środa, 17 października 2018

Zdobycze września.

Gdyby nie Hexxana, zdobyczy września byłoby tyle, co moich zakupów, czyli:


Kupiłam żel pod prysznic, olejek Dove do mycia Beauty Blendera i wreszcie trafiłam na odpowiedni odcień sławnego w internetach korektora MUR. Ja wiem, że zbiera on skrajne opinie, ale to paradoksalnie podsyca moją ciekawość, więc wzięłam, mimo iż w ostatnich miesiącach obrodziło u mnie w korektory.
 
 
A szalona Asia bez okazji przysłała mi Wielką Pakę Pełną Skarbów:



Póki co polubiłam się z podkładem Neve, bo ładnie się nosi.



Z totalnego braku czasu nie malowałam paznokci od ponad dwóch miesięcy... Muszę w końcu do tego wrócić, bo nowe zabawki czekają!

Asiu, dzięki :*

sobota, 13 października 2018

Podsumowanie zużyć września.

Wow, znowu mnie wciągnęła jakaś czarna dziura. Nie mam pojęcia, gdzie podziały się ostatnie dwa tygodnie; czas przeciekł mi przez palce. Od dwóch miesięcy pracuję non stop; od dwóch miesięcy nie ćwiczyłam, nie przeczytałam żadnej książki, nie pomalowałam paznokci i prawie nie spałam. Bardzo mi z tym źle, no ale tak wygląda gorący okres w usługach. A do Polski przyjadę dopiero w grudniu... Ech :/

Ale kończmy marudzenie, bo przecież z dużym opóźnieniem, ale jak zawsze mam ochotę kosmetycznie podsumować miniony miesiąc.

 Różany micel Bielendy jest świetny - ma dużą pojęmność,  ładnie pachnie i bardzo dobrze acz delikatnie usuwa resztki makijażu. Nie mam do niego absolutnie żadnych zastrzeżeń. Pastami Splat zainteresowała mnie Aga. Wersja Active przypadła mi do gustu, gdyż dobrze czyściła zęby, a płytka nazębna nie pojawiała się zbyt szybko. Musiałam jednak przyzwyczaić się do specyficznego smaku. Jedna z lepszych past bez fluoru, jakie poznałam. O maskarze Astor pisałam tutaj. Ot, zwyklak. Serum do skóry z niedoskonałościami IOSSI, prezent od Justyny, miało swoje plusy i minusy, o których chciałabym, w miarę możliwości, napisać w osobnej notce. Peelingu do ust Evree nie polubiłam (zużyłam na dłonie i stopy), a balsam do ust był w porządku, choć znam lepsze.


Żel pod prysznic Soap&Glory w wersji Clean On Me bardzo lubię za piękny zapach, pompkę i brak wysuszania skóry. Polubiłam również żel do higieny intymnej Naturativ, który dostałam od Hexxany. Miał formę gęstego żelu, dobrze mył, a przy tym był delikatny i nie wywołał u mnie żadnego podrażnienia. Świetny zawodnik. Antyperspirant Dove był w porządku; dezodorant Fenjal lubię stosować po wieczornym prysznicu. Daje mi wystarczającą ochronę na noc. Krem Astrali z polecenia stosowałam do rąk, ale niewiele wskórał na ich tragiczny stan. Diamentowa maska Biovax też nie zrobiła na mnie czy na moich włosach większego wrażenia. Tak samo, jak olej z orzechów makadamia. Nie zauważyłam, żeby zdziałał cuda na moich prostych drutach czy loczkach córeczki.

Trzynaście zużytych produktów; kiedyś bywało ich u mnie ponad dwadzieścia, ale na pielęgnację i makijaż też niestety nie mam ostatnio czasu ;)

piątek, 28 września 2018

Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów

Wspominałam już tu wielokrotnie, że od kilku lat mam ogromne problemy ze skalpem (swędzenie, tłusty łupież, czasem nawet łuska) i większość szamponów (i tych zwykłych, i naturalnych) tylko pogarsza sytuację. Metodą prób i błędów doszłam do tego, że moja skóra głowy nie lubi detergentu zwanego kokamidopropyl betainą (pochodne SLS-ów też są problematyczne, ale troszkę mniej mnie podrażniają), a składnik ten znajduje się w niemal każdym łatwo dostępnym szamponie. Szukam więc składów, w których detergenty są "uspokojone" olejkami i substancjami łagadzącymi, jak na przykład pantenolem. Dlatego właśnie zwróciłam uwagę na balsam myjący Sylveco.

Z góry przepraszam, że nie mam zdjęć opisywanych dziś produktów. Przysięgłabym, że zrobiłam im sesję, ale na komputerze ani aparacie zdjęć nie ma, więc chyba mi się ten photo shoot przyśnił. Jako że niedosypiam, to często śnię na jawie. A ponieważ kosemtyki już zużyłam, a opakowań się pozbyłam, pozostaje mi opcja kopiuj-wklej ze strony Sylveco. Bo powrotu i szansy na sesję w realu nie będzie.


