Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mac. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mac. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 grudnia 2019

MAC, Liptensity Lipstick (Postmodern), Retro Matte (Relentlessly Red) & Patrick Starr collection (Slay Ride).

Pomadki marki MAC Cosmetics są szeroko lubiane. I ja należę do grona ich wielbicieli, mimo iż żadnej z posiadanych przez siebie sztuk nie kupiłam sama, a zostałam nimi obdarowana przez kochaną Justynę :*

Na blogu pokazywałam już uroczą Make Me Gorgeous (klik) oraz cudowne, wampowe Lady Danger, MAC Red, Diva (kocham!) i Rebel (też kocham!) (klik), więc dziś przychodzę z resztą moich MAC-owych skarbów.

Czy muszę pisać, że wszystkie mają ten charakterystyczny, waniliowy zapach?

Oto one.


#1
Liptensity Lipstick, Postmodern


Opkowanie pomadki jest ciężkie i porządne. Jego kolor koresponduje z odcieniem pomadki - Postmodern to żywy róż o kremowym wykończeniu. Szminka jest obłędnie napigmentowana i już po jednym pociągnięciu otrzymujemy pełnię koloru. Jej trwałość niezmiennie mnie zadziwia. Z jednej strony bardzo brudzi kubki, z drugiej jeśli nie jemy niczego specjalnie tłustego, makijaż ust nie wymaga poprawek przez jakieś siedem godzin. Lekkie posiłki w ogóle jej nie szkodzą. Pomadka zostawia też na ustach stain, który trzeba zmyć podczas demakijażu (micel załatwia sprawę). Nosi się ją bardzo komfortowo. Jest prawie idealna!

Jedyne co mi w pomadce nie odpowiada to jej ścięty na płasko kształt. Precyzyjne nałożenie prosto ze sztyftu jest niemożliwe i najlepiej posiłkować się pędzelkiem.


#2 
Retro Matte, Relentlessly Red


Najbardziej matowy z matów. Suchy i wysuszający, ale bardzo efektowny. Relentlessly Red to różowa czerwień, piękna. Pomadka jest dobrze napigmentowana. Ze względu na swoją formułę nie sunie gładko po ustach, trzeba się troszkę postarać przy aplikacji. Mazidło nie wymaga konturówki, gdyż nie ma tendencji do rozmazywania się. Na mnie wyglądą dobrze przez około 6 godzin; potem w makijażu ust widać pewne ubytki i trzeba zrobić poprawki. Potrafi przetrwać niezbyt tłusty obiad. Nie sprawdzi się na suchych ustach, ale tym nieproblematycznym bardzo ją polecam.


#3
Patrick Starr Collection, Slay Ride (matte)


To była kolekcja świąteczna z zeszłego roku. Pomadka ma przepiękne opakowanie, stanowi prawdziwą ozdobę toaletki. Slay Ride to winna czerwień o satynowo-matowym wykończeniu. Produkt może pochwalić się świetną pigmentacją i komfortem noszenia, nie wysusza mi ust. Brudzi kubki, a bez jedzenia wymaga poprawek po około pięciu godzinach. Nie zjada się równomiernie, ale przy takich odcieniach nie jest to nic szczególnie zaskakującego.

Jesteście team pomadki wyraziste czy team pomadki nude? Co do mnie, to chyba oczywiste, co wybieram ;)

poniedziałek, 17 lipca 2017

Efektowne pigmenty: Inglot AMC 84 & 85 oraz MAC Blue Brown

Nie wszystkie lubimy pigmenty czy sypkie cienie. Sięgając po nie można spodziewać się osypywania i bałaganu na twarzy, choć można oczywiście temu zaradzić zaczynając od makijażu oczu. Z drugiej strony kosmetyki w tej postaci mają tę zaletę, że zazwyczaj powalają pigmentacją i potrafią wyglądać na oczach efektownie. Zwłaszcza jeśli towarzyszą im efekty specjalne, np. przechodzenie z jednego koloru w drugi. O takich trzech koleżkach właśnie będzie dziś mowa. Jeśli mam nieco czasu, a chcę wyglądać naprawdę wystrzałowo, sięgam po któryś z nich:


Oczywiście na bazie trzymają się od aplikacji do demakijażu.


