wtorek, 16 stycznia 2018

HIT: Mazidła, olejek powiększający biust.

O olejku z voluplus z Mazideł przeczytałam po raz pierwszy u Bogusi. Następnie w lutym zeszłego roku sama kupiłam dwie butelczyny. Wprawdzie nie zależało mi na powiększaniu piersi, gdyż nosiłam rozmiar 70E, ale interesowało mnie ich ujędrnienie, gdyż ciąża i karmienie piersią odbiły się na ich kondycji. Zaczęły ciążyć w dół.

Po dziesięciu  miesiącach cowieczornego stosowania mogę powiedzieć, że jest to genialny kosmetyk i na pewno będę po niego sięgać.

Z Mazideł:
Informacje ogólne: zestaw zawiera wszystko co jest potrzebne do wykonania jednej porcji olejku w warunkach domowych, czyli odważone porcje półproduktów. W zestawie znajdują się także: opakowanie do przechowywania serum + etykieta + drukowana instrukcja wykonania.
Pomimo, że wśród czynników determinujących objętość biustu najważniejsze są geny, istnieją również inne aspekty wpływające na jego kształt i objętość (dieta odchudzająca, ćwiczenia, ciąża, karmienie piersią). Za najbardziej istotny element strukturalny biustu, wpływający na jego kształt i rozmiar, uznaje się tkankę tłuszczową. Najbezpieczniejszą i najbardziej naturalną metodą zwiększania objętości biustu jest działanie miejscowe przy wykorzystaniu substancji aktywnych stworzonych do stymulowania naturalnej produkcji tkanki tłuszczowej. Objętość wzrasta bez ryzyka, ponieważ tworzenie tłuszczu nie wpływa na gruczoły sutkowe. Zawarta w olejku substancja aktywna Volupulus™ jest standaryzowanym surowcem o potwierdzonej zdolności do zwiększania objętości biustu. Mechanizm jego działania polega na stymulowaniu adipogenezy. Jest to proces powstawania nowych adipocytów, czyli dojrzałych komórek tłuszczowych.


Skład olejku wg INCI: Canina Rosa (Rosehip) Seed Oil; Macadamia Ternifolia Seed Oil; Macelignan; Tocopherol
Postać olejku: płynny olejek o pomarańczowym kolorze i zapachu charakterystycznym dla oleju z róży piżmowej.
Waga (objętość): 50 gr (54 ml)

 Dla kogo:
  • dla wszystkich osób chcących powiększyć biust
Działanie i właściwości:
  • olejek przeznaczony jest do stosowania miejscowego na obszar ciała, który chcemy powiększyć, np. biust.
  • olejek powoduje przyrost tkanki tłuszczowej o max. 18%.
  • ujędrnia i poprawia elastyczność skóry.
Zastosowanie:
  • porcję olejku wmasuj delikatnymi ruchami półokrężnymi w skórę biustu. Nakładanie olejku można również wykorzystać do zrobienia masażu, zataczając wokół piersi ósemki aż do całkowitego jego wchłonięcia.
  • w celu osiągnięcia zadawalających rezultatów (powiększenie piersi o ok. 18%) olejek należy stosować 2 x dziennie przez okres min. 1 miesiąca.
  • olejek można również stosować na dłonie, pod oczy i na twarz w celu odbudowania tkanki tłuszczowej utraconej w wyniku starzenia skóry. (klik)

Zestaw składa się z dwóch części: butelki z olejkiem oraz mniejszej buteleczki z kompleksem voluplus. Należy zmieszać zawartość obu  i aplikować produkt na biust oraz inne miejsca, w których ubyło tkanki tłuszczowej (np. pod oczami), najlepiej dwa razy dziennie. Ja stosowałam kosmetyk raz dziennie, na wieczór, na skórę dekoltu i biustu.

Mazidło ma postać gęstego olejku o intensywnie żółtej barwie i zapachu kwaskowatej róży. Zostawia na skórze delikatny film, ale nie zauważyłam, aby brudził mi piżamę. Zapakowano go do butelki z ciemnego szkła z dozownikiem w postaci kroplomierza. Mi jedna taka butelka o pojemności 54 ml wystarczała na 5 miesięcy regularnych aplikacji.


