sobota, 21 kwietnia 2018

Evree, DeepMoisture, głęboko nawilżający krem do rąk do bardzo suchej i szorstkiej skóry

Z nazwy krem Evree zamknięty w turkusowej tubce jest produktem idealnym dla mnie. Niestety tylko z nazwy. Moim zdaniem jest dużo lżejszy i zauważalnie mniej skuteczny od kolegów z serii Instant Help, MaxRepair oraz TotalNutrition.


Podejrzewam, że musi być w nim procentowo naprawdę dużo wody w odniesieniu do innych składników, bo ta biała, słodko pachnąca emulsja jest dość rzadka i wchłania się całkowicie z prędkością błyskawicy, co kremy z dużą zawartością mocznika (który tu występuje na drugim miejscu w składzie) nie mają w zwyczaju.

Moim sucholcom stosowanie tego kosmetyku nie dało absolutnie żadnych korzyści; ani krótko-, ani długofalowych. Spośród czterech różnych kremów Evree, które przetestowałam, ten uważam za zdecydowanie najsłabszy. I stawiam marce pytanie: po co mnożyć różnych kremów do rąk, skoro macie już naprawdę skuteczne sztuki (InstantHelp) w ofercie?

Macie jakieś doświadczenia z tym gagatkiem?

środa, 18 kwietnia 2018

Ulubieńcy minionej zimy | Vianek, Estee Lauder, IOSSI, Bandi, Yves Rocher, Podopharm, NARS, Burberry

Tak, ten post miał powstać w okolicach pierwszego dnia wiosny. Tak, jak zwykle zdarzyło się życie i nie było kiedy zebrać myśli. Aż do teraz. Zdaje się, że w ogóle będę pisać nieregularnie, w miarę możliwości, od przypadku do przypadku. Być może rzadziej niż bym chciała, ale całkowicie rezygnować z tego mojego hobby jeszcze nie chcę, więc po prostu spodziewajcie się ode mnie frustrującej nieregularności ;)

A tak w ogóle to bardzo, bardzo się cieszę, że już po zimie. Jestem stworzeniem słońco- i ciepłolubnym.

A teraz przejdźmy do ulubieńców minionego sezonu, co by go podsumować, z nim się pożegnać i wyrzucić go z pamięci.

NARS, bronzer Laguna (klik)


Bronzer Laguna towarzyszył mi przez całą zimę. Bardzo podobał mi się kolor i efekt na twarzy. Nie jest ani za chłodny, ani za ciepły, więc nadaje się zarówno do konturowania jak i dodania twarzy nieco koloru. Takie bronzery zdecydowanie lubię najbardziej. Zawiera mikroskopijne drobinki, których nie widać na skórze. Ich zadaniem jest nadanie produktowi ładnego wykończenia. Na mnie Laguna utrzymuje się do około ośmiu godzin i znika równomiernie, bez plam. 


Burberry, Cat Lashes


To jeden z moich gwiazdkowych prezentów. Bardzo dobry tusz! Lekko pogrubia rzęsy, ładnie je wyczesuje, nie sypie się, nie kruszy, nie rozmazuje. Daje naprawdę przyjemny efekt końcowy, który jeszcze Wam pokażę.


Vianek, odżywczy płyn micelarny tonik 2 w 1


Kolejny świetny (po nawilżającym) micel od Vianka. Again, dobry skład, szybkie i skuteczne działanie, nie wysusza, nie podrażnia, nie irytuje naczynek. Rzeczywiśce doskonale sprawdza się w roli toniku.


Vianek, nawilżający tonik-mgiełka do twarzy (klik)


Polubiłam się z ichnimi micelami, zaprzyjaźniłam się również z tonikiem. Ma ładny skład, przyjemny zapach, lekko żółtawy kolor, nie uderza po kieszeni, rzeczywiście delikatnie nawilża i mieszka w butelce z atomizerem, który jednak nie daje lekkiej mgiełki, a po twarzy chlusta, co świetnie dobudza rano. Bardzo przyjemnie mi się go używało.


Estee Lauder, Advanced Night Repair Eye, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II, Night Wear Plus 3-Minute Detox Mask, Day Wear Advanced Multi-Protection Anti-Oxidant Creme, Night Wear Plus Anti-Oxidant Night Detox Creme (klik)


W podlinkowanej notce opisałam pokrótce każdą z miniatur z tego zestawu. Tutaj, w ramach podsumowania, napiszę tylko, że doskonale sprawdziły się na szybko odwadniającej się od zimna i grzejników cerze, utrzymując ją w wyśmienitym stanie. Naprawdę byłam pod wrażeniem.


IOSSI, aksamintna róża, krem regenerująco-nawilżający z acerolą, różą i algami (klik)


Na pewno nikogo tą pozycją nie zaskoczyłam. Moja naczynkowa cera zdaje się bardzo lubić różę. A jeśli jest ona zawarta w naturalnym kosmetyku polskiej produkcji, cóż, w to mi graj! Stosowałam krem IOSSI na noc, bo na dzień sięgam po filtry. Szybko dostrzegłam jego moc. W kilka dni doprowadził moją skórę do siebie po choróbsku, czyli optymalnie ją nawilżył i zregenerował zdziesiątkowany katarem nos. Na tym jednak nie koniec. Każdego ranka patrząc na siebie w lustrze widziałam, jak stopniowo poprawia się faktura skóry. Naskórek zrobił się zauważalnie gładszy i przyjemny w dotyku, skóra zyskała na zdrowym, wewnętrznym blasku i wyglądała naprawdę dobrze. Poza tym krem świetnie łagodził grę naczyń, dzięki czemu rumień nie dawał mi się mocno we znaki, nie pojawiły się nowe "pajączki", a cera miała bardziej wyrównany koloryt.


Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30


Zimą zazwyczaj wystarcza mi SPF 30. Tym razem ochronę tę znalazłam w kremie Bandi, który odpowiada mi również pod wielona innymi względami. Jest gęsty i nie da się go nałożyć cienką warstwą, co w przypadku filtrów jest bardzo dobrą rzeczą. Przy swojej gęstości produkt nie obciąża w żaden sposób cery. Nie jest tłusty, a wręcz daje matowo-satynowe wykończenie na twarzy, a makijaż nosi się na nim bajecznie. Kosmetyk nie wususza skóry i nie szkodzi jej w żaden inny sposób. Nie spodziewałam się, że będę z niego aż tak zadowolona.


Yves Rocher, Riche Creme, Comforting Anti-Wrinkle Cream (klik


Nie jest mi specjalnie po drodze z marką Yves Rocher; nie mam zaufania do ich kosmetyków. Dlatego pokazany tu krem pod oczy stanowił dla mnie pozytywne zaskoczenie. Przy pierwszym zetknięciu wydał mi się lekki, a co za tym idzie - mało odżywczy. Podczas regularnego używania okazało się jednak, że to pierwsze wrażenie było bardzo mylne. Kosmetyk naprawdę dobrze nawilżał. Znakomicie spisywał się pod makijażem, a stosowany nieco grubszą warstwą na noc rzeczywiście nawilżał i koił, dzięki czemu skóra była elastyczna. Oczywiście zmarszczek mi nie wyprasował, ale jestem realistką i nie miałam podobnych oczekiwań.


Podopharm, maska do dłoni i stóp z mikrosrebrem (klik


Zima to ciężki czas dla moich wymagających dłoni. Na szczęście miały sprzymierzeńca w postaci marki Podopharm i ich produktu z mocznikiem i mikrosrebrem. Kiedy sięgnęłam po ten krem, moje dłonie przdstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Były przesuszone do tego stopnia, że samoistnie pękała mi skóra, z plamami egzemy, pomarszczone jak u staruszki. I to pomimo regularnej pielęgnacji - tak po prostu reagują na zimno, grzejniki i detergenty (płyny do zmywania naczyń bardzo masakrują mi dłonie). Wystarczyły dosłownie ze trzy aplikacje abym odczuła i dostrzegła wyraźną różnicę. Mimo iż krem był dość tłusty, moje dłonie wchłaniały go niemal całkowicie i zostawał mi na nich jedynie delikatny film typu "niewidzialne rękawiczki". Od razu po aplikacji odczuwałam ogromną ulgę, znikało uczucie skóry za małej o kilka rozmiarów. Wspomniane niewidzialne rękawiczki utrzymywały się przez całkiem długi czas - nie musiałam sięgać po kosmetyk po każdym myciu rąk. Przy regularnym używaniu kilka razy dziennie z biegiem czasu stan skóry bardzo się poprawił - znikły przesuszenia, zagoiły się ranki i egzema, naskórek zrobił gładszy i przyjemniejszy w dotyku. 


Podopharm, regenerujące serum do stóp (klik)


Serum miało przyjemny zapach werbeny i nie chłodziło stóp. Stosowałam je na noc grubą warstwą z bardzo dobrymi rezultatami. Skóra moich stóp jest sucha i wykazuje ogromną tendencję do błyskawicznego rogowacenia w newralgicznych miejscach, na przykład na piętach. Serum Podopharm moje stopy bardzo ładnie nawilżało, uelastyczniało naskórek i spowalniało proces rogowacenia.


To by było na tyle. Znacie któryś z wymienionych tu kosmetyków?

wtorek, 10 kwietnia 2018

Podsumowanie zużyć marca. Zdobycze marca.

Od tygodnia zbieram się do stworzenia tego wpisu, ale do tej pory obowiązki zawodowo-prywatne skutecznie mi to uniemożliwiały. Ponieważ teraz mam kilka minut dla siebie, skawpliwie korzystam, żeby pokazać Wam, czego mi w marcu ubyło, a co przybyło.

Zmywacz do paznokci marki własnej drogerii Superdrug nie jest ani specjalnie dobry, ani zły. Robotę robi, choć wolniej niż np. zmywacz Isany.

Z kremem BB INMND Beauty Elements, o którym pisałam tutaj, nie polubiłam się do samego końca i zużyłam mieszając z kremem nawilżającym. Nałożony samodzielnie robił mi pudrową maskę na twarzy, zbierał się we wszelkich porach, na włoskach oraz podkreślał niedoskonałości. Zmieszany z kremem nie zastygał i zbierał się w liniach na twarzy, ale przynajmniej "jakoś" wyglądał przez godzinę czy dwie. Cieszę się, że się skończył.

Pomadkę Revlon Colorburst Balm Stain w odcieniu 001 Honey pokazywałam tutaj. Zauważyłam, że im bliżej byłam końca, tym sztyft coraz bardziej się utleniał i pomadka ciemniała. 

