Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lirene. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lirene. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 stycznia 2018

Zawód: Lirene, Antycellulitowy endo-masaż, olejek antycellulitowy plus bańka chińska

Jeśli czytacie moje wypociny od dłuższego czasu wiecie, że nie lubię kosmetyków marki Lirene. Wypróbowałam ich wiele i prawie wszystkie przyniosły zawód bądź wręcz zasłużyły na miano bubla. Jak dziś opisywany olejek antycellulitowy.

Normalnie, ponieważ to Lirene, nie spojrzałabym w kierunku tego produktu. Ale przyciągnęła mnie zielona bańka chińska. My bad.


Producent zapakował specyfik do plastikowej butelki z nakrętką, a tę, wraz z małą bańką chińską, wrzucił do wściekle zielonego kartonika, który trudno przeoczyć na drogeryjnej półce. Nie przeoczyłam i masz babo placek.

Gwoli sprawiedliwości przyznam, że olejek ma ładny, cytrusowo-skłodkawy zapach, a ponieważ jest go tylko 100 ml to, na szczęście, nie jest wydajny. I tu kończą się zalety (niewydajność zaletą? ha ha ha).


Powiedzmy sobie szczerze: sam olejek nie ma w składzie zbyt wielu substancji uznawanych za skuteczne w walce z cellu. Wnioskuję zatem, że w tym przypadku całą dobrą robotę miała odwalać bańka chińska znana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów na walkę z pomarańczową skórką, o ile jest to walka systematyczna. No i może miałoby to sens, gdyby olejek był tłustszy niż jest. Bo tutaj zastosowano formułę suchego olejku, który bardzo szybko się wchłania i NIE DAJE POŚLIZGU POTRZEBNEGO NA KILKUMINUTOWY MASAŻ BAŃKĄ. Paranoja po prostu. Produkt nie spełnia swojego najbardziej podstawowego zadania. Nie wspominając już, że jest tak lekki, iż nie ma nawet właściowości nawilżająco-natłuszczających. Ostateczenie do masażu musiałam stosować inną oliwkę, a olejkiem smarowałam się po kąpieli jedynie po to, żeby dowilżyć skórę i nawet w tej roli się nie spełnił. Dwa-trzy dni pod rząd stosowania samego tylko olejku bez dodatkowego nawilżacza skutkowało suchymi plackami na skórze ciała. Żart, moi państwo.

Za 100 ml tego bubelka trzeba zapłacić w Rossmannie prawie 30 zł. Nie, dziękuję; nawet pomimo morza zachwytów, które przelały się przez blogi, kiedy kosmetyk ten wszedł do sprzedaży.

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Lirene, Antycellulitowa Mezoterapia, remodelator sylwetki, reduktor cellulitu i tkanki tłuszczowej oraz Wygładzająca Eksfoliacja, antycellulitowe serum o działaniu złuszczającym

Dwa opisywane dziś sera również podesłała mi Hexxana. Nie podpadły mi aż tak bardzo, jak suche olejki z poprzedniego wpisu (które miały nawilżać i natłuszczać skórę na dłużej niż godzinę, a z tego zadania się nie wywiązały), ale nie oznacza to, że jestem nimi zachwycona. Bynajmniej.

Oba produkty zapakowano w podobne tubki z miękkiego plastiku. Nie ma żadnych problemów z wydobyciem kosmetyków i można zużyć wszystko do ostatniej kropli, bo tubkę łatwo na końcu przeciąć.

Mają konsystencję białej, rzadkawej emulsji, która potrzebuje 2-3 minut na wmasowanie w skórę. Nie zostawiają na ciele żadnego tłustego filmu. Obie wersje różnią się zapachem, ale żaden z nich nie jest szczególnie przyjemny; są chemicznie cytrusowe.

Jak wiecie, nie znam się na biochemii kosmetycznej, ale rzut moim laickim okiem na składy nie daje mi złudzeń, że działanie mazideł mnie zaskoczy. Prawie w nich nie ma uznanych substancji aktywnych sprawdzających się w walce z cellulitem, jak chociażby kofeina.



Opisów, wizualizacji i statystyk mamy na opakowaniach sporo, ale niestety.... Zdaniem mojej skóry to wszystko to bajkopisarstwo. Oczywiście istnieje możliwość, że mam naskórek słonia. Ale ponieważ sera tego typu stosuję dość regularnie wiem, że im więcej w nich składników aktywnych typu algi, kofeina, żeń-szeń, to i lepsze efekty na sobie widzę.

