Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylveco. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sylveco. Pokaż wszystkie posty

środa, 28 listopada 2018

Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy

Jako posiadaczka wrażliwych i drażliwych naczynek od lat nie sięgam już po peelingi mechaniczne do twarzy, bo wszystkie, nawet te najdelikatniejsze, wywoływały u mnie niepożądany rumień. Sięgam więc regularnie po enzymatyki. Wiele już z nich przetestowałam, ale jeszcze nigdy nie miałam równie upierdliwego w użyciu jak peeling Sylveco. Dawno  już się tak nie męczyłam z kosmetykiem.

Produkt zamieszkał w plastikowym pudełku z aluminiowym wieczkiem. Inny rodzaj opakowania nie wchodzi w jego przypadku w grę, ponieważ ma postać bardzo zbitej pasty. Pachnie bardzo przyjemnie (geranium?).


Wszystkie peelingi enzymatyczne, które stosowałam do tej pory, były mało problematyczne w użyciu. Po prostu nakładało się je na twarz (czasem po rozdrobnieniu) na określony czas i już. Nie w tym przypadku. Tu trzeba stać i masować twarz przez 5 minut, co moim zdaniem jest upierdliwe. Peeling, owszem, jest tłusty, ale jednocześnie trochę tępy, i ten wymagany masaż nie jest jakąś ogromną przyjemnością. A do tego efekty po całym procederze też mnie nie zachwycały. Owszem, skóra była przyjemna w dotyku,, ale to by było na tyle. Nie miałam poczucia, że po zabiegu pozbywałam się starego naskórka, a pory dość szybko wyglądały na zanieczyszczone. Męczyłam ten produkt przez może trzy miesiące średnio co pięć dni,a potem, nie widząc sensu w dalszym sięganiu po kosmetyk, którego stosowanie nie dawało mi żadnej przyjemności, zużyłam go do smarowania tyłka i ud na kilka  minut przed prysznicem. Sprawiał, że skóra była w tych miejscach przyjemna w dotyku.

W moim odczuciu peeling enzymatyczny Sylveco to problematyczny w użyciu, mało skuteczny, ale ładnie pachnący tłuścioch. Na pewno dobrowolnie do niego nie wrócę, choć wiem, że ma też i sporo zwolenników.

Jeśli go znasz, do której grupy należysz?

piątek, 28 września 2018

Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów

Wspominałam już tu wielokrotnie, że od kilku lat mam ogromne problemy ze skalpem (swędzenie, tłusty łupież, czasem nawet łuska) i większość szamponów (i tych zwykłych, i naturalnych) tylko pogarsza sytuację. Metodą prób i błędów doszłam do tego, że moja skóra głowy nie lubi detergentu zwanego kokamidopropyl betainą (pochodne SLS-ów też są problematyczne, ale troszkę mniej mnie podrażniają), a składnik ten znajduje się w niemal każdym łatwo dostępnym szamponie. Szukam więc składów, w których detergenty są "uspokojone" olejkami i substancjami łagadzącymi, jak na przykład pantenolem. Dlatego właśnie zwróciłam uwagę na balsam myjący Sylveco.

Z góry przepraszam, że nie mam zdjęć opisywanych dziś produktów. Przysięgłabym, że zrobiłam im sesję, ale na komputerze ani aparacie zdjęć nie ma, więc chyba mi się ten photo shoot przyśnił. Jako że niedosypiam, to często śnię na jawie. A ponieważ kosemtyki już zużyłam, a opakowań się pozbyłam, pozostaje mi opcja kopiuj-wklej ze strony Sylveco. Bo powrotu i szansy na sesję w realu nie będzie.


Ze strony producenta:

Hypoalergiczny, przeznaczony do pielęgnacji każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, zniszczonych, pozbawionych blasku, z tendencją do wypadania. Zawiera bardzo łagodne, ale jednocześnie skuteczne środki myjące, które nie podrażniają nawet najbardziej wrażliwej skóry głowy. Unikalne połączenie oleju jojoba i masła karite z naturalnymi składnikami nawilżającymi zapewnia włosom ochronę przed wysuszeniem i niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Przy regularnym stosowaniu normalizuje stan skóry głowy, a włosom nadaje miękkość, gładkość i lekkość bez efektu puszenia.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Posiada delikatny zapach olejku rozmarynowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Coco-Glucoside, Decyl Glucoside, Mel Extract, Cocamidopropyl Betaine, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Glyceryl Oletate, Lactic Acid, Betulin, Sodium Benzoate, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil.