Konturówkę do ust Golden Rose Dream Lips Lipliner (klik) wyrzucam, bo jest sucha i drapiąca. Mam lepsze i po tę w ogóle nie sięgam.


 Pasta do zębów Meridol była w porządku. Zawiera fluor, ale była łagodna dla dziąseł, na czym mi zależało.

Olejek myjący z Biochemii Urody to mój wielki hit. Notkę na jego temat (klik) napisałam w 2012 roku! Uwielbiam rozpuszczać tym produktem makijaż, a  potem ewentualnie "poprawić" micelem przy cięższym makijażu oczu. Olejek szybko i skutecznie rozpuszcza cały brud na twarzy, a przy tym pięknie pachnie pomarańczami. Wracam do niego od lat.

Krem Aksamitna Róża marki IOSSI, który miałam w wersji miniaturowej, również podbił moje serce (klik). Produkt świetnie nawilżał i regenerował skórę, poprawił jej fakturę, łagodził rumień i pracę naczyń. Naskórek zrobił się gładki i miły w dotyku oraz wyglądał zdrowo i promiennie.











Niestety po ciąży została mi potliwość. Pocę się zarówno w dzień, jak i w nocy. Dlatego na noc, po wieczornym prysznicu, zabezpieczam się dezodorantami. Ten z Fenjal to chyba mój ulubieniec z tej kategorii. Jest przyjemny w stosowaniu i ma piękny gruszkowy zapach. Kiedy się budzę rano, nie czuję od siebie zapachu potu, więc działa w godzinach bardzo niskiej aktywności.

Kremu do stóp w piance Podopharmu użyłam tylko kilka razy i byłam przyjemnie zaskoczona, że tak lekka formuła potrafi skutecznie nawilżyć wymagające stopy. Niestety po tych kilku użyciach zepsuł mi się dozownik i najpierw wylała mi się z opakowania lawa produktu (ale na pewno nie wszystko, co było w środku), a potem już nic nie chciało wychodzić, mimo moich starań. W końcu się poddałam.

O serum antycellulitowym Organique pisałam w poprzednim poście (klik). Produkt wydawał się obiecujący, ale skończył mi się dosłownie po dziesięcu dość oszczędnych użyciach, więc nie zdążyłam nawet wyrobić sobie o nim zdania.

Nie do wiary, ale to był mój pierwszy w życiu antyperspirant Lady Speed Stick. Był OK, dawał radę tak do 8 godzin, co nie jest złym wynikiem.

Szampon Isany miałam u rodziców i stosowałam podczas pobytów w Polsce. Był OK, ale niczym mnie nie zachwycił. Po nim też swędziała mnie skóra głowy, ale nie tak wściekle, jak po większości drogeryjnych szamponów.

Micela Mixy krótko opisałam tutaj. Był skuteczny i nie podrażniał. Czego chcieć więcej? 

Trzyminutowa maska detoksykująca Estee Lauder (klik) sprawiła na mnie dobre wrażenie. Miniatura wystarczyła mi na sześć użyć. Maska miała postać zielonkawej pasty (opiera się na glince) o ogórkowym zapachu. Po każdej sesji moja skóra była oczyszczona, rozjaśniona, rozświelona, miła w dotyku i o ładniejszym kolorycie. Produkt ładnie oczyszczał i obkurczał pory oraz podsuszał wypryski, a przy tym w żadnym stopniu mnie nie podrażniał. Słowem, działał jak dobra glinka. Ogromny plus za to, że nie trzeba było jej zwilżać.

Z kolei maseczka liście zielonej oliwki Ziaji mnie nie zachwyciła. Miała nawilżyć walczącą z kaloryferami skórę, a zostawiła po sobie kilka wyprysków. Nie, dziękuję.

Kulka Fa fresh to był bubel jakich mało. Ten antyperspirant był nawet słabszy od zwykłych dezodorantów. Porażka, beznadzieja, śmierdziuch.

***

Jeśli o marcowe zakupy chodzi, nabyłam jedynie żel pod prysznic Dove, czego nawet nie chciało mi się fotografować. I byłyby to moje wszystkie marcowe nabytki, gdyby nie niespodzianka od Justyny:


Bardzo dziękuję! 

Nawilżające serum IOSSI przypadło mi do gustu, podobnie jak baza pod cienie Golden Rose, gdyż jest skuteczna. Nadal nie mogę się zdecydować, co sądze o kremie Resibo, ale dla mojej tłustej cery jest to chyba kosmetyk lepszy zimą niż wiosną/latem, kiedy bardzo szybko się wyświecam. Płyn do demakijażu MAC był w porządku, a rozświetlacz Make Up Revolution jest chyba trochę zbyt intensywny. Ja wolę delikatny efekt. Pomadka bardzo mnie ciekawi, ale chyba poczeka do jesieni, bo mam otwartych wiele pomadek w płynie i muszę ich trochę po(z)używać ;)

środa, 4 kwietnia 2018

Organique, SPA & WELLNESS, terapia wyszczuplająca / kawa, serum do ciała

Bardzo lubię wszelkie sera "antycellulitowe" czy "wyszczuplające". Nie dlatego, iż wierzę, że schudnę i zgubię pomarańczową skórkę od samego smarowania się tego typu specyfikami, ale dlatego, że zazwyczaj świetnie ujędrniają skórę. Mój budżet pozwala mi na trzymanie się drogeryjnej półki, ale marzyło mi się coś o krok wyżej. Marzenie zostało spełnione przez moje kochane Dziewczyny (:*) i zawitało u mnie w formie prezentu gwiazdkowego.