Inglot AMC 84



Dostałam to cudo w prezencie od Kasi. Pigment ten nie jest może wyraźnie duochromowy (choć czasem delikatnie mieni się na brąz), ale za to ma przepiękny, nieczęsto występujący w cieniowym świecie, odcień oliwkowego złota o metalicznym wykonczeniu. W połączeniu z matowym brązem w załamaniu wygląda naprawdę szałowo.


Inglot AMC 85



To w tym zestawieniu mój faworyt. Różowy brąz mieniący się na błękit. Nie potrzebuje też dodatkowego towarzysza, bo dobrze roztarty zamienia się w ciepły brąz. Kiedy go noszę, zawsze zbieram mnóstwo komplementów, bo pięknie się skrzy na oczach.


MAC Blue Brown



Bardzo hojną (pewnie wystarczy mi do końca życia) odsypkę tego pigmentu dostałam od Hexxany. Działa na podobnej zasadzie co Inglot 84, ale jest od niego ciemniejszy i cieplejszy. On również dobrze roztarty zmienia się w ciepły brąz, więc nie wymaga wspomagacza w załamaniu.

Przyznam, że nie sięgam po te pigmenty zbyt często, ale jak już mi się zdarzy, zawsze mam ochotę powiedzieć "wow". Sami przyznajcie, że jest czym się zachwycać ;)

sobota, 18 marca 2017

MAC, Nutcracker Sweet Red Lipstick kit (pomadki Lady Danger, MAC Red, Diva i Rebel)

Nawet nie wiecie, jak mi się zaświeciły oczy, kiedy dostałam ten zestaw szminek MAC w prezencie gwiazdkowym od Justyny. Cztery spore miniatury kultowych odcieni kultowych pomadek w dwóch różnych wykończeniach, w zestawie kolorystycznym idealnie do mnie dobranym? To się nie mogło nie udać!

Uwielbiam te maluchy.


Tylko spójrzcie: miniatury przyszły do mnie w bardzo ładnym domku, a i same ubrane zostały w przyjemmne dla oka piżamki. Oczywiście podoba mi się też ich smakowity, delikatny i nienachalny waniliowy zapach. Jakość poszczególnych sztuk również na plus - wszystkie dobrze się aplikują, są świetnie napigmentowane i komfortowo się noszą bez nadmiernego wysuszania naskórka ust, odbijania na zębach czy migrowania poza kontur. Zostawiają co prawda ślady na kubkach, ale na palcach jednej ręki mogę policzyć produkty, które tego nie robią. Kto już miał do czynienia z pomadkami MAC wie, że są godne wypróbowania.


Świąteczny zestaw Sweet Red zawierał dwie pomadki o wykończeniu matowym: Lady Danger i Diva, oraz dwie o wykończeniu satynowym: MAC Red i Rebel.

Każdy z tych odcieni bardzo do mnie pasuje; nie ma kolorystycznego niewypału. Co więcej, jeśli miałabym wybierać, chyba nie potrafiłabym wskazać ulubieńca; byłyby to ex aequo Diva i Rebel, choć i do Lady Danger nie mam większych zastrzeżeń. Jedynie MAC Red troszeczkę mi podpadł.


Lady Danger:

LD to wyrazisty pomarańczowy koral o matowym wykończeniu. Ożywia twarz i podbija niebieskość w moich szaro-niebieskich tęczówkach, ale też zażółca niestety zęby. Jest bardzo trwała - z piciem i nietłustym jedzeniem potrafi wyglądać nienagannie do sześciu godzin nim na ustach zaczną być widoczne prześwity. Wystarczą niewielke poprawki i po problemie.

