czwartek, 5 grudnia 2013

dr.organic, Organic Aloe Vera Toothpaste (aloesowa pasta do zębów)

Pastę dr.organic kupiłam w sklepie Holland&Barret. Zapłaciłam za nią coś pomiędzy 4 a 5 funtów za 100 ml. Produkt wystarczył mi na około 6 tygodni stosowania dwa razy dziennie.



Producent zapakował kosmetyk w standardową tubkę. Korek jest odkręcany – czego nie lubię, bo mi wiecznie wszystko leci z rąk i nie inaczej było w tym przypadku.

Pasta jest przezroczysta i bezbarwna. Ma postać rzadkawego żelu. Smak ma cudowny – bardzo miętowy i odświeżający. Ale uwaga – mentol bardzo mocno chłodzi, co może być nie na rękę osobom z wrażliwymi zębami... 



Mimo braku SLS-ów pasta dobrze się pieni. W ogóle kupiłam ją właśnie ze względu na naturalny skład. Produkt o wiele bardziej przypadł mi do gustu niż opisywane tu wcześniej naturalne pasty Babuszki Agafii czy Lavery (zainteresowanych odsyłam do etykiety pasty do zębów). Mnie kosmetyk w żaden sposób nie podrażnił, ale uczulam, że zawiera dużo aloesu, na który wiele osób jest uczulonych.



Jeśli chodzi o działanie, muszę przyznać, że pasta genialnie odświeża oddech. Podczas jej stosowania nie miałam żadnych problemów z dziąsłami, aftami, próchnicą, ani tym podobnych atrakcji. Pasta ma być wybielająca, ale nie wiem, czy tak działa, bo nie narzekam na kolor swoich zębów... Kosmetyk byłby moim ideałem, gdyby nie fakt, że dość szybko po umyciu zębów (po kilku godzinach) zbierała mi się na nich płytka nazębna. A ja myję kły dwa razy dziennie, więc w tej kwestii produkt mnie zawiódł :( Sądzę, że pasta będzie idealna dla osób, które po szczoteczkę i pastę sięgają częściej niż dwa razy dziennie...

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Zużyte w listopadzie i kolejne prezenty z Polski. Ciekawa promocja w internetowym sklepie Flos-Lek.

Zacznę może od pytania: karmię piersią, dzięki czemu macica bardzo szybko mi się skurczyła. Na tyle szybko, że teraz mam na brzuchu flaka rozciągniętej skóry. Może znacie coś, czym mogłabym tego flaczka smarować, żeby skórę choć trochę ujędrnić? Bo raczej wątpię, że wróci do stanu sprzed ciąży, a z inwazyjnymi ćwiczeniami kazano mi się wstrzymać, ponieważ w ciąży rozeszły mi się mięśnie podbrzusza i mam zlecone przez fizjoterapeutę pewne ćwiczenia, które raczej na stan skóry nie wpłyną, ale mają pomóc mięśniom...

***

Od połowy listopada nie miałam za bardzo głowy do kosmetyków, ale coś tam w tym jesiennym miesiącu zużyłam.

Opakowania pełnowymiarowe (oprócz pudru, to była odsypka):


  • Alterra, mydło lawendowe. Tanie, ładnie pachnie, spełnia swoją rolę, nie przesusza skóry. Jednym słowem – lubię.
  • Antyperspirant Dove. Ładnie pachnie i chroni przez cały dzień przy umiarkowanej potliwości. Chętnie do niego wracam.
  • Alterra, maska do włosów z granatem. Stosuję ją jako odżywkę. Moje włosy ją lubią, są po niej sypkie, lekkie i błyszczące.
  • Oliwka Babydream. Kocham ten produkt – nawilża i uelastycznia skórę, a przy tym ładnie pachnie.
  • Alterra, szampon odbudowujący z makadamią i figą. Przyzwoity szampon. Myje włosy i ich nie obciąża. Nie mam zastrzeżeń i chętnie wracam.
  • Ziaja, ginekologiczny płyn do higieny intymnej dla kobiet w ciąży i po porodzie. Byłam z niego bardzo zadowolona. Był delikatny, ale skuteczny, a przy tym nie miał zbyt wodnistej konsystencji. W ciąży ze względu na zmianę pH pochwy łatwo o infekcje; w czasie stosowania tego produktu nic takiego mnie nie spotkało. Będę wracać, jeśli tylko znowu upoluję w polskim sklepie.
  • Avene, woda termalna. Kupiłam ją kiedyś na promocji w Superpharm. Delikatnie nawilża i odświeża skórę, ale mogę bez niej żyć, bo działa podobnie do hydrolatów :) Ogromny plus, że pomogła mi walczyć z podrażnieniem po spirulinie.
  • Mehron, sypki puder wykańczający. Pisałam o nim w poprzednim poście. Polubiłam się z tym produktem.
  • Dr Organic, pasta wybielająca. Będzie osobny post na jej temat :)