My, oh my. Zapowiadała się naprawdę intrygująca przygoda, ale trochę nie wyszło.


Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Mamy bardzo ładną szatę graficzną, pudełko z potrzebnymi nam informacjami, opakowanie z wygodną pompką, i brązowy żel o przyjemnym, kawowym zapachu, który, na szczęście, mimo swojego koloru nie barwi ubrań (albo ja tego nie zauważyłam). Póki co wszystko gra. Aplikacja nie przysparzała żadnych trudności, produkt dość szybko się wchłaniał i u mnie nie dawał efektów termicznych. Po każdym użyciu skóra na udach, brzuchu, pośladkach i boczkach robiła się na chwilę czerwona, ale nie towarzyszyło temu, w moim przypadku, żadne pieczenie, mrowienie czy jakiekolwiek inne niemiłe sensacje. Skóra robiła się przyjemnie gładka w dotyku.


Czas na "ale". I to nie małe "ale", lecz "ALE". KOSMETYK SKOŃCZYŁ SIĘ PO DZIESIĘCIU UŻYCIACH. A nakładałam go raczej w dość małych ilościach. Jeszcze nigdy nie miałam tak niewydajnego serum antycellulitowego. Szczerze się zdziwiłam, kiedy pompka ni z tego ni z owego wypluła ostatnią porcję kosmetyku. Dlatego niniejszą notkę potraktujcie jak opis pierwszych wrażeń, bo nie widzę siebie kupującej trzech tubek tego specyfiku miesięcznie, nawet pomimo dość ciekawego składu. Fajnie było poznać, nie powiem, i żałuję, że nawet nie zdążyłam po tym jednym opakowaniu stwierdzić, czy kosmetyk mnie zadowolił, czy jednak nie. No cóż.

Znacie?

środa, 28 marca 2018

Elfa Pharm, O'Herbal, szampon i odżywka zwiększające objętość cienkich włosów z ekstraktem z arniki

Jeszcze na początku mojego blogowania mogłam się poszczycić dość grubymi i względnie gęstymi włosami oraz nieproblematyczną skórą głowy. Stosowałam podstawową pielęgnację, a oprócz kilku krótkich epizodów, nie męczyłam włosów farbami, stylizacją, lokówką/prostownicą czy suszarką. Nadal tego nie robię, ale na przestrzeni lat, mimo delikatnego traktowania, czupryna bardzo mi się zmieniła. Kłaki są wyraźnie cieńsze i rzadsze, szybko oklapują, dość intensywnie wypadają, a skóra głowy - tę to chyba niemal wszystko podrażnia... Włosy wyglądają co prawda zdrowo, ale nie mogę powiedzieć, że jestem w 100% zadowolona z ich ogólnej kondycji.

Wypatrzona w Rossmannie seria O'Herbal z arniką wydała mi się z opisu wręcz stworzona do moich "problemów". Za szampon należy zapłacić ok. 20 zł, za odżywkę - o 2 zł więcej. Mają pojemność 500 ml, są więc to ogromne opakowania. Osobiście myję kłaki co drugi dzień. Odżywka skończyła mi się po około 4 miesiącach regularnego stosowania dwa razy w tygodniu (bo raz w tygodniu zastępowałam ją maską), a szampon nadal mam i wystarczy mi na co najmniej kolejny miesiąc.


Jak widać, szampon mieszka w przezroczystej buteleczce z korkiem na zatrzask, a odżywka - w podobnej butelce z pompką. Pompka działa mniej więcej do momentu, kiedy w opakowaniu wciąż znajduje się 1/4 produktu. Tę resztę trzeba już niestety wytrząsać. Szata graficzna tej serii specjalnie mnie nie zachwyca, ale też nie jest to istotne.

Produkty mają delikatny, bliżej nieokreślony, ale raczej przyjemny zapach



Szampon ma postać bezbarwnego żelu, który świetnie się pieni. Producent chwali się brakiem SLS-ów i SLES-ów, ale to nic nie znaczy, bo jakby nie było to Sodium Myreth Sulfate również jest dość mocnym detergentem. A zaraz za nim mamy w składzie Kokamidopropylobetainę. Zdaniem wytwórcy kosmetyk jest łagodny. Zdaniem mojej skóry głowy - nie jest. Inaczej nie miałabym problemów ze swędzeniem i tłustym łupieżem; u mnie objawy te oznaczają, że szampon jest zbyt inwazyjny. Oczyszcza bardzo dobrze, fakt. W moim przypadku aż za bardzo... U mnie podrażniona skóra głowy to również zwiększona produkcja łoju i szybszy przyklap, więc obietnice zwiększonej objętości (poprzez, jak mniemam, uniesienie włosów u nasady) oczywiście nie zostały spełnione.

Możliwe, że kosemtyk sprawdziłby się u  mnie do głębokiego oczyszczania raz w tygodniu na zmianę z delikatniejszym szamponem. Muszę spróbować.