Ze strony producenta:

Hypoalergiczny, przeznaczony do pielęgnacji każdego rodzaju włosów, szczególnie słabych, zniszczonych, pozbawionych blasku, z tendencją do wypadania. Zawiera bardzo łagodne, ale jednocześnie skuteczne środki myjące, które nie podrażniają nawet najbardziej wrażliwej skóry głowy. Unikalne połączenie oleju jojoba i masła karite z naturalnymi składnikami nawilżającymi zapewnia włosom ochronę przed wysuszeniem i niekorzystnymi warunkami atmosferycznymi. Przy regularnym stosowaniu normalizuje stan skóry głowy, a włosom nadaje miękkość, gładkość i lekkość bez efektu puszenia.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Posiada delikatny zapach olejku rozmarynowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Coco-Glucoside, Decyl Glucoside, Mel Extract, Cocamidopropyl Betaine, Butyrospermum Parkii Butter, Panthenol, Simmondsia Chinensis Seed Oil, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Glyceryl Oletate, Lactic Acid, Betulin, Sodium Benzoate, Rosmarinus Officinalis Leaf Oil.


Czyż opis nie sugeruje, że to kosmetyk idealny dla mnie? Ale od początku. Balsam ma postać białej, dość rzadkiej emulsji i nie pieni się zbyt obficie, więc na każde mycie zużywałam większą ilość niż normalnie. Zamknięto go w brązowej, plastikowej butelce z wygdną klapką, ale kiedy butelka owa wyśliznęła mi się z mokrych dłoni i spadła z wysokości około 1,5 metra na podłogę, klapka odłamała się. Ups.

Rzeczywiście kosmetyk ten okazał się łagodny dla skóry głowy. Nie wywoływał luski ani swędzenia, ale nie znormalizował też jej stanu. Swoje podstawowe zadanie - mycie kłaków, spełniał dobrze, ALE nie nadawał moim włosom żadnej miękkości, gładkości, ani tym bardziej lekkości. Wręcz przeciwnie, już po kilkunastu godzinach pojawiał się oklap, a na drugi dzień włosy były już nieświeże (a myję je właśnie co dwa dni, bo mój skalp nie wytrzymuje większej częstotliwości). No i killer - TEN zapach. Powód, dla którego z trudem i w katuszach zużywałam swoją butelkę. Otóż szampon zajeżdża najtańszym cytrusowym płynem do mycia toalet z nutką uryny. Fuuuuuuuj.



No to  przejdźmy płynnie do wygładzającej odżywki. Oto, jak promuje ją producent:


Wygładzająca odżywka na bazie ekstraktu z łopianu przeznaczona jest do każdego rodzaju włosów. Zawiera składniki wzmacniające, nawilżające i odbudowujące, dzięki którym włosy nabierają blasku, ładnie się układają, są gładkie i elastyczne. Olej z pestek winogron, oliwa z oliwek i olej arganowy chronią przed wysuszeniem i uszkodzeniami. Dodatkowo cukier i panthenol (humektanty) zatrzymują wilgoć i pozwalają uzyskać odpowiednią objętość fryzury, bez obciążenia. Stosowanie odżywki po każdym myciu włosów zapewnia efekt idealnie miękkich, wygładzonych i pełnych blasku włosów.

Produkt przebadany dermatologicznie. Hypoalergiczny. Wygładzająca odżywka do włosów posiada delikatny zapach olejku sosnowego. Pojemność: 300 ml.

INCI: Aqua, Cetyl Alcohol, Sucrose, Vitis Vinifera Seed Oil, Olea Europaea Fruit Oil, Glycerin, Stearic Acid, Arctium Lappa Extract, Panthenol, Decyl Glucoside, Argania Spinosa Kernel Oil, Glyceryl Oleate, Lactic Acid, Cyamopsis Tetragonoloba Gum, Sodium Benzoate, Cocamidopropyl Betaine, Pinus Silvestris Oil.


W brązowej buteleczce z pompką mieszka bardzo rzadka emulsja o podobnym acz nieco delikatniejszym do powyżej opisanego szamponu zapachu smrodku. I jest to produkt, który na moich włosach nie robi kompletnie nic, jakbym nic na nie nie nakładała po myciu. Nie ma efektu "idealnie miękkich, wygładzonych i pelnych blasku włosów". Nic nie ma. Odżywka-widmo proszę państwa.

The end.

Polecicie jakiś delikatny dla skalpu szampon? Mnie doskonale służył mocznikowy szampon Isany, ale oczywiście go wycofali. Mogę jeszcze bez większych konsekwencji sięgać po szampon Alterry granat i aloes... i to by z pewniaków było na tyle. Trochę słabo :/

sobota, 22 września 2018

Color Club, 850 Worth The Risque

Lakier dostałam od Hexxany.