Próbki i miniatury (kupione głównie z myślą o szpitalu):


  • Żele Ziajki pochodzą z gazet o macierzyństwie i bobasach. Zużyłam je sama, nie testowałam ich na córeczce. Zachwytów brak. Skład taki sobie, wodnista konsystencja, bardzo słabe pienienie.
  • Aussie, szampon i odżywka miracle moist. Kupione raczej z braku wyboru, ale moje włosy się nie buntowały. Właściwie wyglądały po tym duecie bardzo ładnie, były sypkie i błyszczące.
  • Palmolive, żel pod prysznic. Żel jak żel. Spełniał swoją rolę.
***

W listopadzie dostałyśmy z Małą jeszcze jeden prezent z Polski:




Jestem zachwycona tymi ręcznikami papierowymi z Rossmanna. Są grube, chłonne, nie drą się, nie rozpadają, nie zmieniają zapachu po zamoczeniu – po prostu idealne do wycierania twarzy po umyciu. Naprawdę nie ma porównania ze zwykłymi ręcznikami papierowymi. Płyn micelarny z Biedronki chciałam przetestować od dawna. Na razie czeka na swoją kolej. Śliczne róże Bell również czekają, bo nie zdążyłam zrobić im zdjęć przed rozprawiczeniem. A tu teraz są jeszcze problemy ze światłem...

Octenisept bardzo się przydał do pielęgnacji pępuszka, zanim ten odpadł (dość szybko, bo po ośmiu dniach). No i czy muszę pisać, że szalenie ucieszyłyśmy się z wierszy Brzechwy? Mała lubi wsłuchiwać się w ich rytm, bo raczej jeszcze niewiele rozumie ;)


***

Dostałam informację o bardzo ciekawej promocji z sklepie internetowym Flos-Lek:


Nie miałam tego olejku, ale znajome atopiczki wypowiadały się o nim bardzo pozytywnie :)

niedziela, 1 grudnia 2013

Mehron, Ultrafine Makeup Setting Powder (neutral)

Puder wykańczający Mehron był dla mnie całkowitą nowością. Zanim dostałam odsypkę od Hexxany (:*) wcześniej nawet nie słyszałam o tym produkcie.

O pudrze można m. in. przeczytać:
Mehron UltraFine Neutral Setting Powder can be used to set all colors of grease or cream makeup and includes an antiperspirant for stage performers. Mehron Neutral Setting Powder is very fine and clump free and comes in a handy shaker container to minimize mess and control dispersal. 0.6 ounce shaker bottle. (klik)


Siłą rzeczy na temat oryginalnego opakowania się nie wypowiem. Mogę natomiast napisać kilka słów o właściwościach pudru. Zacznę może od tego, że produkt jest bezzapachowy. Proszek został bardzo drobno zmielony i nabrany w zbyt dużej ilości na pędzel może pylić. Produkt jest transparentny, więc nie bieli twarzy. W ogóle na skórze go nie widać, nie robi nam mącznej maski. Nie odnotowałam również żadnego podrażnienia, wysuszania skóry, czy zapychania.

W moim odczuciu jest to bardzo przyzwoity puder. Nadaje skórze ładne, matowe (ale nie płaskie) wykończenie. Na mojej tłustej cerze mat utrzymywał się różnie, w zależności od użytego podkładu. Przypudrwoując pudrem Mehron podkład Bourjois Healthy Mix Serum mogłam liczyć na nie więcej niż 3 godziny względnego matu. Natomiast używając go na podkład mineralny Lily Lolo (odcień China Doll) musiałam sięgać po bibułki matujące po 6-7 godzinach, co u mnie jest fantastycznym wynikiem. Trzeba jednak pamiętać, że mamy obecnie chłodniejszą porę roku. Latem puder zapewne sprawowałby się trochę inaczej.

