare i utrwalone zauważalnie zbladły, choć niestety nie pozbyłam się ich zupełnie. Co do niedoskonałości - po pierwszych dwóch tygodniach od rozpoczęcia kuracji męczyłam się z ogromnym wysypem. Zacisnęłam jednak zęby i kosmetyki stosowałam dalej. Dziś już wiem, że po prostu skóra się w ten sposób oczyszczała. Po tym początkowym wysypie niedoskonałości pojawiają się bardzo rzadko i szybko znikają. Pod tym względem jestem z kosmetyków bardzo zadowolona.
  • Testy [...]wykazały, że serum w połączeniu z kremem cofa biologiczny wiek skóry o 10 lat - powiem tak: moja skóra wygląda lepiej niż przed kuracją, ale nie jest to skóra dziewiętnastolatki (za nieco ponad tydzień skończę 29 lat). Być może jestem po prostu za młoda, żeby zaobserwować aż tak spektakularne efekty.
Podsumowując, kuracja w moim przypadku spełniła część obietnic producenta. Osobiście jestem zadowolona. Pewnie, że chciałoby się, aby kosmetyki zadziałały jeszcze lepiej, ale moim zdaniem naprawdę nie ma co narzekać. Bielenda odwaliła kawał dobrej roboty stwarzając dla nas działające, szeroko dostępne i przystępne cenowo kosmetyki.

czwartek, 5 marca 2015

Zrób Sobie Krem, francuska glinka żółta

O swoich doświadczeniach z francuską glinką zieloną i czerwoną pisałam tutaj. Z zielonej byłam bardzo zadowolona; czerwona podpadła mi farbowaniem skóry na czerwono i robieniem ogromnego bałaganu w łazience. Potem postanowiłam wypróbować glinkę żółtą i to była dobra decyzja.



Mam cerę tłustą, płytkounaczynioną. Glinki (i peelingi enzymatyczne) pomagają mi utrzymać optymalny poziom oczyszczenia. Tydzień bez glinek, a pojawiają się zaskórniki i zanieczyszczone pory.

Glinkę żółtą stosowałam raz w tygodniu mieszając ją z wodą i olejem z pestek malin. Wychodziła z tego prosta w aplikacji, przyjemnie gęsta pasta. Glinka dobrze łączy się z wodą, a dodatek oleju zapobiegał zbyt szybkiemu wysychaniu maski. Poza tym olejek z pestek malin dość ładnie pachnie, co dodatkowo uprzyjemniało zabiegi.

Glinka świetnie odtłuszcza, matuje i rozświetla skórę oraz odblokowuje i oczyszcza pory. Dodatkowo podczas zmywania jej z twarzy wyczuwamy pod palcami malutkie drobinki, którymi można wykonać bardzo delikatny peeling mechaniczny, który nie podrażnia naczynek i nie wywołuje rumienia. Glinka w żaden sposób mnie nie podrażniła (a czerwona przetrzymana za długo wywoływała u mnie rumień) ani nie uczuliła. Moją skórę oczyszcza lepiej niż zielona. Byłam z tego żółtego proszku ogromnie zadowolona.

Do kupienia tutaj. Słoiczek o pojemności 50 g (6,10 zł) wystarczył mi na około 8 zastosowań  głównie na twarz.

sobota, 21 lutego 2015

E-naturalne, maska algowa peel-off z kakao

Jeśli poczytujecie mnie od dłuższego czasu wiecie, że kocham maski algowe, bo nie tylko pięknie odżywiają, nawilżają i dotleniają skórę, ale również koją mój rumień i uspokajają naczynka. Niemniej maska masce nierówna; niektóre dają lepsze, inne gorsze rezultaty. Moją ulubienicą jest maska algowa z papają firmy Organique (klik). Inne algi tej marki również bardzo lubię. Jakkolwiek opisywana dziś maska algowa z kakao z e-naturalne (klik) działa, nie daje aż takich satysfakcjonujących efektów, jak propozycje konkurencji....