Gwoli ścisłości, nie oczekuję (jak mi zarzucono w ostatnim wpisie), że zgubię i nadprogramowe kilogramy, i cellulit od samego smarowania się. Wprawdzie ze swoim odżywianiem jeszcze walczę (z coraz lepszym skutkiem, w końcu), ale jestem aktywna fizycznie - od prawie półtora roku ćwiczę 5 razy w tygodniu przez 30-60 minut na sesję (w zależności ile w ogóle mam wolnego czasu), a  antycellulitowe sera mają mi po prostu ujędrniać skórę, żeby nigdzie nie było żadnych obwisów po spaleniu tłuszczyku. Opisywane dziś mazidła Lirene po prostu lekko nawilżają skórę, a dzięki silikonom naskórek jest przyjemny w dotyku. I to by było na tyle. Chłodząco-rozgrzewająca czternastodniowa terapia tej samej marki (klik) naprawdę widocznie ujędrnia i napina skórę, więc do niej wracam; dziś opisywane sera to w porównaniu ze wspomnianą terapią słabizna. Aż dziw, że to ten sam producent.

niedziela, 29 stycznia 2017

Jestem na nie: Lirene, Vital Code, ujędrniający witaminowy olejek oraz wygładzający multi olejek

Opisywane dziś dwa suche olejki do ciała podesłała mi Hexxana. Jak wiecie, dzięki Asi poznałam wiele pielęgnacyjnych hitów, ale te produkty do wspomnianej kategorii na pewno nie trafią. Właściwie to podzielam zdanie Atqi (klik) na ich temat. Słabizna.

Olejki zapakowano w plastikowe butelki z atomizerem. Taki sposób aplikacji oprócz ciała natłuszczał wszystko naokoło (więc jeśli macie jakieś mordercze plany w stosunku do osób, z którymi dzielicie łazienkę, polecam niesprzątanie wanny/brodzika po kąpieli; o niewinnie wyglądające pośliźniecie baaardzo łatwo), a z samych flaszek w krótkim czasie zaczynały schodzić etykiety. Butelczyny schowane były w kolorowych kartonikach z opisem wielu obietnic, z których żadne się nie spełniły. Przyciągająca wzrok szata graficzna przede wszystkim; kto by się tam przejmował działaniem (a raczej jego brakiem)?


Obie wersje różnią się zapachem, ale żaden z nich niczym szczególnym się nie wyróżnia i nie zapada w pamięć. Ot, aromaty "kosmetyczne". Ten z zieloną etykietą jest bardziej świeży, cytrusowy, ten z czerwoną - kwiatowy.


Co do składów; skóra by chyba bardziej skorzystała, gdyby wyrzuć z nich parafinę (choć do ciała nie demonizuję, ale wolę unikać) i znoszące uczucie tłustości silikony. Może wtedy działanie pielęgnacyjne byłoby na wyższym poziomie? Nie wiem, nie znam się, ale z doświadczenia wiem, że moja osobista zewnętrzna powłoka bardzo dobrze reaguje na olejowe mieszanki bez tych dodatków.

Poza tym kiedy sięgam po olejek, nie zależy mi, żeby był "suchy". Miałam ich kilka i.... Suche olejki na mnie działają tylko doraźnie i na krótko, więc bez sensu takie smarowanie.


Bla bla bla.

Bla bla. 

Bla.


U mnie oba olejki działały tak samo, czyli nijak. Po aplikacji skóra była nawilżona może do godziny. Żadnego długofalowego działania; długotrwałej ulgi. Co z tego, że ubrania  nie lepiły się do ciała; można stworzyć skuteczniejsze, relatywnie nietłuste mieszanki olejów. Plus? Nie doszło do wysypu na dekolcie.

Eee tam. Po raz kolejny fail, Lirene.

PS. W następnym poście też będę marudzić.

piątek, 29 lipca 2016

Lirene, Dermoprogram, Terapia antycellulitowa 14 dni kriolipoliza + lifting termiczny

Osoby, które są ze mną od dawna wiedzą, że nie dogaduję się z kosmetykami Lirene. Jednakowoż W KOŃCU natknęłam się na coś od nich, co zrobiło na mnie naprawdę pozytywne wrażenie. Nie kupiłam zestawu sama - dostałam go od Hexxany. Sięgnęłam po mazidła bez większych oczekiwań, a zostałam zaskoczona widocznymi efektami. Po raz pierwszy szczere oklaski ode mnie dla marki.


Terapia antycellulitowa zainspirowana została dwoma zabiegami: kriolipolizą oraz liftingiem termicznym. Składa się z dwóch kroków: pierwszy, żel chłodzący, powinniśmy stosować na dzień, a drugi, żel rozgrzewający - na noc. Od razu powiem, że ja rankami mam takie urwanie głowy, że oba kroki stosowałam wyłączenie raz dziennie po wieczornej kąpieli. Najpierw zużyłam żel rozgrzewający, a po nim chłodzący. Każda tubka o pojemności 100 ml wystarczyła mi na około 12-14 dni stosowania.


Żel chłodzący ma postać niebieskawej emulsji i oczywiście pachnie mentolem. Chłodzi mocno i intensywnie, co w ciepłe wieczory było całkiem przyjemne. Żel rozgrzewający to biała emulsja o kwiatowym zapachu. Rozgrzewa naprawdę mocno; powiedziałabym, że pali aż miło, na granicy bólu. Oba kosmetyki dość szybko się wchłaniają po krótkim masażu, nie zostawiając nieprzyjemnego filmu.



