czwartek, 19 grudnia 2019

Ulubieńcy pielęgnacyjni ostatnich miesięcy - pielęgnacja ciała | Soap & Glory, Rituals, Naturativ, White Flowers, Mydlarnia Cztery Szpaki, Wellness & Beauty, Biolaven, Nutka

Kilka postów temu przedstawiłam Wam swoich ulubieńców w kategorii pielęgnacja twarzy (klik). Dziś wspomnę jeszcze o kilku świetnych kosmetykach do pielęgnacji ciała.


#1
Soap & Glory, Breakfast Scrub 


Jest to peeling solno-cukrowo-owsiany. Pachnie i wygląda jak owsianka. I jakkolwiek na całe ciało ze względu na zapach (nie chciałam pachnieć owsianką) i wspomniane kilka postów temu problemy neurologiczne kosmetyku nie stosowałam, scrub ten genialnie sprawdzał się do złuszczania skóry dłoni i stóp, które to kończyny były po zabiegu gładziutkie, przyjemne w dotyku i subtelnie natłuszczone.


#2
Rituals, The Ritual of Ayurveda, smoothing hand balm


Dostałam go w prezencie od Przyjaciółki. Jeden z niewielu kremów do dłoni, który dla rzeczonych dłoni robił coś dobrego. Były po nim nawilżone, natłuszczone i przyjemne w dotyku przez dłuższy czas.


#3 
Naturativ, bust and cleavage peeling; slimming anti-cellulite serum

Oba kosmetyki były prezentem od Hexxany.


Peeling jest delikatny (idealny do skóry biustu i dekoltu), ale skuteczny. Jest też wielofunkcyjny - z powodzeniem stosowałam go nie tylko zgodnie z przeznaczeniem, ale też dodawałam do szamponów w celu złuszczenia skóry głowy, i byłam bardzo zadowolona z efektów.


A serum wyszczuplająco-antycellulitowe spełnia moje oczekiwania pod tym względem, że widocznie i odczuwalne ujędrnia i uelastycznia skórę. Sprawia też, że jest przyjemna w dotyku. 


#4
White Flowers, Błoto z Morza Martwego


Kolejny wielofunkcyjny kosmetyk. Można stosować go na twarz jako mocno oczyszczającą maseczkę, ale dla moich naczynek to za wiele. Można stosować go jako maskę oczyszczająco-złuszczającą na ciało, np. uda, brzuch, pośladki. Ładnie napina skórę. Można w końcu dodawać błoto do szamponu do włosów w celu maksymalnego oczyszczenia skalpu i odbicia włosów od nasady. Działa. Serdecznie polecam.


#5
Olejki do ciała, Mydlarnia Cztery Szpaki, superlekki olejek do ciała śliwka + wanilia; Wellness & Beauty,  the secret of oriental, olejek do ciała i masażu



Oba olejki genialnie sprawdzały się u mnie do nawilżenia i natłuszczenia skóry ciała po kąpieli. Oba pięknie pachniały (MCS marcepanem, a WB słodko, orientalnie), oba dawały mi dużo radości, oba "robiły robotę" i oba były bardzo szybkie w obsłudze.



#6
Higiena intymna, Biolaven, żel do higieny intymnej; Nutka, emulsja do higieny intymnej


Oba produkty doskonale radziły sobie z powierzonym im zadaniem bez podrażniania i wywoływania alergii. Biolaven to słabo pieniący się żel o winogronowym zapachu. Nutka to dobrze pieniąca się emlusja o przyjemnym zapachu - oba delikatne acz skuteczne, świetne też do mycia twarzy.





