Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kremy do twarzy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 lipca 2018

Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30

Krem ochronny Bandi towarzyszył mi przez drugą połowę zimy i wiosnę (zahaczając o majowe upały). Spisał się na medal i spokojnie mogę napisać, że to jeden z lepszych kremów z filtrem przeciwsłonecznym, jakie poznałam. Z przyjemnością będę do niego wracać.


W przyjemnym wizualnie kartoniku znalazłam plastikową butelkę z pompką i tłokiem. Rozwiązanie wygodne, higieniczne, i umożliwiające wykorzystanie kosmetyku do ostatniej kropli.

Mazidło ma beżowy kolor i gęstą konsystencję, która niejako wymusza aplikowanie go na skórę grubszą warstwą, co jest w przypadku filtrów przeciwsłonecznych bardzo ważne. Mimo odcienia mazidło troszkę bieli skórę, ale nieznacznie.

Baaardzo, baaaaaardzo podobało mi się wykończenie, jakie krem daje na skórze - rozświetlony, satynowy mat. Kosmetyk zachowywał się jak filtry typu dry touch i nie przyspieszał wyświecania się mojej tłustej cery. Makijaż trzymał się na nim wspaniale.


Ochrona przeciwsłoneczna opiera się w komsetyku Bandi o mieszankę filtrów chemicznych i fizycznych. Te pierwsze czasem podrażniają mi naczynka, ale tu nic takiego się nie działo; nie zauważyłam też zapychania czy wysuszania naskórka. Podczas stosownia kremu słońce mnie nie opaliło, ale też się jakoś mocno na nie nie wystawiałam. Piegi jak co roku wylazły, jak tylko porządnie przygrzało.

Krem z priobiotykami Bandi jest godny uwagi, zwłaszcza jako komfortowy filtr do cery tłustej. Ja na pewno będę do niego wracać i serdecznie go polecam.

czwartek, 12 lipca 2018

Vis Plantis, age killing effect, krem na zmarszczki mimiczne i głębokie linie

Krem Vis Plantis kupiłam spontanicznie podczas którejś wizyty w Naturze. Skusiłam się na niego z ciekawości, gdyż ma zawierać syntetyczny peptyd naśladujący działanie peptydu występującego w jadzie żmii świątynnnej, który ma odprężać mięśnie, przez co linie mimiczne mają być mniej widoczne. Od razu powiem, że nie mam jeszcze głębokich zmarszczek czy bruzd, więc nie wiem do końca, jak by na ten składnik zareagowały, ale na mojej jeszcze niezbyt głębokiej linii na czole peptyd nie zrobił większego wrażenia - nie odnotowałam zauważalnej różnicy. Niemniej, jak wspominałam, nie jest to głęboka bruzda.

Jakiś czas temu kosmetyki z jadem żmii były dość popularne w sieci. Vis Plantis podłapało trend i wprowadziło całą linię kosmetyków z syntetycznym peptydem wzorowanym na tym naturalnym. Ja na początek wybrałam tylko krem i raczej na tym poprzestam. Nie jest to zły kosmetyk, ale fajerwerków też nie było.


Producent zamknął krem w mało higienicznym słoiczku, ale takie rozwiązanie pasuje do konsystencji kosmetyku. Krem jest biały oraz ma delikatny kosmetyczny zapach, a te 50 ml wystarczyło mi na nieco ponad dwa miesiące cowieczornego stosowania. Doceniam, że pod wieczkiem słoiczka znalazła się dodatkowa ochronna pokrywka. Na kartoniku, w którym siedział słoiczek, znajdziemy wszystkie istotne na temat mazidła informacje. 

Jak wspominałam wyżej, bardzo trudno mi skomentować działanie rozluźniające mięśnie twarzy. Na szczęście moje kurze łapki nie są jeszcze utrwalone, a podczas stosowania tego kremu nie były mocno widoczne, nie oznacza to jednak, że jest to zasługa tego kremu. Szczerze mówiąc w moim odczuciu kosmetyk ten to po prostu przyzwoity nawilżacz. Kiedy sięgałam po niego jeszcze przed majowymi upałami, rano budziłam się z dobrze nawilżoną cerą i nie miałam problemów z suchymi skórkami. I tyle. Nie zauważyłam, by naskórek zyskał na napięciu, elastyczności, itp. Podczas upałów spadł jednak komfort korzystania z tej pozycji, bo miałam wrażenie, że krem siedzi mi na skórze, nie wchłania się w nią; czułam jakby skóra trochę się pod nim dusiła. Wnioskuję zatem, że "tłuścioszki" będą bardziej z niego zadowolone w chłodniejsze miesiące. Nie mam pojęcia, czy mazidło sprawdziłoby się na suchych lub normalnych cerach.

Znacie?

czwartek, 15 marca 2018

IOSSI, aksamitna róża, krem regenerująco-nawilżający z acerolą, różą i algami

Pozostańmy jeszcze w temacie różanych kosmetyków. Pokażę Wam dzisiaj perełkę polskiej produkcji  - fantastyczny krem IOSSI. Jego miniaturę (15 ml) dostałam w prezencie gwiazdkowym od Hexxany.

Opakowanie miniatury przypomina to pełnowymiarowe - szklany słoiczek z czarną nakretką i o estetycznej szacie graficznej. 15 ml produktu wystarczyło mi na około pięć tygodni cowieczornego stosowania.

Kosmetyk nie jest ani specjalnie gęsty, ani specjalnie rzadki. Podczas rozsmarowywania czuć, że zawiera w sobie olejki. Nie zostawia jednak na skórze tłustego filmu, a wchłania się dając aksamitne wykończenie. Proces aplikacji umila przyjemny zapach róż.


Jak wspomniałam wyżej, stosowałam krem na noc, bo na dzień sięgam po filtry. Szybko dostrzegłam moc tego maluszka. W kilka dni doprowadził moją skórę do siebie po choróbsku, to jest optymalnie ją nawilżył i zregenerował poznakowany katarem nos. Na tym jednak nie koniec. Każdego ranka patrząc na siebie w lustrze widziałam, jak stopniowo poprawia się faktura skóry. Naskórek zrobił się zauważalnie gładszy i przyjemny w dotyku, skóra zyskała na zdrowym, wewnętrznym blasku i wyglądała naprawdę dobrze. Poza tym krem świetnie łagodził grę naczyń, dzięki czemu rumień nie dawał mi się mocno we znaki, nie pojawiły się nowe "pajączki", a cera miała bardziej wyrównany koloryt.

Jestem zachwycona tym małym cudem i planuję powrót.

wtorek, 3 października 2017

Ducray, melascreen photoprotection light cream SPF 50+

Jako posiadaczka cery naczynkowej (a przy tym tłustej), na słońce reagującej mocnym rumieniem, stosuję ochronę przeciwsłoneczną przez znakomitą część roku. Mam swoich ulubieńców wśród filtrów do twarzy (matujący Vichy czy dry touch od LRP), ale nieznane sobie kosmetyki również chętnie testuję. Opisywany dziś krem dostałam w prezencie od Hexxany.