Pojemność: 15 ml
Kolor: szarość z drobinkami, które chcą dawać efekt holo, ale robią to tak niemrawo, że trzeba się go doszukiwać w naprawdę ostrym świetle
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen, Insta-Dri)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia

środa, 19 września 2018

Astor, Big & Beautiful Boom! volume mascara

Mimo iż mam swoich tuszowych ulubieńców, chętnie testuję produkty sobie nieznane. Mam proste, krótkie i raczej rzadkie rzęsy, cenię więc sobie produkty, które je wydłużają i jednocześnie dodają objętości, a niewiele maskar to potrafi. 

Zawodnik od Astor okazał się całkiem do rzeczy, choć oczywiście nie jest to produkt bez wad.


Produkt zamknięto w pomalowanej na złoto, mocno błyszczącej i przez to bardzo niefotogenicznej tubce dość słusznych rozmiarów, co nie czyni ją ani travel-friendly ani łatwą w przechowywaniu. W środku siedzi 12 ml czarnej mazi, i nawet teraz, mniej więcej dziewięć miesięcy od otwarcia, kosmetyk jeszcze się nie skończył, ani nie wyschnął. Osobiście wolałabym mniejszą tubkę z mniejszą ilością mazidła, bo jak wiadomo, maskary najlepiej jest wymieniać co trzy miesiące. Tutaj zużycie kosmetyku w trzy miesiące ani nawet w pół roku wydaje się niemożliwe, co jest marnotrawstwem. Chyba, że inaczej się na to zapatrujecie.

Nie zostałam fanką szczoteczki. Jest wielgachna i łatwo narobić sobie przy nieuważnej aplikacji bałaganu na powiece.


Efekt maskara daje raczej "dzienny". W moim przypadku uwidacznia rzęsy, ale o pełnym objętości wachlarzu nie ma mowy. 

Szacuneczek za brak rozmazywania, osypywania się, kruszenia i tego typu niespodzianek. Tusz jest trwały, a jednocześnie nie stawia oporu podczas demakijażu. To lubię.


Przyzwoity produkt, ale nie czuję potrzeby powrotu do niego.

Znacie?

sobota, 15 września 2018

Mokosh Cosmetics, ujędrniające serum pomarańcza

Uwielbiam olejkowe sera do twarzy, a dzięki Hexxanie miałam okazję wypróbować prawdziwe cacuszko - ujędrniające serum Mokosh.


W prostym, wręcz ascetycznym kartoniku znalazłam ulotkę informacyjną oraz głównego bohatera dzisiejszej notki, umieszczonego w buteleczce z ciemnego szkła, z aplikatorem-pipetą. Kosmetyk pięknie pachnie owocem pomarańczy i ma żółtawe zabarwienie. W jego skład wchodzą m. in. olej arganowy, olej ze słodkich migdałów, olej z wiesiołka, olej z gorzkiej pomarańczy, ekstrakt z kwiatu gorzkiej pomarańczy, macerat z opuncji figowej, oraz olejek z drzewa herbacianego. Mieszanka tych składników ma dość gęstą konsystencję i w moim przypadku, po aplikacji na twarz spryskaną tonikiem, zostwał na niej wyraźny film, co mi jednak nie przeszkadzało, bo stosowałam produkt na noc. 12 ml serum wystarczyło mi na około 6 tygodni cowieczornego stosowania.



Jak obietnice producenta przełożyły się na moje odczucia? Przede wszystkim serum bardzo dobrze nawilża skórę. Nie musiałam stosować na nie jeszcze dodatkowego kremu. Poza tym skóra twarzy wyglądała po prostu dobrze, młodo i zdrowo: była rozświetlona, miała ładną fakturę (pory zwężone, nie rzucały się w oczy) i koloryt, była bardzo przyjemna w dotyku. Nie miałam też specjalnych problemów z niedoskonałościami podczas tych sześciu tygodni.

Słowem - niesamowicie się z tym serum polubiłam i było mi autentycznie smutno, kiedy dobiłam do dna buteleczki.

Żeby nie było tak różowo, są pewne przeciwwskazania do sięgania po ten kosmetyk. Oto one:


Ja ze swojej strony bardzo polecam.

poniedziałek, 10 września 2018

Podsumowanie zużyć sierpnia.

Jedna trzecia września już za nami, a ja dopiero wyskakuję z pustakami z sierpnia. Od tygodnia próbuję napisać tego posta, mówię Wam.

Ale już nie narzekam na brak czasu, tylko przejdę od razu do tematu.

Pielęgnacja twarzy:


O mojej miłości do olejków hydrofilnych z Biochemii Urody (klik) wspominałam już nieraz. Zużyłam już mnóstwo buteleczek i na pewno będą kolejne. Na zdjęciu wersja pomarańczową, którą kocham za delikatność, skuteczność i cudowny zapach. Serum ujędrniające Mokosh również pięknie pachniało pomarańczami i zdecydowanie zasługuje na osobny wpis, więc postaram się takowy wkrótce napisać. Teraz tylko powiem, że bardzo się polubiliśmy.