Oczywiście po, w założeniu, dwutygodniowej (a praktycznie w moim przypadku miesięcznej) kuracji nie zauwyżymy nie wiadomo jak widocznej redukcji cellulitu. Zresztą ja od produktów z nazwy antycellulitowych żadnych cudów nie oczekuję; chcę tylko i aż ujędrnienia skóry - zwłaszcza, że próbuję (słowo-klucz, bo jeszcze się nie udało) wrócić do rozmiaru sprzed roku, czyli de facto zgubić 6-8 kg, a redukcja wagi może (choć nie musi) wiązać się z utratą elastyczności skóry. Opisywany dziś duet ujędrnia naprawdę świetnie - już po kilku zastosowaniach skóra zrobiła się zauważalnie napięta i gładsza w dotyku. Teraz, kilka dni po wtarciu w cielsko ostatniej porcji, owo napięcie zaczyna znikać, więc czym prędzej zamierzam sięgnąć po inne serum Lirene, bo dzięki Asi mam zapasik.


Składowym purystom lista ingrediencji raczej się nie spodoba. Może i jest na co kręcić nosem, ale duet działa. Być może stosowany zgodnie z zaleceniem działałby jeszcze widoczniej.


Szczerze polecam, jeśli oczekujecie widocznego ujędrnienia i napięcia skóry, a nie jesteście składowymi purystami. Odradzam osobom wrażliwym na efekty termiczne, bo są one naprawdę intensywne (rozgrzewający wręcz na granicy bólu).

poniedziałek, 14 marca 2016

Lirene, Beauty Collection, mango peeling ujędrniający oraz kokosowy peeling solny

Gdyby nie Hexxana, która przysłała mi dwa wspomniane w tytule peelingi, posta tego by nie było. Raz, że nie przepadam za srubami z dodatkiem soli, bo uważam, że są dla mnie zbyt delikatne, a dwa - nie lubię kosmetyków Lirene. Nie odpowiadają potrzebom mojej skóry, a wiem, co piszę, gdyż miałam ich kosmetyków swojego czasu całkiem sporo. Skoro jednak peelingi znalazły się w mojej łazience, postanowiłam skrobnąć o nich kilka słów - zwłaszcza, że osatnio powstało na blogach sporo notek na ich temat w ramach współpracy z marką i zdecydowana większość z nich ma pozytywny wydźwięk. I choć przyjmuję do wiadomości, że wielu osobom mogą te kosmetyki przypaść do gustu, mnie w żaden sposób nie zachwyciły, zatem wtrącam swoje trzy grosze...


Opakowanie

Opakowanie jakie jest - każdy widzi. Białe tubki z miękkiego plastiku, zakończone korkiem na zatrzask korelującym z kolorytem szaty graficznej danej wersji. Jest praktycznie i schludnie. Nie doświadczyłam żadnych problemów z wydobyciem kosmetyków, a tubkę łatwo pod koniec przeciąć, żeby wydobyć resztki produktów.



Konsystencja

Wersja mango ma postać jadowicie żółtej galaretki, w której zatopiono polietylenowe granulki. Jest to typowa konsystencja dla tego typu drogeryjnych scrubów. Produkt bardzo obficie się pieni. Kokos natomiast ma formę białej, kremowej bazy z niewielką ilością małych kryształków soli i cukru. Nie pieni się, raczej tworzy na skórzę emulsję.



Zapach

Mango intensywnie pachnie właśnie owocem mango, choć mój nos wyczuwa pewną sztuczność. Kokos natomiast nie pachnie czystym, smakowitym kokoskiem. Kokosowemu aromatowi towarzyszy domieszka akordów kwiatowych i choć nie nazwałabym tej kompozycji nieprzyjemną, miałam zupełnie inne oczekiwania. No ale ja uwielbiam zapach nierafinowanego oleju kokosowego, więc teraz ciężko pod tym względem mi dogodzić.


Złuszczanie

Przechodzimy do meritum. Wersja mango złuszcza poprawnie, jak zdecydowana większość tego typu drogeryjnych peelingów, kokos za to nie powinien być nazywany peelingiem. Mojej skóry nie złuszcza w najmniejszych stopniu, co najwyżej lekko łaskocze. To raczej żel pod prysznic z jakimiś zbędnymi drobinkami, nie porządny scrub.

góra - mango; dół - kokos

Podsumowując, nic mnie tu specjalnie nie zachwyciło. Ani zapachy, ani poziom złuszczania, ani własciwości produktów. Zwyklaki jakich w drogeriach wiele. Tyle dobrego, że jakimś cudem w ogóle nie wysuszały skóry.