Swoją drogą zastanawiam się, czy może to ta nieszczęsna Kokamidopropylbetaina nie jest moim problemem. Zauważyłam, że wiele myjadeł z tym składnikiem nie dogaduje się z moją skórą głowy. 



Odżywka ma postać białej, średnio gęstej emulsji. Nie spływa z włosów i na moich średnioporowatych na długości kłakach sprawdzała się całkiem dobrze. Zazwyczaj nakładałam ją na ich długość (starałam się nie aplikować na skórę głowy) na czas prysznica, a więc na kilka minut. Po każdej takiej sesyjce włosy były nawilżone, niesplątane, gładkie i lśniące. Na zwiększoną objętość oczywiście nawet nie liczyłam. Oklapu u mnie raczej nie powodowała.

Rewolucji w mojej łazience duet ten nie wywołał, ale do odżywki może i byłabym skłonna kiedyś wrócić, choć ta wielka butla zajmuje sporo miejsca i denerwowała mnie konieczność wytrzepywania jej z opakowania, kiedy już pompka przestała współpracować. A może znajdę coś lepszego?

poniedziałek, 26 marca 2018

Mixa, Ekspert skóry wrażliwej, Płyn micelarny skóra zaczerwieniona

O płynach micelarnych nigdy nie piszę elaboratów. Albo są skuteczne i nie podrażniają, albo nie. Płyn Mixa zalicza się do tej pierwszej grupy.


Micel ma typową dla tego typu kosmetyków postać bezbarwnego płynu, a mieszka w przezroczystej butelce. Dziwnie pachnie i to w moim odczuciu największy jego minus. Poza tym sprawdza się bardzo dobrze: szybko, skutecznie i bez podrażniania skóry czy oczu usuwa niewodoodporny makijaż. Uwaga - lubi się pienić.

Osobiście nie zawuażyłam żadnego wpływu tego kosmetyku na moje zaczerwienienia (rumień i te sprawy), ale też nie z tą myślą go kupiłam, więc nie ma to dla mnie większego znaczenia.


Płyn micelarny Mixy to dobry zawodnik, ale jednak wolę micele Vianka, gdyż mają ładniejsze składy i zapach. Ot i tyle.

czwartek, 22 marca 2018

Vianek, nawilżający tonik-mgiełka do twarzy

I kolejne pozytywne doświadczenie z Viankiem. Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na zakup kilku kosmetyków tej marki, bo jak do tej pory większość z nich pokazuje się z jak najlepszej strony i nie inaczej jest z opisywanym dziś tonikiem. Kupiłam go stacjonarnie w drogerii Natura, a 150 ml buteleczka wystarczyła mi na nieco ponad dwa miesiące stosowania rano i wieczorem.


Tonik ma lekko żółtawy odcień, ładny, słodki zapach i miesza w butelce z atomizerem o typowej dla Vianka szacie graficznej. Atomizer działa sprawnie, ale nie spodziewajcie się drobniutkiej mgiełki; on sika dość porządnie i wręcz moczy twarz. 

Kosmetyk rzeczywiście bardzo delikatnie nawilża. Nie ma może jakiegoś fantastycznego działania kojącego, ale tego od toników nie wymagam. Stosowało mi się go bardzo dobrze, bez żadnych zgrzytów. Moim zdaniem jest to pozycja godna uwagi.

Znacie?

wtorek, 20 marca 2018

Boots, No 7, Glamorous Nudes Eye Palette

Paletka, o której dziś opowiem, była częścią kolorówkego zestawu bożonarodzeniowego marki własnej drogerii Boots, No 7, a dostałam go w prezencie od dobrych znajomych właśnie z tej okazji.

Niedawno pisałam o rozświetlaczach, które mnie nie zachwyciły ze względu na drobinkowe wykończenie (klik). Niestety paletki też nie pokochałam, ale nie ze względu na słabą jakość. Poniżej wyłuszczę, co mi chodzi.


Tak jak w przypadku rozświetlaczy, tu również mamy przyjemne (plastikowe) opakowanie o fajnym, wpadającym w oko designie. Układ cieni w paletce też wygląda ciekawie. Za plus policzam fakt, że cienie przykryte są ochronną folijką.


W paletce znajdziemy dziesięć kolorów. Jeden cień, niemal identyczny z odcieniem mojej skóry, jest matowy i nadaje się do wewnętrznego kącika, pod łuki brwiowe i do rozcierania innych cieni. Dziewięć pozostałych to modne, metaliczne shimmery. Cienie są przyzwoicie napigmentowane, w miarę dobrze się z nimi pracuje, na bazie nie rolują się, nie blakną ani nie zbierają w załamaniach, a shimmer nie urządza sobie wielkich wędrówek po całej twarzy.


przykładowy  makijaż #1


Pierwsze, co mam cieniom do zarzucenia to fakt, że nałożone na powiekę samodzielnie, dają mało ciekawy efekt. Żeby "odżyły" na powiece warto nakładać je na kolorową bazę, ewentualnie na mokro.