Pielęgnacja włosów:



Ach, ten duet z betuliną od Sylveco też muszę obsmarować na blogu, ale nie będzie to post pochwalny. Bynajmniej. Nigdy więcej! Do peelingu Starej Mydlarni natomiast muszę wrócić. Już za nim tęsknię - jest świetny i zasługuje na osobną notkę. W tej małej buteleczce był specyfik do nabłyszczania włosów, ale zużyłam go z trudem, bo widocznie kłaki wysuszał. Ot, dar losu, który przewinął się przez moją kosmetyczkę.


Higiena:


Pianka pod prysznic Dove dała mi wiele radości, gdyż miała genialny gruszkowy zapach. Moja skóra po kąpieli wymagała jednak nawilżenia, a sam produkt dość szybko mi się skończył, nie będzie więc pojawiać się u mnie regularnie, a od czasu (promocji) do czasu (promocji). Olejek pod prysznic Dove służy mi do mycia mojego Beauty Blendera i następną buteleczkę mam już w użyciu. Antyperspirant Rexony szału nie zrobił. Coś tam chronił, ale nie przez cały dzień.


Pielęgnacja dłoni i stóp:


Same ulubieńce: genialne skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics (tanie, szybko działają, bardzo skuteczne), mocznikowy krem Isana, bez zastosowania którego nie mogłabym pójść spać, oraz parafinowy krem do rąk Bielendy (klik), czyli mój stary dobry przyjaciel, kiedy w ciągu dnia skóra dłoni potrzebuje dużej dawki nawilżenia i regeneracji.


I wyrzutki:


Kredka Revlon Colorburst Balm Stain (klik), zakupiona w zestawie w Tk Maxx, od samego początku miała podejrzany zapach - najwidoczniej kupiłam starą. Pomadki Bourjois Rouge Edition Velvet (klik) zmieniły zapach z meganieprzyjemnego na niesamowicie meganieprzyjemny, więc się z nimi rozstaję bez żalu, bo niczym mnie nie zachwyciły. Pomadka w płynie MUA (klik) trafia do kosza, bo tak brzydko się zjada, że nie mam ochoty po nią sięgać. Do pomadki Million Dollar Lips Wibo (klik) dobrała mi się córcia i coś musiała zrobić, bo cały aplikator jest czarny. Żadna strata - nie lubiłam tego kosmetyku tak czy siak.

I to moi kochani na ten moment wszystko. Pozostaje mi się spiąć i spróbować napisać w najbliższym czasie wszystkie obiecane notki ;) do następnego!

poniedziałek, 3 września 2018

Eveline, błyskawiczny krem-kompres regenerujący do rąk i paznokci

Wow, jeden post na dwa tygodnie. Tak "imponującej" aktywności na blogu nie miałam nawet tuż po urodzeniu córeczki prawie pięć lat temu. Która, swoją drogą, dziś poszła do angielskiej zerówki. Cóż, sierpień to była praca praca praca i na nic innego nie starczało czasu. Nawet na spanie.

Ale nie to jest tematem niniejszego posta. W planach miałam co prawda napisanie podsumowania zużyć, ale nie miałam kiedy porobić zdjęć, a dziś się nie uda, bo pogoda za oknem paskudna, a więc i ładnego światła brak. A jak się nie ma, co się zaplanowało, to.... pisze się notkę, która czeka na napisanie od kilku tygodni, ha! Nie chciałam jednak tego kremu zostawiać tak bez wspomnienia o nim, bo moim zdaniem to tania perełka. Kosmetyk Eveline, o którym dziś mowa, kosztuje bowiem zaledwie niecałe 8 zł w Rossmannie,  a działa naprawdę zacnie.

Mowa o tym gagatku:

W różowej tubce mieszka różowawa emulsja o kwiatowym zapachu. Produkt zawiera 15% mocznika, jest zatem dość treściwy i trzeba poczekać kilka minut na wchłonięcie. Mnie to absolutnie nie przeszkadza, bo moim ekstremalnym sucholcom bardzo służą takie otulające formuły.  

Kosmetyk naprawdę dobrze nawilża skórę i przynosi jej natychmiastowe ukojenie, jeśli jest niekomfortowo ściągnięta. Stosowany regularnie rzeczywiście wykazuje działanie regenerujące, a także zmiękcza i uelastycznia naskórek. Naprawdę nie  mogę tej perełce niż zarzucić.

Eveline robi dobre kremy do rąk. Brawo.

czwartek, 16 sierpnia 2018

Guerlain, Rose Aux Joues, 03 Peach Party

Dziś nacieszymy sobie oczy luksusowym puzderkiem, które przywędrowało do mnie od Hexxany.

Zacznijmy od opakowania: w eleganckim kartoniku mieszka zamszowy futeralik (niestety mocno przyciąga kłaczki różnego pochodzenia), a w nim nasz skarb - czarne puzderko, wyposażone w róż, lusterko, (nieprzydatny) pędzelek oraz magnetyczne zamknięcie. 