Czyż opis nie sugeruje, że to kosmetyk idealny dla mnie? Ale od początku. Balsam ma postać białej, dość rzadkiej emulsji i nie pieni się zbyt obficie, więc na każde mycie zużywałam większą ilość niż normalnie. Zamknięto go w brązowej, plastikowej butelce z wygdną klapką, ale kiedy butelka owa wyśliznęła mi się z mokrych dłoni i spadła z wysokości około 1,5 metra na podłogę, klapka odłamała się. Ups.

Rzeczywiście kosmetyk ten okazał się łagodny dla skóry głowy. Nie wywoływał luski ani swędzenia, ale nie znormalizował też jej stanu. Swoje podstawowe zadanie - mycie kłaków, spełniał dobrze, ALE nie nadawał moim włosom żadnej miękkości, gładkości, ani tym bardziej lekkości. Wręcz przeciwnie, już po kilkunastu godzinach pojawiał się oklap, a na drugi dzień włosy były już nieświeże (a myję je właśnie co dwa dni, bo mój skalp nie wytrzymuje większej częstotliwości). No i killer - TEN zapach. Powód, dla którego z trudem i w katuszach zużywałam swoją butelkę. Otóż szampon zajeżdża najtańszym cytrusowym płynem do mycia toalet z nutką uryny. Fuuuuuuuj.



No to  przejdźmy płynnie do wygładzającej odżywki. Oto, jak promuje ją producent:


Wygładzająca odżywka na bazie ekstraktu z łopianu przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów. Zawiera składniki wzmacniające, nawilżające i odbudowujące, dzięki którym włosy nabierają blasku, ładnie się układają, są gładkie i elastyczne. Olej z pestek winogron, oliwa z oliwek i olej arganowy chronią przed wysuszeniem i uszkodzeniami. Dodatkowo cukier i panthenol (humektanty) zatrzymują wilgoć i pozwalają uzyskać odpowiednią objętość fryzury, bez obciążenia. Stosowanie odżywki po każdym myciu włosów zapewnia efekt idealnie miękkich, wygładzonych i pełnych blasku włosów.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Wygładzająca odżywka do włosów posiada delikatny zapach olejku sosnowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Cetyl Alcohol, Sucrose, Vitis Vinifera Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Glycerin, Stearic Acid, Arctium Lappa Extract, Panthenol, Decyl Glucoside, Argania Spinosa Kernel Oil, Glyceryl Oleate, Lactic Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Sodium Benzoate, Cocamidopropyl Betaine, Pinus Silvestris Oil.


W brązowej buteleczce z pompką mieszka bardzo rzadka emulsja o podobnym acz nieco delikatniejszym do powyżej opisanego szamponu zapachu smrodku. I jest to produkt, który na moich włosach nie robi kompletnie nic, jakbym nic na nie nie nakładała po myciu. Nie ma efektu "idealnie miękkich, wygładzonych i pelnych blasku włosów". Nic nie ma. Odżywka-widmo proszę państwa.

The end.

Polecicie jakiś delikatny dla skalpu szampon? Mnie doskonale służył mocznikowy szampon Isany, ale oczywiście go wycofali. Mogę jeszcze bez większych konsekwencji sięgać po szampon Alterry granat i aloes... i to by z pewniaków było na tyle. Trochę słabo :/

czwartek, 17 maja 2018

Sylveco, rumiankowy żel do twarzy

Ja nie wiem, doprawdy nie wiem, czemu większość kosmetyków Sylveco pachnie mi sianem. Tak samo jest z dziś opisywanym żelem. Z góry założyłam, że nie polubię się z aromatem żelu tymiankowego, więc kupiłam wersję rumiankową. Cóż, z tym zapachem też nie jestem za pan brat, ale już do innych właściwości produktu nie mam większych zastrzeżeń.

Żel mieszka sobie w plastikowej buteleczce z pompką, która w moim egzemplarzu sprawowała się bez zarzutu do samego końca. Jest bezbarwny, ani gęsty, ani rzadki, dość słabo się pieni (łagodny detergent), a te 150 ml wystarczyły mi na około 4 miesiące stosowania raz-dwa razy dziennie. 


