Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evree. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą evree. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Średniaki, zwyklaki, przeciętniaki... | Chanel, Estee Lauder, Wibo, Nabla, Biotanique, Bandi, La Roche-Posay, Sun Ozon, Perfecta, Evree

Dziś o kosmetykach ani dobrych, ani złych. Średnich do bólu.


#1
Chanel, Vitalumiere, loose powder foundation with mini kabuki brush


Sypki podkład Chanel dostałam od Hexxany. Producent zapakował go w dobrej jakości plastkowe pudełko z siateczką, przez którą mamy nabierać proszek na pędzel.


Dołączony kabuki brush nie podbił mojego serca. Daleko mu do miękkości pędzli firm produkujących minerały, a do tego jest dość mały, więc trzeba się namachać podczas aplikacji. Szybko poszedł w odstawkę.


Nie wiem, jaki mam kolor podkładu, bo nie widzę takiej informacji na opakowaniu. Wiem, że jest on odpowiednio jasny, ale niestety wpada w różowe tony, co do mnie nie pasuje. Pomagam sobie używając żółtego pudru wykończeniowego, który początkowo załatwia sprawę. Tuż po aplikacji na twarz kosmetyk daje wykończenie satynowego matu, ale już po około 3 godzinach zaczynam się wyświecać, a podkład wyraźnie ciemnieje i pomarańczowieje. Natomiast po całym dniu noszenia wygląda ciężko i ciastkowato. Jeśli już po niego sięgam, to na krótsze wyjścia.


#2
Estee Lauder, Enlighten EE cream, 01 light


Ten krem też dostałam od Hexxany. Uważam, że może sprawdzić się na cerach suchych i być może normalnych. Na mojej tłustej nie jest optymalny. Ma leciutkie krycie, ale jeśli chcemy tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery, daje radę samodzielnie. Niezależnie jednak, czy użyję go bez podkładu czy pod podkład, już po około dwóch godzinach zaczyna się na mnie brzydko wyświecać,  a pod koniec dnia, kiedy robię demakijaż, okazuje się, że w międzyczasie zupełnie ulotnił mi się z twarzy - a wszystko to po utrwaleniu pudrem. Kolejny kosmetyk z kategorii podkładów, po które ewentualnie sięgam na krótkie wyjścia.



#3
Nabla, Close Up Stay Full Smooth Concealer, Ivory


I kolejny kosmetyk, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Jak widzicie, ma on typowe dla korektorów opakowanie z wielkim gąbkowym aplikatorem (wielkością aplikator przypomina ten od korektora Conceal & Define z Revolution). Odcień Ivory wbrew nazwie nie jest bardzo jasny i wpada w żółte tony. Moim problemem w tym przypadku jest zbyt duże krycie. Nie zetknęłam się wcześniej z bardziej kryjącym korektorem. Ma w sobie tyle pigmentu, że osobiście nie potrafię porządnie rozetrzeć pod okiem nawet minimalnej ilości produktu (mowa o główce szpilki, jak by ktoś się zastanawiał) - wygląda maskowato, odnacza się, no i wysusza mi skórę. Nie jest też kompatybilny z lekkimi podkładami do ukrywania niedoskonałości - tu również się odnacza i ciastkuje. Swoją drogą nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że ja, posiadaczka widocznych zasinień od chronicznego niedosypiania, będę narzekać, że korektor jest ZBYT KRYJĄCY. Co za ironia!


#4
Wibo, matująco-utrwalający puder ryżowy do każdego typu cery


Ten puder dostałam z kolei od Justyny. Wbrew nazwie kosmetyk ani nie matuje, ani nie utrwala makijażu, ale sprawdza się w roli bazy pod sypki podkład mineralny i tylko w takim charakterze z niego korzystam.

#5
Biotanique, oczyszczający żel micelarny oraz łagodny żel do mycia twarzy.