Znacie któryś z tych produktów?

wtorek, 17 grudnia 2019

Test podkładów mineralnych: Proto-col Baked Mineral Foundation (Dover); Amilie, Jojoba (cream beige, pine nut); Everyday Minerals, podkład półmatowy (fair neutral, linen); Pixie Cosmetics, Minerals Love Botanicals (lunar falls)

Podkłady mineralne służą mojej naczynkowej, przetłuszczającej się cerze o wiele lepiej niż wszelkie podkłady płynne. Z tego tytułu rok 2019 był rokiem testowania różnych marek, formuł i odcieni, których rezultaty zobaczycie poniżej. Z lat wcześniejszych wiem, że nie pokochałam proszków Pixie z serii Amazon Gold Mineral Foundation (klik) ani Earthnicity (klik); bardzo za to polubiłam się z Amilie Mineral Cosmetics w wersjach matujących i kryjących (klik), Neve Cosmetics Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (klik), nie unikam też Lily Lolo (klik). W ramach testów dowiedziałam się, że pasują mi odcienie jasne i żółte. Ponieważ mam w toaletce jeszcze kilka sztuk proszków, których tu nie opisałam, postanowiłam nadrobić i udokumentować swoje mineralne przygody. Tym bardziej, iż jeśli o minerały chodzi, naprawdę trzeba testować, testować i testować, aby znaleźć te najlepiej służące naszej cerze.


#1
Proto-col Natural Mineral Cosmetics, baked mineral foundation, Dover

Od producenta:

"Baked Mineral Foundation works in harmony with the most sensitive of skins and adapts to individual skin tone for an even, well blended complexion.
  • Flawless coverage and effortless application.
  • Contains light refracting Mica to help minimise the appearance of fine lines and pores.
  • Allows skin to breathe.
  • Suitable for all skin types.
  • Available in three different shades.
  • 9g.
  • Paraben free.
Key Ingredients:
Lavender – calming.
Rosemary – a powerful antioxidant and anti-inflammatory.
Green Tea – a fantastic anti-oxidant.
Suitable for all skin types
." (klik)


Szybko okazało się, że będzie to jeden z moich ulubionych podkładów, mimo mojego początkowgo sceptycyzmu. Po pierwsze, jest wypiekany i nie robi bałaganu podczas nabierania na pędzel. Po drugie, opakowanie ma lusterko, co jest mega przydatne w podróży. Po trzecie, mimo iż kosmetyk zawiera olej jojoba, nie wzmaga przetłuszczania się mojej cery (olej jojoba ponoć przypomina ludzie sebum i może w tym rzecz). Po czwarte, mimo iż jest to podklad rozświetlający, zawierający sporo miki, nie daje na mnie po kilku godzinach efektu córki króla smalcu. A poza tym, jak widać na zdjęciu poniżej, podkład bardzo ładnie wyrównuje koloryt cery i daje piękne wykończenie. Nieco bluruje pory na policzkach, a przy tym wygląda bardzo naturalnie - jak nasza druga skóra. Wyświeca się na mnie po 4-5 godzianch, ale po akcji z bibułką matującą wygląda dobrze do końca dnia. Produkt nie wysusza mi cery. Dostałam go od Hexxany, z czego ogromnie się cieszę, bo jest świetny.



#2
Amilie Mineral Cosmetics, podkład jojoba (cream beige, pine nut)

Od producenta:

"Kobiety o dojrzałej cerze z pewnością docenią nasz innowacyjny podkład Jojoba. Jego niespotykana formuła opiera się o minerały zamknięte w otoczce z oleju jojoba. Dzięki temu wyróżnia się gładką, kremową konsystencją. Nasz wyjątkowy podkład mineralny sprawia, że skóra wygląda perfekcyjnie. Maskuje wszelkie niedoskonałości i dodaje cerze subtelnego blasku, który ją odmładza i dodaje świeżości. Wysokiej jakości podkład Jojoba dostępny jest w 13 odcieniach, dzięki czemu dopasujesz go do dowolnej karnacji. Produkt ten wyróżnia się swoim doskonałym, naturalnym składem, dobrym kryciem, pozytywnym wpływem na skórę, a także jedwabistą konsystencją i prostotą aplikacji. Oczywiście, tak jak pozostałe kosmetyki mineralne, dla najlepszych efektów należy nakładać go pędzelkami do makijażu. Dzięki temu Twój make-up będzie wyglądał idealnie i świeżo przez cały dzień." (klik)

Hexxana podesłała mi odsypki dwóch odcieni tego podkładu. Sama raczej bym nie postawiła na ten wariant, bo nie pomyślałabym, że moja cera dogada się z olejem jojoba. Zostałam pozytywnie zaskoczona.