MAC Red:

MR to twarzowa czerwień podbita niebieskością o satynowym wykończeniu. Jest najmniej trwała z całej czwórki - poprawek wymaga po około trzech godzinach, a wszelkie formy konsumpcji zostawiają po sobie widoczne ubytki. Zjada się też w najmniej korzystny sposób - od środka ust i w kącikach. Sięgam po nią w dni, kiedy wiem, że będę mieć możliwość częstej kontroli makijażu.


Diva:

Ach Diva. Nie mam niczego podobnego w swojej przepastnej kolekcji. Nawet nie wiedziałam, że tak dobrze będę się czuć w czerwonym brązie! A tymczasem okazuje się, że jest to kolor bardzo twarzowy, wręcz wyrafinowany. W konsystencji jest to najbardziej sucha sztuka z zestawu i trochę topornie się nakłada; trzeba poświęcić jej nieco uwagi. Efekt jest jednak tego wart. Pomadka jest względnie trwała - z piciem i nietłustym jedzeniem pierwsze prześwity widzę po pięciu-sześciu godzinach. Niestety do poprawek trzeba zmyć pierwszą warstwę i aplikować kolor ponownie. Dokładanie koloru na pierwszą warstwę skutkuje dziwnymi grudkami i nie wygląda ładnie.


Rebel:

Rebel to przepiękna chłodna śliwka o satynowym wykończeniu. Czuję się w niej trochę jak gwiazda rocka. Nosi mi się najbardziej komfortowo z całej czwórki, a ponieważ lekko wgryza się w usta, jest również najtrwalsza (potrafi nie wymagać poprawek przez około siedem godzin) i najładniej, najrówniej się zjada.

Justyno, bardzo Ci dziękuję za te skarby. Wybrałaś zestaw szyty dla mnie na miarę i dałaś mi możliwość poznania nowych dla mnie wykończeń, bo wcześniej, dzięki Tobie zresztą, przetestowałam jedynie kremową formułę amplified.

Macie którąś z tych pomadek? Jak wrażenia?

środa, 9 listopada 2016

MAC, pigmenty Tan oraz Chocolate Brown

W ostatniej niespodziankowej paczce od Hexxany (:*) znalazłam dwa pigmenty MAC - Tan oraz Chocolate Brown - w ogromnej, niemożliwej do zużycia pojemności. Są za to absolutnie piękne i idealnie do siebie pasują, więc jeśli mam chwilę czasu na zabawę z sypką konsystencją, a jednocześnie nie chce mi się kombinować, wystarczy je połączyć i gotowe.


Pigmenty zamknięte są w wysokich plastikowych słoiczkach. Niestety producent nie dał nam  sitka ułatwiającego dozowanie, a jedynie zaślepki zabezpieczające przed pyleniem i rozsypywaniem. Pigmentacja zachwyca, ale ze względu na sypką konsystencję przy aplikacji trzeba uważać i otrzepywać pędzelek w celu zminimalizowania osypywania. Kiedy się spieszę, nie sięgam po sypkie cienie, ale w spokojniejsze dni - czemu nie.


Oba pigmenty mają błyszczące wykończenie. W Chocolate Brown zauważam jeszcze niewielkie srebrne drobinki. Tan to brązowawe złotko (trochę podobne do kremowego cienia On and On Brozne z serii Color Tattoo z Maybelline), a Chocolate Brown - mleczna czekolada.

Połączenie cieni pięknie podbija moje niebieskie tęczówki i, jak znam Asię, właśnie dlatego mi je podesłała :) Dziękuję :*

sobota, 20 lutego 2016

M.A.C. x 4: pigment Vanilla, maskara False Lashes Extreme Black, Beauty Powder Alpha Girl oraz szminka Make Me Gorgeous

Jeśli mowa o legendarnym MACu, jeszcze do niedawna miałam do czynienia jedynie z kilkoma pigmentami, których odsypki dostałam od koleżanek-blogerek. Sama nigdy wymarzonych zakupów szminkowo-cieniowo-różowych tam nie poczyniłam, bo chciałabym to zrobić stacjonarnie, żeby sobie wszystko dokładnie obejrzeć, a ani w Blackpool, ani w Trójmieście sklepu marki nie ma. Tak więc MAC pozostawał nieuchwytny. Do czasu aż Justyna (cmok dla Ciebie), która powinna zostać ich ambasadorką, obdarowała mnie kilkoma MACowymi zabawkami. Dziś mają one tutaj swoje pięć minut.