Tak, można powiedzieć, że jestem uprzedzona do Lirene, ale z całych sił starałam się, by nie wpłynęło to na moją opinię.

piątek, 18 września 2015

Lirene, Body BB fluid-balsam (ciemna karnacja)

Przepraszam, że piszę o tym produkcie dopiero teraz. Już niemal po lecie, coraz mniej ciała odkrywamy, a ja tu wyskakuję ze zmywalnym kremem brązującym do ciała. No nie mogłam się wcześniej do napisania tych kilku zdań zmobilizować, a chcę ku pamięci coś tu o nim naskrobać zanim go wyrzucę.

Gwoli wyjaśnienia: ponieważ w UK upałów nie było, wręcz przeciwnie - lato było raczej chłodne - nie miałam zbyt wielu okazji do założenia szortów, spódnic czy sukienek i nasmarowania nóg, bo do nóg go kupiłam, omawianym dzisiaj specyfikiem. A że należy zużyć go do sześciu miesięcy od otwarcia, a ja otworzyłam go pod koniec zeszłego lata, jest po prostu przeterminowany.


Produkt zapakowano w sztywną tubę o barwie miodu. Ma dość gęstą konsystenjcę i ciemny kolor. Zapobiegawczo stosowałam go tylko z ciemnymi ubraniami, więc nie wiem, czy brudzi tekstylia.

Jest to fluid nietrwale brązujący; możemy zmyć go w kapieli. Wolę takie rozwiązanie od samooopalaczy. Nie trzeba czekać wieków na wchłonięcie produktu, a kolor jest ładny i naturalny, ot ciepła opalenizna.

lewa noga "saute", prawa pokryta kremem Lirene

W swoim przypadku dopatrzyłam się jednak jednego, bardzo sporego minusa - nawet po uprzednim nawilżeniu nóg balsamem fluid źle się rozprowadzał i smużył, a kolor rozkładał się na skórze bardzo nierównomietnie.

Cóż, u mnie fluid ten nie do końca się sprawdził, ale widziałam na blogach, że generalnie cieszy się dużym powodzeniem.

czwartek, 16 kwietnia 2015

Lirene, 30% Urea, stop rogowaceniu, 2 w 1 krem-maska do stóp

Kolejny kosmetyk Lirene, kolejny zawód.


Krem ma postać dość rzadkiej emulsji, ale bardzo wolno się wchłania i zostawia na stopach klejący film. Pachnie olejkiem z drzewa herbacianego, który zawiera. 100 ml wystarczyło mi na 3 miesiące stosowania raz dziennie, wieczorem. 

Krótko: nie dość, że krem nie nawilża skóry stóp, to w ogóle jej nie zmiękcza i nie zapobiega rogowaceniu stóp w najmniejszym stopniu. Jak musiałam sięgać po pumeks niemal codziennie, tak muszę nadal, a przecież te 30% mocznika miało to zmienić, spowolnić proces rogowacenia naskórka. Nie tym razem.

Czemu, ach czemu, kupiłam jeszcze wersję z 20% mocznika?

sobota, 28 marca 2015

Lirene, Youngy 20+, Balsam z oliwkami karnawał w Wenecji

Balsam dostałam od Hexxany :*

Poprzedni post był pełen zachwytów, więc dziś, dla równowagi, będzie o kosmetycznym rozczarowaniu.

Zacznę od tego, że coś mi nie po drodze z pielęgnacją Lirene. Miałam całkiem sporo kosmetyków od nich i w znacznej większości się u mnie nie sprawdziły. To samo tyczy się niestety bohatera dzisiejszej notki, którego męczę i zmęczyć nie mogę od kilku miesięcy. Tak to zazwyczaj bywa, że bubelki okazują się wydajne...


Produkt zapakowano w ładną wizualnie butelkę. Jest ona jednak wykonana z bardzo sztywnego plastiku, co generuje problem z wydobyciem mazidła, kiedy w końcu dobiega końca.

Żeby nie było, że tylko marudzę, wymienię dwie zalety kosmetyku: przepięknie pachnie (nie oliwkami, ale nie jestem w stanie wskazać czym) oraz bardzo szybko się wchłania. Wręcz błyskawicznie.


I wszystko byłoby dobrze, gdyby balsam rzeczywiście nawilżał skórę, choć doraźnie. Zwłaszcza, że moja jest normalna i potrzebuje jedynie nawilżania po kąpieli. A tu nic. Czy się smarujemy, czy nie, nie ma różnicy. Z biegiem czasu skóra na ciele robi się coraz suchsza, gdyż brakuje jej dawki wieczornego nawilżenia.

Balsam widmo, proszę państwa.

niedziela, 25 stycznia 2015

Lirene Dermoprogram, krem do rąk i paznokci parafinowy

Krem dostałam od Hexxany (:*)

Przeznaczony jest do skóry bardzo suchej (czyli takiej jak moja; zimą pojawia się u mnie nawet egzema); ma też wzmacniać paznokcie. Zdawałoby się, że to coś dla mnie, zwłaszcza, że krem kuracja parafinowa Bielendy jest moim ulubieńcem (klik). A jednak...