Po otwarciu puzderka oczom ukazuje się piękne tłoczenie, a  w nos uderza zapach, który jest ponoć identyczny z aromatem sławnych meteorytów. Nie miałam okazji tego zweryfikować.


Wykończenie tego konkretnego różu jest satynowe, a sam kosmetyk jest średnio napigmentowany, co gwarantuje, że nie zrobimy sobie nim rumieńców widocznych z księżyca. Specjalnie zestawiłam go z Galifornią marki Benefit, żeby pokazać różnicę w pigmentacji.

Róż Guerlain ma suchą i pylącą konsystencję. Widocznie kruszy się pod najdelikatniejszym dotknięciem pędzla i trzeba trochę z nim popracować, żeby przykleił się do policzka, ale za to kładzie się na nim równą warstwą.  Z mojej tłustej cery kosmetyk ewakuuje się po jakiś pięciu godzinach. Robi to jednak równomiernie, bez plam i prześwitów.


Ostatecznie znalazłam temu różowi nowy, dobry dom. I nie przez jego suchość, kruszenie się czy nietrwałość (wszak noszę w pracy makijaż znacznie dłużej niż pięć godzin). Jako posiadaczka chłodnawej karnacji nie czuję się dobrze w różach wpadających w brzoskwinię. Na zdjęciach powyżej nie wyglądam w nim źle, to prawda, ale to jednak nie jest "to". A jeszcze jak da znać o sobie rumień, to te różne odcienie różowości nieładnie mi się na twarzy gryzą.

Mam nadzieję, że ten uroczy róż przyniesie nowej właścicielce trochę radości :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

Podsumowanie zużyć lipca. Zakupy lipca.

Oj, zaczęło się na całego. A konkretnie - sezon turystyczny w Blackpool. Tak mnie wciągnął wir pracy, że przez ostanie dwa tygodnie czasem nie pamiętałam, jak się nazywam, i nie dało się wygospodarować tej godzinki na napisanie posta czy choćby przeczytanie paru stron książki. Gdzieś tam w międzyczasie jedynie czytywałam Wasze blogi. Do końca października będę żyć w takim niedoczasie, z utęsknieniem wypatrując choć kilku chwil oddechu. A że chyba właśnie taka chwila nadarza się teraz, piszę posta. Wszak tradycji musi stać się zadość - miesiąc bez choćby krótkiego podsumowania zużyć to miesiąc stracony ;)

Żel do higieny intymnej Vianka (klik) to jeden z moich ulubieńców w tej kategorii. Jest delikatny i nie podrażnia, za co niezmiernie go cenię. Polubiłam też emulsję do mycia twarzy tej samej marki (klik), która służyła mi głównie do porannego mycia twarzy, krem do rąk Eveline (będzie osobna notka; bardzo przyzwoity), dezodorant Fenjal, który daje mi ochronę w nocy podczas snu, oraz żel pod prysznic Isany - tani i dobry. Antyperspirant Rexona stress control był dużo lepszy od kulek tej marki, więc oceniam go pozytywnie. Maskę dyniową z Sephory dostałam od Agaty. Muszę przyznać, że ładnie oczyściła mi skórę i lekko ściągnęła pory, ale użycie kremu nawilżającego po zabiegu było konieczne. Balsam do ciała z Avonu, który kiedyś dostałam od kuzynki, zgodnie z moimi przewidywaniami ładnie pachniał, ale poza tym niewiele dobrego robił. Miniatur kremu SVR niestety nie mogłam przetestować, bo produkt zepsuł się w nieotwartych opakowaniach z dobrą datą...


Krem do rąk Eveline przez przypadek załapał się do drugiego zdjęcia. To moje zmęczenie i gapiostwo dają o sobie znać. W sezonie przespanie pięciu godzin to luksus; zazwyczaj muszę zadowolić się czterema, pracując przez pozostałe dwadzieścia... Poziom stresu - all time high.

Pianka pod prysznic Radox to kosmetyk, jak mawia Czarszka, w sam raz na raz. Myła dobrze, ale wysuszała skórę, a zapach miała mocno chemiczny. Nie zmartwiłam się, kiedy dobiłam dna.

Płyn do mycia pędzli marki Theatric z Rossmanna był niestety słaby - mocno perfumowany, a przy tym wysoce nieskuteczny. Obok alkoholu izopropylowego nawet nie stał...






 Po tych dwóch próbkach nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat kremu z Retinolem marki Norel. Nie podrażnił mnie. Witaminowy olejek pod oczy IOSSI, prezent od Justyny, służył mi doskonale przez ostatnie miesiące. Właśnie dobrałam się do drugiego opakowania i na pewno poświęcę mu osobny wpis pochwalny. Emma Hardie moringa balm, którego miniaturę dostałam od Hexxany, był bardzo przyjemny w stosowaniu. Pięknie pachniał i dobrze rozpuszczał makijaż twarzy (do oczu się raczej nie nadaje). Kosmetyk nie emulguje, ale mimo to nie zostawia na skórze irytującego, tłustego filmu.