Drugi mój zarzut polega na tym, że jak dla mnie nie jest to paletka samowystarczalna. Ja nie lubię nakładać metalików/shimmerów/pereł itp. w załamanie. Dlatego zawsze sięgając po tę paletkę muszę mieć w podorędziu jakiś mat do załamania.


przykładowy makijaż #2


Trzeci mój problem z tą paletką jest taki, że większość cieni jest chłodna; mamy tu tylko dwa względnie ciepłe odcienie. Jak widzicie, sama jestem chłodnym typem urody (myślę, że ze mnie zgaszone lato): włosy w odcieniu szarawy blond, szaro-niebieskie oczy, cera żółtawa, ale chłodna. W makijażu oczu lubię ten swoisty chłód trochę przełamać ciepłymi tonami. W chłodnych cieniach czuję się niewyraźnie i, moim zdaniem, wyglądam niezdrowo. A już w szarościach, które w paletce wiodą prym, naprawdę mi nieładnie.
 

przykładowy makijaż #3


W związku z powyższym wcale mnie ta paletka nie inspiruje. Pomimo mody na takie wykończenie. Przez dwa tygodnie sięgałam po nią codziennie i za każdym razem miałam ochotę odłożyć ją na miejsce i umalować się czym innym. Nie dlatego, że to zły kosmetyk. Po prostu nie dla mnie...

niedziela, 18 marca 2018

Yves Rocher, Riche Creme, Comforting Anti-Wrinkle Cream

O opisywanym dziś kremie Yves Rocher słyszałam wiele pozytywnych opinii, ale sama nie miałam parcia na zakup. Było nam jednak przeznaczone się spotkać, gdyż przywędrował do mnie w prezencie od kochanej Hexxany.

Czternastomililitrowa tubka wystarczyła mi na około dwa miesiące stosowania rano i wieczorem.


Jak widać, producent zapakował krem do typowej dla tego typu kosmetyków tubki z dziubkiem. Sam produkt ma postać białej emulsji i nie jest ani specjalnie rzadki, ani specjalnie gęsty. Potrzebuje kilku minut na wchłonięcie.


Przy pierwszym zetknięciu krem ten wydał mi się lekki, a co za tym idzie - mało odżywczy. Podczas regularnego używania okazało się jednak, że to pierwsze wrażenie było bardzo mylne. Kosmetyk naprawdę dobrze nawilża, a przy tym spokojnie nadaje się do stosowania i na dzień, i na noc. Znakomicie spisuje się pod makijażem, gdyż zapewnia nawilżenie skórze pod oczami, a jednocześnie świetnie współgra z podoczną kolorówką. Stosowany nieco grubszą warstwą na noc rzeczywiście nawilża i koi, dzięki czemu skóra staje się elastyczniejsza i ładniej wygląda. Oczywiście zmarsczek nie prasuje, ale jestem realistką i nie mam podobnych oczekiwań.

Muszę przyznać, że to jeden z lepszych kremów pod oczy, z którymi się zetknęłam.

czwartek, 15 marca 2018

IOSSI, aksamitna róża, krem regenerująco-nawilżający z acerolą, różą i algami

Pozostańmy jeszcze w temacie różanych kosmetyków. Pokażę Wam dzisiaj perełkę polskiej produkcji  - fantastyczny krem IOSSI. Jego miniaturę (15 ml) dostałam w prezencie gwiazdkowym od Hexxany.

Opakowanie miniatury przypomina to pełnowymiarowe - szklany słoiczek z czarną nakretką i o estetycznej szacie graficznej. 15 ml produktu wystarczyło mi na około pięć tygodni cowieczornego stosowania.

Kosmetyk nie jest ani specjalnie gęsty, ani specjalnie rzadki. Podczas rozsmarowywania czuć, że zawiera w sobie olejki. Nie zostawia jednak na skórze tłustego filmu, a wchłania się dając aksamitne wykończenie. Proces aplikacji umila przyjemny zapach róż.


Jak wspomniałam wyżej, stosowałam krem na noc, bo na dzień sięgam po filtry. Szybko dostrzegłam moc tego maluszka. W kilka dni doprowadził moją skórę do siebie po choróbsku, to jest optymalnie ją nawilżył i zregenerował poznakowany katarem nos. Na tym jednak nie koniec. Każdego ranka patrząc na siebie w lustrze widziałam, jak stopniowo poprawia się faktura skóry. Naskórek zrobił się zauważalnie gładszy i przyjemny w dotyku, skóra zyskała na zdrowym, wewnętrznym blasku i wyglądała naprawdę dobrze. Poza tym krem świetnie łagodził grę naczyń, dzięki czemu rumień nie dawał mi się mocno we znaki, nie pojawiły się nowe "pajączki", a cera miała bardziej wyrównany koloryt.

Jestem zachwycona tym małym cudem i planuję powrót.

poniedziałek, 12 marca 2018

Lush, Rosy Cheeks, fresh face mask

Różana maska Lush zbiera bardzo skrajne oceny - albo jednoznacznie negatywne, albo entuzjastyczne. Nie zraziło mnie to, ponieważ moja tłusta, płytkounaczyniona cera lubi różę, więc postanowiłam po prostu produkt wypróbować na sobie.

Ja byłam z niego zadowolona.


Maska ma postać gęstej, różowej pasty o perfumeryjnym różano-kwiatowym zapachu. Nie wysycha zbyt szybko, więc nie trzeba jej co chwilę zwilżać (tak może raz na 5 minut). Zawartość opakowania wystarczyła mi na około 10 użyć.