Produkt zamknięto w czerwonej tubce o pojemności 100 ml. Kosztuje 7,99 zł. Krem ma rzadkawą konsystencję i bardzo przyjemny zapach kojarzący mi się z trawą cytrynową. Błyskawicznie się wchłania, chyba że to moja sucha skóra tak go spija. Tuż po wchłonięciu wizualnie wygładza dłonie (sylikon?), ale nie znosi uczucia suchości skóry.


Identycznie jak krem regeneracja (klik) mazidło nawilżało tylko doraźnie, na kilkanaście minut po aplikacji. Potem dłonie znowu były suche i wołały o nawilżenie. Skórkom ani paznokciom krem również zupełnie nie pomógł. Ostatecznie musiałam stosować go zamiennie z moją ukochaną mocznikową Isaną, inaczej stan skóry dłoni  stopniowo by się pogarszał. 

Nie wykluczam natomiast, że posiadaczki nieproblematycznej skóry dłoni byłyby z kremu zadowolone - zwłaszcza że przyjemnie pachnie i szybko się wchłania.

sobota, 29 listopada 2014

Lirene Dermoprogram, peeling enzymatyczny

Peeling kupiła mi na moją prośbę Słomka. Akurat przyjechała mnie odwiedzić, a ja potrzebowałam czegoś do delikatnego złuszczania, i padło na łatwo dostępną propozycję polskiej marki.


Kosmetyk zamknięto w różowej, odkręcanej tubie. Nakrętka za każdym razem leci mi z dłoni przy próbie zamykania, czego szczerze nienawidzę i co za każdym razem doprowadza mnie do szału. Klapkę proszę, klapkę! Mazidło ma postać różowawej emulsji i bardzo ładnie, kwiatowo i świeżo pachnie. Zwykle nakładam produkt raz w tygodniu cienką warstwą na 5 minut, a potem pod prysznicem zmywam. Trochę się maże przy zmywaniu, ale też nie powiem, że jakoś wyjątkowo trudno pozbyć się go z twarzy.

Działanie? Jakieś jest, ale nie spektakularne. Powiedziałabym, że peeling jest co najmniej trzy razy mniej skuteczny od mojego ulubieńca z e-naturalne. Trochę wygładza skórę i ściąga pory. Skóra twarzy jest po nim przyjemna w dotyku. To wszystko; nie zostałam powalona na kolana.

piątek, 21 listopada 2014

Lirene Dermoprogram, krem kuracja do rąk regeneracja

Krem dostałam od Hexxany. Asia wie, że jako posiadaczka suchych, bardzo problematycznych dłoni, wciąż poszukuję świetnie nawilżających i regenerujących kremów. Z ciekawością sięgnęłam zatem po propozycję Lirene.


Kosmetyk zapakowano w czerwoną tubkę z klapką. Krem jest białego koloru i ma słodki zapach. Jego konsystencja może zostać opisana jako bardzo lekka. W moje suche dłonie wchłania się błyskawicznie i nie zostawia żadnego filmu.


Niestety mimo ogromnie zachęcającego opisu, krem w moim przypadku nie spełnił obietnic producenta. Nie zauważyłam żadnej regeneracji skóry dłoni. Wręcz przeciwnie, na noc musiałam wspomagać się Isaną z 5% mocznika, inaczej dłonie cierpiały. Krem nie pomógł też skórkom; podczas jego stosowania były suche, twarde i skłonne do zadzierania się. Mazidło nawilżało tylko doraźnie, na kilkanaście minut po aplikacji. Potem dłonie znowu były suche i wołały o nawilżenie.

Posiadaczkom bardzo suchych, problematycznych dłoni nie polecam. Natomiast jeśli od kremu oczekujesz doraźnego nawilżenia i bardzo szybkiego wchłaniania się, jak najbardziej można spróbować.

czwartek, 27 lutego 2014

Nabytki lutego :)

Zużyć miesiąca jeszcze nie obfotografowałam, więc pokażę Wam, co kosmetycznego dostałam i kupiłam w lutym. Tadam:


Peeling enzymatyczny Lirene i cudowną kredkę Sephory w odcieniu 33 Love affair dostałam od Słomki :*** Paletkę Sleeka i kredkę Rimmela w odcieniu 004 Taupe sprezentowałam sobie sama.

Kredek użyłam póki co raz. Obie są mięciutkie, a dzięki temu bardzo przyjemne w użyciu.

góra - Sephora; dół - Rimmel

Nad kupnem sleekowej paletki Garden of Eden zastanawiałam się dość długi czas. Brązy i kolory taupe w niej zawarte niesamowicie mnie przyciągały, ale te zielenie... I jeszcze tak dużo ich. Nie czuję się dobrze w zielonym kolorze, ale w takich brązach już tak. I pewnie bym dalej się z myślami  biła, gdybym w Superdrugu nie wpadła na szafę z kilkoma sztukami GoE, które do mnie zamachały rączką. A że to limitka... same wiecie ;)



Paletkę na razie tylko słoczowałam. Zawiera siedem cieni o wykończeniu perłowym, trzy maty oraz dwa matowe cienie z brokatem. Ostatnia wspomniana dwójka ma gorszą pigmentację niż pozostałe cienie.