Krem Ducray zapakowano w funkcjonalną tubkę z pompką. Kiedy z opakowania nic już wypompować się nie dało, po przecięciu tubki okazało się, że w środku faktycznie zostało niewiele produktu.

Kosmetyk charakteryzuje bliżej nieokreślony, ale przyjemny zapach. Ma postać białej, odżywczej emulsji. Ponieważ jest to filtr chemiczny, nie bieli, ale zostawia na twarzy otulający, błyszczący się film.


Skuteczność oferowanej przez produkt ochrony słonecznej przetestowałam w letnie miesiące. I o ile w Blackpool słonecznych dni było w tym roku na lekarstwo, to kiedy słońce jednak zdecydowało się zaszczycić nas swoją obecnością, krem zadziałał jak miał. To znaczy nie opaliłam się w najmniejszym stopniu, dzięki czemu nie podrażniłam naczynek. Nie doszły też nowe przebarwienia. Za to plus. Drugi plus to taki, że sam kosmetyk nie irytował moich naczynek. Czasem filtry chemiczne wywołują u mnie rumień, ale nie w tym przypadku (uff). Krem nie był tłuściochem na miarę Avene, ale zostawiał na twarzy błyszczący się film, który szybko wybijał się spod makijażu. Myślę, że z tego względu służyłby mojej tłustej cerze lepiej w okresie grzejnikowym, kiedy odżwycze kremy są bardziej pożądane, no ale nie chciałam odkładać otwartej tubki na półkę na kilka miesięcy.

W mojej ocenie jest to bardzo dobry, skuteczny produkt, który jednak lepiej sprawdziłby sie na mojej tłustej cerze jesienią/zimą niż latem, o czym nie wiedziałam, kiedy zabierałam się za swoją tubkę.

Znacie?

środa, 28 września 2016

Evree, Magic Rose, upiększający krem do twarzy oraz upiększająca kuracja do twarzy i szyi (olejek)

Moją skórę opisać można następującymi przymiotnikami: trzydziestoletnia, tłusta, płytkounaczyniona z widocznymi teleangiektazjami i ogromną skłonnością do rumienia. Różany krem Evree skierowany jest do potrzeb właśnie takiej cery, a obiecuje nawilżanie, tonizowanie, wyrównywanie kolorytu skóry i hamowanie pierwszych oznak starzenia - czyli  wszystko, czego poszukuję w swojej pielęgnacji nocnej.


Szklany słoiczek o pojemności 50 ml (29,99 zł) wystarczył mi na około dwa miesiące cowieczornego stosowania. Wydaje mi się, że producent zdecydował się na takie a nie inne opakowanie ze względu na konsystencję kosmetyku - dość gęstego, białego masełka o delikatnym różanym zapachu. Mazidło aplikowało się bez żadnego problemu i szybko wchłaniało bez zostawiania tłustego filmu.


Nie ukrywam, że decyzję o zakupie kremu bardzo ułatwił mi skład produktu. Na moje laickie oko wygląda naprawdę nieźle. I, co najważniejsze, jak już pisałam Wam w ulubieńcach lata - to działa! Krem sprawdził się u mnie doskonale - rano budziłam się z ładnie nawilżoną i lekko napiętą skórą, a do tego krem fantastycznie pacyfikował rumień, dzięki czemu rankami koloryt skóry twarzy był naprawdę widocznie wyrównany. Moja cera zdaje się lubić różane kosmetyki (z kilkoma niechlubnymi wyjątkami, jak np. mgiełka z witaminą E z The Body Shop).



***
Żeby osiągnąć jeszcze lepsze rezultaty, producent zaleca łączenie kremu z olejkiem z tej samej serii. U mnie krem samodzielnie spisywał się tak dobrze, że nie musiałam tego robić. Jednak i tak znalazło się dla olejku miejsce w mojej pielęgnacji. Nie wiem, czy wiecie, ale ja kocham olejki, i obok propozycji Evree również nie przeszłam obojętnie. Za 30 ml magicznej mikstury zapłaciłam w Rossmannie 29,99 zł.


Produkt zamknięto w szklanej buteleczce z pipetą. Jest ładnie i higienicznie; wszystko działa bez zarzutu. Olejek ma słomkowy kolor i różany zapach. Nie jest bardzo tłusty, ale oczywiście zostawia błyszczący film na skórze. Z tego względu raczej nie stosowałabym go pod makijaż.


Jak stosowałam olejek? Otóż często zdarza mi się zmywać makijaż na kilka godzin przed wieczornym dogłębnym myciem twarzy i nakładaniem nocnej pielęgnacji, i coś na tę kilka godzin muszę na twarz nakładać, żeby nie odczuwać dyskomfortu. Tym czymś najczęściej są olejki. Olejek różany Evree natłuszcza i delikatnie nawilża naskórek, ale nie zauważyłam, aby jakoś szczególnie koił rumień. Krem robi to o wiele lepiej. W wyznaczonej mu przeze mnie roli - utrzymywaniu poczucia komfortu naskórka do czasu nałożenia nocnej pielęgnacji - olejek sprawdził się więcej niż dobrze, bo nie podrażnił ani nie zapchał. Genialnie zdał też egzamin na dekolcie. Jakiś czas temu dostałam w tym miejscu okropnego wysypu niedoskonałości (od zbyt bogatego olejku) i odkąd co wieczór myję dekolt mydłem z glinką, a potem smaruję olejkiem Evree, wszystko zaczęło wracać do normy - skóra jest nawilżona, a przy tym niedoskonałości zaczęły zaleczać się i znikać, a nowych nie ma. Super!

Olejek jest baaardzo wydajny. Używam go prawie codziennie od przynajmniej 4 miesięcy. Wystarczy kilka kropel na daną część ciała.


Jeśli poszukujecie drogeryjnej, przystępnej cenowo pielęgnacji o niezgorszych składach, na pewno warto się przyjrzeć Evree. Ja jestem ze swoich dotychczasowych doświadczeń z marką zadowolona. I wiele z Was również - czytałam mnóstwo pozytywnych postów :)

wtorek, 12 kwietnia 2016

Decleor, Aromessence Ylang Ylang purifying serum oraz Aroma Night Ylang Ylang purifying night balm

Gdyby nie Hexxana, marka Decleor to byłyby w dalszym ciągu nieodkryte przeze mnie rejony. A tak po wstępnym przeglądzie niektórych ich kosmetyków (klik) przyszła pora na kolejną porcję dobroci. Dzięki hojności Asi mogłam przetestować serum i balsam do twarzy na noc z serii Ylang Ylang, której głównym zadaniem jest zbalansowanie cery tłustej i mieszanej oraz redukcja produkcji sebum.


