Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korektory. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą korektory. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Garść kolorówki z drogerii: Maybelline, Lash Sensational Luscious; Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303); L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige); Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve); Golden Rose, sheer shine lipstick (19); Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)

Mam na toaletce kilka kosmetyków drogeryjnych, które jeszcze nie zawitały na blogu, więc nadrabiam.


#1
Maybelline, Lash Sensational Luscious


Bardzo, bardzo lubię podstawową maskarę Lash Sensational. Niestety wersja Luscious się u mnie nie sprawdza. Szczoteczka jest stożkowata, silikonowa, nie sprawia żadnych trudności przy aplikacji kosmetyku. Tusz ma ładny, czarny kolor i dodaje rzęsom nieco objętości. Niestety maskara ta bardzo lubi się na mnie rozmazywać i osypywać, co ją w moich oczach skreśla. W 2020 roku na pewno muszę kupić nowy tusz (bądź dwa).



#2
Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303)


Korektor pod oczy Max Factoria polubiłam od pierwszego użycia. Jest jasny, leciutki, daje średnie krycie, ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami i odbija światło. Absolutnie nie wysusza mi skóry ani nie podkreśla moich pierwszych zmarszczek. Idealnie dogaduje się z lekkimi podkładami mineralnymi.



#3
L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige)


Korektor z serii True Match L'Oreala ma troszkę lepsze krycie niż kolega powyżej, ale jest też nieco suchszy. Po kilkunastu godzinach zaczyna troszkę podsuszać mi skórę, ale tuż po aplikacji wygląda i zachowuje się bardzo dobrze. Nie lubię tego opakowania - kosmetyk lubi wylewać się z różnych miejsc na pędzelku w niekontrolowanych ilościach.



#4 
Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve)


Kiedy ja się nauczę, że odcienie kropka w kropkę przypominające mój rumień gubią się na mojej twarzy? Róż Max Factora uroczo się prezentuje (ten marmurek!), ma uroczy odcień, piękne, miękko matowe wykończenie i nie sprawia żadnych problemów podczas aplikacji, ale... na mnie Lavish Mauve akurat nie widać i nie wiadomo gdzie znika bez śladu w ciągu dnia. Ech.



 #5
Golden Rose, sheer shine lipstick (19)


OK, w Rossmannie czy Naturze Golden Rose nie znajdziemy, ale nie chciałam tworzyć osobnego wpisu dla tej pomadeczki. Lubię ją. Ma lekkie krycie, błyszczące wykończenie i nawilżającą formułę. Odcień 19 to uroczy różowawy koral. Trwałością nie powala, ale to idealne mazidełko na mrozy, bo zabezpieczy usta przed niską temperaturą, nawilży je i będzie pasowało do każdego makijażu.


#6
Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)


Czternastogodzinnej trwałości nie ma co od tej matowej szminki wymagać, ale już 5-6 godzin bez tłustego jedzenia daje radę. Stay With Me Coral to bardzo uroczy kolor; przyzwoita sztuka ot co.

wtorek, 17 grudnia 2019

ColourPop, no filter concealer, Fair 06 & ultra matte lip, Bumble, Sizzle

Moja przygoda z marką ColourPop trwa w najlepsze. Pisałam Wam już o świetnej kredce do brwi Precision Brow Pencil (klik) oraz fantastycznej jakościowo paletcie cieni Give It To Me Straight (klik), a dziś przychodzę z pozostałą resztą mojej ColourPop-owej gromadki, czyli z korektorem pod oczy oraz matowymi pomadkami w płynie.


Zakupy robiłam oczywiście online na stronie marki i musiałam zdalnie dobrać sobie odcienie. Kiedy zobaczyłam na żywo swój korektor w odcieniu 06 Fair pomyślałam, że jest niemal biały i będzie za jasny nawet dla mnie, ale na szczęście spotkała mnie przyjemna niespodzianka - mazidło nie robi u mnie efektu pandy.

Mamy tu ładne opakowanie ze złotymi napisami; mamy wygodny, lekko spłaszczony, gąbkowy aplikator. Formuła korektora jest emolientowa i niewysuszającą. Nosi się pod okiem komfortowo.


Kosmetyk w zadowalający sposób wyrównuje koloryt skóry pod oczami (średnie krycie) i odbija światło. Nie mam do niego zastrzeżeń.