Efekty przeszły  moje najśmielsze oczekiwania. Po kilku tygodniach biust zrobił się zdecydowanie jędrniejszy i się widocznie uniósł. A potem, z biegiem czasu, zrobił się pełniejszy, a po zużyciu jednego opakowania miałam wrażenie, że rzeczywiście nieco się powiększył. Teraz trzyma formę, a skóra jest nawilżona, jędrna, elastyczna i miła w dotyku. Nigdy nie miałam tak skutecznego (a przy tym naturalnego) kosmetyku do biustu i uważam, że to prawdziwy HIT, o którym warto głośno mówić.

środa, 10 stycznia 2018

Zawód: Lirene, Antycellulitowy endo-masaż, olejek antycellulitowy plus bańka chińska

Jeśli czytacie moje wypociny od dłuższego czasu wiecie, że nie lubię kosmetyków marki Lirene. Wypróbowałam ich wiele i prawie wszystkie przyniosły zawód bądź wręcz zasłużyły na miano bubla. Jak dziś opisywany olejek antycellulitowy.

Normalnie, ponieważ to Lirene, nie spojrzałabym w kierunku tego produktu. Ale przyciągnęła mnie zielona bańka chińska. My bad.


Producent zapakował specyfik do plastikowej butelki z nakrętką, a tę, wraz z małą bańką chińską, wrzucił do wściekle zielonego kartonika, który trudno przeoczyć na drogeryjnej półce. Nie przeoczyłam i masz babo placek.

Gwoli sprawiedliwości przyznam, że olejek ma ładny, cytrusowo-skłodkawy zapach, a ponieważ jest go tylko 100 ml to, na szczęście, nie jest wydajny. I tu kończą się zalety (niewydajność zaletą? ha ha ha).


Powiedzmy sobie szczerze: sam olejek nie ma w składzie zbyt wielu substancji uznawanych za skuteczne w walce z cellu. Wnioskuję zatem, że w tym przypadku całą dobrą robotę miała odwalać bańka chińska znana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów na walkę z pomarańczową skórką, o ile jest to walka systematyczna. No i może miałoby to sens, gdyby olejek był tłustszy niż jest. Bo tutaj zastosowano formułę suchego olejku, który bardzo szybko się wchłania i NIE DAJE POŚLIZGU POTRZEBNEGO NA KILKUMINUTOWY MASAŻ BAŃKĄ. Paranoja po prostu. Produkt nie spełnia swojego najbardziej podstawowego zadania. Nie wspominając już, że jest tak lekki, iż nie ma nawet właściowości nawilżająco-natłuszczających. Ostateczenie do masażu musiałam stosować inną oliwkę, a olejkiem smarowałam się po kąpieli jedynie po to, żeby dowilżyć skórę i nawet w tej roli się nie spełnił. Dwa-trzy dni pod rząd stosowania samego tylko olejku bez dodatkowego nawilżacza skutkowało suchymi plackami na skórze ciała. Żart, moi państwo.

Za 100 ml tego bubelka trzeba zapłacić w Rossmannie prawie 30 zł. Nie, dziękuję; nawet pomimo morza zachwytów, które przelały się przez blogi, kiedy kosmetyk ten wszedł do sprzedaży.

niedziela, 7 stycznia 2018

Podsumowanie zużyć grudnia 2017.

Cześć po długim tygodniu. Zgodnie z przewidywaniami początek roku okazał się w moim przypadku bardzo pracowity. Pełen pensjonat w sylwestra, a potem powrót do spraw remontowo-organizacyjnych. A że nie mam od miesiąca pokojówki, musiałam przejąć jej wszystkie obowiązki, w międzyczasie zajmjując się jeszcze swoją czterolatką. Przez to na bloga najzwyczajniej w świecie zabrakło czasu i nie wiem, jak długo ten stan rzeczy się utrzyma. Po dniu harówki na czytanie w formie relaksu mam jeszcze energię, ale na pisanie, w które przecież trzeba włożyć więcej wysiłku, już jej brak. Piszę to wszystko, żebyście wiedzieli, że nie przechodzę żadnego blogowego kryzysu, tylko mój cały czas zabiera życie w realu (od którego blog jest odskocznią).

Co do zużyć; zacznijmy od spraw okołokolorówkowych i zapachowych.