Oba kosmetyki zawierają olejki eteryczne z ylang ylang, szałwii, rozmarynu, cytryny i lawendy, i dokładnie tymi nutami pachną. Jeśli lubicie ziołowe aromaty, zapach na pewno przypadnie Wam do gustu, bo moim zdaniem jest niebanalnie piekny.

Oba produkty znajdują się w dość ciężkich opakowaniach z matowgo szkła. Opakowania zostały dostosowane do konsytencji produktów: olejek mieszka w buteleczce z pompką, a zbity balsam nocny - w słoiczku. Szronione szkło wygląda pięknie i luksusowo, ale jest zupełnie niepraktyczne w podróży, a i w domu niezdary mojego pokroju muszą uważać, żeby kosmetyków nie upuścić.

Olejek jest względnie nietłusty i nie zostawia mocno tłustego filmu na skórze, ale i tak pod makijaż bym go nie nakładała. Ze względu własnie na tę lekkość polubiłam się z serum bardziej niż z balsamem, który ma postać zbitego masła, ale pod wpływem ciepła skóry zmienia się w bardzo tłusty olejek, który na długo osiada świecącą się warstwą na skórze (nie wchłania się nawet pod wpływem krótkiego masażu), a włosy i poduszka nieprzyjemnie kleją się do twarzy.

Jeśli o działanie chodzi, moja cera dzięki tym mazidłom przetrwała końcówkę zimy w bardzo dobrym stanie - była nawilżona, ukojona, pozbawiona suchych skórek, po prostu ładnie wypielęgnowana. Czy kosmetyki reguluję produkcję sebum? Ciężko mi powiedzieć, o tej porze roku tłuszczę się dużo mniej niż kiedy temperatura dobija tych 19-20 stopni... Poza tym nie wyobrażam sobie stosowania balsamu latem. Zimą tak, ale latem nie potrzebuję aż takiego natłuszczenia.

Serum ylang ylang było drugim po irysie olejkiem Decleor, jaki miałam przyjemność poznać. Kocham olejki i te były naprawdę godne uwagi - pięknie pachniały i widocznie pielęgnowały cerę. Mam apetyt na więcej :)

sobota, 19 grudnia 2015

Living Source, Pomegranate Balancing Gel-Cream Moisturiser oraz Pomegranate Concentrated Serum

Jak wiele spośród moich kosmetyków, krem i serum, które dziś opiszę, dostałam w prezencie od Hexxany. Asia wie, że oprócz problemów z rumieniem i teleangiektazjami, borykam się z przetłuszczającą się cerą i rozszerzonymi porami. Kosmetyki Living Source miały w tej kwestii pomóc. I pomogły.

Zanim przystąpię do dokładniejszych opisów, muszę pozwolić sobie na jedną krytyczną uwagę. Oba kosmetyki są mocno perfumowane. Zapach nie jest brzydki, ale jak dla mnie zbyt intensywny. Poza tym zawsze boję się, że tak mocno perfumowane mazidła do twarzy wywołają u mnie rumień. Tu w przypadku około 95% aplikacji tego nie było, ale czasem coś tam popiekło i poszczypało.


Serum zamknięto w gustownej buteleczce z matowego szkła. Zaopatrzono je w pepitkę, która działała w kratkę - raz zasysała produkt, a raz trzeba było z nią trochę powalczyć. Kosmetyk ma postać mlecznego w odcieniu żelu. Łatwo się rozprowadza i dość szybko wchłania do matu. Po wchłonięciu czułam lekkie ściągnięcie skóry, więc sięgałam po krem z tej serii. 

Serum stosowałam codziennie wieczorem przez około 5 tygodni. Produkt widocznie obkurczył mi pory, dzięki czemu skóra jest gładsza i ma ładniejszą fakturę. Nie zauważyłam natomiast wpływu na niespodzianki. Jeśli coś mi tam wyskoczyło, serum nie pomagało w przyspieszaniu wysuszania pryszcza, a zawiera przecież kwas salicylowy.



Żel-krem zamknięto w słoiczku z matowego szkła. Pod zakrętką ma dodatkową przykrywkę zabezpieczającą zawartość. Konsystencja to właśnie mocno żelowy krem (wow, co za błyskotliwe spostrzeżenie). Szybko się wchłania dając ładne, satynowe wykończenie. Produkt ślicznie wygładza skórę, sprawiając, że makijaż wygląda o wiele lepiej i doskonale się trzyma. Stosowałam go i na dzień, i na noc przez pięć tygodni. Okazał się naprawdę dobrym nawilżaczem; przez ten czas  nie miałam problemów w wysuszeniem skóry i odstąjącymi skórkami, choć pamiętajmy, że regularnie sięgam po peelingi enzymatyczne i oczyszczające maseczki.


Podsumowując, choć produkty mają swoje małe wady (zbyt intenswyny zapach, szwankująca pipetka w serum), ich działanie jest widoczne i namacalne. Moje rozszerzone pory nie zniknęły całkowicie, bo to przecież niemożliwe, ale zostały w dużym stopniu obkurczone. Poza tym skóra twarzy jest po tej pięciotygodniowej kuracji dobrze nawilżona i przyjemnie gładka. Przetłuszczanie cery się ograniczyło, ale nie wiem, ile w tym kremu i serum, a ile obecnej pory roku, bo zawsze kiedy robi się chłodno, moja cera mniej się tłuści, ale za to dużo szybciej odwadnia.

Mogę tylko polecić - zwłaszcza posiadaczkom cer tłustych i mieszanych.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

Bielenda, skin clinic professional, super power mezo, terapia korygująca (tonik, serum, krem, maseczka w płachcie)

Kiedy pod koniec zeszłego roku dowiedziałam się o nowościach w asortymencie Bielendy, a szczególnie o linii skin clinic professional, i poczytałam sobie o tych kosmetykach, poczułam nie tyle zainteresowanie co ogromną chęć (no dobra, pożądanie, there, I said it) przetestowania na sobie wariantu z 10% kwasem migdałowym. Mam tłustą cerę z przebarwieniami i rozszerzonymi porami, i walczę z nadprodukcją (w moim odczuciu) sebum. Dodatkowo czytałam, iż kwas laktobionowy, który jest jednym ze składników aktywnych w tych kosmetykach, wpływa dobrze na rumień i naczynka. Poprosiłam zatem o  swój zestaw w prezencie bożonarodzeniowym. Dlaczego zestaw? Po pierwsze, kosmetyki mają się wzajemnie uzupełniać, a po drugie - producent obiecuje, że równoległe stosowanie serum i kremu gwarantuje cofnięcie biologicznego wieku skóry o 10 lat. 


