sobota, 15 grudnia 2018

Saemmul, Perfect curling mascara

Koreańską maskarę marki Saemmul podesłała mi do wypróbowania Hexxana. Osobiście wcześniej o niej nie słyszałam, ale też nie interesuję się szczególnie azjatyckimi kosmetykami. Niemniej, do testów zabrałam się z ciekawością. Tusz okazał się przyzwoity.


Opakowanie jakie jest, każdy widzi. Czarno-białe, proste, estetyczne, z koreańskimi informacjami na tubce. Aplikator jest lekko zakrzywiony, jak to w przypadku podkręcających maskar bywa, o klasycznym włosiu. Do formuły tuszu nie mam zastrzeżeń: ani zbyt mokra, ani zbyt sucha - jest w sam raz. W połączeniu ze szczoteczką uzyskujemy efekt podkreślonych, nieposklejanych rzęs. Nie ma problemu z grudkami, osypywaniem i rozmazywaniem się. Jednocześnie maskara nie stawia oporu podczas demakijażu.


Muszę przyznać, że  na żywo maskara lepiej wygląda na moich rzęsach niż na zdjęciach. Fakt, nie daje dramatycznego efektu, ale też nie ma tu takich obietnic. Co prawda, z tym podkręcaniem też nie ma szału... Ale ogólnie jest to naprawdę przyzwoity produkt. Zwłaszcza cenię go za fajną trwałość, bo naprawdę wiele tuszów lubi się niestety na mnie rozmazywać, a ten tego mi nie robi.


Na niedociągnięcia makijażowe nie zwracajcie proszę uwagi. Od listopada maluję się może ze dwa razy w tygodniu i to prawie w biegu, więc całkowicie wyszłam z wprawy. Ot, końcówka roku mocno daje mi w kość. Bywa.

czwartek, 13 grudnia 2018

Zakupy listopada.

W listopadzie postawiłam na to, czego potrzebowałam. Byli u nas z wizytą Rodzice i przywieźli mi dwóch ulubieńców: fioletowy Lactacyd oraz mocznikową Isanę do rąk, bo zapasy tychże już mi się skończyły.

Dalej, potrzebowałam żelu pod prysznic, olejku z drzewa herbacianego oraz odżywki i maski do włosów. Jeśli chodzi o te dwie ostatnie, pałętałam się po Bootsie i Superdrugu robiąc rekonesans, i spodobały mi się jedynie składy nieznanej mi dotąd marki Shea Moisture. Są to bardzo bogate kosmetyki i zobaczymy, jak się sprawdzą na dłuższą metę. Na razie kłaki wydają się zadowolone.

No i w końcu coś do rąk, które strasznie mi w tym roku dokuczają. Wzięłam więc mocznikowego E45, a w Marie Claire wypatrzyłam dodatek w postaci kremu do rąk Rituals. Magazyn kupiłam jakieś 3 tygodnie temu i do tej pory nawet go nie przekartkowałam, ale krem do rąk jest ;)


Wszystko, moi mili. W grudniu będzie mniej grzecznie, se se se ;)

sobota, 8 grudnia 2018

Podsumowanie zużyć listopada.

Czas zapiernicza jak szalony, co nie? Gdyby nie witryny sklepowe i świąteczne hity na każdym kroku, nie zorientowałabym się, że mamy już grudzień.

Ale koniec nic nie wnoszących obserwacji, przejdźmy do zużyć.


W listopadzie zużyłam dwie wody toaletowe: słodko-skórzaną młodzieżówkę Lady Rebel od Mango (klik) - przyjemna, ale nie wrócę, bo z niej wyrosłam - oraz bardzo ładną, kwiatową propozycję z River Island, która była prezentem od siostrzenicy mojego J. Oba zapachy nosiło mi się dobrze; zwłaszcza ten z River Island.

W widocznej na zdjęciu próbeczce był peeling enzymatyczny. Był w porządku, ale bez zachwytów. Tak samo serum na naczynka z Vianka - to jeden z tych kosmetyków, które nie są ani szczególnie zachwycające, ani też niczym nie podpadają. A ja jestem już w takim wieku, że od kosmetyków, które zostają na skórze dłużej, oczekuję widocznych pozytywnych rezultatów.

Z micela Yoskine byłam zadowolona, gdyż na pewno nie można mu zarzucić nieskuteczności. Jedyne, czego w nim nie lubiłam, to bardzo gorzki posmak na ustach, jeśli zmywałam nim jakieś pomadki. Maseczka błotna Apis była naprawdę porządna - skóra twarzy po jej użyciu była rozświetlona i przyjemna w dotyku, a także miała wyrównany koloryt. Z kremu pod oczy Biotanique też byłam zadowolona. Idealnie sprawdzał się na dzień pod makijaż. No i Insta-Dri Sally Hansen. Wprawdzie nie malowałam paznokci od 3 miesięcy (brak czasu), ale w tym roku był to mój wysuszacz go-to.



Antyperspirant Dove przewinął się przez moją pielęgnację, ale nie zachwycił mnie ani zapachem, ani działaniem. Olejek z opuncji figowej z E-naturalnie kupiłam z myślą o twarzy, lecz niestety nie znalazłam dla niego miejsca w pielęgnacji, a czas do zużycia się kurczył, więc ostatecznie poczęstowałam nim biust i dekolt. Podejrzewam go o zapychanie tego ostatniego niestety (ale jeśli o mój uparty dekolt chodzi, to prawie wszystko go zapycha). Gruszkową piankę pod prysznic Dove bardzo lubię ze względu na cudny zapach, a żel do higieny intymnej Vianek (klik) to jedna ze stałych pozycji w mojej pielęgnacji. Odżywka do włosów w wersji Quinoa & Artichoke marki Green People, prezent od Hexxany, to chyba najlepszy tego typu kosmetyk, jakiego kiedykolwiek używałam. Resztki zużywałam z prawdziwym bólem serca.

I to by było na tyle. W grudniu przymierzam się do czystek w kolorówce. Wprawdzie nie lubię wyrzucać kosmetyków, ale mam trochę starych, kilkuletnich cieni, z którymi jednak trzeba będzie się rozstać dla własnego bezpieczeństwa.

A tymczasem życzę Wam miłego dnia :)

poniedziałek, 3 grudnia 2018

Eveline, ExtraSoft SOS Regenerujący krem-opatrunek do rąk & ExtraSoft 15% Urea Zmiękczający krem do stóp na pękającce pięty

Do znudzenia tu powtarzam, że dla mnie w pielęgancji moich problematycznych dłoni i stóp najbardziej liczy się mocznik. Znalazłam go w obu opisywanych dziś produktach Eveline z serii ExtraSoft. Obu koleżków polubiłam.

Krem do rąk nie miał u mnie łatwo. Trafił do mnie w czasie przesuszu kwalifikującego się już do pomocy dermatologicznej (po którą jednak się nie udałam), i pozytywnie mnie zaskoczył.