Oczyszczający żel micelarny zapakowano do buteleczki z funkcjonalną pompką. Kosmetyk ma piękny, świeży, cytrusowy zapach. W kontakcie ze skórą nie pieni się ani nie emulguje, i dość trudno go spłukać, bo maże się po skórze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzeczywiście spełniał obietnice producenta i "z łatwością usuwał makijaż i inne zabrudzenia", ale w takim charakterze produkt zawodzi na całej linii. Nie jest w stanie dobrze usunąć ze skóry lekkiego podkładu mineralnego, o makijażu oczu już w ogóle nie wspominając. Sprawdza się natomiast dobrze do delikatnego, porannego mycia twarzy, kiedy do zmycia ma jedynie kurz i resztki nocnej pielęgnacji.


Ten, kto stwierdził na opakowaniu, że to łagodny żel, chyba nigdy go nie stosował. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który po myciu zostawia skórę twarzy skrzypiącą, ściągniętą i wołającą o tonik i krem. Zapach ma jakiś nieszczególny; taki typowy drogreryjny rypacz z tego żelu.


#6
Bandi, boost care, koncentrat z aktywną witaminą C


Bandi zaoferowało poprawne serum. Ma ono przyjemną konsystencję, doskonale nadaje się pod makijaż, lekko nawilża i wygładza skórę, ale osobiście znam kosmetyki tego typu, które dają o wiele bardziej spektakularne efekty niż serum boost care - chociażby LIQ CC. Serum Bandi trochę rozświetla cerę, ale nie jest to żaden efekt wow, a na przebarwienia czy wyrównanie kolorytu cery nie ma najmniejszego wpływu. Daję temu mazidłu też ogromnego minusa za bardzo intensywny perfumeryjny zapach. Po co on w kosmetyku do twarzy?


#7
 La Roche-Posay, cicaplast baume bs SPF 50


Dużą zaletą kremu La Roche-Posay jest widoczne działanie otulająco-łagodzące, co sprawia, że mimo cięższej konsystencji dobrze nosi się w sezonie jesienno-zimowym, nawet pod makijażem (na mojej tłustej cerze makijaż zazwyczaj spływa z tego typu kremów). Niestety po każdej aplikacji i późniejszym wieloetapowym myciu skóry znajduję na twarzy nowe wypryski - nawet jeśli robię dłuższe przerwy od produktu. Z tego tytułu nie sięgam po niego regularnie. Nie rozumiem też zastrzeżenia producenta, że to nie jest produkt chroniący przed słońcem (patrz etykieta). Przecież zawiera SPF 50?


#8
Sun Ozon, fluid przeciwsłoneczny do twarzy i dekoltu z efektem matującym SPF 30 oraz SPF 50



Tu mamy filtry dostępne każdego roku w Rossmannie w bardzo dobrej cenie. Mają one dość lekką konsysytencję (SPF 30 jest nieco lżejszy niż SPF 50), choć obiecywanego na opakowaniu matu nie dają. Dobrze nadają się pod makijaż. Mam jednak wrażenie, że nie są aż tak skuteczne, jak bym sobie życzyła. Do tego przy stosowaniu przez kilka dni pod rząd (przypominam, że skórę oczyszczam dokładnie i wieloetapowo) wysypywało mnie po nich, a poza tym zauważyłam, że po kilku godzinach noszenia wywołują u mnie rumień. Osobiście nie będę do nich wracać, choć wiem, że mają szerokie grono zwolenników.


#9 
GlamGlow, Glowstarter, rozświetlający preparat nawilżający


Preparat był częścią zestawu, który dostałam w prezencie od Kasi. No i cóż, nie jest to moje pierwsze zetknięcie z marką (klik) i nadal uważam, że kreują się na coś lepszego niż oferują. Ma to być kosmetyk luksusowy i z wyższej półki, a jest to zwykły, przeciętnie nawilżający krem z dodatkiem miki, który poprawnie sprawdza się pod makijażem. Nic, nad czym miałabym piać z zachwytu - nawet jeśli przyszedł do mnie w holograficznym opakowaniu.


#10
Perfecta, extra oils, silikonowe rękawiczki krem-olejek do rąk, paznokci i skórek


Dużą zaletą tego kremu jest wygodne opakowanie z pompką i delikatny, kosmetyczny zapach. Niestety moim suchym dłoniom pomaga tylko doraźnie i na krótko; niedługo po aplikacji skóra jest ponownie sucha i ściągnięta.