Pomadki też mają wizualnie bardzo ładne ubranka. Aplikator to małych rozmiarów, dość precyzyjna gąbeczka. Właściwościami szminki przypominają mi pomadkę Jeffree Stara (klik) - mają brzydki, plastikowy zapach, mocno matowe wykończenie, zastygają na ustach i dają uczucie gumowej warstwy na naskórku. Usta są też nieco ściągnięte. Dodatkowo oba posiadane przeze mnie kolory są na wargach zdecydowanie ciemniejsze niż w opakowaniu.





Bumble jest na żywo bardziej rdzawy niż na moich zdjęciach. Producent opisuję ten odcień jako ciepłą różę. Bez tłustego jedzenia wymaga poprawek po około 4 godzinach; schodzi z ust nierówno, płatami.


Sizzle to połączenie marsali z borówką. Jedna z najtrwalszych pomadek w mojej kolekcji - bez tłustego jedzenia potrafi nie wymagać poprawek przez ponad 8 godzin!

środa, 11 grudnia 2019

Kat Von D, lock-it concealer creme (light 3 warm), lock-it setting powder, studded kiss lipstick (underage red), everlasting liquid lipstick (outlaw)

Kat Von D to marka, która do mnie nie przemawia i nigdy mnie specjalnie do niej nie ciągnęło. Z tego tytułu, gdyby nie Hexxana, od której dostałam cztery  miniatury ich produktów, nie byłoby tego posta. Ale skoro mam, przetestowałam i dzielę się swoimi odczuciami.


#1 
lock-it concealer creme, light 3 warm


Korektor lock-it conceraler przychodzi w typowym dla korektorów opakowaniu z gąbeczką. Odcień light 3 warm jest względnie jasny i wpada w żółte tony. Kosmetyk jest bardzo dobrze napigmentowany i oferuje świetne krycie. Niestety jest też suchy, wysusza skórę pod oczami i wygląda w tych okolicach ciężkawo, siedzi na skórze, odznacza się. 



#2
lock-it setting powder, translucent


Jest to puder z dodatkiem miki, nie z kategorii matujących a raczej z tych zmiękczających rysy twarzy, zostawiających rozświetlone wykończenie. Sprawdza się u mnie na policzkach, bluruje pory, nie odnacza się na skórze i wygląda świeżo przez cały dzień. Swoją bardzo tłustą strefę T muszę jednak matowić pudrem typowo matującym, bo po kilku godzinach z Kat Von D bardzo się tam świecę. Spodziewałam się, że sprawdzi mi się pod oczami do lekkiego utrwalenia korektora, ale o dziwo - nie. Odznacza się na korektorze (a używam minimalnej ilości, nie stosuję metody bakingu). Myślę, że skóry suche, normalne i dojrzałe będą bardo zadowolone z tego pudru.


#3
studded kiss lipstick, underage red


Bardzo się polubiłam z tym maluchem. Ma urocze opakowanie, które zdobi toaletkę. Ma świetną pigmentację, piękne, satynowo-matowe wykończenie i wspaniały kolor nasyconej czerwieni. Nie migruje poza kontur ust (nie wymaga konturówki), nie wysusza ich, komfortowo się nosi i jest bardzo trwała - bez jedzenia nie wymaga poprawek przez około 5 godzin. Odbija się na kubkach. Przy lekkim posiłku jedynie traci na intensywności, ale obiadu już nie przetrwa (czego od pomadek nie oczekuję). Mój ulubieniec z całej czwórki.



#4
everlasting liquid lipstick, outlaw 


I kolejny odcień nasyconej czerwieni. Płynna pomadka KVD ma precyzyjny aplikator, daje matowe wykończenie i zastyga na ustach, więc nie wymaga konturówki. Produkt lekko wysusza usta i podczas noszenia czuć na nich tak jakby pudrową warstwę. Kosmetyk ma nieprzyjemny, plastikowy zapach. Pod względem trwałości mazidło jest dość chimeryczne - raz potrafi wyglądać nienagannie przez 5-6 godzin, innym razem zjada się przy lekkim, suchym posiłku. Nie wiem, od czego to zależy. Ten konkretny odcień zjada się dość brzydko, od środka ust i w kącikach, ale nie ma problemu z poprawkami, można nakładać kolejną warstwę na wcześniejszą, nie trzeba wszystkiego najpierw zmywać.



A Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami Kat Von D? Podzielcie się!

sobota, 7 grudnia 2019

Benefit, Boiing Industrial Strength Concealer & Whatt's up! highlighter duo; oraz róże Dallas i Dandelion

Dziś na tapetę wezmę kolorówkę Benefitu, którą mam w swojej toaletce. Trzy urocze pudełeczka, ale czy wszystkie generują satysfakcję i zadowolenie?