Czyż ten górny rząd nie jest przepiękny?

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Lirene Dermoprogram, selected from nature, ujędrniający biokrem pod oczy, jabłko, malwa, miłorząb japoński

Opowiem Wam dziś o kremie, którego używam dwa razy dziennie od kwietnia, czyli przez prawie 5 miesięcy. Dostałam go od Maggie :*

Krem jest koloru białego i ma lekką, puszystą konsystencję. Do jednej aplikacji nie potrzeba go wiele, co czyni produkt wydajnym. Kosmetyk nie wchłania się od razu po nałożeniu, trzeba go przez minutę wklepywać. Ilość użytego kosmetyku też ma znaczenie - im go więcej aplikujemy, tym dłużej musimy wklepywać gagatka. Po wchłonięciu kremu odczuwam przez kilka minut lekkie ściągnięcie skóry, ale nie takie, jakie towarzyszy wysuszeniu. Skóra po prostu delikatnie się napina.

Mazidło zapakowano w odkręcaną tubkę (o standardowej pojemności 15 ml) zakończoną dziubkiem. Tubka jest przezroczysta, dzięki czemu doskonale widać stopień zużycia produktu.





Kremu nie stosowałam przez ten czas zupełnie samodzielnie. To znaczy, rano z kosmetyków pielęgnacyjnych tylko on towarzyszył mi pod oczami, ale wieczorem nakładałam go albo na żel ze świetlikiem i aloesem Flos-Leku, albo na żel arnikowy tej samej marki, oczywiście po uprzednich wchłonięciu tych mazideł. Robiłam to po to, aby wzbogacić nieco pielęgnację okolic oczu. Nieuchronnie zbliżam się do trzydziestki, a nie chcę, żeby oczy zdradzały mój wiek ;)

Kosmetyk świetnie nadaje się pod makijaż. O ile damy mu się wchłonąć, korektor pod oczy świetnie się na nim trzyma, nic się nie roluje. Poza tym, jak zapewnia producent, krem zapewnia (niewielką, bo niewielką, ale jednak) ochronę przeciwsłoneczną.

Krem nie podrażnia oczu, nie wędruje do worka spojówkowego, ani nie wywołał u mnie alergii.


Jeśli chodzi o uzyskane efekty, w połączeniu z wspomnianymi żelami Flos-Leku krem spełnił obietnice producenta. Moja skóra pod oczami jest dobrze nawilżona, elastyczna, napięta i (poza zmarszczkami mimicznymi, których nic nie ruszy) gładka. Tym samym jestem z mazidła ogromnie zadowolona. Podczas jego stosowania nie dorobiłam się nowych zmarszczek, a rejony podoczne są w bardzo dobrej kondycji.

Zwróćcie uwagę, że producent nigdzie nie obiecuje likwidacji cieni pod oczami. Ja nie mam tego problemu, więc nie wiem, jak by mazidło (i czy w ogóle) wpłynęło na ewentualne cienie.

Kosmetyk polecam tym z Was, które szukają dobrego kremu nawilżającego pod oczy. Ten bardzo dobrze się w tej kwestii sprawdza :)

piątek, 23 listopada 2012

Lirene Dermoprogram, płyn micelarny do demakijażu twarzy i oczu

Płyn kupiłam w Rossmannie za 13 zł/200 ml. I wiecie co? Nie była to strata pieniędzy :)


Micel zapakowano w typową dla Lirene solidną, plastikową butelkę. Ma oczywiście konsystencję wody. Pachnie przyjemnie, kwiatowo, dość intensywnie.

Jest to przyzwoity micel, po prostu. Radzi sobie z demakijażem zarówno oczu (stosuję tylko kosmetyki niewodoodporne) jak i twarzy. Fakt, nieco wolniej niż micel Bourjois, ale robotę robi. Przy tym oczu ani skóry nie podrażnia; nie zostawia też mgły na patrzałkach ani lepkiej warstwy na buzi. Nie jest tłusty. Nie wysusza ani nie powoduje uczucia ściągnięcia skóry. Świetnie buzię odświeża i dobrze zastępuje tonik. Nie mam do niego zastrzeżeń :)


Znacie? Lubicie?

sobota, 29 września 2012

Yves rocher podkład niebrudzący, Lirene Dermoprogram Natural Look 2 w 1, Hanskin Collagen Lifting BB: subiektywny przegląd

Od jakiegoś czasu testuję odlewki trzech wymienionych w tytule produktów:


Jak widać, produkty są zróżnicowane kolorystycznie :)

Jak się sprawdziły na mojej 26-letniej, tłustej cerze?