Kosmetyk swoją rolę, czyli oczyszczanie twarzy, spełnia bardzo dobrze. Oczywiście stosowałam go po pełnym demakijażu, do domycia resztek wszelkiego brudu. Nigdy nie próbowałam zmywać nim makijażu w jednym kroku, gdyż jestem zagorzałą zwolenniczką wieloetapowego oczyszczania twarzy, które bardzo służy mojej tłustej cerze.

Dzięki łagodnemu składowi żel Sylveco nie daje uczucia wysuszenia i ściągnięcia naskórka. Mogłam swobodnie sięgać po niego dwa razy dziennie bez obawy, że skóra twarzy zacznie przypominać powierzchnię rodzynka. Przy tym, jak już pisałam wyżej, produkt radzi sobie z pozbyciem się wszelkich resztek zabrudzeń. Słowem, jest to bardzo dobry kosmetyk, tylko niestety zapach mi do końca nie podchodzi...

czwartek, 22 lutego 2018

Sylveco, lniana maska do włosów

Nie wiem, jak to się stało, ale nie zrobiłam zdjęć słoiczkowi maski oraz samemu produktowi. Mam jedynie fotki kartonika. A ponieważ maskę już wykończyłam i raczej nie zamierzam do niej wracać, nie mam już jak takich zdjęć porobić. Oj, z wiekiem rozkojarzenie coraz bardziej daje mi się we znaki.

Ale skupmy się na kosmetyku. Jak pokazuje zdjęcie pożyczone ze strony Sylveco (klik)

produkt mieszka w plastikowym słoiczku o przyjemnej dla oka szacie graficznej z aluminiową nakrętką. Pod nakrętką kryje się średnio gęsta (nie spływa z włosów), biała emulsja z perłowym połyskiem, charakteryzująca się dziwnym, nieprzyjemnym zapachem.


Ja stosowałam ten produkt tylko w jeden sposób: raz w tygodniu po myciu głowy szamponem nakładałam na włosy maskę na czas prysznica. Nie sięgałam po kosmetyk częściej, bo zawiera proteiny, które moim kłakom służą tylko w małych dawkach.

Maska sprawdziła się u mnie przeciętnie. W Blackpool (twarda woda) nie robiła praktycznie nic. W Polsce, pod Wejherowem (miękka woda), działała lepiej; zostawiała włosy nawilżone, wygładzone, miękkie, lekkie i lśniące, niczym dobrze działająca odżywka. Ogólnie mam zdrowe włosy, więc dużego wyzwania nie było. To skóra głowy stanowi dla mnie problem, bo ostatnio wiele szamponów strasznie mnie podrażnia. Poza tym włosy bardzo mi wypadają. Obciążenia ze strony maski na szczęście nie doświadczyłam, ale ostatecznie zachwytu też nie ma, bo za prawie 30 zł chyba spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego. No i ten zapach...

środa, 27 grudnia 2017

Ulubieńcy minionej jesieni | Zoeva, NARS, Sylveco, Vianek, LIQPHARM, Kneipp, Yves Rocher, Mazidła ,Podopharm

Przyszła zima a wraz z nią czas na kosmetyczne podsumowanie jesieni i pokazanie Wam, co mi ją umilało. Zacznijmy od kolorówki.

Zoeva, The Basic Moment Eyeshadow Palette (klik)

Paletkę dostałam od Justyny. Jesień miałam zabieganą, a paletka ta umożliwia szybkie wykonanie niezobowiązującego dzienniaka i jest w pełni samowystarczalna. Poza tym cienie te stanowią fajne tło dla intensywnych pomadek.


NARS, Radiant Creamy Concealer (klik)

To był prezent od Hexxany. Niestety już wydłubuję z opakowania resztki. Korektor sprawdzał się u mnie fantastycznie - ukrywał niewyspanie, zmęczenie, zasinienia pod oczami, rozświetlał spojrzenie a do tego nie wysuszał ani nie obciążał delikatnej skóry pod oczami. Big love!


NARS, Blush/Bronzer Duo (Orgasm i Laguna) (klik)


To duo też dostałam od Hexxany i po kompakt sięgałam tej jesieni niemal codziennie. Szczególnie polubiłam się z Laguną; róż Orgasm niestety jest  na mnie nietrwały i wymaga kombinowania podczas aplikacji.