Ma on postać białej, gęstej i treściwej emulsji, a zapachem przypomina... klasyczny krem Nivea. Jest to długo wchłaniający się, zostawiający na dłoniach otulający film tłuścioszek - czyli opatrunek z nazwy pasuje w kontekście tego gagatka. Osoby poszukujące szybko wchłaniających się, lekkich kremów raczej powinny trzymać się z daleka. Natomiast jeśli Wasze dłonie są tak suche, że dosłownie wszystko sie w nie wchłania, i potrzebują czegoś nawilżająco-natłuszczająco-otulającego, warto rozpatrzyć tę pozycję. Krem przynosi natychmiastową ulgę sucholcom, rzeczywiście pomaga w regeneracji, chroni dłonie do pierwszego kontaktu z wodą i mydłem - słowem, jest super. Dla sucharów.


Krem do stóp sprawdza się w zasadzie podobnie.


Ponownie mamy tu do czynienia z białą, gęstą i treściwą emulsją, która też zostawia na stopach wyczuwalny okluzyjny film (najlepiej stosować mazidło pod skarpetki). Zapach nie rzucił mi się w nos. Na pewno nie  było w nim niczego mentolowego, więc ani charakterystycznego zapachu, ani efektu chłodzenia krem ten nie oferuje. Na szczęście, bo komu jesienią i zimą to potrzebne. A wracając do działania, kosmetyk bardzo ładnie nawilża skórę stóp i zmiękcza twardy naskórek na piętach i pod paluchami - a tego właśnie od kremów do stóp oczekuję. Owszem, są lepsze mazidła (Podopharm), ale jeśli z jakiegoś powodu ciężko się w nie zaopatrzyć, Eveline stanowi bardzo dobrą alternatywę.

Obu koleżków serdecznie polecam. Zwłaszcza, że obecnie mam w użyciu inny krem do stóp Eveline, który zajeżdża jak stare skarpety, więc niestety bardzo się znim męczę. Ach, szkoda, że to nie kolejnka tubka serii ExtraSoft...

środa, 28 listopada 2018

Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy

Jako posiadaczka wrażliwych i drażliwych naczynek od lat nie sięgam już po peelingi mechaniczne do twarzy, bo wszystkie, nawet te najdelikatniejsze, wywoływały u mnie niepożądany rumień. Sięgam więc regularnie po enzymatyki. Wiele już z nich przetestowałam, ale jeszcze nigdy nie miałam równie upierdliwego w użyciu jak peeling Sylveco. Dawno  już się tak nie męczyłam z kosmetykiem.

Produkt zamieszkał w plastikowym pudełku z aluminiowym wieczkiem. Inny rodzaj opakowania nie wchodzi w jego przypadku w grę, ponieważ ma postać bardzo zbitej pasty. Pachnie bardzo przyjemnie (geranium?).


Wszystkie peelingi enzymatyczne, które stosowałam do tej pory, były mało problematyczne w użyciu. Po prostu nakładało się je na twarz (czasem po rozdrobnieniu) na określony czas i już. Nie w tym przypadku. Tu trzeba stać i masować twarz przez 5 minut, co moim zdaniem jest upierdliwe. Peeling, owszem, jest tłusty, ale jednocześnie trochę tępy, i ten wymagany masaż nie jest jakąś ogromną przyjemnością. A do tego efekty po całym procederze też mnie nie zachwycały. Owszem, skóra była przyjemna w dotyku,, ale to by było na tyle. Nie miałam poczucia, że po zabiegu pozbywałam się starego naskórka, a pory dość szybko wyglądały na zanieczyszczone. Męczyłam ten produkt przez może trzy miesiące średnio co pięć dni,a potem, nie widząc sensu w dalszym sięganiu po kosmetyk, którego stosowanie nie dawało mi żadnej przyjemności, zużyłam go do smarowania tyłka i ud na kilka  minut przed prysznicem. Sprawiał, że skóra była w tych miejscach przyjemna w dotyku.

W moim odczuciu peeling enzymatyczny Sylveco to problematyczny w użyciu, mało skuteczny, ale ładnie pachnący tłuścioch. Na pewno dobrowolnie do niego nie wrócę, choć wiem, że ma też i sporo zwolenników.

Jeśli go znasz, do której grupy należysz?

piątek, 23 listopada 2018

Naturativ, ujędrniający balsam do biustu i dekoltu

Chyba nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że jako mama po trzydziestce z paro(nastoma) nadprogramowymi kilogramami (niewielka część których osiadła też i w cyckach), odczuwam działanie grawitacji na biust jak i silną potrzebę przeciwdziałania temuż. Moją walkę wspomogła kilka miesięcy temu kochana Hexxana, podsyłając mi w prezencie ujędrniający balsam do biustu i dekoltu Naturatv.

I mówię Wam - naprawdę solidny kosmetyk to jest. 100 ml (133 zł) wystarczyło mi na około 3 miesiące cowieczornego stosowania.

Producent zamknął kosmetyk w higienicznym i funkcjonalnym opakowaniu z pompką o prostej szacie graficznej. Balsam ma postać białej, niemal bezzapachowej emulsji, która dobrze się aplikuje (bez żadnego mazania i innych harców) i wchłania. 


Na skórę biustu emulsja działała, jak działać miała. Skóra rzeczywiście była doskonale nawilżona, lekko napięta i odczuwalnie ujędrniona, a więc dzielnie walczyła z grawitacją. Z tego tytułu z kosmetykiem bardzo się polubiłam.

Jednakowoż znalazł się i minus. Niestety nie mogłam stosować produktu na skórę dekoltu, bo zaraz pojawiały się wypryski. Szkoda.... No, ale mój dekolt na prawie wszystko odpowiada "zapychaniem", taki drażliwiec z niego :/

środa, 21 listopada 2018

Mokosh Cosmetics, ujędrniający eliksir do twarzy i ciała (pomarańcza)

Ujędrniający eliksir (cóż za urocza nazwa!) marki Mokosh trafił w moje skromne progi w postaci prezentu od Hexxany :* Dziękuję! Polubiliśmy się od pierwszego użycia.

Zacznijmy od opakowania. Od razu się przyznam, że zapomniałam przed wyrzuceniem sfotografować to najbardziej zewnętrzne - prosty, brązowy kartonik z nazwą kosmetyku i z załączoną ulotką. Niemniej na butelce kosmetyku znajdują się najistotniejsze informacje, w tym i ta, iż nie można olejku stosować w ciąży.

Olejek mieszka w brązowej, szklanej butelce ze sprawnie działającą pipetą. Nie jest ani tłusty, ani lekki, ma żółty kolor (ale nie brudzi piżamy czy pościeli) i CUDOWNIE pachnie owocem pomarańczy. 100 ml (69 zł) wystarczyło mi na nieco ponad miesiąc cowieczornego stosowania na całe ciało, bo do tego celu mazidło przeznaczyłam, i pod tym kątem je oceniam.