Zawartość słoiczka (zwykły, prosty, ascetyczny, plastikowy słoik) o wadze 30 g, za który zapłaciłam 10,30 zł, wystarczyła mi na jakieś 6-7 zabiegów. Algi zwykle pachną nieco rybio, ale tu po zmieszaniu na pierwszy plan wychodził zapach kakao i nie czułam żadnej rybiej nuty. Po zmieszaniu maska ma kolor czekoladowy. To ci niespodzianka ;)

Jeśli piekłyście/liście kiedyś ciasto z dodatkiem kakao wiecie, że przed połączeniem się z innymi składnikami ciasta proszek ten lubi bardzo się pylić i "strzelać" do góry. Dokładnie to samo dzieje się podczas przygotowywania maski. Ukręcenie proszku z wodą trwa w tym przypadku nieco dłużej niż zwykle, bo trzeba poczekać, aż kakao postanowi połączyć się z wodą. Kiedy to już nastąpi, uzyskujemy prostą w obsłudze masę - nakładamy to to koniecznie grubą warstwą na twarz, a po 15-20 minutach zdejmujemy jak maskę peel-off.

Jeśli chodzi o działanie, maska delikatnie chłodzi, wiec delikatnie koi rumień, a także delikatnie nawilża, wygładza i odżywia cerę. Obiecywanego oczyszczenia za bardzo nie zaobserwowałam. Na porach maska nie zrobiła wrażenia i nie skurczyły się ani trochę. Dużo czytałam o dobroczynnym działaniu kakao na skórę, ale na mojej akurat skórze (dwudziestoośmioletniej, tłustej, płytkounaczynionej) składnik ten niestety nie robi żadnego wrażenia. Miałam kilka masek kakaowych i nic, nie widziałam żadnych efektów. Szkoda, bo te zabiegi są bardzo przyjemne...

Wracając do propozycji e-naturalne, nie mogę powiedzieć, że produkt nic nie robi. Robi, ale efekty są subtelne i krótkotrwałe. Algi Organique działają u mnie o niebo lepiej.

poniedziałek, 27 października 2014

Montagne Jeunesse, Chocolate Masque

Maseczkę kupiłam w drogerii Savers za 85 pensów. Podzieliłam sobie te 15 ml na dwa użycia, na podstawie których wydam teraz opinię typu pierwsze wrażenia.


Kolorem i konsystencją mazidło przypomina Nutellę. Tak, tę do jedzenia. Zapach ma równie smakowity, aż chciałoby się polizać (czego jednak nie zrobiłam). Sympatyczne doznania wizualno-zapachowe psuje fakt, że kosmetyk dość trudno się zmywa, a podczas tego procederu można nieźle nabrudzić w łazience.

Co do działania, przyznam szczerze, że w moim przypadku szału nie było. Maska troszkę oczyściła i ściągnęła pory, wchłonęła nieco sebum oraz w niewielkim stopniu wygładziła skórę, ale znam produkty, które działają u mnie lepiej pod tym względem. Fakt faktem, mam bardzo tłustą cerę, która ostatnio do tego trochę wariuje, więc może to nie był dobry czas na testy. Bywa. Tym razem nie zostałam kupiona niestety.

czwartek, 16 października 2014

Montagne Jeunesse, Creamy Coconut (maseczka do twarzy)

Maseczkę kupiłam w drogerii Savers za 85 pensów. Ponieważ saszetka zawiera 15 ml produktu, podzieliłam ją sobie na dwa użycia na samą twarz. Szyi póki co skąpię.

Nic mnie nie uczuliło, nie wysypało, rumienia nie wywołało.


Produkt ma postać białej, gęstej pasty. Trochę marze się przy zmywaniu, ale załatwiłam tę czynność pod prysznicem, więc poszło w miarę sprawnie. Skład wydaje mi się przyjemny; maska zawiera m.in. dwa rodzaje glinki, glicerynę roślinną, masło shea, masło kakaowe, wodę kokosową i proteiny mleczne.

Na opakowaniu widnieje informacja, iż kosmetyk pachnie tak apetycznie, że aż chce się go zjeść. Producent odradza jednak ten pomysł zaznaczając, że jest to produkt do użytku zewnętrznego. A tak naprawdę maska owszem, pachnie kokosem, ale kokosowi towarzyszą jakieś kwiaty, co sprawia, że zapach jest dziwny i raczej niejadalny...

Maska działa przyjemnie. Sprawia, że cera jest przyjemna w dotyku, delikatnie nawilżona, wygładzona, rozświetlona i lekko oczyszczona. Jestem na tak.

piątek, 5 września 2014

Montagne Jeunesse, Dead Sea Mud SPA

Dostałam tę maskę od Asi (Kosmetyczny Przekładaniec). Dziękuję! Niniejsza notka to opis pierwszych wrażeń po jednorazowym spotkaniu z produktem. Które to spotkanie zachęciło mnie do kolejnych...


