Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusze do rzęs. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tusze do rzęs. Pokaż wszystkie posty

piątek, 20 grudnia 2019

Garść kolorówki z drogerii: Maybelline, Lash Sensational Luscious; Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303); L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige); Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve); Golden Rose, sheer shine lipstick (19); Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)

Mam na toaletce kilka kosmetyków drogeryjnych, które jeszcze nie zawitały na blogu, więc nadrabiam.


#1
Maybelline, Lash Sensational Luscious


Bardzo, bardzo lubię podstawową maskarę Lash Sensational. Niestety wersja Luscious się u mnie nie sprawdza. Szczoteczka jest stożkowata, silikonowa, nie sprawia żadnych trudności przy aplikacji kosmetyku. Tusz ma ładny, czarny kolor i dodaje rzęsom nieco objętości. Niestety maskara ta bardzo lubi się na mnie rozmazywać i osypywać, co ją w moich oczach skreśla. W 2020 roku na pewno muszę kupić nowy tusz (bądź dwa).



#2
Max Factor, Mastertouch All Day Concealer (Ivory 303)


Korektor pod oczy Max Factoria polubiłam od pierwszego użycia. Jest jasny, leciutki, daje średnie krycie, ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami i odbija światło. Absolutnie nie wysusza mi skóry ani nie podkreśla moich pierwszych zmarszczek. Idealnie dogaduje się z lekkimi podkładami mineralnymi.



#3
L'Oreal, True Match Concealer (Rose Beige)


Korektor z serii True Match L'Oreala ma troszkę lepsze krycie niż kolega powyżej, ale jest też nieco suchszy. Po kilkunastu godzinach zaczyna troszkę podsuszać mi skórę, ale tuż po aplikacji wygląda i zachowuje się bardzo dobrze. Nie lubię tego opakowania - kosmetyk lubi wylewać się z różnych miejsc na pędzelku w niekontrolowanych ilościach.



#4 
Max Factor, Creme Puff Blush (20 Lavish Mauve)


Kiedy ja się nauczę, że odcienie kropka w kropkę przypominające mój rumień gubią się na mojej twarzy? Róż Max Factora uroczo się prezentuje (ten marmurek!), ma uroczy odcień, piękne, miękko matowe wykończenie i nie sprawia żadnych problemów podczas aplikacji, ale... na mnie Lavish Mauve akurat nie widać i nie wiadomo gdzie znika bez śladu w ciągu dnia. Ech.



 #5
Golden Rose, sheer shine lipstick (19)


OK, w Rossmannie czy Naturze Golden Rose nie znajdziemy, ale nie chciałam tworzyć osobnego wpisu dla tej pomadeczki. Lubię ją. Ma lekkie krycie, błyszczące wykończenie i nawilżającą formułę. Odcień 19 to uroczy różowawy koral. Trwałością nie powala, ale to idealne mazidełko na mrozy, bo zabezpieczy usta przed niską temperaturą, nawilży je i będzie pasowało do każdego makijażu.


#6
Maybelline, Superstay 14hr lipstick (Stay With Me Coral 430)


Czternastogodzinnej trwałości nie ma co od tej matowej szminki wymagać, ale już 5-6 godzin bez tłustego jedzenia daje radę. Stay With Me Coral to bardzo uroczy kolor; przyzwoita sztuka ot co.

poniedziałek, 2 grudnia 2019

Burberry Beauty Box

Zestaw, który dziś opiszę, dostałam w prezencie od Kasi dwa lata temu :* i od niecałych dwóch lat nosiłam się z zamiarem opisania go, taki mam zapłon. Połowę tej kolorówki (czyli bazę i tusz) już dawno zużyłam, ale zrobiłam sobie notatki, co by nie zapomnieć swoich wrażeń. A są one dość mieszane i zacznę po prostu opisywać te mazidła w kolejności od lepszych do gorszych.


Na pewno nie czepnę się opakowań, bo jak na luksusową markę przystało, są porządne, ciężkie i przyjemne dla oka. 

