Maj śmignął mi nie wiadomo kiedy. I, jak zaraz zobaczycie, przyniósł zaległości w pisaniu zaplanowanych notek, tak mi czas przeciekł przez palce. Połowę ubiegłego miesiąca spędziłam w pracy, a połowę w Polsce, ale nie na siedzeniu przed komputerem, stąd mało notek ;)
Jeśli o zużycia chodzi, bywało u mnie więcej pustych opakowań...
Rzadko mi się zdarza, aby jakiś kosmetyk pielęgnacyjny przeterminował się w moich niewielkich zapasach, bo zazwyczaj trzymam rękę na pulsie. Niemniej terminu przydatności maski enzymatycznej Ava niestety nie dopilnowałam (szkoda, bo naprawdę chciałam ją porządnie przetestować, ale w międzyczasie wpadły mi do kosmetyczki nadprogramowe produkty tego typu, a twarz mam jedną) i ostatecznie zużyłam ją do ciała, ot żeby nie wyrzucać pełnego opakowania do kosza. Zatem na temat działania produktu się nie wypowiem, ale pewnie kupię go w przyszłości ponownie, jak "wyjdą" mi inne enzymatyki. Natomiast do serum z witaminą C tej samej marki raczej już nie wrócę. Szkód żadnych nie czyni, ale pod względem skuteczności nie może konkurować z LIQ PHARM; koło tego ostatniego nawet nie stało. Zresztą mam w planach rozwinąć swoją opinię w osobnym poście. Z probiotycznego kremu do twarzy z SPF30 Bandi byłam ogromnie zadowolona, czemu również chcę dać wyraz w osobnej notce. To samo tyczy się masła kawowego z e-naturalne.pl. Fantastyczne mazidło, któremu należy się dedykowany wpis pochwalny. W małej plastikowej butelce mieszkało serum do włosów marki Whamisa, które dostałam od Hexxany. Nie zauważyłam żadnego szczególnego działania na moje kłaki.
Dwa małe słoiczki zawierały w sobie odlewki, które podesłała mi Justyna. W jednym był krem rozświetlajacy Resibo, o którym nie wiem, co myśleć, bo nie czuję jeszcze potrzeby stosowania baz rozświetlających pod makijaż i na filtr, a na noc przecież używanie tego typu kosmetyków nie ma sensu. W drugim - krem tonujący Origins, który pięknie wyglądał tuż po aplikacji, ale niestety na mojej tłustej cerze bardzo szybko się wyświecał. Zużyłam też enzymatyczną maskę algową marki Lynia z e-naturalne.pl. Cudo! Cudo! Cudo! Pięknie pachnie ananasem, łatwo schodzi, zostawia skórę oczyszczoną, gładziutką, elastyczną, ściąga pory i koi naczynka. Ogromnie żałuję, że nie skusiłam się od razu na kilka opakowań, no ale nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zużyłam też przyzwoity rumiankowy żel do mycia twarzy marki Sylveco (klik) oraz godny uwagi hydrolat z werbeny spod szyldu Mokosh (klik). Dalej, dosłownie wymęczyłam ogromną butlę szamponu dodającego objętości O'Herbal (klik). Ponieważ podrażniał mi skórę głowy, prałam w nim pędzle, a i całe ciało zdarzyło mi się nim umyć, bo tak nie mogłam się doczekać, aż się skończy. Olejek do włosów Alterry był w porządku. Moje proste, średnioporowate kłaki delikatnie nawilżał, ale najepiej sprawdzał się na suchych loczkach mojej córci stosowany jako odżywka po myciu - zmiękczał je, dociążał, nawilżał. Żel pod prysznic Isany niczym mi nie podpadł - nie był za rzadki (co u tej marki często ma miejsce), pięknie pachniał i nie wysuszał skóry. Za tę cenę czego chcieć więcej? Antyperspirant Adidas był OK; bez rewelacji, ale też bez rozczarowania.
Regularności wpisów nie obiecuję, ale zaległe notki prędzej czy później się tu pojawią. Czadowego czerwca Wam życzę! To mój najulubieńszy miesiąc w roku :)





