Przejdźmy do pielęgnacji, gdyż tu mam więcej perełek.

Sylveco, lipowy płyn micelarny (klik); Vianek, nawilżający płyn micelarny (klik)



Jesienią poznałam i zachwyciłam się micelami naszych polskich marek-sióstr. Oba kosemtyki były bardzo skuteczne, a przy tym delikatne, lekko nawilżające, o ładnych składach. Różnią się zapachem - ten z Vianka jest dużo przyjemniejszy. Micel Sylveco według mojego nosa zajeżdża sianem.


Sylveco, hibiskusowy tonik do twarzy (klik)


Naprawdę miło mi się po ten tonik sięgało. Delikatnie koił  i nawilżał, ładnie pachniał i był po prostu przyjemny w użyciu.


LIQPHARM, LIQ CE, serum night (klik)


Oczywiście nie mogę zapomnieć o tym serum! Optymalnie nawilżało - tak dobrze, że nie musiałam wspierać się dodatkowo kremem nawilżającym; samo serum wystarczało bym budziła się z dobrze nawilżoną skórą. Przez dwa miesiące stosowania naskórek zrobił się elastyczniejszy, poprawiła się faktura skóry, była ona zdrowo rozświetlona. Kosmetyk wykazał się również działaniem łagodzącym - pięknie uspokajał rumień i grę naczyń, ładnie wyrównując koloryt cery. 


Natural Therapeutic Grade, olej z awokado (klik)

Świetny olej, który znalazł u mnie mnóstwo zastosowań, o czym szerzej pisałam w podlinkowanym poście.


Kneipp, peeling enzymatyczny w granulkach


Jak kilka tu wspomnianych kosmetyków, dostałam go do wypróbowania od Hexxany, dzięki której poznałam naprawdę wiele perełek. Peeling Kneipp jest super. Bardzo wygodny w użyciu (spieniamy go z wodą i kładziemy wytworzoną pianę na twarz) i skuteczny - najlepsze połączenie.


Yves Rocher, Riche Creme, Comforting Anti-Wrinkle Cream


Ten krem pod oczy też dostałam od Hexxany. Jest naprawdę dobry! Świetnie nawilża i uelastycznie skórę pod oczami. Doskonale sprawdza się też pod makijażem.


Mazidła, zestaw Voluplus do biustu (źródło)


Dwie butelki tej mieszanki kupiłam ponad pół roku temu po rekomendacji Bogusi. Nadal pozostaję pod wrażeniem tego olejku. Pięknie nawilża i uelastycznia skórę biustu, dzięki czemu piersi są jędrniejsze, unoszą się i sprawiają wrażenie pełniejszych. Żaden z wcześniej stosowanych przeze mnie kosmetyków nie dał aż tak zauważalnych rezultatów.


Vianek, nawilżający żel do higieny intymnej


Jak już wielokrotnie wspominałam, zdecydowana większość drogeryjnych żeli do higieny intymnej nie sprawdza się u mnie, gdyż mnie podrażnia i wywołuje swędzenie. Nie Vianek. Płyn ma ładny skład, dobrze myje i odświeża, i przede wszystkim nie podrażnia.


Podopharm, regenerujące serum do stóp


Kolejny prezent od Hexxany i kolejny hicior. Regeneruje, nawilża i zmiękcza skórę stóp, czyli robi to, na czym mi zależy. Jest gęsty, treściwy i tłusty, co może niektórym przeszkadzać, ale ja jestem z  niego ogromnie zadowolna.

wtorek, 21 listopada 2017

Sylveco, hibiskusowy tonik do twarzy

Oto on - kolejny hit blogosfery. Zasłużenie?


Producent zapakował swój wyrób do buteleczki z ciemnego plastiku z estetyczną etykietą. Kosmetyk ma postać mocno rozwodnionego żelu, brązowawy kolor i mocno wyczuwalny zapach, który mi kojarzy się z hibiskusowo-owocową herbatką. Najlepiej aplikować go palcami; waciki za bardzo go chłoną i nie oddają całej dobroci skórze. Dodatkowo dzięki temu sposobowi aplikacji nabierałam na dłonie małe porcje, dzięki czemu tonik wystarczył mi na prawie cztery miesiące stosowania dwa razy dziennie.