Nie przepadam za bazami pod makijaż, bo nie lubię nakładać na swoją przetłuszczającą się skórę zbyt wielu warstw kolorówki. A tu - niespodzianka. To właśnie rozświetlająca baza Fresh Glow okazała się najsilniejszym punktem zestawu. Po pierwsze, dawała piękne, rozświetlone wykończenie, dzięki czemu wyglądałam świeżej i młodziej. A przy tym jakimś cudem nie tylko nie powodowała szybszego przetłuszczania się cery, ale wręcz spowalniała ten proces. Stosując kosmetyk pod dowolne podkłady nigdy nie otrzymałam efektu córki króla smalcu. Byłam nią autentycznie zachwycona.
 


Drugim kosmetykiem, który mi się spodobał, okazał się tusz do rzęs Burberry Cat Lashes. Naprawdę solidna, czarna maskara, dająca objętość na rzęsach i nie fundująca użytkownikowi rozmazywania się, osypu, ani żadnych innych przykrych niespodzianek. Aplikator był wygodny w użyciu.


Cień Eye Colour w odcieniu Pale Barley okazał się średniaczkiem. Owszem, jest aksamitny w dotyku i bez problemu się z nim pracuje. Owszem, ma bardzo ciekawy odcień przybrudzonego piaskowego beżu. Ale nawet na bazie nie jest imponująco trwały i po kilku godzinach potrafi się zrolować na powiece, co dla mnie jest niedopuszczalne. Pigmentację ma średnią.


Nadszedł czas na najsłabsze ogniwo, czyli pomadkę Burberry Kisses w odcieniu 93 Russet. Bardzo ciekawy odcień swoją drogą, unikatowy w mojej kolekcji. Cóż z tego, skoro trzeba się namachać, żeby zbudować nią krycie, sztyft jest sztywny, pomadka mocno wysusza usta, a przy tym jest nietrwała (w porywach do trzech godzin bez jedzenia i picia). Szminka nie ma zapachu.


Przy użyciu całego zestawu (z dodatkiem podkładu, pudru, różu i czegoś do brwi) można uzyskać klasycznie elegancki makijaż.

Znacie kolorówkę Burberry?

niedziela, 23 czerwca 2019

Bourjois, Volume Reveal Mascara, radiant black

Oj, nie mam szczęścia do maskar Bourjois. Miałam wersję Volume Glamour Max Holidays (klik), która się na mnie masakrycznie osypywała i robiła koncertową pandę, miałam też wersję Volume Glamour Ultra Care (klik), która z kolei dawała na moich rzęsach mierny efekt. Niestety, skądinąd bardzo chwalona, maskara Volume Reveal nie przełamała złej passy. Dlaczego?


Oczywiście zaraz odpowiem na postawione pytanie, ale najpierw omówmy parametry techniczne. Jak widać, Bourjois postawiło na nietypowe opakowanie w kształcie, wielościanu, którego nazwy nie potrafię się doszukać. Dwie ściany opakowania są trójkątne, a trzy prostokątne. Jak się coś takiego nazywa? Klin? Na jednej z prostokątnych ścian mamy nazwę produktu, a na innej lusterko (mnie by było trudno się przy nim umalować, ale awaryjnie jest) i nazwę marki. Szczoteczka też jest designerska - mamy tu dwanaście rzędów silikonowych wypustek ułożonych we wzór krótsze-dłuższe, naprzemiennie. Czy to coś daje? Trudno powiedzieć, bo u siebie dużej objętości na rzęsach nie potrafię za pomocą tego produktu uzyskać, choć biednie też nie jest. Rzęsy są przyciemnione, uwidocznione, ale bez efektu objętościowych firanek. Podkręcania czy wydłużania też nie ma. Ogólny efekt jest w porządku, i tyle.