#11
Evree, cukrowy peeling do ust oraz multifunkcyjny balsam



Tak, wiem, że Evree już nie jest dostępne stacjonarnie, ale niedobitki można znaleźć w sieci. Osobiście uważam, że nawet za te niewielkie pieniądze nie warto sobie zawracać głowy. Wprawdzie mazidełka  mają naprawdę przyjemny zapach pomarańczy, ale peeling ma w sobie ogromne, mocno drapiące drobiny, które ścierają za mocno powodując ból, a do tego zawarte w nim olejki lubią rozlewać się poza obręb ust i robić bałagan na twarzy, a balsam to totalny okluzyjny zwyklak, który ust czy skórek nam nie zregeneruje. To już zdecydowanie lepiej sięgnąć po Tisane.

Czy ktoś dotrwał do końca moich wywodów? 

środa, 31 lipca 2019

Żegnam bez szczególnego żalu: Evree, Black Rose, detoksykująca czarna maska do twarzy

Internety donoszą, że spółka zajmująca się produkcją kosmetyków Evree, Mincer Pharma i kilku innych marek zbankrutowała, stąd mazidła te zniknęły ze sklepowych półek, choć jeszcze jakieś resztki kupić można w sieci. Jeśli chodzi o Evree, specjalnie mnie to nie boli, bo żaden ich kosmetyk mnie szczególnie nie zachwycił, detoksykującej maski nie wyłączając.

Jak ostatnio coraz częściej mi się zdarza, zapomniałam swoją sztukę obfocić, a byłam przekonana, że sesję jej zrobiłam. Niestety musiało mi się to przyśnić, bo w pamięci aparatu ani śladu sesji-widmo. Wybaczcie więc, że pożyczam zdjęcie, żeby było wiadomo, o jakim mazidle właśnie się produkuję (oczywiście podając źródło), a po alternatywną opinię i świetne zdęcia, w tym składu, zapraszam na bloga Agnieszki - o tu :) U Niej kosmetyk ten sprawdził się o wiele lepiej niż u mnie.




Zacznę od pozytywów. Producent umieścił maskę w wygodnej w użyciu tubce o przyjemnej szacie graficznej. Kosmetyk miał kremową konsystencję i nie wysychał na twarzy, nie trzeba więc było pilnować zwilżania. Różany zapach odbierałam jako przyjemny. Doceniałam też fakt, że ta maska to gotowiec, więc nie musiałam sama niczego mieszać, przygotowywać. Skład był całkiem niezły, choć znalazło się w nim kilka substancji unikanych przez bardziej ortodyksyjnych użytkowników kosmetyków.

Maska miała też spory minus - zawsze przez kilka minut po nałożeniu piekły mnie policzki i czasem wyskakiwał mi na twarzy delikatny rumień. Ze względu na czarny kolor mazidła (odpowiedź producenta na wielką popularność węgla w kosmetykach) najlepiej zmywało mi się produkt po prostu pod prysznicem, co by zminimalizować konieczność sprzątania.

A efekty stosowania tego kosmetyku raz-dwa razy w tygodniu u mnie były zauważalne, ale nic spektakularnego.
Maska coś tam oczyszczała cerę i wchłaniała sebum, jak każda pierwsza lepsza glinka. Na dłuższą metę jednak moja cera nie wyglądała po niej dużo lepiej, nie była jakoś lepiej oczyszczona, nie świeciła się mniej, pory nawet nie spróbowały się obkurczyć choć na pięć minut po zabiegu.... Jak mówiłam, nic specjalnego.

sobota, 21 kwietnia 2018

Evree, DeepMoisture, głęboko nawilżający krem do rąk do bardzo suchej i szorstkiej skóry

Z nazwy krem Evree zamknięty w turkusowej tubce jest produktem idealnym dla mnie. Niestety tylko z nazwy. Moim zdaniem jest dużo lżejszy i zauważalnie mniej skuteczny od kolegów z serii Instant Help, MaxRepair oraz TotalNutrition.


Podejrzewam, że musi być w nim procentowo naprawdę dużo wody w odniesieniu do innych składników, bo ta biała, słodko pachnąca emulsja jest dość rzadka i wchłania się całkowicie z prędkością błyskawicy, co kremy z dużą zawartością mocznika (który tu występuje na drugim miejscu w składzie) nie mają w zwyczaju.

