Jakkolwiek uwielbiam samorobione maski z glinki za moc działania i możliwość dobierania dowolnych dodatków, w okresach wzmożonej pracy liczy się dla mnie szybkość i wygoda, więc sięgam wtedy po "gotowce". Jednym z nich była w ostatnich tygodniach maska Queen Helene.
Kupiłam ją w aptece Dbam O Zdrowie za niecałe 9 zł/56 g. Maskę zapakowano w tubkę z zakrętką. Produkt ma bardzo gęstą i zwartą konsystencje, ale ujście tubki jest na tyle duże, że relatywnie łatwo wycisnąć porcję. Zawartość tubki wystarczyła mi na dziesięć aplikacji na całą twarz.
Maska ma wyraźnie miętowy zapach i chłodzi po nałożeniu. Mnie ten efekt bardzo odpowiada, bo takie chłodzenie uspokaja rumień i naczynka. Po kilku minutach glinka (jak to glinka) zaczyna zasychać i warto ją co jakiś czas zraszać. Trochę marze się podczas zmywania, dlatego z wygody zawsze wykonuję tę czynność pod prysznicem.
Pod względem działania maska spisuje się poprawnie, choć na kolana mnie nie powaliła. Widać, że nieco oczyszcza skórę, wyrównuje jej koloryt i ściąga pory. Po jej zastosowaniu wszelkie kremy i sera szybciej się wchlaniają. Nie są to jednak efekty długotrwałe.
Ot, przyjemna maska do częstego stosowania.