Odcienie, które mam to cream beige (chłodne tony z nutą beżu) oraz pine nut (paleta olive). Z założenia żaden z nich nie powinien mi pasować, gdyż najlepiej wyglądają na mnie odcienie jasne, ciepłe, wpadające w żółć, ale jakmiś cudem i cream beige, i pine nut wyglądają na mnie w porządku, jakby się dopasowywały do odcienia mojej skóry. Może rzecz w tym, że aplikuję tylko jedną warstwę i jestem teraz zimowo blada, a one są jasne? Trudno powiedzieć.

Cream Beige
nie świnkuje mnie!

Pine Nut
nie daje na mnie efektu topielca!


Jak widać, podkład jojoba od Amilie daje troszkę mniejszy poziom krycia pod podkładu Proto-col, choć nadal wyrównuje koloryt cery. Produkt należy do kategorii rozświetlającej. Z tego tytułu wyświeca się na mojej tłustej cerze po około 3 godzinach, ale bibułki matujące załatwiają sprawę i podkład wygląda dobrze do końca dnia. Proszek dobrze leży na skórze, nie daje efektu maski, nie ciastkuje się i nie wysusza. Z przyjemnością zużyję swoje próbki, ale z tej firmy zwrócę się jednak w stronę wersji matującej i kryjącej, których testy wywołały u mnie wiele zadowolenia.


#3
Everyday Minerals, podkład półmatowy, fair neutral, linen

Od producenta:
"Podkłady marki Everyday Minerals pozwalają uzyskać nieskazitelny wygląd skóry bez efektu maski. Zapewniają jedwabiste i nieskazitelne wykończenie, a jednocześnie bardzo naturalny i zdrowy wygląd. Podkłady mineralne są lekkimi kosmetykami, które utrzymują się na twarzy nawet do 24 godzin. Dodatkowo firma Everyday Minerals proponuje nam 4 wersje podkładów, w zależności od typu skóry jaką posiadamy: od bardzo suchej przez mieszaną do bardzo tłustej ze skłonnościami do niedoskonałości." (klik)

Skusiłam się na zakup samplerów podkładów mineralnych Everyday Minerals, ponieważ naczytałam się o nich ogromnych ochów i achów, i napaliłam się jak szczerbaty na suchary. A tymczasem proszki te nie podbiły mojego serca.


W ciemno wybrałam dwa bardzo jasne, neutralne odcienie, i oba jakoś zgrywają się z moją zimową bladością (linen lepiej). Podkład oferuje bardzo niskie krycie, ale za to wygląda bardzo naturalnie i daje przyjemne, półmatowe wykończenie. Wyświeca się na mnie po około 3 godzinach, a po następnych kilku ulatnia się z mojej cery, jest nietrwały. Nie dość, że podkłady EM są jednymi z droższych na rynku, to jakościowo są gorsze od naszych rodzimych Amilie czy Annabelle, które właśnie testuję.

fair neutral

linen
 


#4
Pixie Cosmetics, Minerals Love Botanicals, lunar falls

Od producenta:
"Prezentujemy  nową odsłonę sypkich, mineralnych podkładów do twarzy. Minerals Love Botanicals łączy ze sobą dwa światy: mineralny i roślinny. Unikalna kombinacja kryjących pigmentów mineralnych oraz wyselekcjonowanych substancji roślinnych (sproszkowanego bambusa oraz mączki owsianej), tworzy na skórze jedwabisty film mineralny, nadaje cerze naturalne, jednolite i nieskazitelne wykończenie. Niedoskonałości znikają, a twarz wygląda świeżo i naturalnie. Pomimo sypkiej konsystencji, zapewnia lekko kremowe odczucie gładkości na skórze, idealnie stapia się z cerą. W składzie formuły pojawił się też bursztyn, który posiada właściwości odmładzające, niszcząc wolne rodniki, tym samym hamując proces starzenia. Cera staje się świeża gładka i wypoczęta. Poprawia się jej koloryt, a naskórek szybciej się regeneruje." (klik)

