czwartek, 22 lutego 2018

Sylveco, lniana maska do włosów

Nie wiem, jak to się stało, ale nie zrobiłam zdjęć słoiczkowi maski oraz samemu produktowi. Mam jedynie fotki kartonika. A ponieważ maskę już wykończyłam i raczej nie zamierzam do niej wracać, nie mam już jak takich zdjęć porobić. Oj, z wiekiem rozkojarzenie coraz bardziej daje mi się we znaki.

Ale skupmy się na kosmetyku. Jak pokazuje zdjęcie pożyczone ze strony Sylveco (klik)

produkt mieszka w plastikowym słoiczku o przyjemnej dla oka szacie graficznej z aluminiową nakrętką. Pod nakrętką kryje się średnio gęsta (nie spływa z włosów), biała emulsja z perłowym połyskiem, charakteryzująca się dziwnym, nieprzyjemnym zapachem.


Ja stosowałam ten produkt tylko w jeden sposób: raz w tygodniu po myciu głowy szamponem nakładałam na włosy maskę na czas prysznica. Nie sięgałam po kosmetyk częściej, bo zawiera proteiny, które moim kłakom służą tylko w małych dawkach.

Maska sprawdziła się u mnie przeciętnie. W Blackpool (twarda woda) nie robiła praktycznie nic. W Polsce, pod Wejherowem (miękka woda), działała lepiej; zostawiała włosy nawilżone, wygładzone, miękkie, lekkie i lśniące, niczym dobrze działająca odżywka. Ogólnie mam zdrowe włosy, więc dużego wyzwania nie było. To skóra głowy stanowi dla mnie problem, bo ostatnio wiele szamponów strasznie mnie podrażnia. Poza tym włosy bardzo mi wypadają. Obciążenia ze strony maski na szczęście nie doświadczyłam, ale ostatecznie zachwytu też nie ma, bo za prawie 30 zł chyba spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego. No i ten zapach...

wtorek, 20 lutego 2018

Golden Rose, Metals, Metallic Nail Color 114

Lakier dostałam w prezencie od Basi :*

Pojemność: 6 ml
Cena: 5,90 zł
Kolor: stalowy niebieski
Wykończenie: jakby foliowe z lekko metaliczną poświatą
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość szeroki
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Insta-Dri by Sally Hansen)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: bardzo mnie w tym przypadku zaskoczyła, gdyż wyniosła na moich miękkich, słabych paznokciach aż 4 dni



niedziela, 18 lutego 2018

Podopharm, maska do dłoni i stóp z mikrosrebrem

Zostańmy jeszcze przy marce Podopharm. Opisywany dziś produkt podarowała mi Basia (:*), której mocznik (a jest go tu 10%) nie za bardzo służy. Moje dłonie natomiast kochają ten składnik. Nic dziwnego, że cały kosmetyk pokochały.


Mazidło ma postać białej, treściwej (by nie powiedzieć tłustawej) emulsji o zapachu przypominającym klasyczny krem Nivea. Zapakowano je do minimalistycznie estetycznej i funkcjonalnej tubki z klapką.


Kiedy sięgnęłam po ten krem, moje dłonie przdstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Były przesuszone do tego stopnia, że samoistnie pękała mi skóra, z plamami egzemy, pomarszczone jak u staruszki. I to pomimo regularnej pielęgnacji - tak po prostu reagują na zimno, grzejniki i detergenty (płyny do zmywania naczyń bardzo masakrują mi dłonie). Wystarczyły dosłownie ze trzy aplikacje abym odczuła i dostrzegła wyraźną różnicę. Mimo iż krem jest dość tłusty, moje dłonie wchłaniają go niemal całkowicie i zostaje mi na nich jedynie delikatny, w niczym nieprzeszkadzający film typu "niewidzialne rękawiczki". Od razu po aplikacji odczuwam ogromną ulgę, znika uczucie skóry za małej o kilka rozmiarów. Wspomniane niewidzialne rękawiczki utrzymują się przez całkiem długi czas - nie muszę sięgać po kosmetyk po każdym myciu rąk. Przy regularnym używaniu kilka razy dziennie z biegiem czasu stan skóry bardzo się poprawia - znikają przesuszenia, goją się ranki i egzema, naskórek jest gładszy i przyjemniejszy w dotyku. 

Mój hit, jak wszytko z Podopharm, co do tej pory wypróbowałam...

sobota, 17 lutego 2018

Podopharm, regenerujące serum do stóp

Krem, czy też serum do stóp Podopharm, dostałam w prezencie od Hexxany. Niespodzianka bardzo mnie ucieszyła, bo znam i uwielbiam krem do stóp z lipidami tej marki (klik). Od razu mogę Wam zdradzić, że u mnie serum spisało się równie dobrze jak lipidowy zawodnik.


W estetycznej, białej tubce mieszka gęstawa emulsja o lekko piaskowym odceniu i bardzo przyjemnym zapachu kojarzącym mi się z werbeną. Produkt nie daje żadnych efektów termicznych. Ze względu na swoją treściwą konsystencję kosmetyk dość dlugo się wchłania i zostawia na stopach mocno wyczuwalny film, dlatego stosowałam go głównie na noc.

Ze świetnymi rezultatami. Skóra moich stóp jest sucha i wykazuje ogromną tendencję do błyskawicznego rogowacenia w newralgicznych miejscach, na przykład na piętach. Serum Podopharm moje stopy bardzo ładnie nawilżało, uelastyczniało naskórek i spowalniało proces rogowacenia.

Nie mam się do czego przyczepić. Doskonały kosmetyk (no chyba że ktoś nie lubi otulających tłuścioszków na stopach)!

czwartek, 15 lutego 2018

Golden Rose, Metals, Metallic Nail Color 112

Lakier dostałam w prezencie od Basi :*

Pojemność: 6 ml
Cena: 5,90 zł
Kolor: przybrudzona fuksja
Wykończenie: lekko metaliczne
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość szeroki
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Insta-Dri by Sally Hansen)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich, słabych paznokciach trzy dni, więc dobra



środa, 14 lutego 2018

Venus BodyCare, Nature, koncentrat detox

Kosmetyk Venus kupiłam spontanicznie w Drogerii Natura. Zapłaciłam chyba mniej niż 10 zł, a skusiłam się z czystej ciekawości, gdyż skład wydał mi się nienajgorszy.

Balsam do ciała zapakowano w wygodną tubę z miękkiego plastiku. Produkt ma postać białej emulsji o średniej gęstości i przyjemnie pachnie. 

Jak to kosmetyki bez silikonów mają w zwyczaju, balsam maże się na skórze podczas aplikacji, najlepiej więc go w naskórek wmasowywać małymi porcjami. Efekt wart jest tego lekkiego wysiłku - mazidło skutecznie i na długo nawilża skórę i daje poczucie komfortu; sprawia też, że skóra jest miła w dotyku. W moim przypadku działał przez całą dobę od aplikacji (to znaczy, że skóra mi się nie wysuszała ani odwadniała przez dobę).