W składzie tego polskiego wyrobu znajdziemy przede wszystkim kilka nawilżająco-łagodzących substancji. I właśnie takie działanie wykazuje w moim przypadku kosemtyk, czyli delikatnie nawilża i łagodzi niewielkie podrażnienia. Nie na tyle, żeby zastąpić dalszą pielęgnację, ale zauważalnie. I za to bardzo go polubiłam. Nie wiem, jak Wy, ale zanim zetknęłam się z tym (niedostępnym w tamtym wydaniu) polskim tonikiem łagodzącym, a także tonikami Sylveco i Biochemia Urody, zawsze miałam wrażenie, że tego typu produkty nic nie robią. O toniku Sylveco na pewno nie można tego powiedzieć. Zdecydowanie warto dać mu szansę.

Znacie go, prawda? Jak wrażenia?

środa, 18 października 2017

Sylveco, lipowy płyn micelarny

Na lipowy płyn micelarny skusiłam się ze względu na ogrom pozytywnych opinii. Kupiłam kosmetyk w Naturze. I wiecie co? Dołączam się do grona zachwyconych konsumentów :)


Produkt zapakowano do brązowej, plastikowej butelki z estetyczną etykietką i wygodną klapką. Otwór dozujący nie jest ani za duży, ani za mały, dzięki czemu nie marnujemy cennej zawartości. Sam kosmetyk ma lekko żółtawe zabarwienie i bardzo dziwnie pachnie lipą z jakąś drażniącą nutą. Zapach to w moich oczach jedyny minus płynu.


Do działania nie mam zarzutów. Micel skutecznie usuwa niewodoodporną kolorówkę, a przy tym nie podrażnia oczu ani skóry, nie wysusza i ma bardzo ładny skład. Naprawdę dobra propozycja naszej rodzimej marki.

A w skrócie:
  • wygodne i estetyczne opakowanie
  • produkt polski
  • ładny, naturalny skład
  • działa skutecznie, ale łagodnie
  • nie podrażnia, nie wysusza.
Wiem, że na temat kosmetyku wypowiedziało się wieeeele osób, no ale sama też musiałam go pochwalić. Bo po prostu na to zasługuje.

czwartek, 12 października 2017

Ulubieńcy minionego lata | Bielenda, Skin & Tonic, Sylveco, Tarte, Inglot, Maybelline, Theatric Professional

Tegoroczne lato było w Blackpool chłodne i deszczowe. Ciepłe, słoneczne dni pojawiały się co jakiś czas, na chwilę, jakby przypadkiem. Nie naładowałam swoich wewnętrznych słonecznych baterii. Nie było szans. Do tego dodajmy pracę na pełnych obrotach, dziecko, mało snu (który jeszcze dodatkowo ucinałam na rzecz treningów kilka razy w tygodniu), brak czasu dla siebie i już wiadomo, dlaczego moja pielęgnacja nie była specjalnie wyszukana, a makijaż robiłam na szybko i naprawdę rzadko kiedy sięgałam po nowości, a do testów nie miałam specjalnie głowy. Niemniej garstkę letnich ulubieńców wytypowałam.

Pielęgnacja

Bielenda, micele Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości (klik)


Micele Bielendy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, bo jak na kosmetyki dostępne w drogerii mają w składach sporo substancji aktywnych uznawanych za nawilżające i odmładzające. Oczywiście z zadania usuwania makijażu wywiązują się wzorcowo, a przy tym nie wysuszają mi skóry i nie powodują dyskomfortu. Sama szczególnie polubiłam nieobecną na zdjęciu Kojącą Wodę Różaną. Szczerze polecam i będę wracać.


Skin & Tonic London, Steam Clean oraz Brit Beauty Oil (klik)


Steam Clean było moim pierwszym masełkiem do demakijażu. I mimo iż osobiście wolę olejki hydrofilne  (najzwyczajniej w świecie kwestia preferencji), to ten kosmetyk naprawdę warto było wypróbować. Świetny skład, skuteczne usuwanie makijażu twarzy i dogadywanie się z moimi naczynkami sprawiły, że produkt naprawdę zasługuje na wyróżnienie.