Produkt nie tylko kupił mnie przepięknym zapachem, ale i ładnym, krótkim składem, w którym dopatrzymy się oleju z orzechów makadamia, oleju arganowego, oleju pomarańczowego i olejków eterycznych.


Składające się na kosmetyk oleje są dość ciężkie i gęste, a więc produkt zostawia na skórze wyczuwalny film. Mi to zupełnie nie przeszkadzało. Stosowałam go po wieczornym prysznicu na jeszcze wilgotną skórę, która rano była dobrze nawilżona, przyjemna  w dotyku i elastyczna. 

Przepiękny zapach olejku i dobre działanie sprawiło, że naprawdę polubiłam się z tym kosmetykiem. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń.

Podzielacie moje zdanie?

niedziela, 11 listopada 2018

Podsumowanie zużyć października. Zakupy października.


W październiku wielu denek nie odnotowałam. Do kosza poleciała węglowa gąbeczka Konjac z sephorowego zestawu podróżnego, który dostałam w prezencie od Agaty :* Towarzyszyła mi przez kilka miesięcy przy wieczornym myciu twarzy oraz zmywaniu maseczek; nie mam do niej większych zastrzeżeń (miękkość, delikatność, skuteczność w porządku), oprócz rozmiaru - takiego malucha czasem trudno utrzymać w rękach. Niemniej robi, co ma robić. Wymęczyłam też - dosłownie - peeling enzymatyczny Sylveco. Ależ mi z nim nie było po drodze! Ta tłustość, ta konieczność kilkuminutowego masażu przy braku efektu wow po zmyciu spowodowały, że skapitulowałam po kilku podejściach i zużyłam słoiczek do dekoltu i pośladków, które były po nim przyjemne w dotyku. Do zużyciowej torby trafiła również kolejna już pomadka ochronna Alterry. Lubię, bo skutecznie i na długo nawilża moje usta w ciągu dnia. Krem do biustu Naturativ, prezent od Hexxany :*, sprawdził się bardzo dobrze. Dzięki cowieczornemu stosowaniu skóra biustu była nawilżona i elastyczna. Pomarańczowy olejek do ciała Mokosh, też od Hexx, był cudowny. Przepieknie pachniał i bardzo dobrze nawilżał i uelastyczniał skórę ciała. Masło do ciała z shea i olejem migdałowym od Wellness & Beauty już kiedyś miałam (klik) i bardzo polubiłam. Zdania nie zmieniam - przyjemne mazidło! Nie było to też moje pierwsze spotkanie z odżywką do włosów marki Biovax w wersji bambus i olej awokado (klik). Uwielbiam ją! Genialnie wygładza i nabłyszcza moje włosy. Rumiankowy szampon dla dzieci Wieledy zdarzało mi się podbierać córeczce. Sprawdzał się zarówno na jej lokach (nie wysuszał i nie puszył ich), jak i na moich prostych włosach (nie obciążał i nie powodował przyklapu). Najważniejsze, że nie podrażniał mi skóry głowy, nie wywoływał swędzenia, słowem - nie pogłębiał problemu. Micelarny żel pod prysznic Dove zużyłam bez większego entuzjazmu, bo ta konkretna wersja zapachowa nie przypadła mi do gustu, ale ogólnie ich myjadła lubię.


Po powyższych zużyciach widać, że zaczął się sezon, w którym męczę się z suchą, szorstką, i samoistnie pękającą skórą dłoni. Isana 5% mocznika to mój KWC, hicior i must-have. Co ciekawe, wersja 5,5% mocznika to w moim odczuciu bubel, który nic nie robi. Huh. Krem SOS Eveline był o tyle dobry, że rzeczywiście po aplikacji przynosił moim dłoniom wyraźną ulgę. Podejrzewam, że  w mniej wymagającym dla nich okresie mocno bym go chwaliła. Będę musiała wrócić. Wróciłam do kremu do stóp Extra Soft z Eveline i dalej jestem zdania, że to porządny nawilżacz. Antyperspirant Sure (w Polsce Rexona) niestety niczym mnie do siebie nie przekonał. Zapewniał ochronę jedynie na kilka godzin. Kremowy pumeks do stóp Fusswohl bardzo, bardzo lubię; jest stałym gościem w mojej łazience.


To by było na tyle zużyć. Jeśli zaś chodzi o zakupy, uzupełniłam tylko to, co mi się wkrótce skończy:

poniedziałek, 5 listopada 2018

IOSSI, serum dla cery z problemami, trądzikowej krwawnik & tamanu (facial serum for blemish prone skin)

Serum trafiło do  mnie w postaci prezentu od kochanej Justyny :*

Na stronie producenta znalazłam na jego temat następujące informacje:

Nowa lżejsza receptura!
Serum o wyjątkowych właściwościach antybakteryjnych i regenerujących. Polecamy je szczególnie osobom, które potrzebują wsparcia przy problemach skórnych.
Zawarty w nim olej rokitnikowy przyśpiesza proces regeneracji skóry oraz nadaje jej wyjątkowy koloryt a olejek krwawnikowy oczyszcza i wygładza skórę oraz przywraca równowagę hormonalną organizmu. Wykorzystujemy w nim gojące i uzdrawiające właściwości oleju tamanu oraz rodzimy olej konopny, który zmiękcza, uelastycznia i dogłębnie odżywia skórę. Olejek z drzewa herbacianego działa antybakteryjne i odkażająco.
Nasze serum w przeciwieństwie do większości produktów przeznaczonych do cery trądzikowej nie wysusza skóry, ale ją nawilża. Jest niezwykle wydajne - butelka 30 ml wystarczy na 3 miesiące codziennego używania.
Działanie: antybakteryjne, gojące, regenerujące, nawilżające.
Dla cery trądzikowej, problematycznej, jako kosmetyk do codziennej pielęgnacji lub pomoc po kuracji anty-trądzikowej.
Stosowanie: niewielką ilość olejku (ok. 2 krople) delikatnie wmasuj w oczyszczoną, wilgotną skórę twarzy. Używaj rano lub wieczorem. Po otwarciu zużyj w ciągu 4 miesięcy.
Przeciwwskazania: Ze względu na zawartość olejku eterycznego z krwawnika nie polecamy kobietom w pierwszym trymestrze ciąży.
Konsystencja: lekki, dobrze wchłanialny olejek
Zapach: ziołowy z orzeźwiającą nutą tymianku
Pojemność: 30 ml
INCI: Ingredients: Simmondsia Chinensis Seed (jojoba) Oil*, Vitis Vinifera Seed (winogrona) Oil, Cannabis Sativa Seed (konopia) Oil*, Borago Officinalis Seed (ogórecznik) Oil*, Rosa Canina Fruit (dzika róża) Oil*, Triticum vulgare Germ (zarodki pszenicy) Oil, Hydrogenated Farnesene (lekki skwalan z trzciny cukrowej), Helianthus Annuus Seed Oil & Beta-Carotene (olej marchwiowy), Oleic/Linoleic/Linolenic Polyglycerides, Calophyllum Inophyllum Seed (tamanu) Oil, Hippophae Rhamnoides Fruit (rokitnik) Oil, Tetrahexyldecyl Ascorbate (stabilna witamina C), Natural Mixed Tocopherols & Helianthus Annuus Seed Oil (naturalna witamina E), Cymbopogon Martini (palmaroza) Oil, Achillea Millefolium (krwawnik) Oil, Melaleuca alternifolia Leaf (drzewo herbaciane) Oil, Pogostemon Cablin (paczuli) Oil, Thymus Vulgaris (tymianek) Oil, Anthemis Nobilis Flower (rumianek) Oil, Calendula Officinalis Flower (nagietek) Extract, Citral**, Farnesol**, Geraniol**, Limonene**, Linalool**
*składniki pochodzące z certyfikowanych upraw organicznych
**naturalne składniki olejków eterycznych
Wszystkie kosmetyki IOSSI produkowane są z naturalnych i organicznych składników, bez szkodliwych dodatków i sztucznych barwników. Powstają z naturalnych składników roślinnych dlatego u osób wrażliwych mogą wywoływać reakcję uczuleniową. Posiadają badania i dokumentację uprawniające do sprzedaży na terenie U.E.
IOSSI. Kosmetyki doskonałe z natury. (klik)