Kosmetyków używałam od początku stycznia z następującą częstotliwością: tonik codziennie wieczorem, serum co drugi dzień, bo wychodzi mi po nim rumień i obawiałam się, że codzienne stosowanie skończy się nowymi teleangiektazjami ("pajączkami"), krem co drugi dzień wieczorem razem z serum oraz maseczkę raz na jakiś czas. Wszystko oprócz serum, którego zostało jeszcze na kilka aplikacji, właśnie zdenkowałam.

Serum i krem zapakowano w kartoniki, na których widnieje dużo informacji dotyczących tej linii, łącznie oczywiście z imponującymi obietnicami producenta oraz składem. Co do tego ostatniego, działanie kosmetyków linii opiera się na trzech kluczowych substancjach: kwasie migdałowym, kwasie laktobionowym oraz witaminie B3. Jakie dokładnie jest ich zadanie przeczytacie na kartonikach; nie będę tu tego przepisywać.



Tonik zamknięto w przezroczystej butelce z klapką. Ma typową dla tego typu produktów konsystencję wody i pachnie słodkawo, przyjemnie. Nie wysusza skóry, ale też nie powiedziałabym, że ją silnie nawilża. Na pewno w jakimś stopniu przygotowuje ją na kolejne mazidła.




Serum ma postać mocno rozwodnionego żelu. Umieszczono je w szklanej butelce z pipetą. Pipeta nabiera porcję produktu, która wystarcza na nałożenie i na twarz, i na szyję. Produkt dość szybko się wchłania, w czym pomaga krótki masaż. Mi po każdej aplikacji wychodził na policzki i nos rumień, ale po około godzinie koloryt twarzy wracał do normy. Po kilku minutach od nałożenia serum musiałam potraktować skórę twarzy kremem, inaczej odczuwałam nieprzyjemne ściągnięcie naskórka.



Krem również delikatnie i słodkawo pachnie. Ma postać lekkiego masełka. Jest dość odżywczy i w moją tłustą skórę nie wchłaniał się do końca - zostawiał błyszczący się film. Produkt stosowałam na noc, więc nie wiem, jak sprawdziłby się pod makijażem. Rano moja skóra była zauważalnie nawilżona i odżywiona, ale nie aż tak świetnie, jak po różanym kremie Dr Organic (klik).




Maska w moim odczuciu jest najsłabszym ogniwem serii. Doceniam formę nasączonej płynem płachty ze względu na prostotę użycia. Produkt delikatnie nawilża i rozświetla cerę, ale efekt nie jest tak dobry, jak na przykład po glinkach. To taka maseczka bankietowa, do szybkiej aplikacji przed jakimś wyjściem.


Ponieważ kosmetyki stosowałam równolegle, trudno wyrokować który z nich zapewnił mi jakie efekty. Zresztą najprawdopodobniej poszczególne produkty uzupełniały swoje działanie i być może było ono silniejsze i bardziej zauważalne niż na przykład przy stosowaniu samego toniku, samego serum czy samego kremu. Wnioski te wysuwam na takiej podstawie, że czytałam o serum, iż nic nie robi (stosowane samodzielnie), a ja po całej kuracji widzę jednak różnicę.

Ok, jakie efekty całej kuracji zaobserwowałam u siebie? Najłatwiej chyba będzie, jeśli odniosę się do nich komentując obietnice producenta:
  • skóra wygląda na młodszą - Tak, jest gęstsza, bardziej napięta.
  • jest gładka, jędrna, matowa, pełna blasku, o jednolitym kolorycie - Skóra twarzy rzeczywiście jest po kuracji gładsza, moje linie mimiczne na czole zostały lekko spłycone. Nie narzekałam na brak jędrności, ale jak wspomniałam wyżej, widzę że skóra jest gładsza i bardziej napięta. Poza tym rzeczywiście jest pełna blasku, co zapewne jest zasługą lekkiego działania eksfoliującego kwasu migdałowego. Efekt podobny jak po witaminie C. Co do produkcji sebum, niestety w moim przypadku nie doszło do jej ograniczenia. Strefa T i policzki jak tłuściły się w ciągu dnia, tak tłuszczą się nadal. Odnośnie ujednolicenia kolorytu cery - tak, doszło do niego. Mam wrażenie, że skóra jest nieco bledsza, przebarwienia są delikatnie rozjaśnione, ale jednocześnie wyraźnie widać na policzkach i nosie sieć rozszerzonych naczynek. Zastanawiam się, czy miałam je wszystkie wcześniej, czy jednak kwas migdałowy podrażniał mnie na tyle, że powstały nowe teleangiektazje. Trudno mi tu wyrokować.
  • pory zwężone, przebarwienia rozjaśnione, niedoskonałości zredukowane i mniej widoczne - Małe pory zostały zwężone do minimum, kratery są nieco mniejsze niż były, ale dalej je widać. Niemniej efekt jest w moim mniemaniu zadowalający. Świeże blizny potrądzikowe zniknęły, a te stare i utrwalone zauważalnie zbladły, choć niestety nie pozbyłam się ich zupełnie. Co do niedoskonałości - po pierwszych dwóch tygodniach od rozpoczęcia kuracji męczyłam się z ogromnym wysypem. Zacisnęłam jednak zęby i kosmetyki stosowałam dalej. Dziś już wiem, że po prostu skóra się w ten sposób oczyszczała. Po tym początkowym wysypie niedoskonałości pojawiają się bardzo rzadko i szybko znikają. Pod tym względem jestem z kosmetyków bardzo zadowolona.
  • Testy [...]wykazały, że serum w połączeniu z kremem cofa biologiczny wiek skóry o 10 lat - powiem tak: moja skóra wygląda lepiej niż przed kuracją, ale nie jest to skóra dziewiętnastolatki (za nieco ponad tydzień skończę 29 lat). Być może jestem po prostu za młoda, żeby zaobserwować aż tak spektakularne efekty.
Podsumowując, kuracja w moim przypadku spełniła część obietnic producenta. Osobiście jestem zadowolona. Pewnie, że chciałoby się, aby kosmetyki zadziałały jeszcze lepiej, ale moim zdaniem naprawdę nie ma co narzekać. Bielenda odwaliła kawał dobrej roboty stwarzając dla nas działające, szeroko dostępne i przystępne cenowo kosmetyki.

piątek, 27 marca 2015

Dr Organic, Organic Rose Otto Night Cream

Dzisiaj będzie chwalenie i słodzenie, albowiem opowiem Wam o najlepszym kremie do twarzy na noc, z jakim do tej pory się zetknęłam. Kto by pomyślał, że kupiony przypadkiem kosmetyk - wszak do Holland & Barret poszłam tylko po swoją ulubioną pastę do zębów (AloeDent), a krem wypatrzyłam przy okazji - okaże się idealnym remedium na zimowe, trudne dla cery noce? 

Dla porządku dodam, że za 50 ml kosmetyku zapłaciłam niecałe 10 funtów.