ALE. No właśnie - ta maskara może się na mnie tragicznie nie osypuje jak Volume Glamour Max Holidays, ale ma tendencję do rozmazywania się pod okiem po kilku godzinach. A nie mam aż tak długich rzęs, żeby się obijały o dolne powieki, a do tego przecież rejony podoczne zawsze przypudrowuję, więc teoretycznie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, a mają - już po jakiś 5-6 godzinach od nałożenia. Chyba już sobie daruję na przyszłość tusze Bourjois :/

czwartek, 28 lutego 2019

Maybelline, the Falsies Volum' Express mascara

Kupując maskarę Maybelline the Falsies Volum' Express spodziewałam się, że będę ją tu dla Was chwalić. Nic podobnego - okazała się totalną słabizną.


Tusz zamknięto w dużej, pękatej, nieporęcznej do przechowywania i podróży, fioletowej tubce. Spiralka ma kształt banana. Charakteryzuje się krótkim, klasycznym, szeroko rozstawionym włosiem. Na czubku aplikatora zawsze zbiera się maskarowy glut.


Do odcienia nie mam zarzutów, ale reszta.... Czy to, co widzicie powyżej imponuje Wam w jakikolwiek sposób? The Falsies? Sztuczne rzęsy? Chyba nie tym razem... Ba, nawet porządnie rozczesać rzęs produkt ten nie potrafi, że o podkręceniu nie wspomnę.


A czara goryczy się przelała kiedy okazało się, że gagatek się na mnie osypuje, rozmazuje i robi mi pod okiem elegancką pandę już po 5-6 godzinach od nałożenia. Tego nie wybaczam, więc produkt zaliczył kosz bez denkowania.

Znacie?

sobota, 15 grudnia 2018

Saemmul, Perfect curling mascara

Koreańską maskarę marki Saemmul podesłała mi do wypróbowania Hexxana. Osobiście wcześniej o niej nie słyszałam, ale też nie interesuję się szczególnie azjatyckimi kosmetykami. Niemniej, do testów zabrałam się z ciekawością. Tusz okazał się przyzwoity.


Opakowanie jakie jest, każdy widzi. Czarno-białe, proste, estetyczne, z koreańskimi informacjami na tubce. Aplikator jest lekko zakrzywiony, jak to w przypadku podkręcających maskar bywa, o klasycznym włosiu. Do formuły tuszu nie mam zastrzeżeń: ani zbyt mokra, ani zbyt sucha - jest w sam raz. W połączeniu ze szczoteczką uzyskujemy efekt podkreślonych, nieposklejanych rzęs. Nie ma problemu z grudkami, osypywaniem i rozmazywaniem się. Jednocześnie maskara nie stawia oporu podczas demakijażu.


Muszę przyznać, że  na żywo maskara lepiej wygląda na moich rzęsach niż na zdjęciach. Fakt, nie daje dramatycznego efektu, ale też nie ma tu takich obietnic. Co prawda, z tym podkręcaniem też nie ma szału... Ale ogólnie jest to naprawdę przyzwoity produkt. Zwłaszcza cenię go za fajną trwałość, bo naprawdę wiele tuszów lubi się niestety na mnie rozmazywać, a ten tego mi nie robi.


Na niedociągnięcia makijażowe nie zwracajcie proszę uwagi. Od listopada maluję się może ze dwa razy w tygodniu i to prawie w biegu, więc całkowicie wyszłam z wprawy. Ot, końcówka roku mocno daje mi w kość. Bywa.

środa, 19 września 2018

Astor, Big & Beautiful Boom! volume mascara

Mimo iż mam swoich tuszowych ulubieńców, chętnie testuję produkty sobie nieznane. Mam proste, krótkie i raczej rzadkie rzęsy, cenię więc sobie produkty, które je wydłużają i jednocześnie dodają objętości, a niewiele maskar to potrafi. 

Zawodnik od Astor okazał się całkiem do rzeczy, choć oczywiście nie jest to produkt bez wad.


Produkt zamknięto w pomalowanej na złoto, mocno błyszczącej i przez to bardzo niefotogenicznej tubce dość słusznych rozmiarów, co nie czyni ją ani travel-friendly ani łatwą w przechowywaniu. W środku siedzi 12 ml czarnej mazi, i nawet teraz, mniej więcej dziewięć miesięcy od otwarcia, kosmetyk jeszcze się nie skończył, ani nie wyschnął. Osobiście wolałabym mniejszą tubkę z mniejszą ilością mazidła, bo jak wiadomo, maskary najlepiej jest wymieniać co trzy miesiące. Tutaj zużycie kosmetyku w trzy miesiące ani nawet w pół roku wydaje się niemożliwe, co jest marnotrawstwem. Chyba, że inaczej się na to zapatrujecie.