Tę odsypkę też podesłała mi Hexxana.
.
O odcieniu lunar falls przeczytamy: "Do karnacji jasnej w tonacji neutralnej o lekko ziemistym, ciepłym, subtelnie oliwkowym kolorycie; polecany dla osób o cerze w odcieniu naturalnego, ciepłego beżu. Zblizony do "Antique Beige". Jest jednak od niego nieco mniej chłodny, mniej ziemisty, posiada nieco więcej złocistych tonów." (klik)


No i znowu w teorii nie jest to mój odcień, a w praktyce - nie odznacza się od szyi. Odnośnie formuły, w porównaniu z Amazon Gold Mineral Foundation seria Minerals Love Botanicals ma nieco lepsze krycie. Zostawia na twarzy satynowe wykończnenie i wygląda bardzo naturalnie. Moja cera zaczyna się pod tym podkładem wyświecać po około 4 godzinach od aplikacji, ale ściągnięcie sebum bibułką nie pomaga na długo. Im dalej w las, tym podkład zaczyna wyglądać ciężej, cera mocno się błyszczy. Mam wrażenie, że niestety moja skóra nie lubi podkładów Pixie Cosmetics i już....

Mimo iż minerały wymagają wielu testów, raczej nie zamierzam wracać do tradycyjnych fluidów. Kiedy stosuję proszki, moja cera jest w znacznie lepszej kondycji, a i naczynka się nie buntują. Serdecznie polecam.

ColourPop, no filter concealer, Fair 06 & ultra matte lip, Bumble, Sizzle

Moja przygoda z marką ColourPop trwa w najlepsze. Pisałam Wam już o świetnej kredce do brwi Precision Brow Pencil (klik) oraz fantastycznej jakościowo paletcie cieni Give It To Me Straight (klik), a dziś przychodzę z pozostałą resztą mojej ColourPop-owej gromadki, czyli z korektorem pod oczy oraz matowymi pomadkami w płynie.


Zakupy robiłam oczywiście online na stronie marki i musiałam zdalnie dobrać sobie odcienie. Kiedy zobaczyłam na żywo swój korektor w odcieniu 06 Fair pomyślałam, że jest niemal biały i będzie za jasny nawet dla mnie, ale na szczęście spotkała mnie przyjemna niespodzianka - mazidło nie robi u mnie efektu pandy.

Mamy tu ładne opakowanie ze złotymi napisami; mamy wygodny, lekko spłaszczony, gąbkowy aplikator. Formuła korektora jest emolientowa i niewysuszającą. Nosi się pod okiem komfortowo.


Kosmetyk w zadowalający sposób wyrównuje koloryt skóry pod oczami (średnie krycie) i odbija światło. Nie mam do niego zastrzeżeń.




Pomadki też mają wizualnie bardzo ładne ubranka. Aplikator to małych rozmiarów, dość precyzyjna gąbeczka. Właściwościami szminki przypominają mi pomadkę Jeffree Stara (klik) - mają brzydki, plastikowy zapach, mocno matowe wykończenie, zastygają na ustach i dają uczucie gumowej warstwy na naskórku. Usta są też nieco ściągnięte. Dodatkowo oba posiadane przeze mnie kolory są na wargach zdecydowanie ciemniejsze niż w opakowaniu.





Bumble jest na żywo bardziej rdzawy niż na moich zdjęciach. Producent opisuję ten odcień jako ciepłą różę. Bez tłustego jedzenia wymaga poprawek po około 4 godzinach; schodzi z ust nierówno, płatami.