Maska ma formę płachty. Materiał jest dobrze nasączony niebieskawym błotkiem. Użycie jest banalnie proste - nakładamy to-to na twarz, zdejmujemy po 10-15 minutach, delikatnie wmasowujemy pozostałości produktu w twarz, a następnie wszystko spłukujemy. Proste jak budowa cepa. I wygodne! Nie ma takiego babrania się przy usuwaniu ustrojstwa z twarzy jak z klasycznymi błotnymi maskami...

Produkt ma przyjemny, słodki zapach.Skład wydaje się naprawdę dobry. Ogromnie podoba mi się, że producent podaje funkcję danej substancji w formule kosmetyku. Cieszy obecność glinki, soku z liści aloesu, soli morskiej, wyciągów z alg oraz błota z Morza Martwego. Cieszy, bo to działa! Już po jednym użyciu moja skóra twarzy była oczyszczona, rozświetlona, przyjemna w dotyku, odżywiona i nawilżona. Na dokładkę pory zostały ładnie ściągnięte.

Tak, zdecydowanie warto wypróbować :)

czwartek, 28 sierpnia 2014

Zrób Sobie Krem, francuska glinka zielona i francuska glinka czerwona

Dziś krótko opowiem o tych dwóch glinkach, bo na mojej skórze dawały podobne rezultaty. Wskażę też tą, którą ze względu na walory użytkowe polubiłam bardziej. 

Na początek jednak charakterystyka mojej skóry: mam 28 lat i pierwsze zmarszczki mimiczne. Moja cera jest tłusta ze skłonnością do wyprysków oraz płytko unaczyniona z nieutrwalonym, ale często występującym rumieniem i teleangiektazjami ("pajączkami") na nosie i policzkach.


INCI: Illite (green clay)
Skład mineralny: około 20 różnych soli mineralnych: krzem, magnez, wapń, potas, fosfor, sód i inne oraz cały szereg mikroelementów i pierwiastków śladowych: selen, molibden, cynk krzem, mangan, miedź, selen i tlenki żelaza. (klik)




Skład mineralny: kaolinit, dużo żelaza dzięki któremu zawdzięcza swój kolor, glin, miedź, kwarc, krzem, glin, magnez, sód, potas i inne mikroelementy i sole mineralne. (klik)


Z obu glinek robiłam maseczki na bazie wody mineralnej z dodatkiem żelu hialuronowego, żelu aloesowego oraz oleju arganowego. Z tej mieszanki w przypadku glinki zielonej robiła się łatwa w aplikacji pasta, glinka czerwona była zaś bardziej zawiesinowata i ciężej ją było zaaplikować na skórę, bo nie chciała się do niej przykleić.

Jako posiadaczka cery tłustej staram się dbać o jej regularne oczyszczanie i złuszczanie. Ze względu na naczynka muszę robić to delikatnie. Zwykle raz w tygodniu robię peeling enzymatyczny, raz w tygodniu nakładam na twarz glinkę i raz maskę algową lub maskę na naczynka. Zatem "maseczkuję się" co drugi dzień, dwa razy w tygodniu się złuszczam i oczyszczam, a raz zajmuję się typowo rumieniem. 

Od glinek oczekuję oczyszczania i ściągania porów, podsuszania wyprysków, wchłaniania sebum i innych zanieczyszczeń oraz detoksykacji. I w obu przypadkach to otrzymałam. Po użyciu glinek twarz była oczyszczona, zmatowiona, przyjemna w dotyku, rozświetlona. Nie widziałam różnicy w mocy działania obu kosmetyków. Dodatkowo glinka czerwona miała łagodzić rumień, ale u siebie tego niestety nie zauważyłam. Widziałam jednak na stronie ZSK, że niektóry "naczynkowcy" odnotowali takie działanie.



Zawsze zmywam glinki pod prysznicem. Tak jest zdecydowanie wygodniej. Glinkę zieloną zmywa się łatwiej i szybciej. Glinka czerwona przy zmywaniu potrafi zabarwić dłonie (na szczęście nie jest to permanentne) i bardzo brudzi brodzik. 