Zacznijmy od góry, czyli od oczu i rzęs. Dostałam od Justyny odsypkę pigmentu Vanilla o odcieniu kości słoniowej mieniącej się na złotawo. Jest przepiękny i wygląda fanstastycznie zarówno w samym wewnętrznym kąciku ładnie go rozświetlając, jak i na całej powiece w towarzystwie kreski. Absoultnie nie ma się czego czepiać - pigmentacja, trwałość (na bazie) i przyczepność do powieki są na wysokim poziomie.



Przejdźmy do maskary. Justyna sprezentowała mi dwie miniaturki wersji False Lashes Extreme Black. Tusz rzeczywiście ma ładny, dość głęboki odcień czerni. Szczoteczka jest klasyczna i łatwo się nią operuje zarówno przy górnych, jak i dolnych rzęsach. Moje naturalne firanki są raczej mało spektakularne, więc nie ma na czym osiągnąć efektu "false lash". Nie można jednak napisać, że maskara nic nie robi, bo ładnie wydłuża i zauważalnie podkręca rzęsy (nienawidzę zalotek, więc ich nie używam i cenię tusze, które dają efekt podkręcenia), choć nie nadaje im szczególnej objętości. Niestety kosmetyk ma jedną dość poważną wadę: nałożony tylko na górne rzęsy odbija mi się na dolnej powiece, a nałożony na dolne rzęsy potrafi się rozmazać. Czyli wykazuje duży "potencjał pandogenny".



Spuszczamy wzrok i z oczu przenosimy wzrok na policzki. Sprezentowany mi Beauty Powder (według MACa może być albo pudrem, albo rozświetlaczem, albo różem) nazywa się Alpha Girl i pochodzi z kolekcji MAC is Beauty. Umówmy się, że nikt nie ma tak różowej cery, aby użyć tego kosmetyku na całą twarz, a na rozświetlacz produkt ten jest zbyt mało błyszczący. U mnie od razu został zakwalifikowany jako róż do policzków. Ma piękny brzoskwiniowy kolor i zawiera mało zauważalny złoty shimmer, ale na policzkach wygląda raczej na miękki mat.

Kosmetyk jest średnio napigmentowany. Największym problemem w jego przypdku jest konsytencja. Produkt jest bardzo suchy i dość twardy, i przez to słabo przyczepia się do skóry. Próbowałam nakładać go na podkład mineralny, ale nie chciał się w ogóle trzymać twarzy. Na podkładzie płynnym widzę róż na policzkach przez 4 w porywach do 5 godzin (znika równomiernie). Żeby wyciągnąć z niego maksimum trwałości i koloru najlepiej pokombinować i nałożyć go na kremową bazę, czy to z różu w kremie, czy delikatnej pomadki. Wtedy można nacieszyć się tym niezwykle twarzowym brzoskwiniowym odcieniem przez niemal cały dzień. Tak Justynko, znalazłam sposób na tego zawodnika :)


 na zdjęciu bez kolorowej bazy, więc wypadł bardzo delikatnie (ze względu na jego suchość i brak przyczepności do skóry ciężko budować kolor)


A na koniec creme de la creme, czyli moja pierwsza pomadka MAC. W kolorze koralowym, moim ulubionym.

Pomadka w odcieniu Make Me Gorgeous rownież pochodzi z kolekcji MAC is Beauty. Ma wykończenie amplified, czyli kremowe. Jest obłędnie napigmentowana - jedno pociągnięcie po naskórku daje optymalne krycie i pełnię koloru. Szminka nosi się świetnie - nie wysusza ust, nie migruje, nie zbiera się w bruzdach wargowych, nie odbija na zębach. Trwałość, jak to kremowe szminki, ma raczej przeciętną - 3-4 godziny bez jedzenia. Zostawia też ślady na kubkach i policzkach dziecka, ale za to jak ładnie ożywia twarz.