Krem ma piękny, różany zapach i gęstą, masełkowatą konsystencję. Podejrzewam, że to właśnie konsystencja wymusiła na producencie zapakowanie kosmetyku w szklany słoiczek. Pompka na pewno nie zdałaby tu egzaminu, a z tubki pewnie ciężko byłoby go wycisnąć. Słoiczek zaś zapakowany był dodatkowo w kartonik zawierający wszystkie niezbędne informacje na temat produktu.

Na zużycie kremu mamy pół roku od otwarcia, a mi zajęło to mniej więcej dwa miesiące cowieczornego stosowania. Przez pierwszy miesiąc używałam go codziennie, a przez dwa kolejne - co drugi wieczór na zmianę z kremem Bielendy z kwasem migdałowym.


Jeśli spojrzeć w lustro po aplikacji kremu, ma się wrażenie, że kosmetyk wchłania się do matu. Pod palcami czuć jednak lekko woskowy film, który otula skórę niczym opatrunek (nie jest to absolutnie nic nieprzyjemnego) i nie wchłania się w nią do końca. Rano zmywałam resztki produktu wodą i łagodnym detergentem. Jeszcze ciekawostka - jeśli po kąpieli i aplikacji kremu decydowałam się na zrobienie prasowania, co wiązało się z ogólnym rozgrzaniem ciała i twarzy, na skórze wytrącały mi się kropelki wody. Nie zdarzyło mi się to nigdy przy żadnym innym kremie, ale nie miało wpływu na działanie kremu.


A działanie to było wyśmienite! Mimo zimna na zewnątrz i grzejników wewnątrz, dzięki regularnemu stosowaniu peelingu enzymatycznego, glinek i tego kremu nie miałam żadnych suchych skórek. Produkt optymalnie nawilżał naskórek. Co więcej, krem fantastycznie koił mój rumień. Nie spotkałam się wcześniej z kremem do twarzy, który robiłby to w takim stopniu - niemal jak chłodząca maska algowa, a przecież nie fundował mi tego typu termicznych atrakcji. Po prostu działał jak kojący opatrunek. Dalej, na twarzy pojawiało mi się mniej niedoskonałości, a te, które jednak się przebiły, bardzo szybko się goiły. Szybciej niż zwykle. Poza tym podczas stosowania kosmetyku twarz wyglądała lepiej, jakby jędrniej, a linie na czole nie rzucały się tak w oczy.

Świetny, świetny, świetny krem. Mam teraz w zapasie coś innego, ale do kosmetyków tej marki na pewno wrócę. Na celowniku mam serię ze ślimaczym śluzem. I z minerałami z Morza Martwego. I z miodem Hanuka. I z granatem. I z woskiem pszczelim. Z ciekawości zajrzałam na stronę marki i szczęka mi opadła - mają naprawdę ogromny wybór kosmetyków ukierunkowanych na najróżniejsze problemy i bolączki naszych cer. Dla zainteresowanych zostawiam link: klik.

Jakby co, nikt mi za moje zachwyty nie płacił. Po prostu ten krem wzbudza we mnie same pozytywne uczucia - i do siebie, i do marki, która go stworzyła.

wtorek, 25 listopada 2014

Sylveco, lekki krem nagietkowy

Krem przywędrował do mnie od Hexxany. 50 ml wystarczyło mi na około 3 miesiące stosowania raz dziennie (na noc, choć jest to krem na dzień. Na dzień noszę na twarzy krem z filtrem).

Produkt zapakowano w plastikową butelkę z pompką o oszczędnej, ale przyjemnej dla oka grafice. Pompka działała sprawnie i nie zacinała się. Samo mazidło miało biały kolor i lekką konsystencję. Nie jest perfumowane, ale ma bliżej nieokreślony zapach. Zgaduję zatem, że pachnie sumą swoich składników.  Dużym atutem kremu jest szybkie wchłanianie się i brak tłustego filmu. Pod makijaż zastosowałam kosmetyk dwa razy i nie zauważyłam niczego niepokojącego.


Jeśli chodzi o działanie kremu przyznam, że nie wiem, co o nim napisać. Do samego końca nie wyrobiłam sobie zdania na temat tego kosmetyku. Stosowałam go na noc, zwykle łącząc z jakimś serum lub olejem, i większych problemów z cerą nie miałam - nie odnotowałam wysypu niedoskonałości, skóra nie była też przesuszona, mimo iż zaczął się sezon grzewczy. Mazidło nawilża więc przyzwoicie. Problem polega na tym, że fajerwerków także nie było. Nie zauważyłam żadnej zmiany w jakości skóry na lepsze ani obiecanej regeneracji, jeśli pojawiło się akurat coś do zregenerowania (np. ślady paznokci mojej córeczki). Ogólnie kosmetyk przewinął się przez moją łazienkę bez echa.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Caudalie x 4 - pierwsze wrażenia na podstawie miniaturek

Z miniaturami czterech kosmetyków Caudalie miałam okazję zapoznać się w ramach wypasionego prezentu urodzinowego od Hexxany. Było to naprawdę ciekawe spotkanie, które zachęciło mnie do eksperymentów z marką w bliżej nieokreślonej przyszłości.

Oczywiście nie wszystkie kosmetyki zrobiły na mnie jednakowo dobre wrażenie. Ułożyłam je według osobistych preferencji od najsłabszego do najlepszego. Oczywiście ten wpis zawiera nie pełne recenzje, a jedynie opis pierwszych wrażeń. No to zaczynamy!


1. FLEUR DE VIGNE, żel pod prysznic


Ma konsystencję galaretki, umiarkowanie się pieni i delikatnie myje skórę bez wysuszania. Niestety charakteryzuje go dziwaczny, w moim odczuciu nieprzyjemny zapach, który nie umilał mi kąpieli. Wręcz przeciwnie... Nie podobał mi się do tego stopnia, że po żel sięgałam raz na kilka dni, bo inaczej się nie dało, i westchnęłam z ulgą, kiedy wycisnęłam z tubki resztki kosmetyku.

2. VINOSOURCE, nawilżający sorbet


Jest to bezzapachowy, bardzo leciutki krem nawilżający na dzień o konsystencji musu. Szybko się wchłania. Ponieważ jednak obecnie stosuję na dzień połączenie serum z witaminą C oraz filtra przeciwsłonecznego, sorbet Caudalie stosowałam na noc. Fundował mi przyzwoity poziom nawilżenia, ale jest lato i o tej porze roku moja tłusta cera się nie odwadnia jakoś szczególnie. Nie wiem, czy ten lekki krem sprawdziłby się zimą. Niemniej jednak jest to ciekawy kosmetyk, jeśli ktoś poszukuje leciuteńkiego nawilżacza bez filtra na dzień.