Podkład Lily Lolo w odcieniu China Doll (klik) był moim pewniakiem na lato. Był wydajny, na skórze wyglądał bardzo naturalnie i widocznie jej służył, bo jakby mniej się zanieczyszczała. Moim zdaniem latem nie ma nic lepszego niż minerały!

Bibułki matujące Thearic w wersji różowej (klik) to  moje najukochańsze sebum-odsysacze na rynku. 

Wykończyłam niedostępną już w sprzedaży (wielka szkoda!) pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 160. Bardzo, bardzo lubiłam ten kolorek, jak i całą serię (klik).

Krem CC Olay to nic godnego uwagi (klik). Jak coś jest do wszystkiego, to.... 











***
Na samym początku lipca byłam na chwilę w Polsce na chrzcinach mojej słodkiej brataniczki. Zrobiłam wtedy krótki wypad do Rossmanna po niezbędniki (dosłownie!) i były to całe kosmetyczne zakupy lipca, bo już na inne nie miałam czasu:



No i wszystko. Do napisania, jakkolwiek nieregularne ono będzie ;)

sobota, 28 lipca 2018

Vianek, nawilżająca emulsja myjąca do twarzy

Moja przygoda z Viankiem trwa. Dziś przychodzę z krótką notką na temat przyjemnego kosmetyku do delikatnego mycia twarzy.

Emulsja mieszka w plastikowej buteleczce z pompką o typowej dla Vianka szacie graficznej. Ma postać białego mleczka (niczym do demakijażu) o przyjemnym, kwiatowym zapachu.


Lubiłam myć tym kosmetykiem twarz z rana, gdyż dobrze usuwał resztki nocnej pielęgnacji plus nocny brud z twarzy, a przy tym nie wysuszał mi skóry w najmniejszym stopniu. Nie doświadczyłam również z jego strony żadnego podrażnienia ani innych przykrych niespodzianek. 

Jeśli chodzi o mycie nim skóry wieczorem - tu już nie było tak różowo. Emulsja w jakimś stopniu potrafi rozpuścić makjaż twarzy, ale nie usuwa go w stu procentach. Z makijażem oczu w ogóle sobie nie radzi; panda murowana. W tym przypadku trzeba połączyć ten kosmetyk z czymś silniej działającym.

Edit: Asia słusznie zwróciła mi uwagę, że emulsja nie służy do demakijażu (producent przeznaczył ją do mycia twarzy), więc nie powinnam jej pod tym kątem oceniać. Dodam, że jeśli sięgałam po nią w celu rozpuszczenia makijażu, to i tak myłam jeszcze twarz czym innym, bo stosuję kilkuetapowe oczyszczanie twarzy i lubię skórę na sam koniec wymyć detergentem. Mimo iż jest to kosmetyk do mycia, wygląda jak tradycyjne mleczko do demakijażu i założę się, że jest to dla niektórych użytkowniczek nieco mylące. Przepraszam, jeśli sama wprowadziłam kogoś w błąd.

Dodam, że produkt absolutnie się nie pieni, ale tego się spodziewałam, bo nie widzę w składzie żadnych pianotwórczych substancji. Wspominam o tym, bo wiem, że wiele osób bez piany nie ma poczucia domycia skóry.

Polecam tym, którzy szukają ultradelikatnego, niewysuszającego kosmetyku do mycia twarzy, choć raczej rekomenduję go do usuwania leciuteńkich zabrudzeń.

wtorek, 24 lipca 2018

OPI, My Very First Knockwurst

Uwielbiam odcienie na paznokciach, które świetnie wyglądają z każdą stylizacją, pasują do każej okazji, a  do tego wyglądają schludnie i elegancko. Taką właśnie sztukę podarowała mi niedawno Hexxana.

Pojemność: 15 ml
Kolor: beż z dodatkiem różu i lawendowego fioletu
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: dość rzadka
Pędzelek: dość szeroki, ale tak się rozkłada na płytce, że malowanie to sama przyjemność
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Insa-Dri od Sally Hansen)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość:3 dni na moich miękkich paznokciach

Czyż nie jest piękny?



Volume: 15 ml
Colour: beige with pink and lavender undertones
Finish: cream
Consistency: thinnish
Brush: classic, quite broad
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested, I used a fast-drying top coat (Insta-Dri by Sally Hansen)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft nails

wtorek, 17 lipca 2018

Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30

Krem ochronny Bandi towarzyszył mi przez drugą połowę zimy i wiosnę (zahaczając o majowe upały). Spisał się na medal i spokojnie mogę napisać, że to jeden z lepszych kremów z filtrem przeciwsłonecznym, jakie poznałam. Z przyjemnością będę do niego wracać.


W przyjemnym wizualnie kartoniku znalazłam plastikową butelkę z pompką i tłokiem. Rozwiązanie wygodne, higieniczne, i umożliwiające wykorzystanie kosmetyku do ostatniej kropli.