Nie zostałam fanką szczoteczki. Jest wielgachna i łatwo narobić sobie przy nieuważnej aplikacji bałaganu na powiece.


Efekt maskara daje raczej "dzienny". W moim przypadku uwidacznia rzęsy, ale o pełnym objętości wachlarzu nie ma mowy. 

Szacuneczek za brak rozmazywania, osypywania się, kruszenia i tego typu niespodzianek. Tusz jest trwały, a jednocześnie nie stawia oporu podczas demakijażu. To lubię.


Przyzwoity produkt, ale nie czuję potrzeby powrotu do niego.

Znacie?

środa, 20 grudnia 2017

Make Up For Ever, Excessive Lash Arresting Volume Mascara

Miniaturę tuszu MUFE podesłała mi Hexxana. Z tego co widzę, w Sephorze należałoby zapłacić 63 zł za wersję podróżną lub 128 zł za wersję pełnowymiarową. Sama bym jednak tyle za niego nie dała...


Na szczęście nie jest to totalny bubel i zalety ma. Od nich więc zacznę. Po pierwsze i najmniej istotne, ma ładne, estetyczne opakowanie. Po drugie, dużo bardziej istotne, szczoteczka, choć dość mała, jest wygodna w używaniu, zwłaszcza przy malowaniu dolnych rzęs (co ja osobiście rzadko robię z racji tego, że dolne rzęsy mi wypadają i robią się w nich "dziury"). Po trzecie, maskara się nie osypuje, nie robi pandy, ani nie rozmazuje - nawet podczas dość intesnywnego płaczu, jak miałam okazję sprawdzić. Po czwarte, czerń jest ładna, niewyblakła.

To jednak nie wystarczy, aby podbić moje kosmetycznie wybredne serce.


Listę zarzutów zacznę od faktu, że kosmetyk ma bardzo suchą formułę i naprawdę szybko wysycha w opakowaniu. No chyba że tylko samplery tak mają. Niemniej ja swój byłam w stanie używać jedynie przez około 3 tygodnie zanim zrobił się za suchy. Poza tym, może i szczoteczką wygodnie się operuje, ale niestety skleja rzęsy i czasem zostawia na nich małe grudki.


A efekt? No cóż, dramatycznych rzęs tym produktem nie uzyskamy. Według producenta maskara ma dodać rzęsom objętości, którą łatwo zbudować. No, nie u mnie. I to  nawet nie chodzi o to, że moje naturalne rzęsy imponujące nie są, bo po kilkakrotnym malowaniu tuszem są takie same, tylko sklejone i widocznie poczernione. I to wszystko. Naturalny, "dzienny" efekt i nic więcej.
 

Dodam, że na stronie Sephory może i opinii nie ma zbyt wiele, ale entuzjastycznymi nie można ich nazwać, więc nie jestem odosobniona.

Znacie?

czwartek, 24 sierpnia 2017

Karaja, maskary Lash Lift Express oraz Lash Design

Dwie maskary całkowicie mi nieznanej włoskiej marki Karaja podarowała mi w prezencie niezawodna Hexxana. Na wypadek gdybym bardzo pragnęła sama je kupić, z łatwością znalazłam je na amazonie za 15 funtów za sztukę (za 12 ml Lash Lift Express lub 7 ml Lash Design).

Ale sama kupić ich  nie chcę, gdyż uważam, że ich cena jest niestety nieadekwatna do jakości. Wręcz ośmielę się stwierdzić, że na moich rzęsach zachowują się jak tusze z najtańszej półki.