Wykończyłam swoje ukochane perfumy - Ange Ou Demon od Givenchy (klik). Ten konkretny flakon dostałam od bliskiej mi osoby (:*) i sięgąłam po  niego we wszystkie stresujące i męczące dni pod koniec zeszłego roku, bo dobrze kojarzący mi się zapach zawsze daje mi kopa energii i pomaga jakoś się trzymać. Zadziałało! Jajeczko do makijażu z Real Techniques dobrze wywiązywało się ze swojej funkcji, ale bardzo szybko, bo dosłownie po jakiś dwóch miesiącach, zaczęło mi się kruszyć. Wszystko to przy dużej ostrożności z mojej strony podczas mycia. Beauty Blendera traktuję identycznie, a potrafi zachować formę szęść razy dłużej... Eyebrow set z Catrice (klik) służył mi przez ponad trzy lata. Zabójcza wydajność! Stosowałam głównie jaśniejszą część, bo jestem średnią blondynką. Brawa za funkcjonalne opakowanie z lusterkiem i aplikatorem, trwałość, wspomnianą wydajność i chłodną tonację. Już tęsknię za korektorem Radiant Creamy Concealer z Narsa (klik). Pokochałam go za kremową, niewysuszającą formułę, przyzwoite krycie, piękne odbijanie światła i zauważalne odświeżanie spojrzenia. Jeden z najlepszych tego typu mazideł, jakie miałam okazję poznać. Czego niestety nie mogę powiedzieć o Excessive Lash Arresting Volume Mascara od Make Up Forever (klik). Jedyne, co ten drogi produkt robi z moimi rzęsami, to je lekko przyczernia i skleja. Żadnej objętości nie było. Skończyła mi się też pomadka ochronna do marki Skin & Tonic (klik). Był to produkt trzyskładnikowy, bezzapachowy i rzeczywiście nawilżał naskórek ust na długi czas.


Czas na pielęgnację.


Z odżywki do włosów Isany byłam zadwolona. Ta rzadka emulsja ładnie pachniała i sprawiała, że włosy były nawilżone, gładkie oraz przyjemne w dotyku bez obciążania. Skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics przebiły u mnie podobny produkt SheFoot. Są dostępne w Rossmannie i działają szybko i skutecznie. U mnie naskórek zaczyna łuszczyć się po 3-4 dniach od zabiegu, a sam proces zajmuje zaledwie 4-5 dni. A miewałam kwasowe skarpetki, po których cały proces zabierał 3 tygodnie... Więc już wiecie, czemu EC wyparło u mnie konkurencję. Nawilżający płyn micelarny Vianka (klik) był świetny pod każdym względem - ładnego składu, zapachu, skutecznego acz delikatnego działania. Nie mam nic do zarzucenia temu polskiemu produktowi. O bubelku Lirene napiszę osobnego posta, gdzie dokładniej wyłuszczę, czym mi podpadł. Stay tuned. Antyperspiranty Dove czy Garnier lądują u mnie regularnie, a stosuję je naprzemiennie. Wprawdzie zauważyłam ogólny spadek skuteczności drogeryjnych antyperspirantów, ale lepszej alternatywy niestety na razie nie znalazłam. Olejek z awokado okazał się wielofunkcyjnym, skutecznym cudem (klik). Za nim też już tęsknię! A maseczka Glamglow też na pewno doczeka się wpisu. Tutaj tylko napiszę, że choć zajeżdża perfumowaną spiruliną (czyli rybą), to naprawdę dobrze oczyszcza, ALE... ciąg dalszy nastąpi ;)

niedziela, 31 grudnia 2017

Zdobycze grudnia 2017.

Nie mogę uwierzyć, że notkę tę piszę w ostatni wieczór roku 2017! Dla mnie był to rok mieszany; zaczął się nieźle, ale końcówka była megastresująca i męcząca, i wypompowała ze mnie prawie całą energię. I choć naprawdę chcę wejść w rok 2018 z optymizmem, nie wiem, czy uda się w 100%. Notka o pozytywnym wydźwięku na pewno nie zaszkodzi, więc pokażę Wam kosmetyczne cudowności, które za sprawą świątecznej magii wpłynęły do mojej kosmetyczki bez uszczerbku na portfelu.

Justyna po raz kolejny trafiła z niespodzianką. Na IOSSI od dawna mam oko, a koktajl pod oczy to nawet sama miałam zamiar wkrótce kupić. Maska też ogromnie mnie cieszy.