Nie wiem czemu, ale nie spodziewałam się wiele po tym niepozornym kosmetyku, a naprawdę pozytywnie mnie zaskoczył. Brawo, Venus!

niedziela, 11 lutego 2018

Golden Rose, Metals, Metallic Nail Color 108

Lakier podarowała mi w prezencie Basia :*

Pojemność: 6 ml
Cena: 5,90 zł
Kolor: miedziany brąz z różowymi podtonami, bardzo ciekawy
Wykończenie: metaliczne
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, szeroki, w moim odczuciu wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec (choć na upartego i jedna warstwa mogłaby wystarczyć)
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach standardowa - czyli dwa dni



sobota, 10 lutego 2018

Na nie i na tak: Glamglow, Youthmud Tinglexfoliate Treatment oraz Thirstymud Hydrating Treatment

O maskach Glamglow, ponoć uwielbianych przez amerykańskie (i nie tylko) gwiazdy, zrobiło się głośno za sprawą youtube. Twórcy zachwycali się tymi wyjątkowymi produktami najnowszej generacji i ich cudownym działaniem na skórę, wzbudzając w rzeszach odbiorców chęć zdobycia prezentowanych skarbów. Sama również byłam ciekawa oferty tej marki, ale jednocześnie nie byłam gotowa opróżnić portfela na jedno czy drugie drogie opakowanie. Na szczęście nie musiałam, bo dwa warianty z dziesięciu (w wersji podróżnej) zostały mi podarowane w prezencie urodzinowym przez Słomkę i Stri-lingę.

Jak wskazuje tytuł dzisiejszej notki, z jedną z nich się polubiłam, a z drugą definitywnie kończę przygodę.


Obie maseczki zostały zapakowane w małe, poręczne słoiczki. Każdy wariant ma inną wersję kolorystyczną opakowania, co moim zdaniem jest bardzo fajnym posunięciem - zwlaszcza dla osób posiadających kilka sztuk. Bardzo ułatwia to identyfikację.

Maseczką, z którą się nie polubiłam, jest wersja oczyszczająca. Kosmetyk ma postać błotnej pasty z wyraźnie wyczuwalnymi pod palcami ostrymi drobinkami i kawałkami roślinnymi, które robią bałagan w zlewie. Zdaniem mojego nosa pachnie dziwnie i nieprzyjemnie - coś jak perfumowane gnijące rośliny? Perfumowana spirulina (choć tej w składzie nie widzę)? Oczyszcza bardzo mocno - nie tylko ściąga ze skóry zanieczyszenia, ale również warstwę hydrowo-lipidową, co oznacza, że po zmyciu skóra jest sucha, ściągnięta i spragniona. Nie to jednak jest źródłem mojej niechęci. Niestety produkt ten okazał się zbyt agresywny dla mojej naczynkowej cery. Tuż po aplikacji maska daje efekt intensywnego i bardzo nieprzyjemnego rozgrzania skóry, a podczas zmywania chcąc nie chcąc fundujemy sobie mechaniczny peeling. Moje naczynka ani jednego, ani drugiego nie lubią, więc kiedy już zacisnęłam zęby i wytrzymałam palenie skóry niczym żywym ogniem, przez kilka godzin po domowym SPA  musiałam walczyć z intensywnym, długotrwałym rumieniem. Maskę zużyłam na czoło i brodę, ale i tak się z nią już do końca nie polubiłam; mocne efekty cieplne na twarzy to nie jest to, co lubię.

z lewej maska oczyszczająca; z prawej - nawilżająca


Z kolei maska nawilżająca to już zupełnie inna para kaloszy. Ma postać brązowawej, lekko zawiesistej a lekko żelowej emulsji, i przyjemny słodkawy zapach. Można nakładać ją grubszą warstwą na twarz na kilkanaście minut, ale nawilża jeszcze lepiej zaaplikowana na skórę cienką warstwą na całą noc (pod makijaż absolutnie się nie nadaje, bo lekko zmienia odcień skóry). Produkt dobrze nawilża i daje skórze ukojenie. U mnie nie wystąpiło żadne zapychanie czy podrażnienie. Po prostu bardzo przyzwoita maseczka nawilżająca.

Dziękuję Dziewczyny za ufundowanie mi tej przygody. Maski uważam za bardzo ciekawe, ale nie wiem, czy ten cały hype wokół nich jest uzasadniony. 

Jak tam Wasze doświadczenia z produktami spod tego szyldu?

poniedziałek, 5 lutego 2018

Dr Lewin's, Line Smoothing Complex, triple action day defence

Dziś biorę na tapetę kosmetyk, który dostałam w prezencie od Hexxany. I choć towarzyszył mi każdego ranka przez ponad dwa miesiące, do ostatniego pompnięcia nie mogłam się zdecydować, czy to jest serum do twarzy, czy może baza pod makijaż. Naprawdę nie wiem, a na etykiecie producent też go nie zaszufladkował.

I masz babo placek.

Przyznać trzeba, że mazidło wygląda kosmicznie:


Ta plastikowa tubka ze złotymi elementami daje wrażenie luksusu. A pompka z tłokiem działa bez zarzutu do samego końca i pozwala wycisnąć kosmetyk do ostatnej porcji. Co do konsystencji, wizualnie to robi ona wspomniane kosmiczne wrażenie. Otóż w bezbarwnym żelu wiszą sobie trzykolorowe kapsułki. Wyciskamy to-to na dłoń (za każdym razem porcja wygląda nieco inaczej; zależy co wyleci), a podczas aplikacji wspomniane kapsułki szybciutko łączą się w jedno ze skórą i natychmiastowo wchłaniają. Tu pojawia się jednak pierwszy zgrzyt - zapach. Mazidło mocno zajeżdża wódką, a producent próbował zakamuflować ten aromat kwieciem, co daje mieszankę wybuchową. I raczej nieprzyjemną.


Po bardzo szybkim wchłonięciu produktu nie widać na skórze większej różnicy niż przed aplikacją. Mazidło na pewno nie nawilża, więc trzeba na nie (lub pod nie), dołożyć jeszcze jakiś krem. No, może cera robi się nieco gładsza w dotyku, przez co makijaż lepiej wygląda, ale nie jest to specjalnie oczywiste. Na dłuższą metę również nie zaobserwowałam wpływu tego produktu na moją skórę. Widoczne linie mam na swoim trzydziestojednoletnim jeszcze pyszczku na razie jedynie pod okiem (a producent nie zaleca suto skropionego alkoholem kosmetyku zbliżać do oczu) i na czole. Na czole nic się nie zmieniło; linie jakie były, takie są. Producent ględzi na kartoniku, że jego wyrób może stanowić alternatywę dla bolesnych zastrzyków (domyślam się, że chodzi o wypełniacze lub botoks), ale nie w moim przypadku. Dodam, że te linie na moim czole nie są dla mnie na razie żadną tragedią i uważam, że są za płytkie, by myśleć o medycynie estetycznej. Nasuwa się zatem pytanie: jeśli produkt nie poradził sobie z relatywnie mało problematyczną sytuacją, jak zadziała na bardziej dojrzałej cerze?

Producent chwali się również ochroną antyoksydacyjną. Owszem, w składzie (długim i korzystającym z nowoczesnych rozwiązań) znajdują się substancje o takim działaniu. Ale w warunkach domowych żadną miarą zmierzyć się tego nie da, więc pozostaje mi mieć jedynie nadzieję, że trochę wolnych rodników kosmetyk ten na mojej skórze zlikwidował.