Obie maskary oryginalnie zapakowane są w srebrne kartoniki. Aplikatorami oczywiście się różnią, bo mają dawać zupełnie inny efekt. Lash Lift Express ma "zwykłą" spiralkę z nylonowego włosia, podczas gdy w wersji Lash Design mamy do czynienia z silikonowym aplikatorem z krótkimi, rzadko rozstawionymi wypustkami i z rządkiem wypustek dłuższych.




Lash Lift Express zapakowano w czarną, tłuściutką tubkę. Aplikatorem operuje się wygodnie. Zadaniem tej maskary jest nadawanie rzęsom objętości oraz podkręcanie ich. U mnie produkt ten daje po prostu zwykłe poczernienie rzęs; o efekcie podkręcenia bez zalotki (a nie używam) mogę zapomnieć. Spektakularnej firanki rzęs poprzez dokładanie warstw nie udało mi się za pomocą tego tuszu uzyskać. Co gorsza, po całym dniu noszenia gagatek ten potrafi spłynąć na dolną powiekę i się tam rozmazać. 

gdzie ta obiecana objętość?


nie jest to jakiś zły efekt, na co dzień może być



Lash Design natomiast ociera się o miano bubla. Wypada drożej od Lash Lift Express, bo kosztuje tyle samo za mniejszą pojemność,  a jakościowo jest w tyle za powyżej opisaną maskarą. Aplikatorem bardzo łatwo dziabnąć sobie w oko i pobrudzić powiekę. Zdarzało mi się to nagminnie. Poza tym za każdym razem po wyjęciu aplikatora ze srebrnej, niesamowicie "palcującej się" tubki, na jego czubku zostawał wielki glut produktu, który byłam zmuszona wycierać w chusteczkę. Z tego powodu kosmetyk skończył się po niecałym miesiącu stosowania.... Płakać nie ma jednak za czym. Tusz ten ma wydłużać optycznie rzęsy i to czyni, zabierając im jednocześnie jakąkolwiek objętość. Dodajmy, że czerń jest jakby wyblakła i cały makijaż wygląda raczej smętnie. A do tego po kilku godzinach tusz zaczyna się osypywać, co jest nie do wybaczenia.




Cóż.... to zdecydowanie była jednorazowa przygoda.

piątek, 19 maja 2017

Artdeco, All In One Panoramic Mascara

Jeśli ktomuś (jak mi) nie po drodze do Hebe czy Douglasa, niełatwo znajdzie stacjonarnie kosmetyki Artdeco. Zatem z dużym zaskoczeniem dojrzałam kilka miesięcy temu gromadkę maskar tej marki przy kasie w Rossmannie. Z ciekawości skusiłam się na jedną sztukę - za kilkanaście złotych - i żałuję, że nie capnęłam ich ze trzy. Jestem z tuszu ogromnie zadowolona.


Kosmetyk zamknięto w czarnej tubce. Używam go od około 3 miesięcy i już mi niestety podsycha, ale po opakowaniu nie widać większych śladów użytkowania; srebrne napisy nie zaczęły się nieestetycznie ścierać.

Jak widać, aplikatorem jest tu klasyczna szczoteczka, aczkolwiek włosie jest dość długie.


Jeśli miałabym doszukiwać się w niej wad, wskazałabym na fakt, że czasem maskara zostawia grudki, które trzeba wyczesać. Niektórym może też się nie spodobać brak precyzyjnego rozdzielenia rzęs, ale u siebie lubię taki efekt (bo rzęsy wyglądają na grubsze), więc dla mne to nie wada.

zignorujcie makijaż twarzy; mam na skórze azjatycki krem BB, z którym nie mogę się dogadać


Poza tym jest świetnie. Czerń jest czarna, nic się nie osypuje ani nie rozmazuje, a ja mogę cieszyć się efektem wyrazistych, pogrubionych rzęs, o który na moich rzadkich i krótkich włoskach niełatwo.

Znacie?

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Maybelline, the falsies Push Up Drama mascara

W kwestii drogeryjnych maskar swojego ulubieńca, Lash Sensational, znalazłam w szafie Maybelline. Poza tym lubię również ich Colossal Volum' Express, a i One by One nie jest najgorsza... Z chęcią więc chwyciłam do testów Push Up Drama, bez wcześniejszego rozeznania. Duży błąd.