Zacznijmy od korektora i rozświetlacza.


Duo korektora i rozświetlacza dostałam w prezencie od Przyjaciółki. W miłym dla oka różowo-niebieskim kartoniku znalazłam plastikowe puzderko w kolorze srebrnym, z odkręcanym wieczkiem. Wprawdzie z wygody wolałabym wieczko na zawiasie, ale podejrzewam, że to opakowanie, z którym mam do czynienia, jest szczelniejsze i zabezpiecza oba kremowe produkty przed zbyt szybkim wysychaniem.

Można też zarzucać marce, że taki sposób podania kosmetyków jest dość niehigieniczny, ale ja aplikuję je tylko czystymi pędzlami i nie ładuję w nie palców, więc nie marudzę.



Oba kosmetyki są kremowe i jasne (wszak to jedyneczka). Rozświetlacz ma szampański kolor z leciuteńką nutką różu i bardzo ładnie wygląda na skórze. Nie bije po oczach (czego osobiście nie znoszę), ale ładnie, naturalnie rozświetla. Niestety na sobie nie jestem w stanie ocenić jego trwałości, gdyż w ciągu dnia w pewnym momencie zlewa się z moim sebum i już nie potrafię rozróżnić, gdzie jest on, a gdzie mój własny smalczyk.


Korektor jest super. Wprawdzie wbrew nazwie ma najwyżej średnie krycie (znam lepiej kryjące korektory od niego) i niedoskonałości raczej nie uda się nim przykryć, ale dzięki przyjemnie emolientowej formule komfortowo nosi się pod oczami nie wysuszając tych okolic. Kiedy nie chcę szpachli, sięgam po niego,  mimo iż nie przykrywa moich zasinień w stu procentach. Wystarczy mi, że ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami. Jest jasny i delikatnie wpada w nutki łososiowe, co wydaje się odżywiać spojrzenie. Lubię go.


Z różami Benefitu mam bardzo różne doświadczenia. Na ten przykład przewinęły się mi przez kosmetyczkę Coralista, Rockateur i Gold Rush, i żaden z tej trójki albo totalnie nie pasował kolorystycznie do mojego typu urody (Coralista), albo w ogóle nie było go na mojej cerze widać (dwa pozostałe). Jednak Dallas, również prezent od tej samej Przyjaciółki, okazał się strzałem w dziesiątkę.


J. kupiła mi ten kosmetyk w prezencie, gdyż wiedziała, że widniał na mojej wish-liście. Pociągał mnie bardzo jego ciekawy kolor - połączenie biszkoptu z różem. Jestem przekonana, że na niektórych cerach róż ten bardziej sprawdzi się jako bronzer. Na mnie wybijają się jednak lekkie różowe tony. Uwielbiam po niego sięgać, kiedy nie mam zbyt wiele czasu na makijaż i nie chcę się bawić w aplikację konturu, różu i rozświetlacza - Dallas skutecznie zastępuje mi dwa pierwsze będąc jakby ich skrzyżowaniem. Odpowiada mi też jego matowe wykończenie. Mimo suchej i pylącej konsystencji nie sprawia mi żadnych problemów podczas aplikacji i rozcierania, a jego trwałość jest kilkunastogodzinna.



Co do różu Dandelion, z ciekawości kupiłam go sobie w wersji podróżnej. Jest to bardzo jasny róż z delikatnymi drobinkami. Jakkolwiek i on nie sprawia mi problemów podczas aplikacji, a na cerze wygląda bardzo świeżo i uroczo, nie zagrzeje u mnie miejsca. Za bardzo przypomina swoim odcieniem mój rumień i zwykle się z nim zlewa, przez co nie widać go na mojej twarzy w ciągu dnia i nie jestem też w stanie ocenić jego trwałości na mojej tłustej skórze.


Dandelion będzie pieknie wyglądać na bardziej porcelanowej (i nie dotkniętej problemami naczyniowymi) niż moja cerze.