Sizzle to połączenie marsali z borówką. Jedna z najtrwalszych pomadek w mojej kolekcji - bez tłustego jedzenia potrafi nie wymagać poprawek przez ponad 8 godzin!

poniedziałek, 16 grudnia 2019

Cztery wysokopółkowe kosmetyki kolorowe: Too Faced, shadow insurance, 24 hours anti-crease eyeshadow primer; Giorgio Armani, eye tint, 10; Studio 10 Beauty, Liquid Foil I-Radiance; Lanolips, tinted balm, Rhubarb

Przegląd toaletki trwa. W związku z tym przychodzę dziś ze swoimi trzema groszami na temat czterech wysokopółkowych kosmetyków, które warto poznać, bo są naprawdę świetne jakościowo. Oto moj ferajna.

#1
Too Faced, shadow insurance, 24 hours anti-crease eyeshadow primer


W ładnej, miętowo-złotej tubce mieszka silikonowa w dotyku baza pod cienie. Sunie po skórze jak masełko, bez żadnego naciągania naskórka ani tego typu rzeczy, i idealnie wywiązuje się ze swojej roli. Używałam kosmetyku z cieniami różnych marek i nigdy nie spotkał mnie zawód; makijaż oczu pozostaje na miejscu w niezmienionym stanie przez kilkanaście godzin. Baza ładnie podbija też pigmentację cieni. Dostałam ją w prezencie od Przyjaciółki.


Kolejne trzy kosmetyki przywędrowały do  mnie od Hexxany. 

 
#2
Giorgio Armani, eye tint, 10


Eye tint to cień w płynie. Aplikuje się go małym gąbkowym aplikatorem. Cień jest bardzo dobrze napigmentowany i bardzo szybko zastyga. Zanim zastygnie, można nieco rozetrzeć jego granice pędzelkiem do blendowania, ale trzeba się spieszyć. Po zastygnięciu kosmetyk jest nie do ruszenia. Jest bardzo, bardzo trwały i nie wymaga użycia bazy pod cienie. Nie da się jednak go budować - przy próbach nakładania drugiej warstwy na pierwszą, pierwsza warstwa zaczyna się odklejać od powieki i robią się prześwity, a tego bałaganu bez zmycia makijażu nie da się ogarnąć. Nie ma jednak potrzeby budowania koloru, gdyż, jak wyżej pisałam, pigmentacja mazidła jest bez zarzutu.


Odcień numer 10 to kakaowy ciemny brąz ze srebrnymi drobinkami. Super do makijażu typu smokey eye dla osób, które lubią chłodne cienie.


#3
Studio 10 Beauty, Liquid Foil I-Radiance


I kolejny cień w płynie z małym gąbkowym aplikatorem. Niestety nie wiem, który z dwóch dostępnych odcieni posiadam. Mamy tu transparentną bazę ze złotymi drobinkami. Ja stosuję ten cień jako topper, jeśli mam ochotę na ekstra bling. Nie zauważyłam, aby cień uszkadzał makijaż oka, na który go nakładam, a sam w sobie jest bardzo trwały i absolutnie nie przemieszcza się po powiece w trakcie noszenia. Ma też tę przewagę nad prasowanymi brokatami, że tylko naprawdę znikoma ilość drobinek opada w ciągu dnia na twarz, a 99% brokatu trzyma się na swoim miejscu.


#4
Lanolips, tinted balm, Rhubarb


Jaki to jest świetny balsam. Cudownie pielęgnuje, natłuszcza i nawilża usta, a w bonusie otrzymujemy też cień koloru. Wspaniały kosmetyk na sezon grzejnikowy.


Znacie któryś z tych produktów?

Juvia's Place, The Saharan II Eyeshadow Palette

Niemal rok temu pokazywałam na blogu paletę The Saharan marki Juvia's Place (klik). Zupełnie się wtedy nie spodziewałam, że dostanę w prezencie "dwójeczkę". A jednak Kasia ponownie mnie zaskoczyła prezentem :*

Paleta przychodzi do nas w tekturowym opakowaniu bez lusterka, o charakterystycznym dla marki designie. Same cienie są ogromne - mają raczej wielkość kosmetyków do twarzy niż cieni do oczu. Dołóżmy do tego niesamowitą wydajność i mamy mazidła nie do zużycia.