Za każdym razem po zmyciu maski moja cera była oczyszczona a pory ściągniętę. Skóra była również nieco podsuszona i wołała o nawilżenie, więc ograniczałam się do sięgania po ten produkt mniej więcej raz w tygodniu. Żadnego podrażnienia, pieczenia czy szczypania nigdy nie zarejestrowałam, a naczynka się nie buntowały.

Rosy Cheeks to przyzwoita maska z glinką o ładnym zapachu. Działa oczyszczająco i ściągająco na pory, ale nie jest na tyle wspaniała, abym zaraz miała biec kupić nowe opakowanie. Kiedyś, przy okazji, czemu nie?

piątek, 9 marca 2018

Colour Alike, typografia, G

Lakier dostałam od Hexxany :* Wydaje mi się, że ta kolekcja nie jest już dostępna w sprzedaży.

Pojemność: 8 ml
Kolor: piękna różowa czerwień
Wykończenie:kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie:dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Trwałość: na moich miękkich paznokciach dwudniowa w porywach do trzech dni
Zmywanie: łatwe



niedziela, 4 marca 2018

Estee Lauder, Advanced Night Repair Eye, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II, Night Wear Plus 3-Minute Detox Mask, Day Wear Advanced Multi-Protection Anti-Oxidant Creme, Night Wear Plus Anti-Oxidant Night Detox Creme

Dziś parę słów o arcyciekawym zestawie miniatur Estee Lauder, który dostałam w prezencie urodzinowym od Słomki i Stri. A ponieważ to marka wysokopółkowa, postawiłam jej wysoko poprzeczkę. I z przyjemnością muszę stwierdzić, że zdała egzamin! W dodatku w najbardziej wymagającym okresie w roku - w czasie mroźnej zimy za oknem i grzejników w domu. Normalnie moja skóra w takich warunkach bardzo szybko się odwadnia i niezwykle łatwo o wszelkiego rodzaju podrażnienia.

Oczywiście moje uwagi mają bardziej charakter pierwszego wrażenia niż pełnej opinii.


NIGHT WEAR PLUS 3-MINUTE DETOX MASK
Miniatura wystarczyła mi na sześć użyć. Maska ma postać zielonkawej pasty (opiera się na glince) o ogórkowym zapachu. Po każdej sesji moja skóra była oczyszczona, rozjaśniona, rozświelona, miła w dotyku i o ładniejszym kolorycie. Produkt ładnie oczyszczał i obkurczał pory oraz podsuszał wypryski, a przy tym w żadnym stopniu mnie nie podrażniał. Słowem, działał jak dobra glinka. Ogromny plus za to, że nie trzeba było jej zwilżać.


ADVANCED NIGHT REPAIR EYE
Produkt zamknięto w eleganckim brązowym słoiczku z pozłacaną zakrętką. Zawartość miniatury wystarczyła mi na nieco ponad miesiąc cowieczornego stosowania. Na dzień również kilka razy go użyłam, ale ze względu na specyficzną konsystencję nie sprawdzał się pod makijażem. Konsystencją przypomina mi ni to klejący żel, ni to śluz (taki ślimaczy na przykład). Nie dało się na tym rozsmarować równomiernie korektora. No ale sama nazwa sygnalizuje, że jest to krem na noc,  a w tej roli spisywał się znakomicie. Przez cały okres stosowania budziłam się z fantastycznie nawilżoną i odżywioną skórą pod oczami. Miałam wrażenie, że naskórek był grubszy i jakby "wypchnięty", dzięki czemu zmarszczki były mniej widoczne. Mały geniusz.



Pozostały mi do opisania serum, krem na dzień i krem na noc. Nie mogę jednak skomentować, jakie efekty daje każdy z nich z osobna. Stosowane razem naprawdę dobrze się uzupełniały.


ADVANCED NIGHT REPAIR SYNCHRONIZED RECOVERY COMPLEX II
Produkt zamknięto w ciemnej buteleczce z pipetą. Ma postać żółtawego, lekkiego żelu o zapachu, który mój nos odbiera jako grapefruitowy. Wchłaniał się błyskawicznie i nie zostawiał żadnego filmu na skórze. Na pewno nie dawałby mi samodzielnie wystarczającego nawilżenia, więc oczywiście stosowałam go pod krem na noc. Zawartość miniaturki wystarczyła mi na prawie miesiąc cowieczornego stosowania.


DAY WEAR ADVANCED MULTI-PROTECTION ANTI-OXIDANT CREME
Krem zamknięto w słoiczku. Produkt ma zielonkawy odcień i zapach świeżego ogórka. Jest też dość treściwy, ale nie zostawia tłustego filmu na skórze. Świetnie sprawdza się pod makijażem, ale ochrona na niskim poziomie SPF 15 jest dla mnie do zaakceptowania jedynie w pochmurne zimowe dni. Zawartość miniatury wystarczyła mi na około 5 tygodni codziennego stosowania.


NIGHT WEAR PLUS ANTI-OXIDANT NIGHT DETOX CREME
Ponownie słoiczek, ale tym razem skrywający krem w odcieniu białym. Zostawia lekko świecący film na skórze, co w nocy nie przeszkadza. Ponownie zawartość miniatury wystarczyła mi na około 5 tygodni cowieczornego stosowania.
Rezultaty, które osiągałam sięgając po tę trójkę, były zachwycające. Przez cały okres stosowania moja skóra była świetnie nawilżona, gładka, elastyczna, przyjemna w dotyku; wyglądała zdrowo i promiennie, a grzejniki i zimne powietrze nie robiły na niej żadnego wrażenia. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze.