Róże Benefitu pakowane są w urocze, tekturowe opakowania wyposażone w lusterko i nieprzyjemny, drapiący pędzelek. W wersji regularnej nie mam się czego czepiać, ale te tekturki nie do końca sprawdzają się w przypadku miniatur, gdyż ze względu na mniejszy rozmiar i głębokie ścianki, dość trudno manipuluje się w nich pędzlem. Niemniej walorów wizualnie estetycznych nie da się im odmówić ;)

Jaki jest Wasz ulubiony róż Benefitu?

czwartek, 28 listopada 2019

Revolution, Conceal & Define full coverage conceal and contour, C2

Sławny korektor Conceal & Define marki Revolution ma chyba tyle samo zwolenników co przeciwników. Ten taniutki jak barszcz kosmetyk jest albo wychwalany za świetne krycie, albo zaciekle krytykowany za wysuszanie i obciążanie skóry pod oczami.

Ja się z nim bardzo polubiłam, ale tylko dzięki wspaniale nawilżającemu kosmetykowi pod oczy marki Oskia. Korektor nie sprawdzał się u mnie na żadnym innym kremie, więc potrzebuje on naprawdę mocno nawilżającej bazy, żeby w pełni docenić jego zalety.


Opakowanie jakie jest, każdy widzi. Plastikowe, z nakrętką w ładnym odcieniu rose gold, mocno błyszczące, a co za tym idzie niefotogeniczne i zawsze widocznie opalcowane.

Aplikator to naprawdę wielka gąbka, która nabiera sporą ilość produktu. Ze względu na świetną pigmentację do zakrycia cieni pod oczami czy wyprysków potrzeba niewiele kosmetyku, więc ten konkretny aplikator może wprowadzać użytkownika w błąd, ostrzegam.


Wybór odcieni jest spory, co się chwali. Ja dobrałam sobie dwójeczkę, która jest przyjemnie jasna i dość neutralna w tonacji.


Korektor zastyga na mat, doskonale kryje (zarówno cienie pod oczami, jak i wypryski i inne niedoskonałości), i ładnie odbija światło. I tak, jest to ciężka i wysuszająca formuła, ale jak pisałam wyżej, ja znalazłam na to sposób w postaci świetnie nawilżającego kremu pod oczy, dzięki któremu bez wyrzutów sumienia mogłam stosować concealer marki Revolution w okolicach podocznych nie szkodząc skórze, a ciesząc się trwałym, odmładzającym spojrzenie makijażem.

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Kobo, Illuminate Cover Stick, Nude

Na samym początku przyznam, iż nie wiem, czy kosmetyk ten jest jeszcze dostępny w sprzedaży. Na stronie Drogerii Natura go nie widzę, więc możliwe, że został wycofany. Ja swój kupiłam (zbyt) dawno temu i nie dałam rady wykorzystać go do końca, czy nawet do połowy, a powody za chwilę wyłuszczę. Ostatnio odkryłam, że zaczął śmierdzieć, więc zaliczy kosz. 

Jako posiadaczka dość wyraźnych, sino-fioletowych cieni lubię korektory o dobrym poziomie krycia i odbijające światło. Dlatego często przyciąga mnie "rozświetlanie" w nazwie. Tym sposobem skusiłam się na korektor w sticku od Kobo, co nie było najszczęśliwszym pomysłem. Głównie z dwóch powodów.

Po pierwsze, formuła produktu okazała się odznaczająca się na skórze, sucha i wysuszająca.

Po drugie, najjaśniejszy odcień nude nie miał zbyt szczęśliwego odcienia, gdyż wpadał w... oliwkę:



Wyobraźcie sobie taką zieleń pod okiem... Piękny efekt topielicy ;)

Z plusów wymienię, że choć mój słoczyk nadłoniowy tego nie pokazuje, korektor faktycznie ładnie odbijał światło, więc czasem dodawałam ociupinkę na inny korektor w samym wewnętrznym kąciku, tam gdzie mam najsiniej, żeby tam robił swoją robotę. No ale to były mikroskopijne ilości, nie dające nadziei na denko.

Spotkałyście się kiedyś z tak okropnym kolorem z przeznaczeniem pod oczy? Ja pamiętam jeszcze jednego takiego kolesia z Catrtice (klik) i do tej pory się zastanawiam, co autorzy mieli na myśli :D

piątek, 21 grudnia 2018

Astor, perfect stay concealer 24 hr

Mimo iż bohaterowi dzisiejszej notki daleko do ideału, sięgałam po niego przez równy rok, aż dobiłam do dna. Nie chciałam wyrzucać go do kosza (a przecież nie jest mi to obce). Zrozumieć kobietę...

Kosmetyk kupiłam w Drogerii Natura za 20+ zł, ale nie jestem pewna, czy wciąż mają oni jeszcze w sprzedaży mazidła Astor.