W zasadzie o The Saharan II mogłabym napisać to samo, co o jedynce: cienie są obłędnie napigmentowane, a przy tym się nie osypują, bardzo dobrze się z nimi pracuje - nakładają się na powiekę równomiernie, nie znikają podczas blendowania - a na bazie siedzą na miejscu do demakijażu. Jedyną "wadą" paletki jest brak matowego cielaka (osobiście zastąpiłabym nim odcień Hadiya, który na skórze wypada dość podobnie do koloru Marrakesh).


W palecie znajduje się dziewięć cieni o trzech różnych wykończeniach:

Marrakesh: duochrom brzoskwinia-złoto (mój ulubieniec)
Aziza: duochrom białe złoto-platyna
Hadiya: metaliczna miedź
Berber: metaliczny turkus
Nomad: duochrom czerwony brąz-burgund
Chefchaouen: duochrom mięta-srebro
Fez: matowy, ciepły, czerwony brąz
Zohra: matowa wiśnia
Taza: matowy, pomarańczowy brąz



Jak zwykle zrobiłam kilka zdjęć swoich maziajów. Niedociągnięć nie trzeba mi wypominać; wiem, że żaden ze mnie MUA ;)

#1
Aziza, Hadiya, Berber, Chefchaouen, Fez




#2
Marrakesh, Aziza, Hadiya, Berber, Taza




#3
Aziza, Hadiya, Berber, Nomad, Chefchaouen, Zohra




#4
Marrakesh, Berber, Chefchaouen, Fez, Taza




Moim zdaniem jest to idealna paletka dla kreatywnych osób. Ja  na co dzień nie sięgam po mięty, turkusy, pomarańcze czy czerwienie ("wyrosłam" z kolorowych makijaży i w 98% trzymam się bezpiecznych beżów i brązów), więc mam poczucie, że nie wykorzystam potencjału tego cacka. A tymczasem widzę, że w palecie drzemie potencjał do tworzenia niesamowitych, naocznych (a nawet natwarzowych) dzieł sztuki makijażowej i wprawne pędzle miałyby wiele radości z pracy z tym produktem. Z tego względu czuję się rozdarta, bo nie chciałabym, żeby paletka się u mnie po prostu marnowała :(

sobota, 14 grudnia 2019

Pomadki z wyższej półki vol. 1: Jeffree Star, Velour Liquid Lipstick (I'm Shook); Make Up For Ever, Artist Rouge Mat (M203); NARS, Velvet Lip Glide (Danceteria); NARS, Velvet Matte Lip Pencil (Dragon Girl) & Smashbox, Be Legendary Lipstick (Power On)

Na mojej toaletce dumnie pręży się gromadka wysokopółkowych pomadek. Żadnej z nich nie kupiłam sama, bo mam w swoim życiu niesamowite Dziewczyny, które lubią mnie rozpieszczać kosmetycznymi cacuszkami. Dziś pokażę pierwszą ich grupę. Drugi wpis z luksowymi pomadkami, tym razem w wersji mini, pojawi się bardzo niedługo. 

A tymczasem ruszamy w porządku alfabetycznym.


#1
Jeffree Star, Velour Liquid Lipstick, I'm Shook


Pomadka była prezentem od Justyny. Pochodzi z limitowanej kolecji, którą kontrowersyjny youtuber Jeffree Star wypuścił we współpracy z innym popularnym influencerem, Mannym MUA. Ja poczynań panów specjalnie nie śledzę, ale kosmetyk chętnie przetestowałam. Zwłaszcza, że ma bardzo oryginalny kolor rdzawej czerwieni (na żywo bardziej rudej niż na moich zdjęciach - aparat miał problem z oddaniem koloru). Plastikowy zapach mazidła nie zachwyca, ale za to produkt ma ciekawy aplikator z małym wgłębieniem, w którym zbiera się idealna ilość kosmetyku, by wypełnić obie wargi za jednym pociągnięciem, bez potrzeby dobierania produktu.