Puder ma zawierać antyperspirant, ale nie zauważyłam żadnych zmian w kwestii produkcji sebum przez moją skórę.

Ogólnie byłam z produktu bardzo zadowolona. Trudno doszukiwać się w nim jakiś wad :)

środa, 27 listopada 2013

Trzeci trymestr ciąży i poród.

Ciążowych wynurzeń ciąg dalszy, czyli jak to wygląda w UK :)

W trzecim trymestrze ciąży widziałam się z położną więcej razy niż w pierwszym i drugim trymestrze łącznie. Wizyty wypadały średnio co dwa tygodnie. Podczas każdej wizyty badano mi mocz na obecność białka, ciśnienie, tętno dziecka, mierzono obwód brzucha; później położna odpowiadała na moje ewentualne pytania i udzielała różnych informacji (np. jak oddychać w czasie porodu, ponieważ ostatecznie nie wybrałam się do szkoły rodzenia). Na początku trzeciego trymestru zrobiono mi również badanie krwi, które wykazało u mnie anemię, co często się zdarza w ciąży, ponieważ w ciele kobiety krąży 40% więcej krwi.

Siódmy i ósmy miesiąc minęły mi spokojnie. Dzieciątko robiło się coraz silniejsze, więc i kopniaki i przeciąganie się czasem bywały bolesne, ale nie było to nic nieprzyjemnego. Nie mogłam za bardzo narzekać – nie miałam większych problemów z kręgosłupem czy z oddychaniem. Jedynie w nocy trudno było znaleźć wygodną pozycję do spania. No i oczywiście konieczność wizytowania toalety co godzinę bez względu na porę była dość męcząca. Dopiero na finiszu, czyli w 9. miesiącu zaczęłam odczuwać dyskomfort. Brzuch zrobił się ogromny i ciężki, czułam się zmęczona, miewałam bóle brzucha, przez bity miesiąc miałam spuchnięte stopy do tego stopnia, że znikły moje kostki i mieściłam się jedynie w dwóch parach butów; do tego trudno mi było chociażby się ubrać, a zawiązanie butów przekraczało moje możliwości...

Moja córeczka miała urodzić się 9 listopada, ale postanowiła nie spieszyć się na ten świat. Poznałyśmy się 5 dni później. Przyznam, że ten czas okropnie mi się dłużył.

Mój poród trwał nieco ponad 21 godzin licząc od pierwszych skurczów do samego rozwiązania. Po 6 godzinach od kiedy zaczęłam odczuwać pierwsze skurcze pojechałam do szpitala. Tam zostałam zbadana przez położną, która stwierdziła, że byłam wciąż na wczesnym etapie porodu i zostałam odesłana do domu. Kazano mi wrócić, kiedy skurcze będą pojawiać się z częstotliwością trzech na 10 minut. W domu spędziłam kolejne 6 godzin, ale później nie mogłam już poradzić sobie z bólem i znowu pojechałam do szpitala. Po ponownym badaniu okazało się, że rozwarcie było zaledwie trzy centymetrowe i już położna chciała odesłać mnie znowu do domu, kiedy odeszły mi wody płodowe. Zatrzymano mnie w szpitalu. Mogłam mieć przy sobie dwie osoby towarzyszące; była ze mną moja kochana przyjaciółka. Muszę przyznać, że byłam pod wrażeniem warunków. Rodziłam w osobnym pokoju, stale były przy mnie dwie położne i jedna studentka położnictwa. Kobiety te były bardzo profesjonalne, a do tego niezwykle miłe. Nikt nie dał mi odczuć, że nie byłam pierwszą i ostatnią kobietą, która musiała przeżyć ten ból. Z bólem niestety sobie nie poradziłam i poprosiłam o znieczulenie. Po omówieniu ze mną wszystkich dostępnych opcji (gaz rozweselający nie wchodził w rachubę, bo robiło mi się po nim niedobrze) pojawił się anestezjolog i po zrobieniu miejscowego znieczulenia zainstalował mi w kręgosłupie epidural. Miałam wrażenie, że znieczulenie nie zadziałało jak trzeba, ponieważ skurcze nadal były bardzo, bardzo, bardzo bolesne, ale z perspektywy czasu wiem, że jednak byłam w błędzie, bo np. nie odczuwałam już skurczów obręczowych. Na ponad dwie godziny przed narodzinami Małej do zespołu dołączyła również lekarka, ponieważ tętno mojej córeczki od czasu do czasu spadało. Ostatecznie lekarka musiała na samym końcu zrobił mi nacięcie i dopomóc kleszczami, ponieważ tętno dziecka zaczęło bardzo szybko spadać. Na szczęście urodziłam zdrową i śliczną dziewczynkę.