Produkt zapakowano w tradycyjną tubkę z aplikatorem-gąbeczką. Okazał się megawydajny (rok stosowania kilka razy w tygodniu!), ale poniżej widzicie, po jakie ilości osobiście sięgam. Nie wierzę, że szpachlowanie skóry pod oczami w wieku 30+ to dobry pomysł po prostu. 

Kolejną zaletą mazidła był fakt, że delikatnie przypudrowane nie miało tendencji do Wielkich Wędrówek po Zmarchach oraz do wysuszania skóry pod oczami.

Ja wybrałam dla siebie odcień 001 Ivory, który był bardzo jasny (nawet nieco za jasny dla mnie) i wyraźnie żółty (dla mnie nawet za żółty).

niestety na zdjęciach nie widać, jak duże są na żywo moje cienie, i jak korektor zupełnie sobie z nimi nie radzi :/


No i tu muszę sobie pomarudzić. Zacznijmy od tego, że normalnie lubię lekkie, płynne konsystencje w korektorach z przeznaczeniem pod oczy, bo zwykle bardzo ładnie stapiają się ze skórą. Nie w tym przypadku - tu doskonale było widać siedzący na skórze, nie stanowiący z nią jedności pigment. Żeby chociaż przy tym dobrze to-to kryło i rozświetlało. A gdzie tam! U osób, które mało mają do przykrycia, kosmetyk zapewne dałby rady, wyrównując koloryt skóry, ale u osób chronicznie niedosypiających (ja!), pracujących długo za długie godziny (ja) i walczących z bardzo dobrze widocznymi, brązowo-fioletowo-niebieskimi zasinieniami (ja) krycie nie daje rady. Jest tak lekkie, że wszystko przebija, z czym ja walczyłam dokładając pod oczy ociupinkę korektora rozświetlającego - bo Astor nie rozświetla oczywiście. Z tytułu słabego krycia nie ma co nawet próbować schować pod nim gule mniejsze i większe, mniej czy bardziej czerwone. Nie da rady, nie działa, nada.

Cieszę się, że zużyłam tego gagatka. W tak zwanym międzyczasie korektory się u mnie cudownie rozmnożyły - trzy dostałam w prezencie, a trzy kupiłam sama, zanim dostałam pierwsze trzy w prezencie. Przy moim zabójczym tempie jestem ustawiona na kolejne pięć lat :D

Aha, obiecanej dwudziestoczterogodzinnej trwałości nie testowałam, bo nie noszę makijażu dłużej niż 8-10 godzin. Fujka.

Znacie?

O! Znalazłam jeszcze na dysku zestawienie kolorystyczne z najjaśniejszymi odcieniami korektorów Catrice i Nars. Wyraźnie widać, że Astor jest najbardziej żółty:

 

środa, 29 listopada 2017

NARS, Radiant Creamy Concealer (Vanilla Light 2)

Miniaturę korektora Nars dotałam w prezencie od Hexxany. I zakochałam się od pierwszego użycia!


Producent zapakował korektor w typową dla błyszczyków tubkę z gąbkowym aplikatorem. Nie jest to może najbardziej higieniczne rozwiązanie z możliwych, ale na łatwość użytkowania narzekać nie można.


Kosmetyk ma przyjemną, kremową konsystencję. Nie wysusza skóry pod oczami, co jest dla mnie ogromnie ważne, a przypudrowany nie zbiera się w liniach. Charakteryzuje się przy tym świetnym kryciem, a jednocześnie pięknie odbija światło, dzięki czemu doskonale zakrywa moje zasinienia i odświeża spojrzenie. Działa tak dobrze, że kiedy mam go pod oczami, otrzymuję komplementy, a po zmyciu osoby z otoczenia nagle mi mówią, że wyglądam na zmęczoną (sina dolina łez, co zrobić). 


Chyba nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że to najlepszy korektor pod oczy, z jakim się do tej pory zetknęłam. Nie znam innego kosmetyku, który przy tak dobrym kryciu wyglądałby tak naturalnie i tak pięknie odbijał światło. No cudo po prostu. Uwielbiam i oszczędzam swoją tubeczkę jak mogę. Cóż, muszę zainwestować w pełnowymiarowe opakowanie ;)

Znacie?

niedziela, 28 maja 2017

Maybelline, Instant Anti-Age, The Eraser Eye (light)

