Złuszczające maski do stóp uważam za jeden z najlepszych kosmetycznych wynalazków, jaki kiedykolwiek powstał. Mimo iż dbam o stopy (codziennie smaruję, co drugi dzień sięgam po pumeks), one wykazują ogromną tendencję do rogowacenia na palcach i piętach. Do niedawna nie mogłam sobie z tym poradzić, aż nie odkryłam złuszczających skarpetek. UWIELBIAM.
Skarpety Shefoot kupiłam stacjonarnie w Naturze. Innych nie było, ale nie szkodzi - od razu między mną a tym produktem zaiskrzyło. Mam grubą skórę, więc trzymałam skarpetki na stopach przez półtorej godziny. Proces złuszczania zaczął się po 5 dniach, a po kolejnych 5-6 już było po wszystkim. Naskórek zeszedł ładną, równą, grubą warstwą odsłaniając miękką skórę nawet na piętach (przyznaję, że nie mogłam się powstrzymać i po kąpieli skubałam odstające skórki).
Przed tymi skarpetami miałam trzy pary jakichś no name z ebay. W ich przypadku zrzucenie skóry zajmowało moim stopom około miesiąca. W ogóle nie ma zatem porównania, jeśli o komfort chodzi. Do Shefoot na pewno będę regularnie wracać, bo moje stopy potrzebują takiej kuracji kilka razy w roku.