Mazidło ma beżowy kolor i gęstą konsystencję, która niejako wymusza aplikowanie go na skórę grubszą warstwą, co jest w przypadku filtrów przeciwsłonecznych bardzo ważne. Mimo odcienia mazidło troszkę bieli skórę, ale nieznacznie.

Baaardzo, baaaaaardzo podobało mi się wykończenie, jakie krem daje na skórze - rozświetlony, satynowy mat. Kosmetyk zachowywał się jak filtry typu dry touch i nie przyspieszał wyświecania się mojej tłustej cery. Makijaż trzymał się na nim wspaniale.


Ochrona przeciwsłoneczna opiera się w komsetyku Bandi o mieszankę filtrów chemicznych i fizycznych. Te pierwsze czasem podrażniają mi naczynka, ale tu nic takiego się nie działo; nie zauważyłam też zapychania czy wysuszania naskórka. Podczas stosownia kremu słońce mnie nie opaliło, ale też się jakoś mocno na nie nie wystawiałam. Piegi jak co roku wylazły, jak tylko porządnie przygrzało.

Krem z priobiotykami Bandi jest godny uwagi, zwłaszcza jako komfortowy filtr do cery tłustej. Ja na pewno będę do niego wracać i serdecznie go polecam.

czwartek, 12 lipca 2018

Vis Plantis, age killing effect, krem na zmarszczki mimiczne i głębokie linie

Krem Vis Plantis kupiłam spontanicznie podczas którejś wizyty w Naturze. Skusiłam się na niego z ciekawości, gdyż ma zawierać syntetyczny peptyd naśladujący działanie peptydu występującego w jadzie żmii świątynnnej, który ma odprężać mięśnie, przez co linie mimiczne mają być mniej widoczne. Od razu powiem, że nie mam jeszcze głębokich zmarszczek czy bruzd, więc nie wiem do końca, jak by na ten składnik zareagowały, ale na mojej jeszcze niezbyt głębokiej linii na czole peptyd nie zrobił większego wrażenia - nie odnotowałam zauważalnej różnicy. Niemniej, jak wspominałam, nie jest to głęboka bruzda.

Jakiś czas temu kosmetyki z jadem żmii były dość popularne w sieci. Vis Plantis podłapało trend i wprowadziło całą linię kosmetyków z syntetycznym peptydem wzorowanym na tym naturalnym. Ja na początek wybrałam tylko krem i raczej na tym poprzestam. Nie jest to zły kosmetyk, ale fajerwerków też nie było.


Producent zamknął krem w mało higienicznym słoiczku, ale takie rozwiązanie pasuje do konsystencji kosmetyku. Krem jest biały oraz ma delikatny kosmetyczny zapach, a te 50 ml wystarczyło mi na nieco ponad dwa miesiące cowieczornego stosowania. Doceniam, że pod wieczkiem słoiczka znalazła się dodatkowa ochronna pokrywka. Na kartoniku, w którym siedział słoiczek, znajdziemy wszystkie istotne na temat mazidła informacje. 

Jak wspominałam wyżej, bardzo trudno mi skomentować działanie rozluźniające mięśnie twarzy. Na szczęście moje kurze łapki nie są jeszcze utrwalone, a podczas stosowania tego kremu nie były mocno widoczne, nie oznacza to jednak, że jest to zasługa tego kremu. Szczerze mówiąc w moim odczuciu kosmetyk ten to po prostu przyzwoity nawilżacz. Kiedy sięgałam po niego jeszcze przed majowymi upałami, rano budziłam się z dobrze nawilżoną cerą i nie miałam problemów z suchymi skórkami. I tyle. Nie zauważyłam, by naskórek zyskał na napięciu, elastyczności, itp. Podczas upałów spadł jednak komfort korzystania z tej pozycji, bo miałam wrażenie, że krem siedzi mi na skórze, nie wchłania się w nią; czułam jakby skóra trochę się pod nim dusiła. Wnioskuję zatem, że "tłuścioszki" będą bardziej z niego zadowolone w chłodniejsze miesiące. Nie mam pojęcia, czy mazidło sprawdziłoby się na suchych lub normalnych cerach.

Znacie?

sobota, 7 lipca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 701 Jazz Funk

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: średni, ciepły róż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wytrwał na nich aż pięć! dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Jazz Funk is still available.

Volume: 12 ml
Colour: warm, medium pink
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 5 days on my soft, weak nails - a brilliant result

wtorek, 3 lipca 2018

Zdobycze czerwca.

W czerwcu byłam w Polsce, co oczywiście oznacza, że zawitałam do tej i owej drogerii. Poza tym miałam urodziny, a przyjaciele i rodzina zadballi o dobroci dla ciała i duszy. Tylko spójrzcie, jakie czadowe prezenty wpadły w moje łapska!


od Kasi:


od Agaty:


od brata i bratowej:


od Słomki:


od Stri:


od Justyny:

Dziewczyny maksymalnie mnie rozpieściły. Bardzo Wam dziękuję :*


A moje zakupy przedstawiają się tak:


Bo potrzebowałam myjadła do ciała, a w Boots była promocja 3 for 2. Bo nieskutecznie polowałam na tę mgiełkę z filtrem SPF 50 od LRP już w zeszłym roku. Skoro w końcu znalazłam ją stacjonarnie, wiele się nie namyślałam - zwłaszcza, że Basia ją u siebie chwaliła.