Moim sucholcom stosowanie tego kosmetyku nie dało absolutnie żadnych korzyści; ani krótko-, ani długofalowych. Spośród czterech różnych kremów Evree, które przetestowałam, ten uważam za zdecydowanie najsłabszy. I stawiam marce pytanie: po co mnożyć różnych kremów do rąk, skoro macie już naprawdę skuteczne sztuki (InstantHelp) w ofercie?

Macie jakieś doświadczenia z tym gagatkiem?

piątek, 28 lipca 2017

Evree, Instant Help, krem ratunek dla stóp

Stopy, jak dłonie, mam bardzo wymagające. Może nie są na tyle suche, żeby skóra pękała, ale za to rogowacieją na piętach i dużych palcach w błyskawicznym tempie. Na szczęście wiele kremów z mocznikiem potrafi bardzo pomóc, a krem Evree Instant Help jest jednym z nich.

Kosmetyk dostępny jest m.in. w Rossmannie, a jego niepromocyjna cena to 9,99 zł/75 ml.


Mazidło ma postać gęstej emulsji o bardzo delikatnym zapachu. Nakładam je na noc grubą warstwą na stopy, a ponieważ konsystencję ma gęstą, dość długo się wchłania (u mnie około 20 minut) i zostawia na skórze wyczuwalny film. Co mi nie przeszkadza, bo jak już się kładę do wyrka, spędzam w nim te 5+ godzin. Poza tym jestem ogromnie zadowolona z działania, ponieważ rano skóra jest komfortowo nawilżona, a pięty trochę zmiękczone.  Przy codziennym stosowaniu tarki do stóp w połączeniu z tym kremem pięty mam w stanie  może nie zadowalającym, ale też nie ma tagedii.

niedziela, 11 czerwca 2017

Evree, handcare, instant help, krem ratunek dla rąk

Walka z wiecznie suchą skórą dłoni u mnie nigdy się nie kończy a chęć testowania coraz to kolejnych kremów nie przemija. Dlatego po przetestowaniu dwóch innych kremów Evree (w wersjach maxrepair oraz total nutrition), które spisały się u mnie dobrze-ale-bez-rewelacji, przyszła kolej na wariant instant help. I przyznać muszę, że z tej propozycji byłam naprawdę zadowolona.


Estetyczna, biało-czerwona tubka skrywa białą emulsję, gęstszą i treściwszą niż wyżej wspomniane tubki czerwona i różowa. Krem pozostawia na skórze wyraźnie wyczuwalny przez kilknaście minut film, co w moim przypadku jest jak najbardziej pożądane. Kosmetyk pachnie przyjemnie, słodko.

Produkt przynosił moim sucholcom natychmiastową ulgę na kilka godzin. Podczas jego stosowania skóra dłoni była przyjemnie gładka. I choć czas między potrzebą kolejnego smarowania się nie wydłużał uważam, że jest to naprawdę przyzwoity krem do rąk i cieszę się, że mam kolejną tubkę w zapasie.

środa, 12 kwietnia 2017

Evree, różany płyn micelarny

Moja cera zdaje się, z małymi wyjątkami, lubić z różanymi kosmetykami. Po udanym spotkaniu z różanym micelem Bielendy postanowiłam wypróbować propozycję Evree. Płyn kupiłam w Rossmannie za niecałe 15 zł.


Chyba nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że kosmetyk ma różany zapach i konsystencję bezbarwnej wody. Działania kojącego, ściągającego pory, ujędrniającego i nawilżającego nie jestem w stanie stwierdzić, bo, umówmy się, micel nie jest ostatnim krokiem w mojej pielęgnacji. Faktem jest, że jeśli pomiędzy użyciem tego produktu (czyli demakijażem) a zastosowaniem nocnej pielęgnacji wystąpi u mnie kilkugodzinna przerwa, nie odczuwam dyskomfortu z powodu suchej i ściągniętej cery.