Na koniec zostawiam Wam składy:





Znacie?

piątek, 2 marca 2018

Podsumowanie zużyć lutego plus kilka wyrzutków.

Luty za nami, a mnie nazbierało się trochę pustych opakowań po zużytych kosemtykach. A co dokładnie?


Maseczka Rosy Cheeks marki Lush, tonik-mgiełka Vianka oraz krem pod oczy Yves Rocher dostarczyły mi pozytywnych wrażeń, a w kopiach roboczych na publikację czekają już notki na ich temat. Teraz więc powiem po prostu, że to dobre kosmetyki i warto zwrócić na nie uwagę. Miniaturę różanej mgiełki Melvita dostałam od Hexxany i zużyłam do zwilżania Beauty Blendera podczas wykonywania makijażu (lubię zamiast zwykłej wody używać w tym celu naturalnego toniku/hydrolatu/mgiełki). Głównie dlatego, że atomizer sikał wielkimi kroplami i za bardzo moczył twarz. Mgiełka ładnie pachniała.


Swojego czasu kupiłam wielkie opakowanie marokańskiej glinki Synesis. Zrobiłam z niego wielu osobom spore odsypki, ale i tak uporanie się z pozostałą ilością zajęło mi kilka lat. Głównie dlatego, że nie za bardzo mogłam stosować ten produkt na twarz. Jest to jedna z mocniejszych i inwazyjniejszych glinek, i niestety nie dogadała się z moimi naczynkami. Z powodzeniem natomiast mieszałam małe porcje produktu z szamponem i wykonywałam nim swoisty peeling skóry głowy. Po każdej takiej sesji włosy były podniesione u nasady, ale też szorstkie w dotyku i trudniejsze do rozczesania. Odżywka do włosów O'Herbal była w porządku. Sprawdzała się jako podstawowy nawilżacz po umyciu strzechy szamponem. Z maski do dłoni i stóp z mikrosrebrem Podopharm (klik) byłam ogromnie zadowolona. Uratowała moje dłonie w sytuacji skrajnego przesuszu. Uwielbiałam również olejek do biustu z Voluplus z Mazideł (klik) i, jak widziałyście w poprzednim poście, już kupiłam kolejne opakowanie.


Trzy świetne kosmetyki do higieny osobistej. Mydło Kawa z Cynamonem z Lawendowej Farmy (klik) uwielbiam od lat. Kostka ma genialny zapach cynamonu i jest bardzo wygodnym w używaniu, nie brudzącym otoczenia, bardzo mocnym peelingiem kawowym do ciała. Żel do higieny intymnej Vianka to mój nowy ulubieniec. Ma ładny skład, jest delikatny, skuteczny i nie wywołuje u mnie żadnych podrażnień. Żele pod prysznic Dove bardzo lubię za piękne zapachy oraz brak wysuszania skóry. Sztukę z powyższego zdjęcia zużyłam w UK.


A ten żel pod prysznic Dove zużyłam w Polsce podczas obecnej wizyty u rodziców. Złuszczającą maskę do stóp Exclusive Cosmetics zrobiłam sobie dokładnie tydzień temu i już prawie kończy mi się wylinka. Uwielbiam ten produkt.


Zużyta kolorówka to świetna baza pod cienie Rival de Loop (klik), bardzo ładny lakier (miniatura) Essie Sure Shot (klik), genialny do kamuflowania wyprysków i stosowania jako baza pod cienie korektor Lasting Perfection spod szyldu Collection (klik) oraz beznadziejny, rozlewający się na pół twarzy błyszczyk Bourjois Effect 3D Gloss (klik). Tego ostatniego używałam podczas moich nocnych workoutów do zabezpieczania ust przed wysychaniem, kiedy nikt mnie nie widział.


Pokusiłam się również o przegląd toaletki i wyrzucenie staroci:


Cień w kremie Maybelline Color Tatto w odcieniu On and On Bronze (klik) lubiłam bardzo, ale jak widzicie mocno już zaschnął i nie da się go równomiernie zaaplikować. Pomadka Bourjois z serii Rouge Edition Velvet (klik) rozwarstwiła się. Ja tymi pomadkami zachwycona nie jestem i nie uważam ich za szczególnie trwałe. Leżące obok niej dwa cienie mam już około 5 lat, a chyba od połowy tego czasu w ogóle po nie nie sięgnęłam. Leżący pod nimi "róż" to eksperymentalna mieszanka kilku różów sprasowanych razem. Zaczął się miejscami odbarwiać. Następnie mamy róż Rose Gold ze Sleeka (klik). Od czasu, kiedy go kupiłam kilka lat temu, zdążyłam zauważyć, że jest dla mojej urody nieco za ciepły, więc leżał przez długi czas odłogiem. Powyżej niego mamy dwie pomadki The Balm - Vanilly z paletki Balm Jovi (klik) oraz Mia Moore z paletki In The Balm of Your Hand Vol. 1 (klik). Oprócz tego, że leciwe, obie były nietrwałe i wysuszające. To mi przypomina, że zapomniałam wyrzucić okropnie suchą i drapiącą kredkę Golden Rose z serii Dream Lips Lipliner. A nic innego niż kosz jej się nie należy...


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...