Ja musiałam mieć jeszcze starszą wersję produktu, bo widzę, że skład z opakowania i ze strony producenta trochę się różni. Zużyłam miniaturowe opakowanie o pojemności 10 ml, które wystarczyło mi na miesiąc cowieczornej aplikacji na zroszoną tonikiem twarz.


Serum ma postać ciężkawego, mocno żółtego olejku o zapachu maggie (czyli pachnie olejem tamanu). Po aplikacji nawet niewielkich ilości pozostawiało na skórze wyczuwalny film, co mnie osobiście specjalnie nie przeszkadzało. Produkt mieszka w butelce z ciemnego szkła z wygodną w stosowaniu pipetą.

Działanie? Po miesiącu stosowania mam następujące spostrzeżenia:

* serum przyzwoicie nawilża skórę
* podczas stosowania serum borykałam się z okropnym wysypem syfów w okolicach brody, ale nie potrafię ze stuprocentowym przekonaniem powiedzieć, że to wina kosmetyku, bo był to okres stresu, skandalicznie małej ilości snu i braku czasu na gotowanie porządnych obiadów, aka jedzeniowe grzechy były na porządku dziennym (serum było wtedy jedyną nowością w mojej pielęgnacji)
* nie zauważyłam, aby serum w jakikolwiek sposób przyspieszało proces pozbywania się pryszczy; nie miało też żadnego wpływu na powypryskowe blizny

Bardzo się cieszę, że miałam miesiąc na przekonanie się, czy serum dla cery z problemami IOSSI jest dla mnie. Uważam, że absolutnie nie jest to zły kosmetyk, ale w moim przypaku coś nie zagrało. Abstrahując od faktu, że zapach mazidła odbierał mi radość z jego stosowania (jak dla mnie to śmierdziuch), to w moim odczuciu zabrakło tu jakiś zaskakujących lub spektakularnych efektów, faktoru "wow". Super było poznać to mazidło, ale powrotu raczej nie przewiduję.

czwartek, 25 października 2018

L'biotica, Biovax, Diamond, intensywnie regenerująca maseczka do włosów minerały & diamenty

Maseczkę, o której dziś opowiem, kupiłam w Rossmannie. Normalnie kosztuje prawie 18 zł/150 ml, ale ja trafiłam na dobrą promkę i zapłaciłam 10 zł mniej. Na szczęście, bo niczym mnie ten produkt nie zachwycił. 

Dodam, że mimo wrażliwej i problematycznej skóry głowy włosy mam ładne i zdrowe, choć dużo cieńsze niż kiedyś. Nie farbuję ich, nie suszę suszarką, nie prostuję, nie kręcę, nie stosuję środków do stylizacji i na co dzień po prostu wiążę je w kucyk bądź koczek; czasem rozpuszczam, ale rzadko.


Diamenty kojarzą nam się z luksusem, a luksus z elegancją. Stąd, moim zdaniem, pomysł producenta, aby do biało-czarnego kartonika włożyć czarno-biały słoiczek. Po usunięciu nakrywki ukazuje się nam produkt o wyglądzie płynnej masy perłowej. Estetyka dopracowana prawie w najdrobniejszym szczególe, gdyż można się czepnąć, że wizualnie wszystko świetnie, ale zapach jakiś taki mało luksusowy. Właściwie w ogóle nie zapada w pamięć. Ale przecież nie to jest najważniejsze.


W sumie nie wiem, czego się spodziewałam po tym produkcie. Jakiegoś niesprecyzowanego efektu wow? Włosy, owszem, nabłyszczał i owszem, coś tam nawilżał. Ale taki sam efekt uzyskuję sięgając po ulubione odżywki. Po co mam więc przepłacać? Nie potrzebuję maski, która da mi to samo, co odżywka. Może zniszczone włosy odczują różnicę. W sumie to dobrze, że nie muszę tego sprawdzać ;)

środa, 24 października 2018

Hit: Stara Mydlarnia, organic garden, peeling do skóry głowy regenerujący

Czymś takim, jak złuszczanie skóry głowy, zainteresowałam się relatywnie niedawno. Przez ostatnie 3-4 lata używałam do tego celu glinki dodawanej do szamponu, bo gdzieś wyczytałam, że to unosi włosy u nasady, co okazało się prawdą. Kilka miesięcy temu, przy okazji wizyty w Polsce i obowiązkowej wyprawy do Natury, na półce wypatrzyłam mechaniczny peeling do skóry głowy ze Starej Mydlarni i stwierdziłam, że spróbuję. Kosztował 24,99 zł/200 ml.

Scrub wykończyłam ponad miesiąc temu i bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo mi go brakuje. Autentycznie tęsknię za kosmetykiem!


Produkt ma postać kremowej pasty z dość dużymi drobinkami pochodzenia naturalnego (zmielone łupiny orzecha włoskiego). Zapachowo na pierwsze miejsce wysuwa się metnol, a w tle czuć jeszcze kwiatowe nuty. Kosmetyk nie pieni się. 

Zgodnie z zaleceniami producenta najpierw myłam głowę szamponem, spłukiwałam go, po czym robiłam sobie kilkuminutowy masaż peelingiem Starej Mydlarni, spłukiwałam co się dało, nakładałam na włosy odżywkę i po kolejnych kilku minutach ponownie jak najdokładniej płukałam włosy i skalp.

Scrub pokochałam od pierwszego użycia za cudowne uczucie chłodzenia skóry głowy i łagodzenie podrażnień i swędzenia spowodowanych przez szampony (wielokrotnie już wspominałam, że prawie wszystkie mnie podrażniają). Po każdym użyciu (co drugie mycie, czyli około dwa razy w tygodniu) moje włosy były ładnie odbite u nasady, a z biegiem czasu przy regularnym stosowaniu produktu miałam coraz mniej łupieżu tłustego i łuski, a włosy już tak nie wypadały. 