Po około dwóch godzinach przeniesiono mnie i córeczkę na oddział. Zanim to nastąpiło każda z położnych mi pogratulowała i się ze mną pożegnała. Również anestezjolog dwa razy przyszedł sprawdzić, jak się czuję i pogratulować mi córeczki.

W szpitalu zatrzymano nas na około 12 godzin. Przez cały ten czas byłyśmy pod opieką położnych, pielęgniarek i lekarzy. Kiedy było jasne, że ani mnie, ani małej nic nie dolega, wypuszczono nas do domu.

Tak, oto cała relacja. Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Relacja również powinna wyjaśnić, czemu mnie przez tyle czasu nie było. Ok, nie miałam Internetu, ale nie jest to główny powód. Po prostu opieka nad noworodkiem bardzo pochłania czas. W sumie nawet nie wiem, kiedy on tak szybko płynie...

wtorek, 5 listopada 2013

Maybelline, Colossal Cat Eyes Volume Express mascara

Zanim przejdę do głównego tematu posta, muszę zapowiedzieć, że zanosi się na to, iż zniknę na jakiś czas z blogosfery. W tym tygodniu przenoszę się (w końcu!) do własnych czterech kątów. Niestety Internet mają nam podłączyć dopiero 20 listopada. Nie wiem też, jak to będzie z czasem wolnym i weną do pisania, kiedy w końcu moja Mała zdecyduje się wyskoczyć na ten świat (a wiadomo, że to głównie na Niej skupiona będzie moja uwaga). Na razie Jej się nie spieszy, a nam pozostaje tylko niecierpliwie czekać.

***

A wracając do tytułowej maskary. Używam jej od 2,5 miesiąca. Mimo iż miałam 100% pewność, że nikt jej przede mną nie otwierał, zaobserwowałam, że tusz zaczął już wysychać i bardzo niedługo będziemy musieli się rozstać. Czy żałuję? Niespecjalnie, mimo że nie jest to zły produkt. Znam jednak lepsze.


Tusz ma charakterystyczne dla maskar Maybelline, duże, kolorowe opakowanie, dzięki czemu łatwo go zlokalizować w kosmetyczce. Zdaje się, że za 9,5 ml zapłaciłam około 8 funtów. Nie jest to kupa szmalu, ale myślałam, że produkt jednak dłużej mi posłuży. Miał być w końcu dobry przez 6 miesięcy, a nie przez połowę tego czasu.

Szczoteczka ma klasyczne, krótkie włosie. Jest to inny typ szczoteczki niż ten, który znajdziemy w podstawowym Colossal Volume. Tu mamy do czynienia z tzw. curved brush. Bardzo chciałam taką spiralę wypróbować, ale to raczej nie moja bajka. Nie potrafiłam dojechać szczoteczką do podstaw rzęs, a do tego bardzo trudno operowało mi się nią przy dolnych rzęsach. Pamiętajcie jednak, że to tylko moje subiektywne odczucia. U innych szczoteczka może się sprawdzić.

Z formuły produktu jestem zadowolona. Nie jest to tusz wodoodporny (nie stosuję takowych), ale nie rozmazuje mi się ani nie osypuje po całym dniu. Właściwie po kilkunastu godzinach noszenia wciąż wygląda dobrze. Nie skleja nadmiernie rzęs, podczas aplikacji nie tworzą się grudki.

Jeśli chodzi o efekt, tusz niestety nie pogrubia spektakularnie rzęs. Wydłużenia też nie zaobserwowałam. Produkt lekko podkręca firanki, ale moje rzęsy właściwie nie należą do sztywnych. Ogólnie za pomocą produktu uzyskuję przyjemny, dzienny efekt. Nic spektakularnego, ale nie jest też źle. Z drugiej strony moje rzęsy ogólnie nie są spektakularne, a z pustego i Salomon nie naleje...