3. DIVINE OIL, olejek do twarzy, ciała i włosów


Divine Oli to tzw. suchy olejek. Rzeczywiście szybko się wchłania jak na olejek! Bardzo dobry kosmetyk. Ma dość intensywny, ale przyjemny, lekko orientalny zapach. Na ciało go nie stosowałam, bo było mi szkoda. Do olejowania włosów niespecjalnie się u mnie sprawdza - nie widziałam najmniejszej różnicy w ich wyglądzie przed i po użyciu. Jest natomiast świetny do zabezpieczania końcówek i w tym charakterze będę go stosować w sezonie swetrowo-czapkowym. Sprawdza się też jako dodatek do maseczek glinkowych i do olejowania skórek woków paznokcia. Są po nim elastyczniejsze i mniej suche. Naprawdę świetny kosmetyk.


4. MAKE-UP REMOVER CLEANSING WATER, płyn micelarny

W sumie postawiłabym olejek i płyn micelarny marki na tym samym miejscu. Świetny micel, który radzi sobie zarówno z demakijażem makijażu oczu jak i twarzy. Nie podrażnia, nie powoduje mgły. Do tego ślicznie pachnie winogronami. Nie mam żadnych zastrzeżeń.

Spotkanie z marką uznaję za udane, gdyż nie przypadł mi do gustu zaledwie jeden kosmetyk z czterech :)

poniedziałek, 28 lipca 2014

Sylveco, lekki krem brzozowy

Od dawna chciałam wypróbować pielęgnację Sylveco, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy znalazłam ten krem w paczce od Hexxany. Tyle że na dzień dobry zignorowałam przeznaczenie kremu (krem na dzień) i stosowałam go na noc. Na dzień nakładam na twarz duet serum z witaminą C i filtr SPF 50, i po prostu nie mam potrzeby stosowania jeszcze jednego kosmetyku. Z ulgą mogę napisać, że produkt w moim przypadku sprawdził się jako krem nocny. 50 ml wystarczyło mi na około 6 tygodni stosowania raz dziennie na twarz i szyję.

INCI: Woda,  Olej z pestek winogron,  Olej sojowy,  Ksylitol,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Masło karite (Shea),  Stearynian glicerolu,  Olej arganowy,  Olej jojoba,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy,  Betulina,  Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Alantoina,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej,  Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy 

Mamy tu higieniczne opakowanie z pompką. Plastik jest twardy i nieprzezroczysty; nie da się kontrolować stopnia zużycia produktu. Tubka z biegiem czasu robi się coraz lżejsza, ale nie da się przewidzieć momentu, w którym wyciśniemy z niej ostatnią porcję.

Krem ma białawy kolor i pachnie sumą swoich składników. Zapach odbieram jako neutralny. Mazidło ma dość lekką konsystencję, ale trzeba uważać ze stosowaną ilością - może się nieco mazać po twarzy i wymagać chwili wmasowywania. Wiele naturalnych kosmetyków tak ma. Krem niby wchłania się do matu, ale czuć na twarzy jakby woskowy film. Tylko raz nałożyłam kosmetyk na dzień, żeby sprawdzić, czy nadaje się pod makijaż. Nadaje się.

Według producenta krem nadaje się dla każdej cery. Moja jest tłusta i płytko unaczyniona. Mam tendencję do wyprysków; zbyt "agresywne" kosmetyki podrażniają moje naczynka i wywołują rumień. Podczas stosowania produktu ze stajni Sylveco nie miałam żadnych problemów z pryszczami. Naczynka również się nie buntowały. Jeśli chodzi o działanie, nie mogę na nic narzekać. Budziłam się z nawilżoną, przyjemną w dotyku, elastyczną skórą. Myślę jednak, że zimą kosmetyk mógłby sobie nie poradzić w kwestii nawilżenia. Ale w końcu nawet z nazwy jest lekki :)

Kosztuje 27,91 zł.

sobota, 7 czerwca 2014

Olay, active hydrating, nawilająca emulsja na dzień

Emulsję Olay dostałam dawno, dawno temu od Kleopatre. Ponieważ miała długą datę ważności, czekała cierpliwie na swoją premierę...


Produkt zamknięto w butelce z dość twardego plastiku. Ponieważ samo mazidło ma lekką konsystencję, nie ma problemu z wydobyciem kosmetyku niemal do samego końca. Krem jest różowawy i ma kwiatowo-pudrowy, "kosmetyczny" zapach. Bardzo szybko się wchłania i nie pozostawia po sobie wyczuwalnego filmu. Ponieważ opakowanie ma 100 ml, a lekkość formuły emulsji sprawia, że nie potrzeba jej wiele na pokrycie całej twarzy i szyi, kosmetyk uważam za diabelnie wydany. Używam go od ponad pół roku głównie na dzień (choć czasem zdarzyło się i na noc go zaaplikować).


Producent nie obiecuje wiele: nawilżenie w ciągu dnia, szybkie wchłanianie, brak tłustej warstwy, dobra baza pod makijaż. Jeśli o mnie chodzi, wszystkie obietnice zostały spełnione. Rzeczywiście nie odczuwałam w ciągu dnia dyskomfortu spowodowanego brakiem nawilżenia skóry (mam cerę tłustą), a makijaż trzymał się na kremie dobrze. Emulsja nie działała na mnie komedogennie. Uczulam jednak, że w składzie znajduje się kilka potencjalnych zapychaczy, w tym olej mineralny i wazelina.

Mogę podsumować ten kosmetyk tak: to taki podstawowy krem na dzień. Jeśli szukacie zwykłego nawilżacza, który nadaje się pod makijaż, mogę polecić. Faktycznie, młoda skóra (do około 25 r.ż.) ma szansę być usatysfakcjonowana. Sama jednak odchodzę od tego typu kosmetyków. Nieuchronnie zbliżam się do trzydziestki (dwudzieste ósme urodziny już wkrótce), więc wolę postawić na konkretniejszą pielęgnację anty-age. Poza tym krem nie ma filtra, więc musiałam na niego aplikować jeszcze emulsję przeciwsłoneczną.

Miałam kilka kremów marki w swoim kosmetycznym życiu. Wszystkie były mniej lub bardziej poprawne, ale nie zachwyciły mojej skóry. W moim odczuciu brakuje im "tego czegoś".

PS. w przyszłym tygodniu przylatuję na 2 tygodnie do Polski, więc może mnie być tu mniej ;)

wtorek, 22 kwietnia 2014

Neal's Yard Remedies, Rehydrating Rose daily moisture (krem na dzień)

Neal's Yard Remedies to angielska marka oferująca organiczne kosmetyki. Od czasu do czasu reklamują się w brytyjskiej prasie, dorzucając ten czy inny produkt jako bonus do któregoś z "kobiecych" magazynów. Stąd mam swój krem na dzień. Całkiem niedawno "rzucili" do "Glamour" czy innego "Cosmopolitana" błyszczyk do ust w tak nietwarzowym, rdzawym kolorze, że doprawdy nie wiem, czy komukolwiek byłoby w tym ładnie...


