Na pewno spora część z Was zna fantastyczne, tanie jak barszcz konturówki do ust Essence. Sama o swoich pięciu sztukach pisałam tutaj. Nadal bardzo je lubię. A ponieważ dzięki uprzejmości Magdaleny na mojej toaletce zamieszkał podobny produkt z Golden Rose, nie sposób ich ze sobą nie porównać.
Gwoli przypomnienia, kredki Essence mają obudowę korespondującą z odcieniem sztyftu, a w przypadku Golden Rose rolę tę pełni kolorowy koniec. Z tego tytułu kredkę przechowuję do góry nogami, co by było łatwo ją zlokalizować.
Konturówki E mają miękkie jak masełko, przyjemne w obsłudze grafity. Ten GR niestety jest odczuwalnie suchszy i zdecydowanie twardszy, przez co mocno drapie podczas aplikacji...
Mocną stroną posiadanego przeze mnie liplinera jest żywy odcień ciepłej czerwieni. W swojej pierwotnej roli - konturówki - kosmetyk sprawdza się OK. Trzyma pomadki w ryzach przez kilka godzin.
Niestety nie do końca sprawdza się nałożony na całe usta. Po pierwsze, jak już pisałam, aplikacja jest niekomfortowa. Po drugie, kosmetyk wysusza naskórek. Po trzecie, po około 3 godzinach bez jedzenia i picia zaczyna zjadać się w mało estetyczny sposób - na całej powierzchni warg w przypadkowych miejscach zaczynają robić się prześwity.
Tym razem konkurencja z Essence zdecydowanie zostawiła Golden Rose w tyle...