A potem to cudeńko mi się skończyło i przesiadłam się na peeling trychologiczny Bandi. Niebo i ziemia, proszę państwa. Jak tylko zawitam w Polsce, muszę koniecznie zrobić zapas kosmetyku Starej Mydlarni. Ależ mi go brakuje! Polecam, polecam, polecam. Naprawdę robi różnicę.

środa, 17 października 2018

Zdobycze września.

Gdyby nie Hexxana, zdobyczy września byłoby tyle, co moich zakupów, czyli:


Kupiłam żel pod prysznic, olejek Dove do mycia Beauty Blendera i wreszcie trafiłam na odpowiedni odcień sławnego w internetach korektora MUR. Ja wiem, że zbiera on skrajne opinie, ale to paradoksalnie podsyca moją ciekawość, więc wzięłam, mimo iż w ostatnich miesiącach obrodziło u mnie w korektory.
 
 
A szalona Asia bez okazji przysłała mi Wielką Pakę Pełną Skarbów:



Póki co polubiłam się z podkładem Neve, bo ładnie się nosi.



Z totalnego braku czasu nie malowałam paznokci od ponad dwóch miesięcy... Muszę w końcu do tego wrócić, bo nowe zabawki czekają!

Asiu, dzięki :*

sobota, 13 października 2018

Podsumowanie zużyć września.

Wow, znowu mnie wciągnęła jakaś czarna dziura. Nie mam pojęcia, gdzie podziały się ostatnie dwa tygodnie; czas przeciekł mi przez palce. Od dwóch miesięcy pracuję non stop; od dwóch miesięcy nie ćwiczyłam, nie przeczytałam żadnej książki, nie pomalowałam paznokci i prawie nie spałam. Bardzo mi z tym źle, no ale tak wygląda gorący okres w usługach. A do Polski przyjadę dopiero w grudniu... Ech :/

Ale kończmy marudzenie, bo przecież z dużym opóźnieniem, ale jak zawsze mam ochotę kosmetycznie podsumować miniony miesiąc.

 Różany micel Bielendy jest świetny - ma dużą pojęmność,  ładnie pachnie i bardzo dobrze acz delikatnie usuwa resztki makijażu. Nie mam do niego absolutnie żadnych zastrzeżeń. Pastami Splat zainteresowała mnie Aga. Wersja Active przypadła mi do gustu, gdyż dobrze czyściła zęby, a płytka nazębna nie pojawiała się zbyt szybko. Musiałam jednak przyzwyczaić się do specyficznego smaku. Jedna z lepszych past bez fluoru, jakie poznałam. O maskarze Astor pisałam tutaj. Ot, zwyklak. Serum do skóry z niedoskonałościami IOSSI, prezent od Justyny, miało swoje plusy i minusy, o których chciałabym, w miarę możliwości, napisać w osobnej notce. Peelingu do ust Evree nie polubiłam (zużyłam na dłonie i stopy), a balsam do ust był w porządku, choć znam lepsze.


Żel pod prysznic Soap&Glory w wersji Clean On Me bardzo lubię za piękny zapach, pompkę i brak wysuszania skóry. Polubiłam również żel do higieny intymnej Naturativ, który dostałam od Hexxany. Miał formę gęstego żelu, dobrze mył, a przy tym był delikatny i nie wywołał u mnie żadnego podrażnienia. Świetny zawodnik. Antyperspirant Dove był w porządku; dezodorant Fenjal lubię stosować po wieczornym prysznicu. Daje mi wystarczającą ochronę na noc. Krem Astrali z polecenia stosowałam do rąk, ale niewiele wskórał na ich tragiczny stan. Diamentowa maska Biovax też nie zrobiła na mnie czy na moich włosach większego wrażenia. Tak samo, jak olej z orzechów makadamia. Nie zauważyłam, żeby zdziałał cuda na moich prostych drutach czy loczkach córeczki.

Trzynaście zużytych produktów; kiedyś bywało ich u mnie ponad dwadzieścia, ale na pielęgnację i makijaż też niestety nie mam ostatnio czasu ;)

piątek, 28 września 2018

Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów

Wspominałam już tu wielokrotnie, że od kilku lat mam ogromne problemy ze skalpem (swędzenie, tłusty łupież, czasem nawet łuska) i większość szamponów (i tych zwykłych, i naturalnych) tylko pogarsza sytuację. Metodą prób i błędów doszłam do tego, że moja skóra głowy nie lubi detergentu zwanego kokamidopropyl betainą (pochodne SLS-ów też są problematyczne, ale troszkę mniej mnie podrażniają), a składnik ten znajduje się w niemal każdym łatwo dostępnym szamponie. Szukam więc składów, w których detergenty są "uspokojone" olejkami i substancjami łagadzącymi, jak na przykład pantenolem. Dlatego właśnie zwróciłam uwagę na balsam myjący Sylveco.

Z góry przepraszam, że nie mam zdjęć opisywanych dziś produktów. Przysięgłabym, że zrobiłam im sesję, ale na komputerze ani aparacie zdjęć nie ma, więc chyba mi się ten photo shoot przyśnił. Jako że niedosypiam, to często śnię na jawie. A ponieważ kosemtyki już zużyłam, a opakowań się pozbyłam, pozostaje mi opcja kopiuj-wklej ze strony Sylveco. Bo powrotu i szansy na sesję w realu nie będzie.


Ze strony producenta:

Hypoalergiczny, przeznaczony do pielęgnacji każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, zniszczonych, pozbawionych blasku, z tendencją do wypadania. Zawiera bardzo łagodne, ale jednocześnie skuteczne środki myjące, które nie podrażniają nawet najbardziej wrażliwej skóry głowy. Unikalne połączenie oleju jojoba i masła karite z naturalnymi składnikami nawilżającymi zapewnia włosom ochronę przed wysuszeniem i niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Przy regularnym stosowaniu normalizuje stan skóry głowy, a włosom nadaje miękkość, gładkość i lekkość bez efektu puszenia.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Posiada delikatny zapach olejku rozmarynowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Coco-Glucoside, Decyl Glucoside, Mel Extract, Cocamidopropyl Betaine, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Glyceryl Oletate, Lactic Acid, Betulin, Sodium Benzoate, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil.


Czyż opis nie sugeruje, że to kosmetyk idealny dla mnie? Ale od początku. Balsam ma postać białej, dość rzadkiej emulsji i nie pieni się zbyt obficie, więc na każde mycie zużywałam większą ilość niż normalnie. Zamknięto go w brązowej, plastikowej butelce z wygdną klapką, ale kiedy butelka owa wyśliznęła mi się z mokrych dłoni i spadła z wysokości około 1,5 metra na podłogę, klapka odłamała się. Ups.