Widzicie teraz, dlaczego nie potrafię zdecydować, z jakim wogóle typem kosmetyku miałam do czynienia przez ponad dwa miesiące? Znacie tę markę? Jakieś doświadczenia z nią? Czy też zdarzyło Wam się spotkać z produktem, którego przeznaczenie było dla Was zagadką?

sobota, 3 lutego 2018

Podsumowanie zużyć stycznia. Zakupy stycznia.

Czas zapiernicza i przecieka mi przez palce. Godziny niepostrzeżenie zmieniają się dni, dni w tygodnie... Nawet się nie obejrzałam, a już skończył się pierwszy miesiąc roku.

Wydarzenie to trzeba oczywiście uczcić postem zużyciowo-zakupowym. W śmieciach wylądowały następujące kosmetyki do twarzy (a raczej opakowania po nich):


Osobne posty na ich temat "się piszą". Powiem tylko, że produkt Dr Lewin's nie zrobił na mojej twarzy wrażenia, natomiast z maski Glamglow byłam zadowolona, a zestawem do pielęgnacji twarzy Estee Lauder wręcz zachwycona.



Teraz ciało i włosy. Co my tu mamy? Starych dobrych znajomych od Isany, czyli świetny zmywacz do paznokci i mój ukochany, najgienialniejszy krem do rąk z mocznikiem 5%. Antyperspirant Adidas był OK. Wystawiłabym mu ocenę dostateczną, bo działał u mnie przez jakieś 10 godzin. Serum antycellulitowe Bielendy już tu kiedyś chwaliłam (klik).  Naprawdę mocno grzeje, na granicy bólu, ale całkiem dobrze ujędrnia skórę, a o to mi przede wszystkim chodziło. Maska do dłoni w formie nasączonych w środku rękawiczek z Exclusive Cosmetics nic specjalnego na moich sucholcach nie zdziałała. Na temat maski do włosów Sylveco (taka sobie), balsamu do ciała Venus (bardzo dobry) oraz serum do stóp Podopharm (genialne) też napiszę osobne notki. A przynajmniej taki mam plan.


Jeśli o zakupy chodzi, trzymałam się aktualnych potrzeb.


Poza sezonem turystycznym w Blackpool staram się bywać w Polsce jak najczęściej, a wożenie tam i z powrotem rzeczy typu pumeks/tarka do stóp czy czyścik do pędzli zupełnie nie ma sensu. Ponieważ skończył mi się antyperspirant i peeling do stóp, kupiłam nowe. Nie miałam też na stanie żadnej maski algowej, więc przy okazji wizyty w Organique, gdzie wybrałam się po prezent urodzinowy dla kuzynki, skusiłam się na maseczkę dla siebie. I to wsio, żadnych ekscesów.

Ech, jestem strasznie do tyłu z zaplanowanymi wpisami. No nic, jakoś to będzie.

piątek, 26 stycznia 2018

Rozczarowania i buble 2017 roku - pielęgnacja.

Nie tylko opisana post wcześniej kolorówka zaszła mi w ubiegłym roku za skórę. Niestety napatoczyłam się również na kilka pielęgnacyjnych rozczarowań.

Garnier, Micellar Oil-infused Cleansing Water (klik)


No dobrze, nie jest to w moich oczach totalny bubel. Nie podrażniał skóry ani oczu i coś tam w niewielkim stopniu robił. Niestety nie potrafiłam go polubić. Po pierwsze, fazy niesamowicie szybko się rozdzielały i trzeba było się porządnie butelką natrząchać podczas całego procesu demakijażu. Po drugie, wspomniany proces nie był ani szybki, ani przyjemny, bo z demakijażem niewodoodpornego makijażu produkt radził sobie kiepsko i trwało to całe wieki. Tak jak z różowym Garnierem po 2-3 wacikach jest po sprawie, tak tutaj zużywałam ich ze trzy razy więcej, a i tak nie czułam, żeby wszystko było usunięte w 100%.
AA, Oil Infusion 30+, krem pod oczy; Lanocreme, Extra Firming Eye Gel with manuka honey (klik


Propozycja Lanocreme ma postać mętnego żelu o intensywnym miodowym zapachu. Opakowanie z pompką jest stylowe, wygodne i higieniczne. Producent chwali się zawartością ekstraktu z owocu kiwi, kolagenu, oleju arganowego, miodu manuka i aloesu, co ma stanowić niezwykle odżywczą, łagodzącą i ujędrniającą mieszankę. Niestety u siebie żadnego z tych pożądanych efektów nie dostrzegłam. Wręcz nie mogłam stosować kosmetyku solo, bo na noc był zdecydowanie za mało odżywczy, a na dzień za mało nawilżający i już po kilku godzinach czułam jak cienka i delikatna skóra pod oczami odwadnia się, wysycha i ściąga. 



Krem AA zapakowano w typową tubkę z dziubkiem. Ma postać białej, gęstawej emulsji i jest bezzapachowy. Dałam mu szansę ze względu na ciekawe składniki aktywne, m. in. masło shea, olej marula, pantenol, olej arganowy, alantoinę, olej z ostropestu plamistego, olej z ogórecznika, czy skwalan. Chciałam zobaczyć u siebie obiecaną metamorfozę; skórę "głądką, nawilżoną i pełną blasku". Nic z tego. Krem okazał się w moim przypadku zwykłym, podstawowym nawilżaczem. Nadawał się pod makijaż, a na noc łączyłam go z opisanym wyżej żelem. Dzięki temu zabiegowi skóra mi się w nocy nie odwadniała, ale na żadne zachwycające rezulaty nie mogłam liczyć. 


Stara Mydlarnia, organic garden, wzmacniający szampon (klik)


Szampon ma postać bezbarwnego żelu o dziwnym, ni to lawendowym, ni ziołowym, ni kwiatowym zapachu. Spienia się dość słabo, a piana nie należy do zbitych i obfitych. Kosmetyk zapakowano w butelkę ze sprawnie działającą pompką. Co mi się jednak nie do końca spodobało to fakt,  że na zużycie 500 ml producent dał nam tylko 3 miesiące. Normalnie myjąc włosy co drugi dzień raczej bym się w tym czasie nie wyrobiła, gdyby nie fakt, że do umycia włosów potrzebowałam sporej ilości szamponu - tak słabo się pienił. Jeśli zaś o działanie chodzi, daleko mi do zachwytów. Włosy po umyciu tym specyfikiem szybko zaczynały tracić świeżość, były oklapnięte i brakowało im jakiekolwiek lekkości czy objętości. Żadnego wpływu kosmetyku na ich wzmocnienie nie odnotowałam. Żadna z obietnic producenta nie została spełniona.
 Vianek, krem do rąk nawilżający (klik)


Producent zapakował swój wyrób do typowej tubki z zamknięciem na zatrzask. Moim zdaniem jednak nie jest to najlepsze rozwiązanie w tym konkretnym przypadku, gdyż kosmetyk ma tak wodnistą konsystencję, że po otwarciu klapki po prostu się z tej tubki niekontrolowanie wylewa. W tym przypadku najlepiej sprawdziłoby się opakowanie z pompką. Kosmetyk przyjemnie pachnie i dość szybko się wchłania. Bazuje na wodzie, ale oprócz niej w jego składzie znajdziemy m. in. olej sojowy, mocznik, masło shea, ekstrakt z robinii akacjowej, olej z kiełków pszenicy oraz pantenol. Substancji odżwyczo-nawilżająco-natłuszczająco-regenerujących zatem nie brakuje, aż dziwne więc, że kosmetyk na skórze moich dłoni nie robił wrażenia. Co prawda w czasie testowania kosmetyku przedstawiała ona obraz nędzy i rozpaczy - egzema, suche, szorstkie placki, mniejsze i większe pęknięcia, które nie chciały się goić; tego typu sprawy. Niestety w tak ekstremalnym przypadku krem zupełnie sobie nie radził, a nawet doraźną ulgę dawał na krótko, dosłownie 10-15 minut.
Eveline, Argan & Vanilla, luksusowy krem-serum do rąk i paznokci (klik


