Skoro podzieliłam się z Wami ulubieńcami pielęgnacyjnymi, dziś skupię się na kolorówce.
Zacznijmy od oczu.
Nigdy nie sięgam po cienie do powiek, jeśli nie zaaplikuję wcześniej bazy. Rok 2013 należał do dwóch - propozycji marek Hean i Rival de Loop. Obie bazy mają masełkowatą konsystencję, którą niezwykle łatwo zaaplikować na powieki bez rozciągania skóry. Zostawiają na powiece nieco lepki film, do którego cienie mocno się przyklejają. Co prawda utrudnia to ich rozcieranie, ale problem rozwiązuje "zagruntowanie" powieki cielistym kolorem lub pudrem. Bazy podbijają kolory cieni. Po ich zastosowaniu mogłam cieszyć się nienagannym makijażem oka przez kilkanaście godzin. Wisienką na torcie jest fakt, że oba produkty są bardzo przyjazne dla portfela.
Przejdźmy do samych cieni. W ubiegłym roku szczerze zachwyciła mnie kolorystyka paletki Sleeka Vintage Romance. Moim zdaniem paleta jest piękna. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że to najładniejsza propozycja Sleeka.
Kiedy nie miałam czasu lub ochoty na precyzyjne cieniowanie, sięgałam po trio (Integra 21) Inglota. To idealna paleta do makijażu typu "no make-up". Tymi cieniami wykonuję makijaż oka dosłownie w dwie minuty:
Pod koniec roku zakochałam się również w dwóch cieniach Lily Lolo - Golden Lilac i Smoky Brown. Są piękne i potrafią samodzielnie robić za cały makijaż oka.
Nie mogę również pominąć hitu blogosfery: cieni w kremie Color Tattoo od Maybelline. Ja również jestem nimi oczarowana. A właściwie nim - uwielbiam odcień Permanent taupe. Z Endless purple nie jestem zadowolona, bo robi prześwity. Chodzi mi jeszcze po głowie On and on bronze, chociaż naprawdę nie powinnam kupować kolejnego cienia w kremie ;)
Kreski najchętniej rysowałam grubaskiem Maybelline master smoky (Smoky Chocolate). To trwała, miękka, łatwa do roztarcia kredka w udanym kolorze brązu. Idealna na co dzień. Często sięgałam również po czarną kredkę khol express, również od Maybelline, bo staram się ją wykończyć.
Linię wodną podkreślałam kredką Scandaleyes kohl kajal 005 nude Rimmela. Produkt pięknie otwiera oko i jest bardzo trwały.
Z przetestowanych w ubiegłym roku maskar najlepiej sprawdzały się u mnie Lancome Hypnose Star (bardzo polubiłam się z tą szczoteczką) oraz Benefit Bad Gal. Obie miałam w wersjach miniaturowych - były dodatkami do brytyjskich magazynów.
Jeśli chodzi o korektory, pokochałam Collection Lasting Perfection Ultimate Wear Concealer. Nie znam lepszego korektora na wypryski. U mnie pod oczy się nie nadaje, bo nie potrzebuję aż takiego krycia...
Spośród kilkunastu różów zdecydowanie faworyzowałam róż w kremie Inglota w odcieniu 91. Bardzo go lubię, ponieważ ze względu na swój odcień pełni rolę zarówno różu, jak i bronzera. Dobrze się w nim czuję, a kolor ma na tyle uniwersalny, że pasuje do większości szminek i błyszczyków.
Na ustach najczęściej lądowała szminka Rimmela w odcieniu 058 Drop of Sherry (seria Lasting Finish). Jest kremowa i nie wysusza ust. Łączyłam ją z neutralnym makijażem oka. Ponieważ mam ją dość długo, staram się ją zużyć, choć chyba mi się to w najbliższym czasie nie uda....
W roku 2013 zainteresowałam się minerałami. Bardzo polubiłam podkład mineralny Lily Lolo w odcieniu China Doll. Wygląda na buzi niezwykle naturalnie; daje ładne, rozświetlające wykończenie. Ma lekkie, ale wystarczające krycie. Na dzień dzisiejszy to mój ulubiony podkład ever.
Ulubionym pudrem był puder bambusowy z Biochemii Urody. Miałam odsypki dwóch różnych wariantów. Puder jest bezpieczny dla skóry i dawał na mojej twarzy ładne wykończenie.
Znacie któregoś z moich ulubieńców?

















