Pomadka ma matowe wykończenie i zastyga na ustach, więc nie wymaga użycia konturówki. Jej trwałość na mnie bez tłustego jedzenia wynosi około 5 godzin. Po tym czasie kolor zaczyna się nierównomiernie wycierać i potrzebne są poprawki. Kosmetyk nie wysusza moich nieproblematycznych ust. Podczas noszenia czuć na ustach jakby gumową warstwę.


#2
Make Up For Ever,  Artist Rouge Mat, M203


Pomadka ma przepiękne, eleganckie, ciężkie opakowanie. Ma piękne, matowe wykończenie i jest bardzo dobrze napigmentowana. Nie zauważyłam, aby wysuszała mi usta, nie doświadczyłam żadnego rozmazywania. Trzeba się troszkę przyłożyć do aplikacji, bo sztyf nie jedzie gładko po skórze. Efekt jest jednak tego wart.

Dostałam ją od Hexxany.


M203 to śliczna fuksja. Jej trwałość na mnie wynosi 5-6 godzin bez tłustego posiłku.


#3
NARS,  Velvet Lip Glide, Danceteria & Velvet Matte Lip Pencil, Dragon Girl


Obie pomadki NARS z tego wpisu również zostały mi sprezentowane przez Hexxanę. Velvet Lip Glide to, jak widać, pomadka w płynie. Mój odcień, Danceteria, to żywa fuksja. Produkt może pochwalić się wygodnym w użyciu aplikatorem zapewniającym precyzyjną aplikację. Przez jakiś czas po nałożeniu pomadka wygląda na ustach jak doskonale napigmentowany błyszczyk. Później błyszcząca warstwa znika, a na ustach zostaje matowy stain, który wygląda schludnie przez około 5 godzin noszenia (bez spożycia tłustego posiłku), potem wymaga poprawek. Kosmetyk jest komfortowy w noszeniu.





Velvet Matte Lip Pencil ma postać kredki jumbo, do temperowania. Dragon Girl to piękny odcień chłodnej czerwieni o matowym wykończeniu. Dzięki swojej formie, pomadka umożliwia bardzo precyzyjną aplikację. Nie wysusza mi ust, nosi się komfortowo. Jej trwałość na mnie to około 4 godziny bez tłustego jedzenia, potem trzeba wypełnić ubytki.



#4
Smashbox, Be Legendary Lipstick, Power On


Tę pomadkę przejęłam od mojej kochanej Pameli. Cóż, jestem fanką koralu i nigdy nie miałam szminki Smashbox. Muszę przyznać, że podobnie jak MUFE, mazidło ma świetne, ciężkie, porządne, eleganckie opakowanie. Power On to twarzowy, świeży odcień lekko rozbielonego koralu o matowym wykończeniu. Ten kosmetyk też nosi się komfortowo, nie wysusza mi ust, a jego trwałość na mnie to około 4 godziny, po których wymaga poprawek.


Znacie którąś z tych pomadek? Podzielacie moje wrażenia?

Ranking naturalnych mydełek eksfoliujących | Lawendowa Farma, Ministerstwo Dobrego Mydła, Miodowa Mydlarnia, Kostka Mydła

Ze względu na jakieś niezidentyfikowane problemy z nerwami nie mogę używać klasycznych scrubów do ciała. To znaczy mogę, ale okupuję to bardzo nieprzyjemnym, wielogodzinnym mrowieniem wnętrza dłoni. To samo dzieje się przy kontrastach zimno-ciepło, na przykład jeśli wrócę zimą do domu z zimnymi dłońmi i umyję je w ciepłej wodzie... Brrr. Jest to sprawa genetyczna, po tacie. Anyway, jeśli chodzi o eksfoliację ciała, znalazłam idealną dla siebie metodę peelingów w mydle. Uwielbiam je, bo są naturalne, generują bardzo mało odpadków, w większości robią solidną robotę, a przy tym nie zostawiają bałaganu w łazience. Oczywiście po każdej sesji z tego typu mydełkiem trzeba zadbać o porządne nawilżenie skóry.