Bo niedługo skończy mi się krem pod oczy na dzień, a miałam kiedyś próbkę multiwitaminowego kremu Norela, która mnie bardzo zaciekawiła. Skorzystałam z faktu, że byłam w kraju i zamówiłam. Fajnie, że marka do każdego zamówienia dołącza próbki.
 


Na liście zakupowej z Rossmanna miałam pasty do zębow Splat (zaciekawiła mnie nimi Aga), antyperspiranty na dzień (lubię te od Rexony), dezodorant na noc (fenjal jest spoko i pięknie pachnie), skarpetki kwasowe (moje ulubione!), żel pod prysznic (często sięgam po Isanę, bo po co przepłacać), oliwkę Babydream (bardzo lubię), olejek do włosów Alterry (wspaniale sprawdza się na wlosach mojej córci) i oczywiście mój ulubiony krem do rąk wszechczasów - mocznikową Isanę. Z ciekawości skusiłam się też na nowy olejek do ciała Bielendy, a termoaktywne bandaże były w cenie na do widzenia, więc też dorzuciłam do koszyka, a co mi tam. Tylko dwie nadprogramowe rzeczy, czyli jest dobrze!

Słonecznego i radosnego lipca kochani :*

poniedziałek, 2 lipca 2018

Podsumowanie zużyć czerwca.

Serio, to się już czerwiec skończył? Kiedy, bo nawet nie zauważyłam?

 Podczas obowiązkowego pobytu w Polsce zużyłam fanty ze zdjęcia obok. Krem mocznikowy Isany, olejek do biustu Voluplus z Mazideł oraz odżywkę do włosów Alterry kupuję regularnie, bo to moje hity i niezbędniki, które uwiebiam i kocham, i zużyłam już mnóstwo opakowań. Do toniku Evree też wróciłam, ale nie korzystam z niego w przeznaczonym mu charakterze, a moczę nim Beauty Blendera. Nie wiem, jakoś sobie zakodowałam w głowie, że mojej cerze to się bardziej podoba niż korzystanie z czystej wody. Hydrolatu różanego z e-naturalne używałam jako toniku i byłam zadowolona, bo ładnie koił skórę naczynkową. Kwiatowo-owocowy zapach Eros Pour Femme marki Versace bardzo mi się podobał, ale był na mnie niezadowalająco nietrwały niestety.



 Kremowe żele pod prysznic Dove dość często u mnie goszczą. Nie mam im nic do zarzucenia - robią robotę, ładnie pachną, umilają kąpiel. Krem do stóp Eveline bardzo pozytywnie mnie zaskoczył; naprawdę daje radę! Niestety umknęło mi obfocenie tubki, ale chyba kupię go jeszcze raz i opiszę tutaj, bo warto wystawić mu laurkę. Z balsamem nawilżającym dla dzieci Johnson's było tak: wysłałam bratanka mojego faceta po żel do mycia dla dzieci, a mu się coś pomyliło ;) Niestety moja córeczka smarowania nie lubi (i nie potrzebuje; ma normalną skórę wiosną i latem), więc balsam musiałam rozpracować sama. Długo mi to zajęło (dobrze ponad pół roku) - ani mnie zapach nie porwał, ani moja skóra nie była zjawiskowo nawilżona. Cieszę się, że mam go już za sobą (tak, mogłam po prostu wyrzucić, ale nie znoszę marnotrawstwa, a oddać nie miałam komu).


Końcówkę filtru Lancome dostałam do wypróbowania od Hexxany. Produkt jest perfumowany, ale mi na szczęście ten zapach się podobał. Filtr nie jest zbyt tłusty (można nosić pod makijaż), nie bieli i działa - używałam go podczas fali ostatnich upałów na Wyspach i się nie opaliłam ani nie spaliłam. O kremie do twarzy Vis Plantis jeszcze napiszę, a serum Bandi z kwasem laktobinowy i glukonolaktonem (klik) obsmarowałam niedawno, nie pozostawiając na nim suchej nitki. Odżywkę Golden Rose stosowałam jako base coat i nie mam zastrzeżeń, a brązową kredkę Maybelline  (klik) naprawdę lubiłam i zużyłam większość, ale po pięciu latach z tym samym egzemplarzem czas się rozstać ;) Z widocznych próbek zachwycił mnie przepiękny zapach Abercrombie & Fitch First Instinct (na nuty składają się magnolia, grapefruit, pasiflora, kwiat pomarańczy, orchidea, lilia wodna, bursztyn, tonka i piżmo), i choć ma na mnie zaledwie parugodzinną trwałość, chętnie przytuliłabym flakon.

I to wszystko. Tym razem zakupów (już wkrótce)  było więcej niż pustaków.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...