Krem ma postać słomkowej w odcieniu emulsji i dość szybko się wchłania. I w moim ciężkim przypadku nie spełnił ani jednej obietnicy producenta. Na pewno nie nawilżał i nie odżywiał na dłużej niż pół godziny, tym bardziej nie intensywnie, wygładzał na kilka sekund, nie redukował szorstkości w najmniejszym nawet stopniu, nie robił najmniejszego wrażenia na skórkach ani paznokciach, nie radził sobie z przebarwieniami ani troszeczkę.... Po prostu doraźnie znosił uczucie ściągniętej, zbyt małej skóry na krótki okres czasu. I tyle. Eveline ma w ofercie dużo skuteczniejsze produkty do pielęgnacji dłoni.
Vis Plantis, Helix Vital Care, krem do rąk i paznokci nawilżający (klik


Jak na tak dużą ilość parafiny i wazeliny w składzie ta biała emulsja zaskakuje lekką i szybko wchłaniającą się konsystencją (u mnie nie zostawiała żadnego filmu). Zapach ma cytrusowy, mocno kojarzący się z chemią gospodarczą. Krem, stosowany przeze mnie kilka-kilkanaście razy dziennie, nie spełnił w moim przypadku żadnych obietnic producenta. Nie nawilżał, koił na kilka minut, nie działał na skórki ani paznokcie, nie przyniósł żadnych efektów długofalowych. Mogłam co najwyżej liczyć na doraźne, chwilowe zniesienie uczucia ściągnięcia skóry. Mając na uwadze skład (a nie obietnice producenta), jestem zaskoczona. Zgodnie z moimi dotychczasowymi doświadczeniami produkt powinien stać się nowym odkryciem. A tu zonk.
Lirene, Vital Code, ujędrniający witaminowy olejek oraz wygładzający multi olejek (klik)

Olejki zapakowano w plastikowe butelki z atomizerem. Taki sposób aplikacji oprócz ciała natłuszczał wszystko naokoło (więc jeśli macie jakieś mordercze plany w stosunku do osób, z którymi dzielicie łazienkę, polecam niesprzątanie wanny/brodzika po kąpieli; o niewinnie wyglądające pośliźniecie baaardzo łatwo), a z samych flaszek w krótkim czasie zaczynały schodzić etykiety. Butelczyny schowane były w kolorowych kartonikach z opisem wielu obietnic, z których żadne się nie spełniły. Przyciągająca wzrok szata graficzna przede wszystkim; kto by się tam przejmował działaniem (a raczej jego brakiem)? Poszczegolne wersje różniły się zapachem, ale żaden z nich nie był szczególnie charakterystyczny. Ot, aromaty "kosmetyczne". Ten z zieloną etykietą był bardziej świeży, cytrusowy, ten z czerwoną - kwiatowy. Co do składów; skóra by chyba bardziej skorzystała, gdyby wyrzucić z nich parafinę (choć do ciała nie demonizuję, ale wolę unikać) i znoszące uczucie tłustości silikony. Może wtedy działanie pielęgnacyjne byłoby na wyższym poziomie? Nie wiem, nie znam się, ale z doświadczenia wiem, że moja osobista zewnętrzna powłoka bardzo dobrze reaguje na olejowe mieszanki bez tych dodatków. Poza tym kiedy sięgam po olejek, nie zależy mi, żeby był "suchy". Miałam ich kilka i.... Suche olejki na mnie działają tylko doraźnie i na krótko, więc bez sensu takie smarowanie. U mnie oba olejki Lirene działały tak samo, czyli nijak. Po aplikacji skóra była nawilżona może do godziny. Żadnego długofalowego działania; długotrwałej ulgi. Co z tego, że ubrania nie lepiły się do ciała; można stworzyć skuteczniejsze, relatywnie nietłuste mieszanki olejów. Plus? Nie doszło do wysypu na dekolcie.
Lirene, Antycellulitowy endo-masaż, olejek antycellulitowy plus bańka chińska (klik


Producent zapakował specyfik do plastikowej butelki z nakrętką, a tę, wraz z małą bańką chińską, wrzucił do wściekle zielonego kartonika, który trudno przeoczyć na drogeryjnej półce. Gwoli sprawiedliwości przyznam, że olejek miał ładny, cytrusowo-skłodkawy zapach, a ponieważ było go tylko 100 ml to, na szczęście, nie był wydajny. I tu kończą się zalety. Powiedzmy sobie szczerze: sam olejek nie ma w składzie zbyt wielu substancji uznawanych za skuteczne w walce z cellu. Wnioskuję zatem, że w tym przypadku całą dobrą robotę miała odwalać bańka chińska znana jako jeden z najskuteczniejszych sposobów na walkę z pomarańczową skórką, o ile jest to walka systematyczna. No i może miałoby to sens, gdyby olejek był tłustszy niż jest. Bo tutaj zastosowano formułę suchego olejku, który bardzo szybko się wchłania i NIE DAJE POŚLIZGU POTRZEBNEGO NA KILKUMINUTOWY MASAŻ BAŃKĄ. Paranoja po prostu. Produkt nie spełnia swojego najbardziej podstawowego zadania. Nie wspominając już, że jest tak lekki, iż nie ma nawet właściowości nawilżająco-natłuszczających. Ostateczenie do masażu musiałam stosować inną oliwkę, a olejkiem smarowałam się po kąpieli jedynie po to, żeby dowilżyć skórę i nawet w tej roli się nie spełnił. Dwa-trzy dni pod rząd stosowania samego tylko olejku bez dodatkowego nawilżacza skutkowało suchymi plackami na skórze ciała. 
Lirene, Antycellulitowa Mezoterapia, remodelator sylwetki, reduktor cellulitu i tkanki tłuszczowej; Wygładzająca Eksfoliacja, antycellulitowe serum o działaniu złuszczającym (klik)

Oba produkty zapakowano w podobne tubki z miękkiego plastiku. Nie ma żadnych problemów z wydobyciem kosmetyków i można zużyć wszystko do ostatniej kropli, bo tubkę łatwo na końcu przeciąć. Mają konsystencję białej, rzadkawej emulsji, która potrzebuje 2-3 minut na wmasowanie w skórę. Nie zostawiają na ciele żadnego tłustego filmu. Obie wersje różnią się zapachem, ale żaden z nich nie jest szczególnie przyjemny; są chemicznie cytrusowe. Jak wiecie, nie znam się na biochemii kosmetycznej, ale rzut moim laickim okiem na składy nie pozostawia złudzeń, że działanie mazideł może zaskoczyć. Prawie nie ma w nich uznanych substancji aktywnych sprawdzających się w walce z cellulitem, jak chociażby kofeina. Opisów, wizualizacji i statystyk mamy na opakowaniach sporo, ale niestety.... Zdaniem mojej skóry to wszystko to bajkopisarstwo. Oczywiście istnieje możliwość, że mam naskórek słonia. Ale ponieważ sera tego typu stosuję dość regularnie wiem, że im więcej w nich składników aktywnych typu algi, kofeina, żeń-szeń, to i lepsze efekty na sobie widzę. Opisywane mazidła Lirene po prostu lekko nawilżały skórę, a dzięki silikonom naskórek był przyjemny w dotyku. I to by było na tyle. Chłodząco-rozgrzewająca czternastodniowa terapia tej samej marki (klik) naprawdę widocznie ujędrnia i napina skórę, więc do niej zdarza mi się wracać; dziś opisywane sera to w porównaniu ze wspomnianą terapią słabizna. Aż dziw, że to ten sam producent.