Pierwsze złe przeczucie tknęło mnie, kiedy zobaczyłam szczoteczkę. Tak rzadko rozstawione wypustki plus mokrawa formuła kontra moje krótkie, rzadkie rzęsy? To się nie mogło udać... No i się nie udało. Dodam jeszcze, że na czubku spiralki oczywiście gromadzi się nasz natrętny przyjaciel glutek. Za każdym razem. Bez chusteczki w podorędziu nie ma co podchodzić. Tyle dobrego, że maskara nie ma raczej tendencji do osypywania i rozmazywania się.


Powyższe zdjęcia pokazują, jaki efekt daje szczoteczka z rzadko ułożonymi ząbkami - nie ma rozdzielenia rzęs, a wręcz przeciwnie - w równych odstępach mamy grupki rzęs sklejonych. Może i wygląda to trochę rockowo, trochę buntowniczo, ale mnie ten efekt się nie podoba. Ja wolę kiedy rzęsy są rozdzielone, pogrubione, wydłużone i podkręcone bez użycia zalotki, a nie zbite w strączki. 


Naprawdę, lepiej te 38 zł zainwestować w Lash Sensational. No chyba że komuś podoba się efekt Push Up Dramy, ale sama widziałam jedynie negatywne opinie. I o co chodzi z tym The Falsies? Tym tuszem nie da się uzyskać efektu sztucznych rzęs!

poniedziałek, 24 października 2016

Maybelline, Lash Sensational lash multiplying mascara (black)

Kiedy ma się jasne, krótkie, mało spektakularne rzęsy, trudno o maskarę, która nie dawałaby jedynie przyciemnienia i tzw. "dziennego efektu". Niewiele tuszów radzi sobie z wizualnym dodawaniem objętości (bo wydłużać potrafią, tu nie mogę narzekać). A sztucznych rzęs nie noszę - nie umiem ładnie zaaplikować, a poza tym na co dzień są dla mnie przerostem formy nad treścią. Od czasu do czasu trafię jednak na maskarę, która naprawdę mnie zadowala - tak jest w przypadku Lash Sensational. Oj, będą powroty. W UK kupimy ją za około 8 funtów, ale oczywiście warto polować na promocje.


Typowe dla maskar Maybelline pękate opakowanie skrywa silikonową szczoteczkę o specyficznym kształcie banana z różnej długości wypustkami. Spiralka to, wiadomo, kwestia preferencji. Osobiście nie miałam większych problemów z aplikacją mazidła za jej pomocą. Jedyną denerwującą mnie rzeczą jest "glutek" zbierający się na szczycie szczoteczki. Trzeba go wycierać w chusteczkę.

Czerń jest czarna, nie wyblakła. Mazidło jest trwałe i dość odporne na rozmazywanie. Trochę stawia opór podczas demakijażu, ale kombo olejek plus micel do poprawki potrafi się ładnie z tuszem rozprawić bez zbędnego pocierania.


Maskara nie ma tendencji do sklejania rzęs w pajęcze nóżki, zostawiania grudek, rozmazywania się ani kruszenia. Ani razu nie zaserwowała mi efektu pandy, którego szczerze nienawidzę.


Tusz bardzo ładnie rozczesuje rzęsy i rzeczywiście dodaje im objętości (oraz długości), czego niestety nie widać na moich zdjęciach. Na żywo efekt jest bardziej spektakularny a różnica widoczna gołym okiem. Mnie bardzo odpowiada. Śmiem wręcz twierdzić, że to jedna z najlepszych maskar, z którymi miałam do czynienia. Kasiu - dziękuję, bo to właśnie Twoja rekomendacja popchnęła mnie do zakupu.


Wiem, że wielu osobom nie przypadnie do gustu taka szczoteczka, ale jeśli nie boicie się tego kształtu, warto dać tuszowi szansę. Jest rewelacyjny. Jego dwie główne wady to zbieranie się glutka na czubku aplikatora oraz fakt dość szybkiego wysychania, którego znamiona (tusz zrobił się gęstszy i suchszy) zaobserwowałam już po dwóch miesiącach od otwarcia. 