Rzeczywiście kosmetyk ten okazał się łagodny dla skóry głowy. Nie wywoływał luski ani swędzenia, ale nie znormalizował też jej stanu. Swoje podstawowe zadanie - mycie kłaków, spełniał dobrze, ALE nie nadawał moim włosom żadnej miękkości, gładkości, ani tym bardziej lekkości. Wręcz przeciwnie, już po kilkunastu godzinach pojawiał się oklap, a na drugi dzień włosy były już nieświeże (a myję je właśnie co dwa dni, bo mój skalp nie wytrzymuje większej częstotliwości). No i killer - TEN zapach. Powód, dla którego z trudem i w katuszach zużywałam swoją butelkę. Otóż szampon zajeżdża najtańszym cytrusowym płynem do mycia toalet z nutką uryny. Fuuuuuuuj.



No to  przejdźmy płynnie do wygładzającej odżywki. Oto, jak promuje ją producent:


Wygładzająca odżywka na bazie ekstraktu z łopianu przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów. Zawiera składniki wzmacniające, nawilżające i odbudowujące, dzięki którym włosy nabierają blasku, ładnie się układają, są gładkie i elastyczne. Olej z pestek winogron, oliwa z oliwek i olej arganowy chronią przed wysuszeniem i uszkodzeniami. Dodatkowo cukier i panthenol (humektanty) zatrzymują wilgoć i pozwalają uzyskać odpowiednią objętość fryzury, bez obciążenia. Stosowanie odżywki po każdym myciu włosów zapewnia efekt idealnie miękkich, wygładzonych i pełnych blasku włosów.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Wygładzająca odżywka do włosów posiada delikatny zapach olejku sosnowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Cetyl Alcohol, Sucrose, Vitis Vinifera Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Glycerin, Stearic Acid, Arctium Lappa Extract, Panthenol, Decyl Glucoside, Argania Spinosa Kernel Oil, Glyceryl Oleate, Lactic Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Sodium Benzoate, Cocamidopropyl Betaine, Pinus Silvestris Oil.


W brązowej buteleczce z pompką mieszka bardzo rzadka emulsja o podobnym acz nieco delikatniejszym do powyżej opisanego szamponu zapachu smrodku. I jest to produkt, który na moich włosach nie robi kompletnie nic, jakbym nic na nie nie nakładała po myciu. Nie ma efektu "idealnie miękkich, wygładzonych i pelnych blasku włosów". Nic nie ma. Odżywka-widmo proszę państwa.

The end.

Polecicie jakiś delikatny dla skalpu szampon? Mnie doskonale służył mocznikowy szampon Isany, ale oczywiście go wycofali. Mogę jeszcze bez większych konsekwencji sięgać po szampon Alterry granat i aloes... i to by z pewniaków było na tyle. Trochę słabo :/

sobota, 22 września 2018

Color Club, 850 Worth The Risque

Lakier dostałam od Hexxany.

Pojemność: 15 ml
Kolor: szarość z drobinkami, które chcą dawać efekt holo, ale robią to tak niemrawo, że trzeba się go doszukiwać w naprawdę ostrym świetle
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen, Insta-Dri)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia

środa, 19 września 2018

Astor, Big & Beautiful Boom! volume mascara

Mimo iż mam swoich tuszowych ulubieńców, chętnie testuję produkty sobie nieznane. Mam proste, krótkie i raczej rzadkie rzęsy, cenię więc sobie produkty, które je wydłużają i jednocześnie dodają objętości, a niewiele maskar to potrafi. 

Zawodnik od Astor okazał się całkiem do rzeczy, choć oczywiście nie jest to produkt bez wad.


Produkt zamknięto w pomalowanej na złoto, mocno błyszczącej i przez to bardzo niefotogenicznej tubce dość słusznych rozmiarów, co nie czyni ją ani travel-friendly ani łatwą w przechowywaniu. W środku siedzi 12 ml czarnej mazi, i nawet teraz, mniej więcej dziewięć miesięcy od otwarcia, kosmetyk jeszcze się nie skończył, ani nie wyschnął. Osobiście wolałabym mniejszą tubkę z mniejszą ilością mazidła, bo jak wiadomo, maskary najlepiej jest wymieniać co trzy miesiące. Tutaj zużycie kosmetyku w trzy miesiące ani nawet w pół roku wydaje się niemożliwe, co jest marnotrawstwem. Chyba, że inaczej się na to zapatrujecie.

Nie zostałam fanką szczoteczki. Jest wielgachna i łatwo narobić sobie przy nieuważnej aplikacji bałaganu na powiece.


Efekt maskara daje raczej "dzienny". W moim przypadku uwidacznia rzęsy, ale o pełnym objętości wachlarzu nie ma mowy. 

Szacuneczek za brak rozmazywania, osypywania się, kruszenia i tego typu niespodzianek. Tusz jest trwały, a jednocześnie nie stawia oporu podczas demakijażu. To lubię.


Przyzwoity produkt, ale nie czuję potrzeby powrotu do niego.

Znacie?

sobota, 15 września 2018

Mokosh Cosmetics, ujędrniające serum pomarańcza

Uwielbiam olejkowe sera do twarzy, a dzięki Hexxanie miałam okazję wypróbować prawdziwe cacuszko - ujędrniające serum Mokosh.


W prostym, wręcz ascetycznym kartoniku znalazłam ulotkę informacyjną oraz głównego bohatera dzisiejszej notki, umieszczonego w buteleczce z ciemnego szkła, z aplikatorem-pipetą. Kosmetyk pięknie pachnie owocem pomarańczy i ma żółtawe zabarwienie. W jego skład wchodzą m. in. olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, olej z wiesiołka, olej z gorzkiej pomarańczy, ekstrakt z kwiatu gorzkiej pomarańczy, macerat z opuncji figowej, oraz olejek z drzewa herbacianego. Mieszanka tych składników ma dość gęstą konsystencję i w moim przypadku, po aplikacji na twarz spryskaną tonikiem, zostwał na niej wyraźny film, co mi jednak nie przeszkadzało, bo stosowałam produkt na noc. 12 ml serum wystarczyło mi na około 6 tygodni cowieczornego stosowania.



Jak obietnice producenta przełożyły się na moje odczucia? Przede wszystkim serum bardzo dobrze nawilża skórę. Nie musiałam stosować na nie jeszcze dodatkowego kremu. Poza tym skóra twarzy wyglądała po prostu dobrze, młodo i zdrowo: była rozświetlona, miała ładną fakturę (pory zwężone, nie rzucały się w oczy) i koloryt, była bardzo przyjemna w dotyku. Nie miałam też specjalnych problemów z niedoskonałościami podczas tych sześciu tygodni.

Słowem - niesamowicie się z tym serum polubiłam i było mi autentycznie smutno, kiedy dobiłam do dna buteleczki.

Żeby nie było tak różowo, są pewne przeciwwskazania do sięgania po ten kosmetyk. Oto one:


Ja ze swojej strony bardzo polecam.

poniedziałek, 10 września 2018

Podsumowanie zużyć sierpnia.