Biały, bardzo rzadki w konsystencji krem zapakowano w odkręcaną, nieprzezroczystą tubkę z miękkiego plastiku. Opakowanie nie jest złe, ale przy takiej a nie innej konsystencji produktu lepiej sprawdziłaby się pompka. Mazidło ma wyraźny różany zapach. Dla mnie przyjemny - a niezbyt lubię różane aromaty w kosmetykach. Pojemność tubki to 45 ml, które wystarczyło mi na około 3 miesiące stosowania raz dziennie.

Jest to krem na dzień, ale ja stosowałam go na noc. Z dwóch powodów. Po pierwsze, w kremie nie ma najmniejszej nawet ochrony przeciwsłonecznej (stosuję osobno filtr, no ale...). Po drugie, w składzie kosmetyku występuje wiele olejów i mimo że produkt wydaje się wchłaniać do matu, na twarzy czuć film. Sprawdzałam, makijaż się na kremie dobrze trzyma, ale ze względu na wyczuwalny film odczuwałam dyskomfort (podczas snu natomiast żadne filmy mi nie przeszkadzają).

Skład kremu na oko laika wydaje się naprawdę niezły - w większości naturalne oleje i ekstrakty. Niestety w moim przypadku krem nie radził sobie z utrzymaniem prawidłowego nawilżenia naskórka. Albo był za lekki, albo działał tylko na samej powierzchni skóry, bez wnikania w głębsze warstwy naskórka. Nie wiem. W każdym razie jeśli użyłam go na dzień, po kilku godzinach czułam pod makijażem ściągnięcie skóry. Na noc mieszałam go dodatkowo z olejem arganowym, dzięki czemu nie pojawił się problem suchych skórek.

Krem zużyłam, ale bez zachwytów. A skoro nie było zachwytów, powrotu również nie będzie...

poniedziałek, 20 stycznia 2014

Orientana, krem do twarzy na dzień i noc morwa i lukrecja

Bohatera dzisiejszej notki podesłała mi Hexxana. Opakowanie o pojemności 50 g było ze mną przez dwa i pół miesiąca stosowania raz dziennie. Słoiczek wykończyłam, wobec czego postanowiłam naskrobać kilka słów na temat tego kosmetyku. Zachwytów nie będzie, bo to jedno z tych mazideł, które może nie jest bublem, ale też niczym nie zachwyca.


W plastikowym słoiku kryje się biały krem o konsystencji gęstej śmietanki. Po odkręceniu opakowania rzucił mi się w nos bardzo oczywisty fakt, że kosmetyk niezwykle mocno i intensywnie pachnie. Wierzcie mi lub nie, ale jego zapach kojarzy mi się z otwarciem perfum Chanel No 5, których używa moja mama. Fakt ten już na starcie usposobił mnie do produktu negatywnie, bo nie lubię, kiedy mazidła do twarzy intensywnie pachną, gdyż boję się negatywnego wpływu potencjalnych alergenów w postaci substancji zapachowych na moje biedne naczynka. To powiedziawszy, w składzie kremu substancji zapachowych się nie dopatrzyłam, więc nie wiem, co tak pachnie.

Krem szybko wchłania się do matu, ale jednocześnie pod palcami wyraźnie czuć jakiś film. Dziwna sprawa. Z tego względu stosowałam kosmetyk wyłącznie na noc i nie sprawdziłam, jak sprawuje się pod makijażem, choć problemu rolowania się nie zaobserwowałam.


Przejdźmy do opisu działania kosmetyku. Producent pisze o kojącym działaniu na naczynka. Absolutnie tego nie zaobserwowałam. Wręcz przeciwnie, od czasu do czasu po aplikacji kremu na policzkach wykwitał mi znienawidzony rumień. Nie było to jednak regułą i nie wiem, od czego zależało. Krem ma działać również antybakteryjnie i przeciwzapalnie, czego się również tu nie dopatrzyłam. Pryszcze jak radośnie wyskakiwały tak wyskakiwały, a nawet miałam wrażenie, że było ich więcej niż wynosi to moja norma. Na temat obiecanego działania odmładzającego się nie wypowiem, bo to niezmierzalna kwestia.

Z powyższego wynika, że krem nie spełnił w moim przypadku swoich zadań. Do tego nie podobał mi się fakt, że produkt tak mocno i intensywnie pachnie. Nie nazwę go jednak bublem, bo jakieś działanie pielęgnacyjne ma - podczas jego stosowania moja skóra była odpowiednio nawilżona, za co plus. Powrotu jednak nie przewiduję. Niestety nie mam zaufania do marki, choć nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego tak jest.

piątek, 30 sierpnia 2013

Flos-Lek, Arnica, nawilżający krem arnikowy SPF 15, przeciwzmarszczkowy krem arnikowy oraz żel arnikowy

Trzy wspomniane w tytule kosmetyki dostałam do testów od marki Flos-Lek na początku maja. Od połowy maja towarzyszyły mi w codziennej pielęgnacji twarzy. Postanowiłam sprawdzić, czy zmasowany arnikowy atak zrobi jakieś wrażenie na moich naczynkach. Mazidła stosowałam w następujący sposób: krem nawilżający, ze względu na obecność SPF, przeznaczyłam na dzień, a żelem i kremem przeciwzmarszczkowym smarowałam się na noc. Ponieważ kremy nawilżający i przeciwzmarszczkowy właśnie mi się skończyły, mogę od razu napisać, że te tubki o pojemności 50 ml są bardzo wydajne, gdyż każda wystarczyła mi na 3,5 miesiąca stosowania raz dziennie. Żel jest jeszcze wydajniejszy - nadal mam około 1/3 opakowania.

Kosmetyki mają kilka cech wspólnych. Po pierwsze, są bezzapachowe, co jest dla mnie plusem. Nie wymagam, żeby kremy do twarzy miały zapach. Wręcz tego nie chcę. Poza tym, żaden z produktów mnie nie podrażnił ani nie spowodował niechcianego wysypu, a mam cerę tłustą, skłonną do zapychania. W końcu, wszystkie produkty zapakowano w nieprzezroczyste tubki, które trzeba odkręcać. Fakt ten wielokrotnie mnie denerwował, gdyż jestem niezdarna i nakrętki często wypadały mi z dłoni. Do znudzenia będę powtarzać, że zdecydowanie wolę klapki.