Ze swojego podstawowego zadania, usuwania makijażu i codziennych zanieczyszczeń, micel wywiązuje się prawidłowo. Jest skuteczny i nie wymagą tarcia ani tego typu rzeczy. Generalnie nie podrażnia, chyba że wacik jest zbyt mocno nasączony i trochę produktu dostanie się do oka - wtedy może szczypać. Nie zdarzało mi się to jednak nagminnie, gdyż staram się nie marnować swoich kosmetyków i nie używać w przesadnych ilościach.

Skład wygląda następująco:


Nie znam się na chemii kosmetycznej, ale widzę tu wiele pożądanych substancji, takich jak hydrolat różany, micele, kolagen, kwas hialuronowy, wyciąg z liści aloesu, pantenol, kwas mlekowy czy alantoina. Wiem, że wiele osób unka DMDM hydantoiny jako konserwantu; ja nie demonizuję.

Przyzwoity micel.

sobota, 17 grudnia 2016

Evree, handcare Total Nutrition, Odżywczy krem do rąk

W kwietniu zeszłego roku opisałam tutaj inny krem Evree - wersję regenerującą (klik). Wystawiłam mu ocenę dobrą - doraźnie bardzo mi pomagał, ale nie było efektów długofalowych. I wiecie co? Krem odżywczy oceniam identycznie...

a czyja rączka zakradła się do zdjęcia?

Jak to u Evree, opakowanie kremu do rąk to kolorowo-biała tuba. W wersji odżywczej postawiono na kobiecy róż. 100 ml kosmetyku bez promocji kosztuje 8,39 zł, co, moim zdaniem, nie jest ceną wygórowaną za całkiem ciekawy skład zawierający m. in. mój ukochany mocznik, glicerynę, olej ze słodkich migdałów, masło shea, wosk pszczeli, olej z orzechów makadamia, witaminę E, witaminę C czy kwas cytrynowy (oraz oczywiście inne "uzupełniacze"). Produkt ma postać białej, dość treściwej emulsji o delikatnym, neutralnym zapachu. Przez kilkanaście minut po wsmarowaniu czuć na dłoniach ochronny, nielepki film.

No i cóż. Jak wiecie bądź nie, mam ogromnie problematyczne, wiecznie suche dłonie. Do tego zimą często dokucza mi egzema (przez kombinację mróz + grzejniki), ale póki co, na szczęście, tym razem mam ją tylko na prawym przegubie; knykcie (moje drugie problematyczne miejsce) na razie się trzymają. Krem odżywczy, podobnie jak regenerujący, przynosi mi doraźną ulgę natłuszczając, nawilżając i tymczasowo wygładzając skórę dłoni do pierwszego kontaktu z wodą. Długofalowych zmian (na przykład wydłużenia czasu między koniecznością aplikacji) nie ma, ale i tak uważam, że propozycja Evree zasługuje na solidną czwórkę, może nawet z plusem. Nie jest to jeden z tych (zbyt) lekkich kosmetyków, że po pięciu minutach człowiek ma wrażenie, iż niczego na dłonie nie nakładał.

środa, 28 września 2016

Evree, Magic Rose, upiększający krem do twarzy oraz upiększająca kuracja do twarzy i szyi (olejek)

Moją skórę opisać można następującymi przymiotnikami: trzydziestoletnia, tłusta, płytkounaczyniona z widocznymi teleangiektazjami i ogromną skłonnością do rumienia. Różany krem Evree skierowany jest do potrzeb właśnie takiej cery, a obiecuje nawilżanie, tonizowanie, wyrównywanie kolorytu skóry i hamowanie pierwszych oznak starzenia - czyli  wszystko, czego poszukuję w swojej pielęgnacji nocnej.


Szklany słoiczek o pojemności 50 ml (29,99 zł) wystarczył mi na około dwa miesiące cowieczornego stosowania. Wydaje mi się, że producent zdecydował się na takie a nie inne opakowanie ze względu na konsystencję kosmetyku - dość gęstego, białego masełka o delikatnym różanym zapachu. Mazidło aplikowało się bez żadnego problemu i szybko wchłaniało bez zostawiania tłustego filmu.