PS 1. Naprawdę nie uparłam się na nieszczęsne Lirene. Ich kosmetyki mi nie służą i uważam, że jakościowo są daleko w tyle za innymi polskimi markami.

PS 2. Nie wymagam od kosmetyków redukcji cellu. O tego typu produktów chcę jedynie ujędrnienia skóry jako dodatek do ćwiczeń.

środa, 24 stycznia 2018

Rozczarowania i buble 2017 roku - kolorówka.

O kosmetykach, które z różnych powodów się u nas nie sprawdzają, też warto pisać. W idealnym świecie krytyka mogłaby pomóc producentom wprowadzić korzystne zmiany... 

Zwykle robiłam jeden wpis z rozczarowaniami, ale w ubiegłym roku trochę się ich nazbierało, więc pozwoliłam sobie rozbić go na kolorówkę i pielęgnację, bo inaczej wyszedłby niezły tasiemiec.


Podkład.

Ilia, Vivid Foundation, Tularosa (klik


Idealny przykład na to, że nie wszystko, co naturalne, jest dla nas dobre. W składzie podkładu znajdziemy kilka olejów: kokosowy, słonecznikowy, różany, pomarańczowy, żurawinowy; do tego wiele naturalnych ekstraktów. Skład na oko laika jest naprawdę ładny, ale... w praktyce nie okazał się dobry dla mojej tłustej cery. Ze względu na wyraźnie tłustawą konsystenję nie mogłam aplikować podkładu  ani palcami, ani pędzlem, bo bardzo się mi na skórze odznaczał i wyglądał ciężko; po prostu się z nią  nie stapiał. Jedynym słusznym narzędziem okazał się wilgotny Beauty Blender, za pomocą którego udawało mi się nie uzyskać maski (oczywiście mówimy o stosowaniu niewielkich ilości, a nie tynkowaniu twarzy uprawianym przez większość popularnych youtuberów). Nie oznacza to jednak, że twarz wyglądała naturalnie, bo podkład dawał na mnie bardzo mokre, świecące wykończenie, z czym pudry nie do końca sobie radziły. A przypudrować go musiałam, bo inaczej zaczynał mi zjeżdżać ze skóry. Po utrwaleniu bardzo szybko (dosłownie po 2 godzinach) zaczynałam się świecić, jakbym wysmarowała się smalcem, choć bibułki matujące nieco ratowały sytuację. Najgorsze było jednak to, że jeśli sięgałam po ten produkt kilka razy z rzędu, zauważałam wysyp czarnych kropek na brodzie - podkład zanieczyszczał mi pory. Żeby oddać jednak kosmetykowi sprawiedliwość, dobrze służył mi jako dodatkowa warstwa ochronna podczas mroźnych spacerów. I jeszcze jedno: zauważyłam, że czasem zdarzało mu się rozpuszczać korektor pod oczy w miejscu styku. Pierwszy raz spotkałam się z takim dziwacznym zjawiskiem. Podkład dawał bardzo lekkie krycie. Według producenta można było je budować, ale w moim przypadku nie za bardzo miało to sens (wszystko spływało). 
 
 
Pharmaceris, Fluid Matujący Zwężający Pory (01 Ivory) oraz Fluid Ochronno-Korygujący (01 Ivory) (klik


Listę zarzutów wobec tych podkładów mam długą. Najbardziej oczywisty to odcienie. Bo ja znam wieeele Polek (sama zresztą się do tej grupy zaliczam), dla których widoczne wyżej najjaśniejsze kolory byłyby dużo za ciemne. Zwłaszcza fluid matujący jest ciemny i żółty, i robił mi na twarzy kurczaka. Byłam zmuszona mieszać go z białym podkładem. Fluid ochronno-korygujący wypadał na twarzy jaśniej i aż tak nie odznaczał się od szyi. Oba podkłady mają gęstą, ciężką konsystencję. Nakładane palcami i pędzlem robiły mi na twarzy maskę widoczną z kilometra, osiadały na meszku, właziły w pory i generalnie na pewno nie upiększały. Dużo lepiej wyglądały zaaplikowane Beauty Blenderem. Oba mają dość lekkie krycie, którego niestety nie mogłam budować. Moja skóra tolerowała niewielkie ilości podkładów; jeśli nałożyłam za dużo mililitrów na twarz bądź próbowałam budować krycie przez dokładanie warstw, nawet po przypudrowaniu wszystko szybko zaczynało spływać i ciastkować się. W przypadku fluidu matującego chwilę po wklepaniu podkładu jajkiem twarz miała całkiem ładne, satynowe wykończenie, ale nie trwało to długo. Moja skóra szybko zaczynała produkować sebum pod tym fluidem i już po trzech, góra czterech godzinach świeciłam się jak córa króla smalcu. Oczywiście po przypudrowaniu. Po kolejnej godzinie-dwóch podkład zaczynał się miejscami ciastkować, warzyć i włazić w pory. Nic przyjemnego. Flud ochronno-korygujący wyglądał i zachowywał się na mojej twarzy nieco lepiej; już mnie tak bardzo nie zażółcał i miał ładne, satynowe wykończenie. Tutaj też po czterech godzinach skóra była gotowa na bibułki matujące, ale sebum było mniej niż w przypadku wyżej opisanego kolegi. Ten zawodnik nie miał tendencji do warzenia się, ciastkowania czy zbierania w porach, więc okazał się lepszy od wersji matującej, ale też nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała do niego wrócić. A poza tym podejrzewam go o zapychanie, bo za każdym razem kiedy sięgałam po niego przez 3-4 dni pod rząd, witałam na twarzy nowe bomby. Dodam, że od lat stosuję kilkuetapowy demakijaż, więc nie była to kwestia niedoczyszczenia przeze mnie skóry.
 