Na tej szmince na pewno się nie skończy; mam kilka pozycji na pomadkowej MACowej wish-liście :)

niedziela, 29 września 2013

Pudry sypkie: MAC prep + prime transparent finishing powder vs. Kryolan anti-shine powder

Dzięki hojnym odsypkom od Hexxany (MAC) i Smokyeveningeyes (Kryolan) miałam okazję zapoznać się z dwoma sypkimi pudrami wykańczającymi, należącymi do wyższej półki niż produkty, po które zwykle sama sięgam. Dzięki Dziewczyny! Pudry stosowałam naprzemiennie od ponad dwóch miesięcy, ot żeby je porównać; dodatkowo bardzo chciałam sprawdzić, jak poradzą sobie w upały.

Według producenta puder MAC ma nadawać jedwabiste wykończenie, utrwalać makijaż, redukować błyszczenie skóry oraz optycznie minimalizować pory, zmarszczki i niedoskonałości. W UK kosztuje 20 funtów za 8 g. O pudrze Kryolan na wizażu przeczytamy: "Puder o niezwykłych właściwościach matujących, zalecany szczególnie do cery tłustej lub mieszanej. Niezwykle lekki, poręczne opakowanie, nienaganny mat to główne walory tego kosmetyku.  Cena: 56 zł / 30 g" (klik)

Jak widać, cenowo lepiej wypada puder Kryolan.
 


Na temat oryginalnych opakowań kosmetyków się nie wypowiem, gdyż nie miałam ich w rękach.

Oba pudry mają postać białego, bardzo drobno zmielonego proszku. Puder MAC może jest odrobinę bardziej zmielony. Produkty są transparentne, nie bielą skóry, nie podkreślają meszku na twarzy i nie zbierają się w porach ani zmarszczkach. Nie utleniają się też na twarzy. Żaden mnie nie zapchał.

W kwestii wykończenia spotkało mnie małe zaskoczenie. Pudry nie zostawiają na twarzy płaskiego matu, twarz jest raczej satynowa (choć MAC jest odrobinę bardziej matujący niż Kryolan). Wykończenie jest ładne, ale latem w sumie nie miałabym nic przeciwko silniejszemu zmatowieniu cery. Ogromny plus za to, że produkty nie odznaczają się na twarzy brzydką, pudrową warstewką.

Jeśli chodzi o działanie, cóż, spodziewałam się więcej. Oba produkty sprawowały się podobnie, w upały matując mnie na około 3 godziny (MAC odrobinę dłużej niż Kryolan). W chłodniejsze dni natomiast po bibułki matujące musiałam sięgać co 4-5 godzin. Bardzo podobnie sprawuje się u mnie dużo tańszy puder bambusowy z BU... Wiem, że mam bardzo tłustą cerę, ale nie obraziłabym się, gdybym znalazła coś, co zmatuje mnie na dłużej. Chyba oczekuję zbyt wiele ;)

Oba produkty są wydajne, ale pudry sypkie w ogóle tak mają.

Suma summarum, oba pudry działały u mnie bardzo, bardzo podobnie. Nie zaobserwowałam bardzo znaczących różnic.

środa, 25 lipca 2012

Max Factor, False Lash Effect; MAC, Zoom Lash; Hean, Boom Lashes; Maybelline, One by One Volum' Express Satin Black - subiektywny przegląd

Dziś będzie o moich subiektywnych odczuciach względem czterech maskar z różnych półek cenowych, które przysłała mi jakiś czas temu Hexxana - właśnie po to, żebym mogła sobie przetestować szczoteczki i formuły tych kosmetyków :) Od razu zastrzegam, że ja mistrzem malowania dolnych rzęs nie jestem (a właściwie sztuka ta w ogóle mało kiedy mi wychodzi), co na zdjęciach bardzo dobrze widać. Srogich anonimowych krytyków proszę o wybaczenie :P

Żadna z maskar nie zafundowała mi atrakcji typu osypywanie się, rozmazywanie, efekt pandy, itp. a nosiłam je po kilkanaście godzin dziennie.