Dziś opowiem Wam o mydełkach, które towarzyszły mi w ostatnich miesiącach. Wszystkie oprócz Lawendowej Farmy dostałam w prezencie od Hexxany, ale sama również kupiłam na zapas trzy kolejne kostki kawowego mydła Ministerstwa.


Miejsce pierwsze: Lawendowa Farma, Kawa z Cynamonem, mydło ręcznie robione metodą na zimno.


To mydło to mój absolutny ulubieniec i wieloletni towarzysz. Pierwszy raz napisałam Wam o nim na blogu (klik) w 2013 roku! I dalej wszystko, co na jego temat naskrobałam jest aktualne. Mydło pięknie pachnie cynamonem i naprawdę mocno eksfoliuję skórę - na granicy bólu. To bardzo mocny, solidny zdzierak.


Miejsce drugie: ex aequo Ministerstwo Dobrego Mydła i Miodowa Mydlarnia
 

Mydło kawa Ministerstwa Dobrego Mydła ma kakaowo-kawowy zapach i jest mocnym zdzierakiem eksfoliującym skórę na granicy bólu. Robi tak samo dobrą robotę, co mydełko Lawendowej Farmy i zajęło drugie miejsce tylko dlatego, że produkt LF ma, moim zdaniem, nieco ładniejszy zapach. Lubię korzenne aromaty po prostu.


Kostki Miodowej Mydlarni mają piękny i zaskakująco poręczny kształt słonecznika, co zapomniałam uwiecznić na zdjęciu.


Mydło Peeling Morelowy przepięknie, słodko pachnie i jest zdecydowanie najmocniejszym zdzierakiem z całego tego towarzystwa. Jestem w stanie masować sobie nim cellulit na udach, tyłku i brzuchu, ale nic poza tym, a sam masaż jest naprawdę bolesny. Wrażliwcy nie mają się co do niego zbliżać.



Mydło Kawa Cynamonowa z Miodem pachnie kawą z nutką cynamonu. Właściwościami zbliżone jest do kawowych kostek Lawendowej i Ministerstwa, więc nie będę się powtarzać.


Miejsce trzecie: Kostka Mydła


Nie zrozumcie mnie źle, jest to nadal świetne mydło. Jest też odczuwalnie bardziej nawilżające od całej opisanej reszty ze względu na białą, natłuszczającą część. Pachnie kakaowo. Umieściłam je na dalszym miejscu ze względu na to że, po pierwsze, ma mniej eksfoliujących drobin niż reszta, a co za tym idzie - słabsze działanie złuszczające (nadal dobre i odczuwalne); po drugie, im mniejsza kostka, tym zdziera słabiej; a po trzecie, jako jedyne pod koniec rozpadło się na wiele małych kawałków.


Miejsce czwarte: mydło Cynamon Ministerstwa Dobrego Mydła


Do mydła Cynamon mam kilka zastrzeżeń. Raz, że nie pachnie cynamonem (zapach jest delikatny i z niczym mi się nie kojarzy), a dwa - na samym początku kostka ściera naskórek na granicy bólu, ale z każdym kolejnym myciem złuszczanie jest coraz słabsze (zapewne spada zagęszczenie złuszczających drobin),  by w końcu mydło tylko delikatnie łaskotało i masowało skórę. Szkoda.


Z oferty LF korzystam od lat, a MDM miałam na celowniku. Bardzo, bardzo się jednak cieszę, że Asia vel Hexxana zwróciła moją uwagę na Miodową Mydlarnię i Kostkę Mydła, bo są to nasze rodzime manufaktury oferujące naprawdę doskonałe, polskie kosmetyki. 

Macie jakieś doświadczenia z naturalnymi mydełkami? Podzielicie się ze mną swoimi ulubieńcami?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...