 
INMND, Beauty Elements, BB Treatment Cream


To ta tubka w środku. Dostałam ten krem od Hexxany i jakoś nie zebrałam się, aby go obsmarować w osobnym poście. Czemu więc nie zrobić by tego teraz? Jest to produkt azjatycki. Zamknięto go w tubce zakończonej dzióbkiem (z opakowania należy go wycisnąć). Ma przyjemnie jasny kolor wpadający w żółte tony i bardzo wodnistą konsystencję. Charakteryzuje się średnim kryciem i oferuje bardzo wysoką ochronę przeciwsłoneczną. Zdaniem producenta kosmetyk jest podkładem, korektorem pod oczy oraz bazą pod makijaż w jednym, a przy tym także pielęgnuje cerę. Ma wygładzać skórę i minializować widoczność porów, a także dawać naturalne wykończenie. W teorii - bajka. A w praktyce? A w praktyce produkt ten zawiera w sobie coś na kształt pudru (jakby puder w zawiesinie? chodzi o to, że z tubki nie wypływa gładka emulsja, ma w  sobie pudrowe grudki) i daje na twarzy pudrowe wykończenie, czego jako posiadaczka cery tłustej absolutnie bym się nie czepiała, gdyby nie fakt, że ów puder osiada na skórze i meszku a także zbiera się w porach; po prostu odznacza się na twarzy, robi maskę. Poza tym kosmetyk nie tylko matuje, ale wręcz wysusza skórę, więc pod oczy nie nadaje się zupełnie. Żeby poprawić sytuację starałam się eksperymentować mieszając krem BB z kremem nawilżającym, innym lekkim podkładem czy próbując stosować go jako bazę pod minerały. Niestety nic to nie dało.  W pierwszych dwóch przypadkach owszem, ładniej wyglądał na skórze, ale bardzo tracił na trwałości i nawet po przypudrowaniu nie zastygał, przemieszczał się na twarzy, zbierał w liniach, a po kilku godzinach ciastkował się. Jako baza pod minerały bardzo wysuszał cerę a wszystko wyglądało ciężko i nieładnie. Niestety nie dogadałam się z nim. Przy okazji innego wpisu ujęłam aparatem, jak pudrowo i ciężko wyglądał na twarzy:
 
 

Róż.

NARS, róż Orgasm (klik)


Zupełnie się nie spodziewałam zawodu ze strony kultowego kosmetyku-legendy. A jednak. Orgasm to bardzo ładny, rozświetlający róż ze złotym shimmerem. Odcień pasuje do prawie każdego makijażu, ale produkt ten zupełnie nie chce przyklejać się do mojej twarzy bez względu na to jaki podkład (płynny, mineralny) czy puder (o ile w ogóle) użyłam wcześniej. Jeśli chcę, żeby róż był na mnie widoczny, muszę aplikować go zwilżonym Beauty Blenderem a potem delikatnie rozetrzeć pędzlem. Uskuteczniając takie kombinacje muszę jednak liczyć się z faktem, że i tak maksymalnie po 5-6 godzinach różu na mojej skórze nie będzie widać. Najpierw nie chce się do niej przykleić (mimo iż pigmentację ma w porządku), a po zaaplikowaniu sposobem, nie chce się na niej trzymać. 


Maskara.

Maybelline, the falsies Push Up Drama mascara (klik)


Spójrzcie na szczoteczkę. Tak rzadko rozstawione wypustki plus mokrawa formuła kontra krótkie, rzadkie rzęsy - to się nie mogło udać. No i się nie udało. Dodam jeszcze, że na czubku spiralki oczywiście gromadzi się nasz natrętny przyjaciel glutek. Bez chusteczki w podorędziu nie ma co podchodzić. Tyle dobrego, że maskara nie ma raczej tendencji do osypywania i rozmazywania się. Jaki efekt daje szczoteczka z rzadko ułożonymi ząbkami? Nie ma rozdzielenia rzęs, a wręcz przeciwnie - w równych odstępach mamy grupki rzęs sklejonych. Może i wygląda to trochę rockowo, trochę buntowniczo, ale mnie ten efekt się nie podoba. Ja wolę kiedy rzęsy są rozdzielone, pogrubione, wydłużone i podkręcone bez użycia zalotki, a nie zbite w strączki. Naprawdę, lepiej te 38 zł zainwestować w Lash Sensational. I o co chodzi producentowi z tym The Falsies? Tuszem nie da się uzyskać efektu sztucznych rzęs!
 
 
Karaja, maskary Lash Lift Express oraz Lash Design (klik)
 


Wysokopółkowa cena tych maskar jest niestety nieadekwatna do mizernej jakości. Obie maskary oryginalnie zapakowane są w srebrne kartoniki. Aplikatorami oczywiście się różnią, bo mają dawać zupełnie inny efekt. Lash Lift Express ma "zwykłą" spiralkę z nylonowego włosia, podczas gdy w wersji Lash Design mamy do czynienia z silikonowym aplikatorem z krótkimi, rzadko rozstawionymi wypustkami i z rządkiem wypustek dłuższych. Lash Lift Express zapakowano w czarną, tłuściutką tubkę. Aplikatorem operuje się wygodnie. Zadaniem tej maskary jest nadawanie rzęsom objętości oraz podkręcanie ich. U mnie produkt ten dawał po prostu zwykłe poczernienie rzęs; o efekcie podkręcenia bez zalotki (a nie używam) mogłam zapomnieć. Spektakularnej firanki rzęs poprzez dokładanie warstw nie udało mi się za pomocą tego tuszu uzyskać. Co gorsza, po całym dniu noszenia gagatek ten potrafił spłynąć na dolną powiekę i się tam rozmazać. Lash Design natomiast okazał się wręcz bublem. Wypada drożej od Lash Lift Express, bo kosztuje tyle samo za mniejszą pojemność,  a jakościowo jest jeszcze bardziej w tyle za powyżej opisaną maskarą. Aplikatorem bardzo łatwo dziabnąć się w oko i pobrudzić powiekę. Zdarzało mi się to nagminnie. Poza tym za każdym razem po wyjęciu aplikatora ze srebrnej, niesamowicie "palcującej się" tubki, na jego czubku zostawał wielki glut produktu, który byłam zmuszona wycierać w chusteczkę. Z tego powodu kosmetyk skończył się po niecałym miesiącu stosowania. Płakać nie ma jednak za czym. Tusz ten miał wydłużać optycznie rzęsy i to czynił, zabierając im jednocześnie jakąkolwiek objętość. Dodajmy, że czerń była wyblakła i cały makijaż wyglądał smętnie. A do tego po kilku godzinach tusz zaczynał się osypywać, co jest nie do wybaczenia.
 
 
Make Up For Ever, Excessive Lash Arresting Volume Mascara (klik


Na szczęście nie jest to totalny bubel i zalety ma. Od nich więc zacznę. Po pierwsze i najmniej istotne, ma ładne, estetyczne opakowanie. Po drugie, dużo bardziej istotne, szczoteczka, choć dość mała, jest wygodna w używaniu, zwłaszcza przy malowaniu dolnych rzęs (co ja osobiście rzadko robię z racji tego, że dolne rzęsy mi wypadają i robią się w nich "dziury"). Po trzecie, maskara się nie osypuje, nie robi pandy, ani nie rozmazuje - nawet podczas dość intesnywnego płaczu, jak miałam okazję sprawdzić. Po czwarte, czerń jest ładna, niewyblakła. To jednak nie wystarczy, aby podbić moje kosmetycznie wybredne serce. Listę zarzutów zacznę od faktu, że kosmetyk ma bardzo suchą formułę i naprawdę szybko wysycha w opakowaniu. No chyba że tylko samplery tak mają. Niemniej ja swój byłam w stanie używać jedynie przez około 3 tygodnie zanim zrobił się za suchy. Poza tym może i szczoteczką wygodnie się operuje, ale niestety skleja rzęsy i czasem zostawia na nich małe grudki. A efekt? No cóż, dramatycznych rzęs tym produktem nie uzyskamy. Według producenta maskara ma dodać rzęsom objętości, którą łatwo zbudować. Nie u mnie. I to  nawet nie chodzi o to, że moje naturalne rzęsy imponujące nie są, bo po kilkakrotnym malowaniu tuszem są takie same, tylko sklejone i widocznie poczernione. I to wszystko. Naturalny, "dzienny" efekt i nic więcej. 
 