Jedna trzecia września już za nami, a ja dopiero wyskakuję z pustakami z sierpnia. Od tygodnia próbuję napisać tego posta, mówię Wam.

Ale już nie narzekam na brak czasu, tylko przejdę od razu do tematu.

Pielęgnacja twarzy:


O mojej miłości do olejków hydrofilnych z Biochemii Urody (klik) wspominałam już nieraz. Zużyłam już mnóstwo buteleczek i na pewno będą kolejne. Na zdjęciu wersja pomarańczową, którą kocham za delikatność, skuteczność i cudowny zapach. Serum ujędrniające Mokosh również pięknie pachniało pomarańczami i zdecydowanie zasługuje na osobny wpis, więc postaram się takowy wkrótce napisać. Teraz tylko powiem, że bardzo się polubiliśmy.


Pielęgnacja włosów:



Ach, ten duet z betuliną od Sylveco też muszę obsmarować na blogu, ale nie będzie to post pochwalny. Bynajmniej. Nigdy więcej! Do peelingu Starej Mydlarni natomiast muszę wrócić. Już za nim tęsknię - jest świetny i zasługuje na osobną notkę. W tej małej buteleczce był specyfik do nabłyszczania włosów, ale zużyłam go z trudem, bo widocznie kłaki wysuszał. Ot, dar losu, który przewinął się przez moją kosmetyczkę.


Higiena:


Pianka pod prysznic Dove dała mi wiele radości, gdyż miała genialny gruszkowy zapach. Moja skóra po kąpieli wymagała jednak nawilżenia, a sam produkt dość szybko mi się skończył, nie będzie więc pojawiać się u mnie regularnie, a od czasu (promocji) do czasu (promocji). Olejek pod prysznic Dove służy mi do mycia mojego Beauty Blendera i następną buteleczkę mam już w użyciu. Antyperspirant Rexony szału nie zrobił. Coś tam chronił, ale nie przez cały dzień.


Pielęgnacja dłoni i stóp:


Same ulubieńce: genialne skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics (tanie, szybko działają, bardzo skuteczne), mocznikowy krem Isana, bez zastosowania którego nie mogłabym pójść spać, oraz parafinowy krem do rąk Bielendy (klik), czyli mój stary dobry przyjaciel, kiedy w ciągu dnia skóra dłoni potrzebuje dużej dawki nawilżenia i regeneracji.


I wyrzutki:


Kredka Revlon Colorburst Balm Stain (klik), zakupiona w zestawie w Tk Maxx, od samego początku miała podejrzany zapach - najwidoczniej kupiłam starą. Pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet (klik) zmieniły zapach z meganieprzyjemnego na niesamowicie meganieprzyjemny, więc się z nimi rozstaję bez żalu, bo niczym mnie nie zachwyciły. Pomadka w płynie MUA (klik) trafia do kosza, bo tak brzydko się zjada, że nie mam ochoty po nią sięgać. Do pomadki Million Dollar Lips Wibo (klik) dobrała mi się córcia i coś musiała zrobić, bo cały aplikator jest czarny. Żadna strata - nie lubiłam tego kosmetyku tak czy siak.

I to moi kochani na ten moment wszystko. Pozostaje mi się spiąć i spróbować napisać w najbliższym czasie wszystkie obiecane notki ;) do następnego!

poniedziałek, 3 września 2018

Eveline, błyskawiczny krem-kompres regenerujący do rąk i paznokci

Wow, jeden post na dwa tygodnie. Tak "imponującej" aktywności na blogu nie miałam nawet tuż po urodzeniu córeczki prawie pięć lat temu. Która, swoją drogą, dziś poszła do angielskiej zerówki. Cóż, sierpień to była praca praca praca i na nic innego nie starczało czasu. Nawet na spanie.

Ale nie to jest tematem niniejszego posta. W planach miałam co prawda napisanie podsumowania zużyć, ale nie miałam kiedy porobić zdjęć, a dziś się nie uda, bo pogoda za oknem paskudna, a więc i ładnego światła brak. A jak się nie ma, co się zaplanowało, to.... pisze się notkę, która czeka na napisanie od kilku tygodni, ha! Nie chciałam jednak tego kremu zostawiać tak bez wspomnienia o nim, bo moim zdaniem to tania perełka. Kosmetyk Eveline, o którym dziś mowa, kosztuje bowiem zaledwie niecałe 8 zł w Rossmannie,  a działa naprawdę zacnie.

Mowa o tym gagatku:

W różowej tubce mieszka różowawa emulsja o kwiatowym zapachu. Produkt zawiera 15% mocznika, jest zatem dość treściwy i trzeba poczekać kilka minut na wchłonięcie. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo moim ekstremalnym sucholcom bardzo służą takie otulające formuły.  

Kosmetyk naprawdę dobrze nawilża skórę i przynosi jej natychmiastowe ukojenie, jeśli jest niekomfortowo ściągnięta. Stosowany regularnie rzeczywiście wykazuje działanie regenerujące, a także zmiękcza i uelastycznia naskórek. Naprawdę nie  mogę tej perełce niż zarzucić.

Eveline robi dobre kremy do rąk. Brawo.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Guerlain, Rose Aux Joues, 03 Peach Party

Dziś nacieszymy sobie oczy luksusowym puzderkiem, które przywędrowało do mnie od Hexxany.

Zacznijmy od opakowania: w eleganckim kartoniku mieszka zamszowy futeralik (niestety mocno przyciąga kłaczki różnego pochodzenia), a w nim nasz skarb - czarne puzderko, wyposażone w róż, lusterko, (nieprzydatny) pędzelek oraz magnetyczne zamknięcie. 

Po otwarciu puzderka oczom ukazuje się piękne tłoczenie, a  w nos uderza zapach, który jest ponoć identyczny z aromatem sławnych meteorytów. Nie miałam okazji tego zweryfikować.


Wykończenie tego konkretnego różu jest satynowe, a sam kosmetyk jest średnio napigmentowany, co gwarantuje, że nie zrobimy sobie nim rumieńców widocznych z księżyca. Specjalnie zestawiłam go z Galifornią marki Benefit, żeby pokazać różnicę w pigmentacji.

Róż Guerlain ma suchą i pylącą konsystencję. Widocznie kruszy się pod najdelikatniejszym dotknięciem pędzla i trzeba trochę z nim popracować, żeby przykleił się do policzka, ale za to kładzie się na nim równą warstwą.  Z mojej tłustej cery kosmetyk ewakuuje się po jakiś pięciu godzinach. Robi to jednak równomiernie, bez plam i prześwitów.


Ostatecznie znalazłam temu różowi nowy, dobry dom. I nie przez jego suchość, kruszenie się czy nietrwałość (wszak noszę w pracy makijaż znacznie dłużej niż pięć godzin). Jako posiadaczka chłodnawej karnacji nie czuję się dobrze w różach wpadających w brzoskwinię. Na zdjęciach powyżej nie wyglądam w nim źle, to prawda, ale to jednak nie jest "to". A jeszcze jak da znać o sobie rumień, to te różne odcienie różowości nieładnie mi się na twarzy gryzą.