Nie ukrywam, że decyzję o zakupie kremu bardzo ułatwił mi skład produktu. Na moje laickie oko wygląda naprawdę nieźle. I, co najważniejsze, jak już pisałam Wam w ulubieńcach lata - to działa! Krem sprawdził się u mnie doskonale - rano budziłam się z ładnie nawilżoną i lekko napiętą skórą, a do tego krem fantastycznie pacyfikował rumień, dzięki czemu rankami koloryt skóry twarzy był naprawdę widocznie wyrównany. Moja cera zdaje się lubić różane kosmetyki (z kilkoma niechlubnymi wyjątkami, jak np. mgiełka z witaminą E z The Body Shop).



***
Żeby osiągnąć jeszcze lepsze rezultaty, producent zaleca łączenie kremu z olejkiem z tej samej serii. U mnie krem samodzielnie spisywał się tak dobrze, że nie musiałam tego robić. Jednak i tak znalazło się dla olejku miejsce w mojej pielęgnacji. Nie wiem, czy wiecie, ale ja kocham olejki, i obok propozycji Evree również nie przeszłam obojętnie. Za 30 ml magicznej mikstury zapłaciłam w Rossmannie 29,99 zł.


Produkt zamknięto w szklanej buteleczce z pipetą. Jest ładnie i higienicznie; wszystko działa bez zarzutu. Olejek ma słomkowy kolor i różany zapach. Nie jest bardzo tłusty, ale oczywiście zostawia błyszczący film na skórze. Z tego względu raczej nie stosowałabym go pod makijaż.


Jak stosowałam olejek? Otóż często zdarza mi się zmywać makijaż na kilka godzin przed wieczornym dogłębnym myciem twarzy i nakładaniem nocnej pielęgnacji, i coś na tę kilka godzin muszę na twarz nakładać, żeby nie odczuwać dyskomfortu. Tym czymś najczęściej są olejki. Olejek różany Evree natłuszcza i delikatnie nawilża naskórek, ale nie zauważyłam, aby jakoś szczególnie koił rumień. Krem robi to o wiele lepiej. W wyznaczonej mu przeze mnie roli - utrzymywaniu poczucia komfortu naskórka do czasu nałożenia nocnej pielęgnacji - olejek sprawdził się więcej niż dobrze, bo nie podrażnił ani nie zapchał. Genialnie zdał też egzamin na dekolcie. Jakiś czas temu dostałam w tym miejscu okropnego wysypu niedoskonałości (od zbyt bogatego olejku) i odkąd co wieczór myję dekolt mydłem z glinką, a potem smaruję olejkiem Evree, wszystko zaczęło wracać do normy - skóra jest nawilżona, a przy tym niedoskonałości zaczęły zaleczać się i znikać, a nowych nie ma. Super!

Olejek jest baaardzo wydajny. Używam go prawie codziennie od przynajmniej 4 miesięcy. Wystarczy kilka kropel na daną część ciała.


Jeśli poszukujecie drogeryjnej, przystępnej cenowo pielęgnacji o niezgorszych składach, na pewno warto się przyjrzeć Evree. Ja jestem ze swoich dotychczasowych doświadczeń z marką zadowolona. I wiele z Was również - czytałam mnóstwo pozytywnych postów :)

czwartek, 28 kwietnia 2016

Evree, handcare maxrepair, regenerujący krem do rąk

Żebyście widziały moje dłonie w ostatnim czasie. Suche, ściągnięte, popękane, i to mimo regularnego smarowania. Sama już nie wiem, czemu zawdzięczam obecną pustynię, bo dłoni nie zaniedbywałam...

Krem Evree miał przez ostatnie 3 tygodnie (na tyle wystarczyła mi zawartość tubki stosowana kilka-kilkanaście razy dziennie) pole do popisu.

Gdybym miała wystawić mu szkolną ocenę, dałabym mu czwórkę. Jest to produkt dobry, ale znam lepsze.

Zacznijmy jednak od początku. Kosmetyk zapakowano w nieprzezroczystą czerwoną tubkę z klapką. Ładnie, wygodnie, funkcjonalnie, nie ma problemu z rozcięciem opakowania pod koniec.