 
Produkty do ust.
 
Golden Rose, Dream Lips Lipliner, 516 (klik)
 
 
Grafit kredki jest bardzo suchy i twardy, przez co mocno drapie podczas aplikacji. Mocną stroną posiadanego przeze mnie liplinera jest żywy odcień ciepłej czerwieni. W swojej pierwotnej roli - konturówki - kosmetyk sprawdza się OK, jeśli już przejdziemy przez proces nieprzyjemnej aplikacji. Trzyma pomadki w ryzach przez kilka godzin. Niestety nie do końca sprawdza się nałożony na całe usta. Po pierwsze, jak już pisałam, aplikacja jest wyjątkowo niekomfortowa. Po drugie, kosmetyk wysusza naskórek. Po trzecie, po około 3 godzinach bez jedzenia i picia zaczyna zjadać się w mało estetyczny sposób - na całej powierzchni warg w przypadkowych miejscach zaczynają robić się prześwity.
 
 
MUA, matowa pomadka w płynie Reckless (klik


Już samo opakowanie pomadki zwraca uwagę - oszroniony plastik wygląda ciekawie, elegancko, inaczej. Aplikator to gąbeczka, którą bardzo wygodnie się operuje. Nie ma drażniącego dla nosa zapachu. Odcień Reckless to piękna, winna czerwień. Nie widać tego na zdjęciu wyżej (odbijające się światło od okna; na zdjęciach poniżej wykończenie jest lepiej oddane), ale wykończenie mazidła to konkretny mat. Przez kilka minut po aplikacji pomadka jest plastyczna, dzięki czemu można z nią popracować, po czym zastyga na mur-beton i jest nie do ruszenia (np. podczas pocierania o siebie wargami). Po zastygnięciu nie ma też najmniejszej nawet lepkości i produkt prawie w ogóle nie odbija się na kubkach. Pomadka oczywiście wysusza usta, więc po całodniowym romansie z nią warto je mocno nawilżyć. Największą wadą kosmetyku jest to, jak się zjada. Oto obraz, jaki za każdym razem widzę w lustrze po trzech godzinach noszenia pomadki nałożonej na czyste, suche usta:

Sposób zjadania BARDZO mi się nie podoba...


Podsumowując, jak widać w 2017 roku nie miałam za wiele szczęścia do podkładów i maskar.

niedziela, 21 stycznia 2018

Odkrycia i ulubieńcy 2017 roku - kolorówka.

Rzecz będzie o kosmetykach do makijażu, po które w zeszłym roku sięgałam najczęściej i najchętniej.


Podkład.

Lily Lolo, China Doll (klik)


Po zapoznaniu się z zestawem startowym kupiłam pełnowymiarowe opakowanie odcienia China Doll tej marki i to właśnie po ten podkład sięgałam w ubiegłym roku najchętniej. Bardzo odpowiada mi lekko żółtawy kolor i naturalne wykończenie kosmetyku na mojej skórze. Krycie daje lekkie w stronę średniego, ale właśnie taki efekt u siebie lubię. Latem co prawda bardzo szybko musiałam posiłkować się bibułkami, ale o tej porze roku w zasadzie zawsze muszę poprawiać makijaż, co bym na twarz nie nałożyła. Podkład służy mojej cerze; nie obciąża jej i nie podrażnia jaśnie pani naczynkowej.


Korektor pod oczy.

NARS, Radiant Creamy Concealer (klik)


Zakochałam się w nim od pierwszego użycia. Kosmetyk ma przyjemną, kremową konsystencję. Nie wysusza skóry pod oczami, co jest dla mnie ogromnie ważne, a przypudrowany nie zbiera się w zmarszczkach. Charakteryzuje się przy tym świetnym kryciem, a jednocześnie pięknie odbija światło, dzięki czemu doskonale zakrywa moje zasinienia i odświeża spojrzenie. Powinnam tu jeszcze wspomnieć, że zanim poznałam genialnego NARSA, najczęściej sięgałam po Liquid Camouflage z Catrice (klik). Nadal uważam, że jest bardzo dobry, ale wysokopółkowego kolegi nie przebija.


Brwi.

Catrice, Eyebrow Set (klik)


Cienie te (z)używałam przez ponad trzy lata! Co za powalająca wydajność. Produkt ma szereg zalet. Zacznijmy od odcieni - pięknie chłodne, żadnej rudości. Zazwyczaj jaśniejszym kolorem zaznaczałam początek i środek brwi, a ciemniejszym ich koniec. Jaśniutkie blondynki mogą sięgać tylko po jasny kolor; brunetki będą usatysfakcjonowane, jak myślę, ciemniejszym odcieniem. Cienie mają ciekawą konsystencję.W dotyku są jedwabiste, ale też delikatnie woskowe. Nie osypują się podczas aplikacji i  utrwalają włoski bez usztywniania ich. Jeśli lubicie mocno utrwalone brwi, radziłabym jeszcze sięgnąć po bezbarwny żel.


Maskara.

Artdeco, All In One Panoramic Mascara (klik)


W 2017 roku miałam okazję poznać maskarę, która wywołała moje ogromne zadowolenie. Czerń jest czarna, nic się nie osypuje ani nie rozmazuje, a ja mogłam cieszyć się efektem wyrazistych, pogrubionych rzęs, o który na moich rzadkich i krótkich włoskach niełatwo.


Baza pod cienie.

Rival De Loop, Eyeshadow Base (klik)


Tania a jednocześnie bardzo u mnie skuteczna. Trzyma cienie jak marzenie, a mam przetłuszczające się i opadające powieki.


Palety, cienie, róże, bronzery, rozświetlacze.

Tarte, Showstopper Clay Palette (klik)


Ta paleta to spełnione przez Dobrego Duszka marzenie. Uwielbiam ją. Zawartość to sześć cieni o różnych wykończeniach, bronzer, róż i rozświetlacz. Puder brązujący park ave princess, o matowym wykończeniu i ładnym, neutralnym odcieniu, na mojej twarzy wygląda bardzo naturalnie - nie daje efektu brudnej plamy jak chłodne bronzery ani nie robi ze mnie pretendentki do tytułu umpa-lumpa. Używam go do delikatnego konturowania i zawsze zachwycam się, jak on się pięknie rozciera i jak ładnie zgrywa się z odcieniem mojej skóry. Jedynym minusem tego kosmetyku jest to, że jest tak miękki, iż lekko się kruszy pod delikatnymi dotknięciami pędzla. Róż fame również ma matowe wykończenie i jest koloru łososiowego. Kosmetyk jest bardziej zbity od bronzera i nie kruszy się w ogóle. Jest przyzwoicie napigmentowany, dobrze przyczepia się do skóry i ładnie rozciera. Trwałość różu i bronzera zależy od użytej bazy. Na przypudrowanym płynnym podkładzie trzymają się dobre 10 godzin; na suchszym podkładzie mineralnym - 7-8 godzin. Znikają jednak w ładny sposób, równomiernie, bez dziur i plam. Rozświetlacz champagne pink jest z nieco innej bajki. Srebrzysto-różowy, jest znacznie chłodniejszy od różu i bronzera, i osobiście uważam, że jednak bardziej pasuje w zestawieniu z chłodniejszymi od Fame różami. Jego wykończenie określiłabym jako delikatnie perłowe z mikroglitterem, który nie jest widoczny tuż po aplikacji, ale pokazuje się po kilku godzinach od wykonania makijażu. Cienie są dobrze napigmentowane i jedwabiste. Tylko jeden z nich, you're a natural, podobnie jak bronzer, kruszy się pod dotykiem pędzla. Z pozostałą piątką tak się nie dzieje. Praca z tymi cieniami to prawdziwa przyjemność. Ładnie przyczepiają się do powieki, dobrze rozcierają, nie gubią pigmentacji, a na bazie mają kilkunastogodzinną trwałość. Poszczególne odcienie bardzo mi się podobają, choć zabrakło niestety matowego jasnego beżu, żeby paleta była w pełni samowystarczalna.