Pozdrawiam Was serdecznie. Przyznam, że już nie mogę się doczekać, kiedy zamiast toczyć się będę znów normalnie chodzić ;)

sobota, 2 listopada 2013

Miss Sporty, Lasting Colour, 50

  • Dostępność: lakier kupiłam w drogerii Superdrug
  • Cena: 1,99 funtów
  • Pojemność: 7 ml
  • Kolor: burgund z ciekawym, niebieskim shimmerem
  • Konsystencja: rzadka
  • Pędzelek: szeroki, płaski, wygodny
  • Krycie:  dwuwarstwowiec
  • Wysychanie: nie sprawdzałam, użyłam wysuszacza (Poshe)
  • Zmywanie: bez problemów
  • Trwałość: 3 dni


  • Availability: I bought it in Superdrug
  • Price: Ł1.99
  • Volume: 7 ml
  • Colour: burgundy with blue shimmer
  • Consistency: thin
  • Brush: broad, comfortable
  • Coverage: a two-coater
  • Drying time: not tested (I used Poshe fast drying top coat)
  • Removing: no problems
  • Durability: 3 days

czwartek, 31 października 2013

October empties (2013)

  • Balea, krem do rąk mango. Krem był z edycji limitowanej, więc nie napisałam o nim osobnej opinii. Która swoją drogą nie byłaby bardzo przychylna, bo oprócz ładnego, owocowego zapachu i w miarę szybko wchłaniającej się konsystencji więcej plusów produktu nie dostrzegłam. Zwykły krem, przynosił moim suchym dłoniom tylko doraźną i krótkotrwałą ulgę.
  • Alterra, olejek brzoza i pomarańcza. Może nie hit, ale bardzo się z nim polubiłam. Miał piękny, pomarańczowy zapach i w stopniu wystarczającym nawilżał moją skórę. Dość szybko się wchłaniał, jak na olejek.
  • Superdrug, olejek do skórek. Ot, olejek. Doraźnie nawilżał i zmiękczał skórki, ale cudów nie było.
  • Bourjois, płyn micelarny. N-ta butelka. Ulubieniec od długiego czasu.
  • Dove, antyperspirant. Kolejne opakowanie. U mnie się sprawdza, daje mi poczucie komfortu przez cały dzień, a przy tym ładnie pachnie.
  • Bourjois, zmywacz do paznokci. Przeczytałam o nim u Joanny. Genialny zmywacz z gąbką w środku. Bardzo szybko usuwa lakiery kremowe, nieco wolniej shimmerowe. Do brokatów nie używałam. Zawiera w sobie olejki i nie wysusza paznokci ani skórek.
  • Elegant touch, bezacetonowy zmywacz do paznokci. Dobry, skuteczny zmywacz, ale wolę Bourjois.
  • Receptury Babuszki Agafii, jajeczna maska do włosów. Moja opinia. Przyzwoity produkt, ale tyła mi nie urwał. Bardzo denerwująca, rzadka konsystencja.
  • Alterra, mydło konwaliowe. Bardzo przyjemne. Spełniało swoje zadanie, nie wysuszało mi skóry, ładnie pachniało.
  • Isana Med, żel pod prysznic z olejkiem pomarańczowym. Jak wyżej.
  • Farmona, nivelazione, krem do stóp. Zwyklak. Przeciętnie nawilżał, szybko się wchłaniał, nie zwalniał procesu rogowacenia pięt.
  • Balance Me, krem do twarzy. Był dodatkiem do magazynu. W porządku produkt, ale nie czuję potrzeby zakupienia pełnowymiarowego opakowania.

Kolorówka:
  • Bourjois, podkład Healthy Mix serum. Moja opinia. Dobry podkład, ale nie sprawdzał się na mojej tłustej cerze pod względem długotrwałego utrzymywania ładnego wykończenia na skórze.
  • Flormar, puder sypki. Moja opinia. Dostałam sporą odsypkę od Hexxany. Nie zrobił na mnie takiego wrażenia, abym miała kupować pełnowymiarowe opakowanie. Nie dla mojej tłustej cery.

Próbki:

Krem do rąk L'Occitane był dodatkiem do magazynu. Nie sprawdzał się u mnie, nie nawilżał moich suchych dłoni. Sól Wellness & Beauty zużyłam do moczenia stóp. Nie mam zastrzeżeń. Próbki kremów do twarzy dostałam od Hexx. Odrzuciła mnie konsystencja kremu azjatyckiego. Był lepki, rolował się pod palcami, nie moje klimaty... O balsamie do ust Balance Me napisałam osobnego posta. Miałam wobec niego wysokie oczekiwania, których niestety nie spełnił...

To by było na tyle w październiku :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...