Za 100 ml produktu zapłacimy w Rossmannie 8,39 zł.
Krem ma postać białej emulsji i delikatny acz przyjemny zapach. Jak na kosmetyk zawierający sporo olejów i mocznika w składzie jest dość lekki i szybko się wchłania zostawiając jedynie delikatny, ledwo wyczuwalny film.
Na oko laika skład jest dobry (znajdziemy w nim m.in. glicerynę, mocznik, oleje ze słodkich migdałów, awokado, sojowy i arganowy, wosk pszczeli, masło shea, pantenol i alantoinę), więc w teorii krem rzeczywiście ma szansę działać bardzo nawilżająco i regenerująco, ale...
... w moim przypadku jest to działanie doraźne i nie długofalowe. Tuż po aplikacji odczuwałam dużą ulgę, a skóra dłoni robiła się gładsza, ale jednak przez te trzy tygodnie nie została dobrze zregenerowana. Warto dodać, że ranki i pęknięcia nie szczypały po aplikacji kosmetyku.

Moje dłonie lubią mocno otulając formuły oraz kochają mocznik i parafinę. Krem był dla nich po prostu trochę za lekki, ale myślę, że powinien sprawdzić się w przypadku mniej wymagających dłoni. Ma przyjzny skład, dość szybko się wchłania, ładnie pachnie i doraźnie nawilża i wygładza.

środa, 30 marca 2016

Evree, Max Repair, regenerujący krem do stóp do skóry bardzo suchej i szorstkiej

Dzisiaj będzie chwalenie. Opiszę Wam pierwszy krem do stóp, który zrobił na mnie naprawdę pozytywne wrażenie.

Przyjemna dla oka, turkusowa tubka z czerwoną nakrętką z klapką zawiera 75 ml białego kremu o delikatnym lawendowym zapachu. Produkt jest dość treściwy, wchłania się przez kilka minut i zostawia na stopach delikatny ochronny film. Evree nie podążyło śladem wielu innych producentów i nie wpakowało do kremu mięty ani mentolu, dzięki czemu nie ma tutaj żadnych efektów termicznych (zimą chłodzenie stóp to nie jest szczyt marzeń zmarźlaka...). Krem jest też wydajny - stosowałam go raz dziennie, na wieczór, od początku roku.


A teraz o moich stopach. Jako nastolatka nie miałam z nimi większych problemów, ale potem coś się zepsuło. Zaczęły się szybko odwadniać, a skóra na podeszwach, zwłaszcza piętach - rogowacieć. Mimo stosowania peelingów i tarki/pumeksu niemal każdego dnia pięty były wiecznie twarde i wyglądały brzydko. Chwytałam się różnych sposobów - tlustych, w teorii zmiękczających kremów, elektrycznych tarek, wycinaczki, raz poszłam nawet na rybkowy pedicure i... twardych pięt nic nie ruszało. W końcu się poddałam. W zeszłym roku z ciekawości kupiłam jeszcze kilka par złuszczających skarpetek (jedną parę z drogerii Boots, a potem jakieś no name z ebaya) i co 2-3 miesiące robiłam sobie wylinkę. Po pierwszych trzech razach efekty nie były jakieś specjalne. Ostatni taki zabieg zrobiłam sobie w grudniu tylko po to, żeby zużyć ostatnie skarpetki. I, nie wiem jakim cudem, po tej ostatniej wylince moje pięty w końcu zmiękły. Od razu włączyłam do wieczornej pielęgnacji bohatera dzisiejszej notki i muszę stwierdzić, że moje stopy od lat nie były w tak dobrej kondycji. Sa nawilżone, a skóra na piętach rogowacieje dużo wolniej - wystarczy peeling i tarka dwa razy w tygodniu, żeby było dobrze. A mamy już marzec. Pierwsza wiosna bez zrogowaciałego wałeczka na piętach! Upatruję w tym dużej zasługi mocznika, którego w tym kremie sporo.

Reasumując:
- ładne i funkcjonalne opakowanie
- wydajny
- nie chłodzi stóp
- nienachalnie pachnie lawendą
- dobrze nawilża i zmiękcza skórę, zapobiega szybkiemu rogowaceniu naskóra
- wydajny

Wad brak. Uwielbiam i będę wracać. Po przetestowaniu innych kremów oczywiście :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...