1. Yves Rocher, podkład niebrudzący (odcień 100)

Z wizażu:
Skóra nieskazitelna przez 14 godzin.
Płynna konsystencja z zawartością utrwalających fitopigmentów, która nie brudzi ubrań, łatwo się rozprowadza i pozostawia skórę nieskazitelną od rana do wieczora. Gwarantowana trwałość przez 14 godzin.
Składniki pochodzenia roślinnego: Wyciąg z soi, woda bławatkowa, witamina E, mangiferyna. Fitopigmenty to pigmenty mineralne otoczone roślinnym wyciągiem z soi. Idealnie się dopasowują do fosfolipidów skóry i zapewniają doskonałe połączenie podkładu ze skórą. Dzięki temu podkład doskonale się utrzymuje.
Testowane pod kontrolą dermatologiczną.
Podkład niebrudzący zawiera tylko pigmenty mineralne pochodzenia naturalnego.
Pudełka są z kartonu pochodzącego z kontrolowanych upraw leśnych.

Cena: 56zł / 30ml
(KLIK)

Sporą odlewkę podkładu dostałam od Lady In Purplee :* Produkt przypadł mi do gustu najbardziej z całej trójki :)

Podkład jest jasny (odcień 100) i wpada w żółć, a nie róż. Daje przyjemne, satynowe wykończenie oraz lekkie w stronę średniego krycie. Wygląda bardzo ładnie na twarzy: nie daje efektu maski, nie waży się, nie włazi w pory, nie utlenia się. Po przypudrowaniu skóra twarzy jest matowa przez 4-5 godzin - bardzo dobry wynik! Produkt nie zapycha cery. Jeden mały minusik podkład dostaje ode mnie za intensywny zapach. Nie lubię, kiedy produkty do twarzy są intensywnie perfumowane.

Polubiłam go :)



2. Hanskin, Collagen Lifting BB cream

Krem dedykowany jest cerom dojrzalszym od mojej. Ma działać liftingująco, przeciwzmarszkowo i wybielająco. Posiada filtr SPF 35 PA++

Miniaturę 10 ml kremu podesłała mi Hexxana :*

Na temat działania przeciwzmarszczkowego się nie wypowiem, bo nie mam jeszcze tego typu problemów. Wybielenia przebarwień nie zaobserwowałam, ale za to mogę powiedzieć, że filtr działa bardzo dobrze :)

Przejdźmy do właściwości kremu. Ma dość rzadką konsystencję, dzięki której aplikuje się go szybko i przyjemnie. Zapychania, utleniania się, czy zbierania w porach nie zaobserwowałam. Krem ma ładny, beżowy odcień i zaskakujące, jak na krem BB, dobre krycie. Ponieważ dedykowany jest cerom dojrzałym,  ma mocno rozświetlające wykończenie. I właśnie ze względu na nie na razie krem muszę sobie odpuścić. Cera tłusta + świetliste wykończenie = zintesyfikowany błysk i konieczność sięgnięcia po armię bibułek matujących już po 2 godzinach.

Krem się u mnie nie sprawdza, ponieważ nie jetem jeszcze w grupie targetowej. Muszę jednak stwierdzić, że jest to bardzo dobry produkt i wierzę, że cery 35+ (zwłaszcza te suche) będą z niego zadowolone :)



3. Lirene Dermoprogram Natural Look 2 w 1 (407 Light)

Z wizażu:
Zawarta w nowych fluidach Lirene Natural Look silikonowa baza Aksamitna Gładkość tworzy na skórze jedwabisty film, który idealnie wygładza i wyrównuje powierzchnię skóry, naturalnie kryjąc widoczne pory i delikatnie rozświetlając cerę. Jednocześnie, zawarte w bazie składniki pochłaniają nadmiar sebum, wspomagając matowienie skóry. Dzięki bazie, pigmenty fluidu są równomiernie rozprowadzone, fluid utrzymuje się na skórze dłużej, a makijaż wygląda świeżo i naturalnie przez cały dzień. Kompleks Skin-HydroSmooth zawarty w fluidach Lirene Natural Look zawiera pigmenty w specjalnych otoczkach, zapewniające równomierne rozprowadzenie fluidu, a także kwas hialuronowy, który intensywnie nawilża, pomagając przywrócić skórze aksamitną gładkość.
Skład: /`Tiramisu`/ Aqua, Dimethicone, Isodecane, Nylon-12, Cyclohexasiloxane, Squalane, Cetyl PEG/PPG-10/1 Dimethicone, Dimethicone Crosspolymer, Glycerin, Sodium Chloride, Polyglyceryl-4 Isostearate, Silica Dimethyl Sylilate, Cyclopentasiloxane, Triethoxycaprylylsilane, Sodium Hyaluronate, Phenoxyethanol, Methylparaben, Butylparaben, Ethylparaben, Propylparaben, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Parfum, Benzyl Alcohol, Limonene, Geraniol, Alpha-Isomethyl Ionone, Citronellol, CI 77891, CI 77492, CI 77491, CI 77499 (28.01.2011)

Cena: 27,99zł / 30ml (KLIK)

Sporą odlewkę tego produktu dostałam od Kataliny :*, u której podkład się sprawdza (recenzja Kat). Ja z kolei mam zupełnie inne odczucia...