Mam nadzieję, że ten uroczy róż przyniesie nowej właścicielce trochę radości :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

Podsumowanie zużyć lipca. Zakupy lipca.

Oj, zaczęło się na całego. A konkretnie - sezon turystyczny w Blackpool. Tak mnie wciągnął wir pracy, że przez ostanie dwa tygodnie czasem nie pamiętałam, jak się nazywam, i nie dało się wygospodarować tej godzinki na napisanie posta czy choćby przeczytanie paru stron książki. Gdzieś tam w międzyczasie jedynie czytywałam Wasze blogi. Do końca października będę żyć w takim niedoczasie, z utęsknieniem wypatrując choć kilku chwil oddechu. A że chyba właśnie taka chwila nadarza się teraz, piszę posta. Wszak tradycji musi stać się zadość - miesiąc bez choćby krótkiego podsumowania zużyć to miesiąc stracony ;)

Żel do higieny intymnej Vianka (klik) to jeden z moich ulubieńców w tej kategorii. Jest delikatny i nie podrażnia, za co niezmiernie go cenię. Polubiłam też emulsję do mycia twarzy tej samej marki (klik), która służyła mi głównie do porannego mycia twarzy, krem do rąk Eveline (będzie osobna notka; bardzo przyzwoity), dezodorant Fenjal, który daje mi ochronę w nocy podczas snu, oraz żel pod prysznic Isany - tani i dobry. Antyperspirant Rexona stress control był dużo lepszy od kulek tej marki, więc oceniam go pozytywnie. Maskę dyniową z Sephory dostałam od Agaty. Muszę przyznać, że ładnie oczyściła mi skórę i lekko ściągnęła pory, ale użycie kremu nawilżającego po zabiegu było konieczne. Balsam do ciała z Avonu, który kiedyś dostałam od kuzynki, zgodnie z moimi przewidywaniami ładnie pachniał, ale poza tym niewiele dobrego robił. Miniatur kremu SVR niestety nie mogłam przetestować, bo produkt zepsuł się w nieotwartych opakowaniach z dobrą datą...


Krem do rąk Eveline przez przypadek załapał się do drugiego zdjęcia. To moje zmęczenie i gapiostwo dają o sobie znać. W sezonie przespanie pięciu godzin to luksus; zazwyczaj muszę zadowolić się czterema, pracując przez pozostałe dwadzieścia... Poziom stresu - all time high.

Pianka pod prysznic Radox to kosmetyk, jak mawia Czarszka, w sam raz na raz. Myła dobrze, ale wysuszała skórę, a zapach miała mocno chemiczny. Nie zmartwiłam się, kiedy dobiłam dna.

Płyn do mycia pędzli marki Theatric z Rossmanna był niestety słaby - mocno perfumowany, a przy tym wysoce nieskuteczny. Obok alkoholu izopropylowego nawet nie stał...






 Po tych dwóch próbkach nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat kremu z Retinolem marki Norel. Nie podrażnił mnie. Witaminowy olejek pod oczy IOSSI, prezent od Justyny, służył mi doskonale przez ostatnie miesiące. Właśnie dobrałam się do drugiego opakowania i na pewno poświęcę mu osobny wpis pochwalny. Emma Hardie moringa balm, którego miniaturę dostałam od Hexxany, był bardzo przyjemny w stosowaniu. Pięknie pachniał i dobrze rozpuszczał makijaż twarzy (do oczu się raczej nie nadaje). Kosmetyk nie emulguje, ale mimo to nie zostawia na skórze irytującego, tłustego filmu.


Podkład Lily Lolo w odcieniu China Doll (klik) był moim pewniakiem na lato. Był wydajny, na skórze wyglądał bardzo naturalnie i widocznie jej służył, bo jakby mniej się zanieczyszczała. Moim zdaniem latem nie ma nic lepszego niż minerały!

Bibułki matujące Thearic w wersji różowej (klik) to  moje najukochańsze sebum-odsysacze na rynku. 

Wykończyłam niedostępną już w sprzedaży (wielka szkoda!) pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 160. Bardzo, bardzo lubiłam ten kolorek, jak i całą serię (klik).

Krem CC Olay to nic godnego uwagi (klik). Jak coś jest do wszystkiego, to.... 











***
Na samym początku lipca byłam na chwilę w Polsce na chrzcinach mojej słodkiej brataniczki. Zrobiłam wtedy krótki wypad do Rossmanna po niezbędniki (dosłownie!) i były to całe kosmetyczne zakupy lipca, bo już na inne nie miałam czasu:



No i wszystko. Do napisania, jakkolwiek nieregularne ono będzie ;)

sobota, 28 lipca 2018

Vianek, nawilżająca emulsja myjąca do twarzy

Moja przygoda z Viankiem trwa. Dziś przychodzę z krótką notką na temat przyjemnego kosmetyku do delikatnego mycia twarzy.

Emulsja mieszka w plastikowej buteleczce z pompką o typowej dla Vianka szacie graficznej. Ma postać białego mleczka (niczym do demakijażu) o przyjemnym, kwiatowym zapachu.


Lubiłam myć tym kosmetykiem twarz z rana, gdyż dobrze usuwał resztki nocnej pielęgnacji plus nocny brud z twarzy, a przy tym nie wysuszał mi skóry w najmniejszym stopniu. Nie doświadczyłam również z jego strony żadnego podrażnienia ani innych przykrych niespodzianek. 

Jeśli chodzi o mycie nim skóry wieczorem - tu już nie było tak różowo. Emulsja w jakimś stopniu potrafi rozpuścić makjaż twarzy, ale nie usuwa go w stu procentach. Z makijażem oczu w ogóle sobie nie radzi; panda murowana. W tym przypadku trzeba połączyć ten kosmetyk z czymś silniej działającym.

Edit: Asia słusznie zwróciła mi uwagę, że emulsja nie służy do demakijażu (producent przeznaczył ją do mycia twarzy), więc nie powinnam jej pod tym kątem oceniać. Dodam, że jeśli sięgałam po nią w celu rozpuszczenia makijażu, to i tak myłam jeszcze twarz czym innym, bo stosuję kilkuetapowe oczyszczanie twarzy i lubię skórę na sam koniec wymyć detergentem. Mimo iż jest to kosmetyk do mycia, wygląda jak tradycyjne mleczko do demakijażu i założę się, że jest to dla niektórych użytkowniczek nieco mylące. Przepraszam, jeśli sama wprowadziłam kogoś w błąd.

Dodam, że produkt absolutnie się nie pieni, ale tego się spodziewałam, bo nie widzę w składzie żadnych pianotwórczych substancji. Wspominam o tym, bo wiem, że wiele osób bez piany nie ma poczucia domycia skóry.

Polecam tym, którzy szukają ultradelikatnego, niewysuszającego kosmetyku do mycia twarzy, choć raczej rekomenduję go do usuwania leciuteńkich zabrudzeń.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...