Ponieważ zatem w moim przypadku glinki działaniem się nie różnią, a łatwiej stosuje mi się (i usuwa) glinkę zieloną, raczej do czerwonej wracać nie będę. Z wygody, a nie dlatego, że nie działa.

piątek, 25 lipca 2014

Bielenda Professional, aloesowa maska algowa do twarzy - pierwsze wrażenia

Jeśli jesteście ze mną od jakiegoś czasu, wiecie, że kocham maski algowe. Koją rumień, wyrównują koloryt cery, nawilżają, ujędrniają... Znam jednak tylko te oferowane przez markę Organique oraz jedne algi z e-naturalne. Od dawna miałam ochotę zapoznać się z jakąś propozycją Bielendy, co umożliwiła mi odsypka od Agaty, która wystarczyła mi na dwa użycia. Agata wysmarowała niedawno posta na temat maski, wypowiadając się na jej temat w samych superlatywach.

Moje odczucia są pozytywne, ale nie jestem zachwycona. Nadal przemyśliwuję nad kupnem któregoś wariantu z oferty Bielendy, ale niekoniecznie będzie to aloes...


Obsługa tego zielonego proszku jest prosta: mieszamy z wodą mineralną, nakładamy grubą warstwą na twarz, zostawiamy do wyschnięcia i ściągamy jak maskę peel-off. Maska przyjemnie chłodzi, ale nie w takim stopniu jak algi Organique. Na swojej skórze widziałam wyraźne ukojenie rumienia, dzięki czemu cera miała bardziej wyrównany koloryt, oraz przyjemne nawilżenie skóry (choć zastrzegam, że pod algi kładłam na skórę olejek Caudalie). Działanie było bardzo dobre, ale algi Organique dają na mojej skórze jeszcze lepsze efekty :)

piątek, 27 czerwca 2014

E-naturalne, maska algowa peel-off z acerolą.

Pozostańmy jeszcze w temacie masek do twarzy. Znalazłam kolejne (po algach Organique) świetnie działające algi!


Maska ma postać brzoskwiniowego proszku. Rozcieńczamy ją wodą  mineralną w stosunku 1:3. Nie ma żadnego problemu z jej przygotowaniem. Ściągamy ją jak maskę peel-off po około 20 minutach. Im grubsza warstwa, tym łatwiej schodzi. I tyle.


Maska przyjemnie chłodzi skórę twarzy, która po sesji z tymi algami jest ukojona, pięknie rozświetlona i przyjemnie gładka w dotyku. Produkt wyrównuje też jej koloryt i ściąga pory. Naczynka i rumień zostają wyraźnie ukojone. Jak tu nie kochać alg?

Maska dostępna tu w różnych pojemnościach i cenach.

czwartek, 26 czerwca 2014

Dermaglin, maseczki odświeżająca, oczyszczająco-odżywcza oraz przeciwzmarszkowa.

Maseczki kupiłam w Rossmannie za 5,29 zł za sztukę. Każda saszetka zawiera 20 g produktu i powinna, według zaleceń producenta, zostać zużyta na jeden raz.

Produkty recenzuję razem, bo nie zauważyłam różnic w ich działaniu i właściwościach.


Maseczki oparte są o zieloną glinkę kambryjską. Wszystkie mieszanki mają bardzo dobre, krótkie, naturalne składy. Każdą wzbogacono o olej jojoba, dzięki czemu maski nie zasychają na twarzy w ciągu 20 minut na twardą skorupę (jeśli nałoży się je w zalecanej ilości) i nie trzeba w zasadzie zraszać ich wodą termalną/hydrolatem.

Kosmetyki są zielone, gęste i mają specyficzny zapach oleju jojoba. Ponieważ nakładamy je na twarz grubą warstwą, zmywa się je długo. Najwygodniej robić to pod prysznicem.


Maski działają bardzo dobrze! Po każdej sesji moja twarz była oczyszczona, a pory lekko ściągnięte. Odnotowałam również wyrównanie kolorytu skóry i poprawę jej napięcia. Była też przyjemna w dotyku i rozświetlona. Efekt nie utrzymuje się jednak szczególnie dlugo.


Cenowo może maski nie wypadają najkorzystniej, ale mają naprawdę świetne składy, dobrze działają i są wygodne w użyciu - nie musimy sami niczego mieszać, więc oszczędzamy trochę czasu. Jestem zadowolona z tego spotkania i nie wykluczam powrotu do tych produktów.

Znacie?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...