A Brit Beauty Oil pokochałam całym sercem. Co za petarda! Pięknie pachniał neroli, cudownie nawilżał i uelastyczniał skórę, delikatnie obkurczał pory i wyrównywał koloryt cery. Do pielęgnacji nocnej jak znalazł. Sięgałam po niego z ogromną przyjemnością. Asiu :*


Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej (klik)


Jak już wspominałam, większość żeli do higieny intymnej mnie podrażnia. Nie Sylveco, co uczyniło z niego moje wielkie odkrycie. Poza tym, że rzeczywiście jest łagodny, wykazuje działanie łagodzące i kojące, np przy rozhukanych hemoroidach.


Kolorówka

Tarte, Showstopper Clay Palette (klik)


Ta paleta to ideał na pracowite lato, gdyż za jej pomocą można szybko załatwić nie tylko makijaż oczu, ale też twarzy. Przy tym kolorystyka, wykończenia, trwałość są jak marzenie. Bronzer i jeden cień trochę się osypują, ale da się nad tym zapanować. Cudo, cudo, cudo <3 Mimo niemal codziennego po nią sięgania nadal mi się nie nudzi, a to o czymś świadczy. Kasiu :*


Inglot AMC 84 & 85 (klik)


Kiedy jednak już znalazł się czas i ochota na odpicowanie oka, sięgałam po jeden z dwóch cudnych pigmentów Inglota. Natychmiastowy efekt murowany!


Maybelline, Color Whisper by Color Sensational, 120 Petal Rebel & 130 Pink Possibilities (klik)



Seria Color Whisper jest już niedostępna, więc trochę biłam się z myślami, czy Wam ją tu przypominać. Niemniej te dwie pomadki rzeczywiście towarzyszyły mi przez całe lato, kiedy nie miałam glowy do kontrolowania makijażu ust, co przy moich ukochanych czerwieniach i fuksjach jest koniecznością. Whisperki były niezobowiązujące i kontroli nie wymagały, a przy tym nosiły się bardzo komfortowo, więc to one królowały. No i też chcę je zużyć zanim się zepsują....


Theatric Professional, bibułki matujące super absorbujące (klik)


Bibułki matujące to przy tustej cerze latem konieczność. Te z Theatric są moim ogromnym odkryciem. Duże, chłonne, mocne, nienaruszające makijażu, w dobrej cenie. Ideał.

A lakieru do paznokci tym razem nie będzie. Bywały dni i tygodnie, kiedy pazury były gołe, bo wolałam poćwiczyć lub iść spać zamiast je malować....

Ponarzekałam na lato, ale póki co tegoroczna jesień pogodowo też nie rozpieszcza :/ Chandra to chyba będzie moje drugie imi; potrzebuję słońca! Trzymajcie się ciepło i pogodnie :)

poniedziałek, 9 października 2017

Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej

Żel Sylveco kupiłam z ciekawości w Naturze. Jeśli chodzi o tę kategorię kosmetyków, muszę być ostrożna, bo niestety wiele z nich mnie podrażnia i wywołuje nieprzyjemne pieczenie/swędzenie. Nie mogę, na przykład, sięgać po żele Ziaji, Facelle, Intimelle i to, co mają do zaoferowania popularne drogerie brytyjskie. Zwykle robię sobie w Polsce zapasy fioletowego Lactacydu, czasem dorzucając Perfectę dla mam (Agato ;)). Postanowiłam jednak dać szansę Sylveco. I naprawdę nie żałuję.


Łagodność to rzeczywiście drugie imię tego produktu. Nie zawiera agresywnych detergentów (a więc również bardzo słabo sie pieni), ma niezwykle łagodny zapach, nie wysusza, nie podrażnia, a wręcz pomaga załagodzić podrażnienia. Mam tu na myśli głównie hemoroidy, które pojawiły się u mnie w ciąży i już nigdy nie odeszły (dziecko w listopadzie skończy 4 lata!). W okresach, kiedy szczególnie dają mi w kość, żel Sylveco nie dokłada podrażnień, a wręcz łagodzi swędzenie i pomaga zapobiec ewentualnym infekcjom. Z tego tytułu trafia na listę ulubieńców i niezbędników, których będę robić zapasy przy okazji wizyt w kraju.

Moje odkrycie!

wtorek, 25 listopada 2014

Sylveco, lekki krem nagietkowy

Krem przywędrował do mnie od Hexxany. 50 ml wystarczyło mi na około 3 miesiące stosowania raz dziennie (na noc, choć jest to krem na dzień. Na dzień noszę na twarzy krem z filtrem).