Sławny korektor Maybelline, którego uwielbia chyba cały zagraniczny youtube, trafił do mnie dzięki uprzejmości Justyny :* Ze wzgędu na jego niesłabnącą legendę miałam dość wysokie oczekiwania. Dlaczego? Otóż od lat już ponad trzech borykam się ze sporymi, niebieskimi zasinieniami pod oczami spowodowanymi niedosypianiem i stresem (dziecko + prowadzenie pensjonatu, kiedy w sezonie 5 godzin snu na noc to luksus) oraz zmarszczkami. Tym ostatnim nie ma się co dziwić oczywiście, wszak za niecałe trzy tygodnie stuknie mi 31 rok... Piszę to wszystko po to, abyście wiedzieli, jakie mam oczekiwania od korektora pod oczy. Ma kryć, nie wysuszać i nie zbierać się w liniach, a dodatkowe rozświetlenie okolic oczu jest bardzo mile widziane.

The Eraser Eye spełnił tylko część tych oczekiwań...


Opakowanie kosmetyku nie przypadło mi do gustu. Wprawdzie wszystko działało sprawnie i fajne jest to, że na bieżąco widać stopień zużycia produktu, ale ten gąbkowy aplikator mnie przerażał. Oczyma wyobraźni widziałam zamieszkujące go kolonie bakerii, więc pozbyłam się go po dosłownie kilku użyciach i po prostu wykręcałam sobie pożądaną ilość korektora na gąbeczkę jajko - mój preferowany sposób aplikacji.

W moim przypadku mazidło okazało się wydajne, ale stosowałam je tylko pod oczy, nie na pół twarzy, i w nieprzesadzonej ilości. Dlatego te 6,8 ml wystarczyło mi na ponad pół roku codziennego stosowania. Korektor przez cały ten czas nie zmienił swoich właściowości. A oddam mu to, że ma przyjemnie lekką, niewysuszającą formułę i po delikatnym przypudrowaniu nie zbiera się w zmarszczkach. To na plus.



Nie oznacza to jednak, że produkt kupił mnie w każdym aspekcie. Niestety odcień light nie należy do najjaśniejszych. Zerniknijcie na zdjęcie ze słoczami. Widać, że jest nieco ciemniejszy od preferowanej przeze mnie jasności korektorów (przez co o rozświetleniu w moim przypadku nie ma mowy), i że wpada w żółć. Po dokładnym wklepaniu to, że jest nieco dla mnie za ciemny nie rzucało się w oczy, chyba że ktoś uważnie i intensywnie się przypatrywał.
No i kwestia bardzo dla mnie istotna: korektor ma w moim odczuciu krycie lekkie do średniego. Nie radził sobie z moją siną doliną łez i w to miejsce musiałam dokładać coś bardziej kryjącego.

Ze względu na lekkość i przyjemną konsystencję korektora The Eraser Eye mogę go polecić osobom o nieco ciemniejszej ode mnie karnacji, szukającym lekkiego wyrórwnania kolorytu skóry pod oczami bez jej obciążania, i którym nie zależy na wysokim kryciu.

środa, 15 marca 2017

Lily Lolo, korektor Mineral Cover Up, Barely Beige

Bardzo lubię podkład mineralny Lily Lolo za to, że ładnie na mojej twarzy wygląda, a przy tym pozwala skórze oddychać. Jednakowoż kiedy stosuję na twarz podkład w tej formie, a muszę coś jeszcze zakamuflować, płynne/kremowe korektory czy kamuflaże nie do końca się sprawdzają... Co oczywiście mnie w ogóle nie dziwi, bo znam regułę, że sypkie formuły najlepiej współpracują z innymi sypkimi formułami, duh! Dlatego kupiłam korektor mineralny i jestem z tej decyzji zadowolona. W miarę.

odcienie korektorów od lewej: Lily Lolo Barely Beige; Collection Lasting Perfection Concealer 1 Fair; Bourjpois Healthy Mix Correcting Concealer 51 Light Radiance

Posiadam wersję w starym opakowaniu i nie wiem, jak się ono ma do nowego. To tutaj nie sprawia mi żadnych problemów.

Jako że jestem osobą o bardzo jasnej cerze (na poziomie China Doll, jeśli o podkład chodzi), jaśniutki Barely Beige bardzo mi odcieniem odpowiada. Poza tym, mimo iż jest to proszek, to nie pyli się, dobrze czepia się pędzla i bez problemów przenosi na skórę. Stosuję kosmetyk dwojako: cienką warstwą na policzki i nos pod podkład, jeśli akurat mam rumień, co ów rumień ładnie przygasza, oraz punktowo na wszelkie "niespodzianki" typu wypryski czy plamki pigmentacyjne. Punktowo krycie da się ładnie budować, ale uwaga - jeśli wypryskowi towarzyszą na przykład suche skórki, zostaną one podkreślone, nie ma się co łudzić. Z trwałością kosmetyku jest w porządku - o ile nie dotykamy twarzy, niedoskonałości są zakamuflowane tak przez 6-8 godzin, po czym potrzebne są poprawki.