Krem nawilżający SPF 15:


Krem jest koloru seledynowego, co ma optycznie neutralizować zaczerwienienia  na twarzy. I trochę tak się dzieje, ale nie jest to spektakularny efekt. Produkt ma dość treściwą konsystencję. Szybko się wchłania, ale na mojej tłustej twarzy zostawiał delikatny film. Krem bardzo dobrze nadawał się pod makijaż, nic się nie rolowało. Nie mogę również przyczepić się do stopnia nawilżania cery - spisywał się na tym polu wyśmienicie. Nie wypowiem się natomiast na temat ochrony przeciwsłonecznej, gdyż latem faktor SPF 15 jest dla mnie za niski, więc dodatkowo zabezpieczałam buzię wysokim filtrem.




Krem przeciwzmarszczkowy:


Ten krem jest z kolei białawy w odcieniu. Jeśli chodzi o konsystencję, miałam wrażenie, że był nieco bardziej tłusty od kremu nawilżającego, a w każdym razie film, który pozostawiał po wchłonięciu, był nieco tłustszy niż w przypadku poprzednika. Produkt zapewniał nawilżenie na poziomie kremu na dzień. To, że stosowałam go na noc, to był mój świadomy wybór (producent nie oznaczył kremu jako produktu na noc, a te z reguły są treściwsze i bardziej odżywcze).

Mam 27 lat i na razie nie mam problemu ze zmarszczkami. Miejmy nadzieję, że krem pomagał im zapobiegać, ale gołym okiem nie da się tego ocenić. Na pewno po jego użyciu skóra twarzy była miła w dotyku.




Żel arnikowy:


Kosmetyk ma postać lekkiego żelu oczywiście. Stosuję go pod oczy oraz na obszary naczynkowe, czyli policzki i nos. Wchłania się bardzo szybko, ale na mojej tłustej cerze zostawia lekko klejący film, który zostaje zniesiony przez zaaplikowany później krem. Żel sam w sobie nie ma właściwości nawilżających, dlatego nie mogłabym stosować go solo, ale wierzę, że łączony z kremem wspomaga pielęgnację antynaczynkową oraz wspiera krem pod oczy.

Na siniaki żelu nie stosowałam.


Skład żelu: Aqua, Propylene Glycol, Arnica Montana Flower Extract, Arnica Chamissonis Flower Extract, Panthenol, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Carbomer, Ethylhexylglycerin

Kwestia najważniejsza: jak stosowanie kosmetyków wpłynęło na naczynka (ponieważ stosowałam kosmetyki razem jako kurację, nie jestem w stanie wypowiedzieć się, jak działają w tej kwestii indywidualnie)? Muszę przyznać, że bardzo dobrze. Produkty widocznie koiły obszary naczyniowe; rumień pojawiał się w ciągu dnia później, niż zwykle, i szybciej znikał. Nawet w czasie upałów, a to imponujące. Poza tym ogólnie moja cera wygląda po tegorocznym lecie lepiej niż w latach poprzednich, gdyż pojawiło się mniej teleangiektazji (a całkowicie, jak wiadomo, nie da się ich uniknąć). Dzięki produktom moja cera ma lepszy, bardziej wyrównany koloryt. 

Ogólnie seria jest naprawdę godna polecenia dla osób walczących z naczynkami. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z tymi kosmetykami. Myślę, że jeszcze do nich wrócę.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Flos-Lek, Winter Care, Krem tłusty do cery z problemami naczyniowymi

Krem przeznaczony jest dla cer z problemami naczyniowymi, a ja, jak wiecie, takową posiadam. Jednakowoż jest to krem tłusty, a przy swojej tłustej cerze takowych raczej unikam. Dlatego szczerze przyznam, że kremu nie polubiłam, choć sprawował się u mnie bardzo dobrze. Taki paradoks. No i przecież krem na zimę powinien być tłustszy, więc czego się czepiam? Po prostu nie lubię takich konsystencji i już...

Te 50 ml wystarczyło mi na nieco ponad dwa miesiące stosowania rano w mniejszej ilości i wieczorem w większej na twarz i szyję. Krem kosztuje 15,50 zł.







Krem zapakowany był w kartonik zawierający wszystkie niezbędne informacje. Mazidło znajduje się w odkręcanym słoiczkiem. Osobiście za słoiczkami nie przepadam, wolę higieniczniejsze rozwiązania... Słoiczek, jak widać, jest raczej ascetyczny.












 Krem był zabezpieczony przed ciekawskimi paluchami folią ochronną, za co zawsze producent otrzymuje u mnie plusa. Mazidło jest białe. Ma konsystencję gęstej śmietanki i oczywiście jest w dotyku tłuste. Pachnie charakterystycznie dla tej serii, czyli słodko, ale nie wiem, do czego mogłabym ten aromat przyrównać. W tym przypadku jednak po kilku tygodniach stosowania zapach zaczął mi niestety przeszkadzać.




Rzut okiem na skład pozwala nam zweryfikować, co odpowiada za tłustość mazidła - są to m.in. mirystynian izopropylu, wazelina, olej ze słodkich migdałów, olej mineralny dalej w składzie. Na plus na liście substancji widnieje kilka roślinnych ekstraktów stosowanych w kosmetykach dla naczynkowców. Kosmetyk nie jest konserwowany parabenami.


 Jak działa ten krem? Po pierwsze, natłuszcza, co stanowi barierę ochronną przed mrozem. Po drugie, nawilża - przez cały okres stosowania nie miałam problemu z suchymi skórkami na policzkach. Po trzecie, po zastosowaniu wieczorem rano mój rumień był ukojony, więc krem pomaga. Niestety nie jest cudotwórcą, kilka naczynek mi po drodze pękło, ale dzieje się tak każdej zimy. A tym razem obok ogrzewania i zmian temperatur wpływ na ten stan rzeczy miały zmiany hormonalne, więc nie można wysunąć wniosku, że mazidło nie działa. Na pewno chroni w jakimś stopniu naczynka.

Producent wspomina o filtrze przeciwsłonecznym, ale nie doszukałam się na opakowaniu informacji o faktorze, a sama nie umiem stwierdzić, czy filtr rzeczywiście jest i o jakiej mocy.


Jeszcze słówko o użytkowaniu mazidła. Po aplikacji kremu na twarzy oczywiście zostaje tłusty, wyczuwalny film. Na noc film nie przeszkadza, na dzień pod makijaż trzeba znaleźć na niego sposób. Ja albo aplikowałam krem na twarz zroszoną hydrolatem, albo (częściej) kilka minut po aplikacji zbierałam film za pomocą bibułek matujących. Po takich zabiegach makijaż trzymał się na kremie normalnie. Z drugiej strony moim zdaniem jest to mazidło bardziej na stok, kiedy raczej nie nosimy makijażu, niż do biura.

Myślę, że krem lepiej sprawdziłby się u osób z skórą suchą lub normalną (jak zresztą zaleca producent). Ja mam cerę tłustą, więc tłustość mazidła mi przeszkadzała. Niemniej produkt mnie nie zapchał ani nie podrażnił, dobrze nawilżał skórę, a naczynka do pewnego stopnia chronił, więc spisał się dobrze. 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...