Mazidło ma przyjemną formę musu i tuż po nałożeniu daje pół-satynowe, pół-matowe wykończenie. Ma lekkie krycie. Odcień 407 Light wpada w żółć i jest dla mnie sporo za ciemny. Widać to było nawet po roztarciu. Nie kolor jednak zniechęcił mnie do tego produktu, a to, jak zachowuje się on na mojej skórze. Po pierwsze, już przy aplikacji wchodzi mi w pory i w rezultacie mam na policzkach morze ciemnych kropek. Poza tym moja skóra najzwyczajniej w świecie dusi się pod silikonowym płaszczykiem (mam tak z każdą bazą silikonową, więc po nie nie sięgam) i reaguje wzmożoną produkcją sebum. Kiedy zaś po 2 godzinach wylewa mi się na twarz morze sebum (gdzie te składniki, co niby pochłaniają jego nadmiar?), podkład jeszcze bardziej ciemnieje mi na twarzy. Jednym słowem - produkt mnie oszpeca zamiast upiększać (na zdjęciu poniżej tego niestety nie widać).

Jak widać - dwie twarze, zupełnie inny efekt ;)


Znacie któryś z tych produktów?

czwartek, 10 maja 2012

Lirene Dermoprogram, krem ochronny do rąk daktylowy, skóra sucha

I bought this product in Poland. Therefore, I wrote a review only in Polish. However, if you have any questions or would like me to translate this review for you, drop me a line. I will be delighted to help :)
***

Właśnie wtarłam w dłonie ostatnią kroplę daktylowego kremu Lirene, więc najwyższa pora na recenzję :)

Dla przypomnienia: mam ekstremalnie problematyczne dłonie. Są suche przez cały rok, zimą na knykciach robi mi się papier ścierny, a skóra pęka, mimo iż regularnie kremuję/maseczkuję dłonie i noszę rękawiczki. Skórki wokół paznokci również znacznie odbiegają od ideału. Od kremów do dłoni oczekuję kilkugodzinnego nawilżenia i zmiękczenia skóry dłoni. Odżywienie skórek oczywiście też mile widziane. Czy krem Lirene spełnił te oczekiwania?

Krem kupiłam w Naturze za około 7 zł/100 ml. Produkt znajduje się w białej tubce z wygodnym korkiem na zatrzask. Tubka jest nieprzezroczysta, nie widać stopnia zużycia smarowidła. Krem jest biały i ma ładny, nienachalny zapach. Jest rzadki, a co za tym idzie, dość wydajny, gdyż na jedną aplikację wystarcza niewielka ilość. Mi 100 ml wystarczyło na miesiąc stosowania po kilka razy dziennie. Produkt szybko się wchłania pozostawiając na dłoniach nietłustą, ale wyczuwalną ochronną warstwę.

Producent obiecuje intensywne odżywienie i nawilżenie skóry, a także ochronę przed szkodliwymi czynnikami zewnętrznymi. Skóra ma stać się miękka, sprężysta i aksamitnie gładka. Czy tak się dzieje?  Mi krem przynosił ulgę po każdorazowej aplikacji, ale na krótko. Po godzinie-dwóch, a także po każdym kontakcie z wodą skóra dłoni znów była sucha i nieprzyjemnie ściągnięta. Efektów długofalowych nie zauważyłam - stan skóry dłoni nie poprawił się. Składowo również bez szału - analiza poniżej.

Podsumowując, krem przynosi tylko doraźną pomoc. Ze względu na szybkie wchłanianie może to być fajny kremik do torebki, ale na dłuższą metę dłoni nie odżywi.


Dla zainteresowanych analiza składu wykonana TYM narzędziem: 

IngredientFunction ComedogenicIrritationSafety
Aqua Solvent
Glycerin Solvent
Moisturizer
0 0
Paraffinum Liquidum Solvent
Antistatic
0 0
Isododecane Solvent
Emulsifier
Glyceryl Stearate SE Emulsifier 3 2
Stearic Acid Emulsifier 2 0
Isopropyl Palmitate Solvent
Synthetic ester
Moisturizer
4 1
Triethanol amine pH Adjusters 2 4
Allantoin Anti-inflammatory
Anti-allergic
0 0
Sodium Polyacrylate
Phoenix dactylifera
Citric Acid Exfoliator
Astringent
Methylparaben Preservative
Phenoxyethanol Preservative
Diazolidinyl Urea Preservative
Propylparaben Preservative
Butylparaben Preservative
Ethylparaben Preservative
Parfum Fragrance
Butylphenyl Methylpropional Fragrance
Linalool Fragrance
Benzyl salicylate Sunscreen
Limonene Solvent
Fragrance
Citronellol Fragrance
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...