Mój osobisty prawie-ideał :)

piątek, 20 maja 2016

L'Oreal, False Lash Architect mascara

Czara goryczy się przelała. Nie będę już inwestować swoich pieniędzy w masakry L'Oreal. Spośród czterech, z którymi miałam wątpliwą przyjemność się zetknąć, tylko So Couture się nie osypywała. Wielkie mi osągnięcie skoro sporo tańsze tusze tego u mnie nie robią... Efekt nią uzyskiwany nie był specjalnie spektakularny, a do tego szybko wyschła. 

A False Lash Architect wkurzyła mnie do tego stopnia, że poszłam do Rossmanna i kupiłam sobie... tusz Lovely (Pump Up). Który jest dużo dużo, dużo lepszy od L'Orealowych wpadek.

False Lash Architect ma kanciaste, błyszczące opakowanie, na którym ciągle odbijają się ślady palców, a utrzymanie tego w czystości graniczy z cudem. Szczoteczka o klasycznym włosiu jest przekombinowana - za długa i niełatwa we współpracy; bardzo trudno umalować nią dolne rzęsy. Na czubku spiralki wiecznie zbiera się tuszowy glut, który trzeba wycierać, co dramatycznie wpływa na wydajność/tempo wysychania produktu.

Czerń jest czarna.


Szczotka nie jest dobra ani w rozdzielaniu, ani podkręcaniu rzęs. Produkt nie daje wydłużenia ani objętości, i na pewno nie można mówić o efektcie sztucznych rzęs. No dajcie spokój. Do tego maskara, która była podczas zakupu szczelnie zawinięta w folię, a więc nieotwierana, bardzo się na mnie osypuje i rozmazuje. Już po 3-4 godzinach od aplikacji mogę liczyć na piękną pandę. False Lash Flutter oraz Mega Volume Manga też tak mi robiły...


Nie, nie, nie, nigdy więcej. L'Oreal może sobie produkować coraz to nowsze wersje swoich tuszy i popularyzować je w sieci; ja jestem tak zrażona (na cztery kupione przeze mnie maskary trzy były totalnie beznadziejne), że na pewno nawet najpozytywniejsze opinie już mnie nie ruszą.

sobota, 26 marca 2016

L'Oreal, Volume Million Lashes So Couture mascara

Zacznijmy tę notkę od arcyciekawej i megafascyującej historii nabycia przeze mnie tuszu znanej marki w mocno zachwalanej wersjo So Couture. A więc, w zeszłym roku krążąc sobie bez celu po drogerii Boots natknęłam się na promocję 3 for 2 na kosmetyki L'Oreal. A że w domu nie było już zapasów maskar, chwyciłam trzy (oczywiście różne). I w końcu trafiłam na tusz L'Oreal z normalną szczoteczką! Do trzech razy sztuka, chciałoby się powiedzieć. Zarówno wersja Mega Volume Manga, jak i False Lash Flutter (obsmarowałam już te maskary na blogu) mają naprawdę przekombinowane szczoteczki, przez co już więcej do tych wariantów nie powrócę. Natomiast So Couture to naprawdę przyzwoity tusz.


Mamy tu silinkonową szczoteczkę, która ładnie rozczesuje rzęsy. Wypuski robią się coraz krótsze idąc w kierunku czubka spiralki, a tymi krótszymi wypustkami w miarę łatwo dostać się do rzęs w wewnętrznych kącikach. Dzięki temu, że szczotka nie jest duża, względnie łatwo umalować nią również dolne rzęsy.


Maskara ma ładny odcień czerni, nie osypuje się, nie grudkuje, nie rozmazuje, a efekt można stopniować. Moje zdjęcia w pełni nie oddają możliwości tego tuszu.

Jedyne moje zastrzeżenie to takie, że maskara dość szybko się starzeje. Moglam jej spokojnie używać przez około 10 tygodni, potem zrobiła się sucha i trudna we współpracy.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...