Czuję się w obowiązku dodać, że moją główną paletką "wyjzadową" (staram się przyjeżdżać do Polski co kilka tygodni, o ile to możliwe) nadal pozostaje paleta The Balm Balm Jovi Rockstar Palette (klik). Zawiera ona dwanaście dobrej jakości cieni oraz bardzo ładny, matowy róż i sławny rozświetlacz Mary-Lou, który odpowiada mi pod względem odcienia i wykończenia (nie ma w sobie drobinek).

Innymi cieniami, po które bardzo chętnie sięgałam i którym należy się wyróżnienie, były moje Zoevy. Posiadam ich sześć: The Basic Moment, Blanc Fusion (klik), Caramel Melange (klik), Cocoa Blend (klik), Naturally Yours (klik) oraz En Taupe (klik). Najczęściej sięgałam po The Basic Moment (klik), ale wszystkie je uwielbiam.



NARS, Blush/Bronzer Duo (Orgasm & Laguna) (klik)


W drugiej połowie roku rzadko kiedy rozstwałam się z bronzerem Laguna NARSA. Nie jest ani za chłodny, ani za ciepły, więc nadaje się zarówno do konturowania jak i dodania swojej twarzy nieco koloru. Takie bronzery zdecydowanie lubię najbardziej. Zawiera mikroskopijne drobinki, których nie widać na twarzy. Ich zadaniem jest nadanie produktowi ładnego wykończenia. Na mojej skórze Laguna utrzymuje się do około ośmiu godzin i znika równomiernie, bez plam.Z różem się nie dogadałam.


Pomadki.

Giorgio Armani, lip maestro intense velvet color, 504 (klik


Jest to pomadka w płynie. Gąbkowy aplikator ma idealny kształt i wielkość, dzięki czemu nabiera odpowiednią ilość produktu na jednorazową aplikację i daje pełną kontrolę i precyzję podczas tej czynności. Sam kosmetyk ma lekko musową konsystencję i jest obłędnie napigmentowany. Jedynie plastikowy zapach nie jest jego mocną stroną. Do godziny po aplikacji pomadka GA ma welwetowe wykończenie. Potem zastyga na pełen mat. Piękny, soczysty mat. Produkt nie ma tendencji do wylewania się poza kontur ust czy osadzania w bruzdach wargowych, a na zębach odbije się tylko, jeśli nałożymy go na usta zbyt dużo. Z trwałością mamy ciekawą sprawę. Jeśli coś konsumujemy w przeciągu pierwszej godziny po aplikacji, produkt potrafi "zjeść się" po około trzech godzinach. Jeśli natomiast jemy i pijemy już po jego zastygnięciu na mat, trwałość wynosi nawet 7-8 godzin, choć po pierwszych czterech kolor zauważalnie blednie, a na ustach zostaje coś na kształt stainu. A teraz najlepsze: naprawdę nie wiem, co to za magia, ale ten wyrazisty kolor zjada się bardzo równomiernie.  Niewiarygodne! Normalnie tego typu pomadki znikają od środka ust pozostawiając wokół nich obwódkę, lub brzydko wykruszają się z kącików. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. I dlatego właśnie tak lip maestro pokochałam. No i za kolor. 


MAC, Diva, Rebel (klik


Diva. Nie mam niczego podobnego w swojej przepastnej kolekcji. Nawet nie wiedziałam, że tak dobrze będę się czuć w czerwonym brązie! A tymczasem okazuje się, że jest to kolor bardzo twarzowy, wręcz wyrafinowany. W konsystencji pomadka jest sucha i trochę topornie się nakłada; trzeba poświęcić jej nieco uwagi. Efekt jest jednak tego wart. Pomadka jest względnie trwała - z piciem i nietłustym jedzeniem pierwsze prześwity widzę po pięciu-sześciu godzinach. Niestety do poprawek trzeba zmyć pierwszą warstwę i aplikować kolor ponownie. Dokładanie koloru na pierwszą warstwę skutkuje dziwnymi grudkami i nie wygląda ładnie.


Rebel to przepiękna chłodna śliwka o satynowym wykończeniu. Czuję się w niej trochę jak gwiazda rocka. Nosi mi się bardzo komfortowo, a ponieważ lekko wgryza się w usta, jest również trwała (potrafi nie wymagać poprawek przez około siedem godzin) i ładnie, równo się zjada.

Idealne zimowe kolory. 


Marc Jacobs, Le Marc Lip Creme, Kiss Kiss Bang Bang (klik


Pomadka nie ma wyraźnego zapachu ani smaku. Na ustach daje piękne wykończenie satynowego matu. Zgodnie z obietnicami producenta jest rewelacyjnie napigmentowana i jedno przejechanie po wargach przyjemnie kremowym sztyftem zostawia pełnię koloru i krycia. Kosmetyk nie ma tendencji do zbierania się w bruzdach na wargach, emigrowania poza kontur ust czy odbijania się na zębach. Odcień Kiss Kiss Bang Bang to taka dzienna marsala, czyli średnio jasna mieszanka różu, brązu i czerwieni. Idealny niezobowiązujący, pasujący do wszystkiego kolor (dla mnie). Co ważne, kosmetyk nie wysusza mi ust. Co do trwałości, producent obiecuje 10 godzin. Cóż.... Moja sztuka (nie wiem, jak zachowują się inne odcienie) tak trwała nie jest. Z jedzeniem i piciem poprawki muszę nanosić po 3, góra 4 godzinach. Z bliska widać, że pomadka nie zjada się równomiernie, ale z konwersacyjnej odległości nie rzuca się to w oczy. Ale to taki szczegół. Ogólnie jest to naprawdę przyjemna szminka, dająca swojego rodzaju namiastkę luksusu noszącemu (albo może ja mam takie odczucia, bo większość moich pomadek pochodzi z drogerii). 


Lakiery do paznokci.

Na paznokciach najchętniej nosiłam:

Essie, Shure Shot (klik)



Essie, Watermelon (klik)



Colour Alike, Stardust Stories, 623 Dragon's Heart (klik)



Mollon Pro, 84 (klik)



Akcesoria.

Żaden makijaż nie mógł obyć się bez Beauty Blendera (klik). Król jest tylko jeden!



A doskonałe, bardzo chłonne, przystępne cenowo, duże i nienaruszające makijażu bibułki to te różowe z Theatric (klik):



I jak, czymś Was zaskoczyłam?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...