Próbowałam nakładać korektor pod oczy, ale tu nie służy mi zupełnie, nawet na dobrym kremie pod oczy. Wprawdzie nałożony cienką warstwą nie wysusza, ale też nie zakrywa moich rozległych zasinień, a jeśli go dołożyć, to zaczyna wyglądać pod moimi oczami sucho i nieładnie. Tam jednak wolę coś zdecydowanie emolientowego. Natomiast czasem utrwalam niewielką ilością korektora LL nałożony wcześniej kremowy korektor pod oczy, i kosmetyk faktycznie zapobiega nadmiernemu zbieraniu się takiego produktu w liniach pod oczami.

tutaj widać, że cienka warstwa pod oczami u mnie nie daje rady, bo nie ma większej różnicy, ale nie mam tego temu kosmetykowi za złe


Nie mam porównania z innymi korektorami mineralnymi, ale wydaje mi się, że zawodnik od Lily Lolo jest przyzwoity.

czwartek, 25 sierpnia 2016

Catrice, Liquid Camouflage, 010 Porcellain

Peanów na temat płynnego korektora/kamuflażu Catrice naczytałam się wiele, niewiele zatem myśląc capnęłam go przy okazji którejś z kolei wizyty w Naturze. Popularny ten osobnik bardzo i trudno na niego trafić stacjonarnie. Na szczęście w końcu się udało, z czego cieszyłam się przez ostatnie pół roku. Na pewno nie mogę mu zarzucić niewydajności.


Produkt zamknięto w klasycznej tubce z gąbkowym aplikatorem. Charakteryzuje się przyjemną, nie za rzadką i nie za gęstą konsystencją. Nie zauważyłam, by mocno oksydował na skórze, ale mam wrażenie, że delikatnie ściemniał i zgęstniał w opakowaniu, kiedy zostało go niewiele. 

Kolor 010 Porcellain jest beżowy z delikatnie łososiowymi podtonami. Mnie bardzo odpowiada.


Płynny kamuflaż kryje bardzo dobrze. Nie aż tak dobrze, jak Collection Lasting Perfection, który jednak przez wysoką zawartość pigmentów jest pod oczy za ciężki, odznacza się i wysusza, ale doskonale daje sobie radę z moimi zasinieniami i bardzo dobrze wyrównuje koloryt skóry pod oczami. Przypudrowany nie zbiera się w liniach i trwa na posterunku do demakijażu. Co więcej, nadaje się do kamuflowania wyprysków i powypryskowych blizn - dobrze je zakrywa i utrwalony nie spływa z nich, choć można go zetrzeć ręką, jeśli mamy w zwyczaju często dotykać twarz.

W moim przypadku najlepszym sposobem aplikacji okazała się zwilżona gąbeczka-jajko. Wpracowany nią w skórę produkt wyglądał najnaturalniej. Nakładałam go również palcami i choć zdawało to egzamin, korektor bardziej odznaczał się na skórze.

Bylam z płynnego kamuflażu Catrice bardzo zadowolona. Towarzyszył mi przez ostatnie pół roku codziennie i ani razu nie zawiódł.

wtorek, 26 stycznia 2016

Wibo, Deluxe Brightener, ekskluzywny korektor rozświetlający

Korektor Wibo kupiłam w Rossmannie za 14,59 zł kierując się poleceniami i rekomendacjami przeczytanymi na Waszych blogach. Z opisów wydawał się tym, czego mi trzeba, czyli nieobciążającym, rozświetlającym kosmetykiem o dobrym kryciu. Okazał się na pewno być najlepszym korektorem, jaki w ostatnim czasie używałam (rok 2015 to były u mnie mniejsze i większe korektorowe rozczarowania), choć ma swoje wady.


Opakowanie ma formę pisaka z pokrętłem z jednej strony oraz pędzelkiem z drugiej. Nie jest to moje ulubione rozwiązanie, ale przyznam, że tu nie było większego problemu z dozowaniem produktu, nic mi się na przykład nie wylewało po bokach pędzelka. Kiedy kręcimy pokrętłem, tłok wypycha produkt na zewnąrz.