Hexxana wyhaczyła kilka ładnych pozycji z mojej wish-listy i dorzuciła kilka niespodziewajek, jak krem z filtrem Avene, esencja do włosów Whamisa czy paleta Chocolate Bar od Too Faced <3



Słomka i Stri też zapytały o moje kosmetyczne marzenia i postanowiły pomóc mi w walce o jędrniejszą skórę. Wprawdzie nie jestem na restrykcyjnej diecie (aczkolwiek dużo ćwiczę) i chudnę powoli, ale skóra po trzydziestce nie jest tak jędrna jak dawniej, więc pomoc się przyda ;)




Prezent od Kasi był cudownie intrygującą wielką niewiadomą. Miniatury BURBERRY. Widzicie to? Nigdy nie miałam kosmetyków tej luksusowej marki i już zacieram rączki.... I jeszcze wyśniona Nabla, piękna zawieszka i pyszne czekoladki.



A kolorówkę No 7 z Bootsa zupełnie niespodziewanie i z zaskoczenia podarowali mi angielscy przyjaciele.  Mimo iż mieszkam w UK od 7 lat, sama nigdy się na nic nie skusiłam. A teraz mam cały przegląd!



W okolicach Świąt byłam w Polsce  i zrobiłam mały wypad do Rossmanna, bo potrzebowałam trzech niezbędników na moje przyszłe do kraju wyprawy. Zakupowo byłam więc bardzo grzeczna.



***
Z tego miejsca pozwólcie, że złożę Wam najszczersze życzenia jak najlepszego roku 2018. Życzę Wam wiele szczęścia, pomyślności, pogody ducha, dużo uśmiechu i jak najmniej problemów i tego przeklętego stresu :****

środa, 27 grudnia 2017

Ulubieńcy minionej jesieni | Zoeva, NARS, Sylveco, Vianek, LIQPHARM, Kneipp, Yves Rocher, Mazidła ,Podopharm

Przyszła zima a wraz z nią czas na kosmetyczne podsumowanie jesieni i pokazanie Wam, co mi ją umilało. Zacznijmy od kolorówki.

Zoeva, The Basic Moment Eyeshadow Palette (klik)

Paletkę dostałam od Justyny. Jesień miałam zabieganą, a paletka ta umożliwia szybkie wykonanie niezobowiązującego dzienniaka i jest w pełni samowystarczalna. Poza tym cienie te stanowią fajne tło dla intensywnych pomadek.


NARS, Radiant Creamy Concealer (klik)

To był prezent od Hexxany. Niestety już wydłubuję z opakowania resztki. Korektor sprawdzał się u mnie fantastycznie - ukrywał niewyspanie, zmęczenie, zasinienia pod oczami, rozświetlał spojrzenie a do tego nie wysuszał ani nie obciążał delikatnej skóry pod oczami. Big love!


NARS, Blush/Bronzer Duo (Orgasm i Laguna) (klik)


To duo też dostałam od Hexxany i po kompakt sięgałam tej jesieni niemal codziennie. Szczególnie polubiłam się z Laguną; róż Orgasm niestety jest  na mnie nietrwały i wymaga kombinowania podczas aplikacji.


Przejdźmy do pielęgnacji, gdyż tu mam więcej perełek.

Sylveco, lipowy płyn micelarny (klik); Vianek, nawilżający płyn micelarny (klik)



Jesienią poznałam i zachwyciłam się micelami naszych polskich marek-sióstr. Oba kosemtyki były bardzo skuteczne, a przy tym delikatne, lekko nawilżające, o ładnych składach. Różnią się zapachem - ten z Vianka jest dużo przyjemniejszy. Micel Sylveco według mojego nosa zajeżdża sianem.


Sylveco, hibiskusowy tonik do twarzy (klik)


Naprawdę miło mi się po ten tonik sięgało. Delikatnie koił  i nawilżał, ładnie pachniał i był po prostu przyjemny w użyciu.


LIQPHARM, LIQ CE, serum night (klik)


Oczywiście nie mogę zapomnieć o tym serum! Optymalnie nawilżało - tak dobrze, że nie musiałam wspierać się dodatkowo kremem nawilżającym; samo serum wystarczało bym budziła się z dobrze nawilżoną skórą. Przez dwa miesiące stosowania naskórek zrobił się elastyczniejszy, poprawiła się faktura skóry, była ona zdrowo rozświetlona. Kosmetyk wykazał się również działaniem łagodzącym - pięknie uspokajał rumień i grę naczyń, ładnie wyrównując koloryt cery. 


Natural Therapeutic Grade, olej z awokado (klik)

Świetny olej, który znalazł u mnie mnóstwo zastosowań, o czym szerzej pisałam w podlinkowanym poście.