Tak wyglądają ich szczoteczki:




1. Max Factor, False Lash Effect Mascara, wersja wodoodporna

Maskara efekt sztucznych rzęs.

Mam ją w kolorze brązowym. Tusz ma silikonową, dość dużą szczoteczkę, którą całkiem wygodnie się operuje. Poza szczoteczką ja nie zauważam innych plusów. Owszem, maskara jest wodoodporna. Na tyle, że jej zmycie to prawdziwa katorga. Nie chce poddać się dwufazówkom (awokado Bielenda), micelom (Bioderma, Bourjois), olejku BU trzeba użyć dwukrotnie, żeby to to ruszyć. Mnie problematyczny demakijaż strasznie męczy, a już w ogóle kiedy rzęsy wypadają w czasie całego procederu. A efekt? Śmiech na sali! Czy tak wyglądają sztuczne rzęsy?


Jak dla mnie jest słabiutko. Żeby nie było, miałam już kiedyś FLE w wersji czarnej niewodoodpornej, i sprawował się identycznie, czyli dawał mało spektakularny efekt. Tusz nie dla mnie.

Z tego, co wiem, kosztuje około 60 zł/13,1 ml.
***


2. MAC, Zoom Lash.

Pogrubiający i wydłużający tusz do rzęs, który daje efekt panoramicznych rzęs. Długo utrzymuje się na rzęsach.

Mam go w kolorze czarnym. Tutaj szczoteczka jest klasyczna, dość wąska, nie sprawia trudności w aplikacji. 

Tusz mnie nie zachwycił. Tylko tyle udało mi się z niego wykrzesać:


Czyli uzyskałam przyciemnienie rzęs. Nie ma pogrubienia, nie ma wydłużenia. Nie jest nawet specjalnie ładnie. Tusz-legenda, ale mojego portfela nie odciąży w przyszłości ;)

Wizaż podaje, że tusz kosztuje 55 zł/8 g. Hm, zawsze wydawało mi się, że więcej...

***

3. Hean, Boom Lashes mascara.

Hipnotyzujące spojrzenie i maxi rozmiar. Tusz ekstremalnie pogrubia i zwiększa objętość rzęs. Innowacyjna formuła zapewnia efekt pogrubienia już po pierwszej aplikacji. Wyjątkowa szczoteczka spektakularnie unosi rzęsy. Naturalne woski: Beery wax, Candellila i Carnauba kondycjonują rzęsy.

Czy to nie śmieszne, że najtańsza maskara w tym zestawieniu (około 11 zł/10 ml) najbardziej przypadła mi do gustu? Fakt, że trzeba nauczyć się obsługi tej grubej szczoty (metoda na zygzak bardzo skleja rzęsy), ale kiedy się to uda, efekt jest całkiem fajny:


Jest i pogrubienie, i wydłużenie - lubię to! Na zdjęciach widać co prawda grudki, ale to dlatego, że tusz już podsycha... Brawo dla Hean za tak fajny tusz!

***

4. Maybelline, One by One Volum' Express Satin Black.

Lubię tusze Maybelline i z tym również się zaprzyjaźniłam. Silikonowa, dość duża szczoteczka jest całkiem wygodna w obsłudze, a tusz na moich biednych rzęsach sprawuje się tak:


Czyli nie aż tak fajnie jak Hean, ale nie jest źle :) Delikatne pogrubienie i wydłużenie nastąpiło :)

Maskara kosztuje około 28 zł/9,6 ml.

***

A wniosek z tego posta taki, że dolna półka oferuje całkiem fajne perełki ;)

Hexx, dziękuję, że dałaś mi możliwość poznania trzech nowych maskar, wśród których znalazłam dwóch nowych przyjaciół :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...