Zdaje się, że kosemtyk ten występuje w tylko jednym jasnym beżowym odcieniu. Mnie, bladolicej, pasuje idealnie, ale dla tych z Was, które mają ciemniejszą karnację, może być za jasny. Korektor ma przyjemnie lekką konsystencję, jednak po roztarciu wydaje się nieco pudrowy i trochę jakby "siedzi" na skórze. Aby się w nią ładnie wtopił, trzeba uważnie wklepać go gąbeczką bądź palcem. Uczulam na to, naprawdę trzeba z nim troszkę popracować, co można uznać za jego pierwszą wadę. Po porządnym wklepaniu i lekkim przypudrowaniu nie migruje w zmarszczki.

Drugą wadą jest ogromna niewydajność mazidła (pojemność 1,7 g). Gdybym nakładała go pod oczy i na twarz w ilościach promowanych przez wiele makijażowych guru, skończyłby mi się po jakiś dwóch tygodniach. Stosowany po pięć kropeczek pod każde oko wystarczył na około miesiąc codziennego stosowania.


Korektor kryje bardzo dobrze - ładnie przykrywa moją siną dolinę łez, a do tego genialnie rozświetla i odbija światło, optycznie wygładzając skórę pod oczami. Nie robi też przykrych niespodzianek typu podrażnianie oczu, wysuszanie skóry pod oczami czy warzenie się. Czy ma, jak obiecuje producent, działanie pielęgnacyjne, nawilżające i anti-age? Tego nie da się stwierdzić po wspólnym miesiącu. Na pewno nosi się komfortowo, a poza tym do pielęgnacji służą mi inne produkty i nie wymagam tego od korektora, choć działanie pielęgnacyjne kosmetyku kolorowego to zawsze pożądany bonus.

Mimo dwóch wymienionych tu wad bardzo ten korektor polubiłam i będąc w Polsce nie omieszkam zaopatrzyć się w kolejne opakowanie, mimo iż mam co testować. Jednak jakiś pewniak w kosmetyczce musi być, a na tym produkcie ani razu w tym krótkim czasie się nie zawiodłam.

wtorek, 8 grudnia 2015

Kobo, Modeling Illuminator (101)

Mam 29 lat, coraz widoczniejsze linie pod oczami i zasinienia, których nabawiłam się od niedosypiania przez ostatni rok. Chyba. A jeśli niedosypianie to nie powód, to może sine podkówki mają związek z płytnokounaczynieniem mojej cery. Tak czy siak, potrzebuję rozświetlającego korektora o dość dobrym kryciu, który nie będzie wysuszać coraz bardziej wymagającej skóry w podocznych rejonach ani zbierać się w zmarszczkach. Z opisu produkt Kobo idealnie wpisywał się w moje potrzeby.


Kupiłam go w Naturze za kilkanaście (o ile dobrze pamiętam) złotych. W opakowaniu jest 7 ml produktu, którego używam przy każdym makijażu tylko pod oczy od 9(!) miesięcy. Wydajność zatem oceniam jako rewelacyjną, ale wiem, że spadłaby, gdybym używała tego korektora również do rozświetlania twarzy.

Kosmetyk zapakowano w dość typową tubkę z gąbeczkowym aplikatorem. Co pozytywnie mnie zaskoczyło to fakt, że napisy na opakowaniu nie ścierają się. Super! Sam korektor ma przyjemną, lekką konsystencję, nie wysusza, starannie wklepany dobrze stapia się ze skórą, a utrwalony pudrem nie zbiera się w zmarszczkach.

Posiadany przeze mnie odcień 101 jest jasny i neutralnie beżowy - ani żółte, ani różowe tony tu nie dominują.

przed / po / porównanie z korektorem Collection Lasting Perfection w odcieniu 1 Fair


I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że korektor kryje w stopniu minimalnym. Zupełnie nie radzi sobie z moimi zasinieniami,  nie da się krycia zbudować (zwykle dodaję w samych kącikach korektor Collection), nie odbija też światła. 

Być może produkt nadaje się do konturowania/rozświetlania na mokro, ale nie jestem w stanie tego potwierdzić, bo w takowe konturowanie się nie bawię. To dla mnie zbyt czasochłonne.

Szkoda, wielka szkoda, bo formuła mi odpowiada. Tylko tego krycia nie ma... Kosmetyk ma szansę spodobać się tym z Was, które z zasinieniami ani cieniami (jak ja kiedyś) nie mają problemu.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...