Produkt zapakowano w plastikową butelkę z pompką o oszczędnej, ale przyjemnej dla oka grafice. Pompka działała sprawnie i nie zacinała się. Samo mazidło miało biały kolor i lekką konsystencję. Nie jest perfumowane, ale ma bliżej nieokreślony zapach. Zgaduję zatem, że pachnie sumą swoich składników.  Dużym atutem kremu jest szybkie wchłanianie się i brak tłustego filmu. Pod makijaż zastosowałam kosmetyk dwa razy i nie zauważyłam niczego niepokojącego.


Jeśli chodzi o działanie kremu przyznam, że nie wiem, co o nim napisać. Do samego końca nie wyrobiłam sobie zdania na temat tego kosmetyku. Stosowałam go na noc, zwykle łącząc z jakimś serum lub olejem, i większych problemów z cerą nie miałam - nie odnotowałam wysypu niedoskonałości, skóra nie była też przesuszona, mimo iż zaczął się sezon grzewczy. Mazidło nawilża więc przyzwoicie. Problem polega na tym, że fajerwerków także nie było. Nie zauważyłam żadnej zmiany w jakości skóry na lepsze ani obiecanej regeneracji, jeśli pojawiło się akurat coś do zregenerowania (np. ślady paznokci mojej córeczki). Ogólnie kosmetyk przewinął się przez moją łazienkę bez echa.

poniedziałek, 28 lipca 2014

Sylveco, lekki krem brzozowy

Od dawna chciałam wypróbować pielęgnację Sylveco, więc bardzo się ucieszyłam, kiedy znalazłam ten krem w paczce od Hexxany. Tyle że na dzień dobry zignorowałam przeznaczenie kremu (krem na dzień) i stosowałam go na noc. Na dzień nakładam na twarz duet serum z witaminą C i filtr SPF 50, i po prostu nie mam potrzeby stosowania jeszcze jednego kosmetyku. Z ulgą mogę napisać, że produkt w moim przypadku sprawdził się jako krem nocny. 50 ml wystarczyło mi na około 6 tygodni stosowania raz dziennie na twarz i szyję.

INCI: Woda,  Olej z pestek winogron,  Olej sojowy,  Ksylitol,  Sorbitan Stearate & Sucrose Cocoate,  Masło karite (Shea),  Stearynian glicerolu,  Olej arganowy,  Olej jojoba,  Kwas stearynowy,  Alkohol cetylostearylowy,  Alkohol benzylowy,  Betulina,  Witamina E,  Ekstrakt z aloesu,  Alantoina,  Guma ksantanowa,  Kwas dehydrooctowy,  Ekstrakt z mydlnicy lekarskiej,  Lupeol,  Kwas oleanolowy,  Kwas betulinowy 

Mamy tu higieniczne opakowanie z pompką. Plastik jest twardy i nieprzezroczysty; nie da się kontrolować stopnia zużycia produktu. Tubka z biegiem czasu robi się coraz lżejsza, ale nie da się przewidzieć momentu, w którym wyciśniemy z niej ostatnią porcję.

Krem ma białawy kolor i pachnie sumą swoich składników. Zapach odbieram jako neutralny. Mazidło ma dość lekką konsystencję, ale trzeba uważać ze stosowaną ilością - może się nieco mazać po twarzy i wymagać chwili wmasowywania. Wiele naturalnych kosmetyków tak ma. Krem niby wchłania się do matu, ale czuć na twarzy jakby woskowy film. Tylko raz nałożyłam kosmetyk na dzień, żeby sprawdzić, czy nadaje się pod makijaż. Nadaje się.

Według producenta krem nadaje się dla każdej cery. Moja jest tłusta i płytko unaczyniona. Mam tendencję do wyprysków; zbyt "agresywne" kosmetyki podrażniają moje naczynka i wywołują rumień. Podczas stosowania produktu ze stajni Sylveco nie miałam żadnych problemów z pryszczami. Naczynka również się nie buntowały. Jeśli chodzi o działanie, nie mogę na nic narzekać. Budziłam się z nawilżoną, przyjemną w dotyku, elastyczną skórą. Myślę jednak, że zimą kosmetyk mógłby sobie nie poradzić w kwestii nawilżenia. Ale w końcu nawet z nazwy jest lekki :)

Kosztuje 27,91 zł.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...