Kneipp, peeling enzymatyczny w granulkach


Jak kilka tu wspomnianych kosmetyków, dostałam go do wypróbowania od Hexxany, dzięki której poznałam naprawdę wiele perełek. Peeling Kneipp jest super. Bardzo wygodny w użyciu (spieniamy go z wodą i kładziemy wytworzoną pianę na twarz) i skuteczny - najlepsze połączenie.


Yves Rocher, Riche Creme, Comforting Anti-Wrinkle Cream


Ten krem pod oczy też dostałam od Hexxany. Jest naprawdę dobry! Świetnie nawilża i uelastycznie skórę pod oczami. Doskonale sprawdza się też pod makijażem.


Mazidła, zestaw Voluplus do biustu (źródło)


Dwie butelki tej mieszanki kupiłam ponad pół roku temu po rekomendacji Bogusi. Nadal pozostaję pod wrażeniem tego olejku. Pięknie nawilża i uelastycznia skórę biustu, dzięki czemu piersi są jędrniejsze, unoszą się i sprawiają wrażenie pełniejszych. Żaden z wcześniej stosowanych przeze mnie kosmetyków nie dał aż tak zauważalnych rezultatów.


Vianek, nawilżający żel do higieny intymnej


Jak już wielokrotnie wspominałam, zdecydowana większość drogeryjnych żeli do higieny intymnej nie sprawdza się u mnie, gdyż mnie podrażnia i wywołuje swędzenie. Nie Vianek. Płyn ma ładny skład, dobrze myje i odświeża, i przede wszystkim nie podrażnia.


Podopharm, regenerujące serum do stóp


Kolejny prezent od Hexxany i kolejny hicior. Regeneruje, nawilża i zmiękcza skórę stóp, czyli robi to, na czym mi zależy. Jest gęsty, treściwy i tłusty, co może niektórym przeszkadzać, ale ja jestem z  niego ogromnie zadowolna.

wtorek, 26 grudnia 2017

Natural Therapeutic Grade, 100% Natural Avocado Oil, Antioxidant Facial Treatment

Niepozorną buteleczkę oleju o naprawdę wielkiej mocy podarowała mi Hexxana. Przyznam, że jakkolwiek uwielbiam tego typu produkty, ten przyszedł do mnie w momencie, kiedy nie miałam za bardzo na niego miejsca w pielęgnacji, więc odłożyłam go do pudełka z zapasami i na dłuższy czas o nim zapomniałam. Aż przyszedł jeden z moich wypadów do Polski i wrzuciłam go do walizki z myślą o olejowaniu włosów i zastąpieniu nim kremu na noc.

Już po kilku użyciach przepraszałam to małe cudo, że tak długo je ignorowałam.


Producent zapakował kosmetyk do szklanej butelki z pipetą. Opakowanie estetyczne i bardzo funkcjonalne, umożliwiające wygodną aplikację produktu. Sam olej mam lekko pistacjowy kolor i nie pachnie. Olej z awokado należy do tych cięższych i tłustszych, ale nie można odmówić mu skuteczności i u mnie znalazł multum zasosowań, co szybko uczyniło z niego najbardziej wielofukcyjne mazidło, jakie kiedykolwiek miałam.

Olej ze świetnymi rezultatami stosowałam:
  • do olejowania moich prostych, średnioporowatych włosów - były po nim nawilżone, błyszczące i dociążone
  • do wstępnego rozpuszczania makijażu
  • do nawilżania, natłuszczania i regenerowania twarzy w zastępstwie kremu na noc (często w połączeniu z żelem hialuronowym)
  • do pielęgnacji szyi, dekoltu i piersi
  • do pielęgnacji skórek u paznokci
Poza tym, moja czterolatka ma suche, kręcone i wysokoporowate włosy. Na razie wystarczy, że umyjemy je raz w tygodniu, ale po samym szamponie są suche i spuszone, a odżywek nie chcę na razie wprowadzać. Zazwyczaj w mokre jeszcze włosy córci wcieram olej kokosowy lub monoi, ale na wyjeździe zastąpiłam je dziś tu opisywanym olejem z awokado i włosy dziecka, tak diametralnie inne od moich, też na nim skorzystały.

Olej można też stosować do masażu twarzy, ale osobiście tego nie praktykuję, bo nie chcę niepotrzebnie drażnić naczynek.

Kto zna i kocha olej z awokado?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...