niedziela, 17 czerwca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 313 Cocktail Passion

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Właśnie rozejrzałam się po stronach drogerii Boots oraz Superdrug i wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: przytłumiony neonowy koralo-róż; bardzo ciekawy
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wygląda dobrze przez nawet cztery dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Cocktail Passion is still available.

Volume: 12 ml
Colour: muted pink-coral neon
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 4 days on my soft, weak nails - a brilliant result

sobota, 16 czerwca 2018

Olay, Regenerist, CC Complexion Corrector

Opisywany dziś kosmetyk - hybrydę kremu pielęgnacyjnego i podkładu - podesłała mi do przetestowania Hexxana. Jeśli o pielęgnację twarzy chodzi, mam chłodny stosunek do Olay, bo żaden z ich kosmetyków, które kiedyś testowałam, na dłuższą metę mnie nie zachwycił.

Niestety tak jest i tym razem.

Muszę przyznać, że pierwsze wizualne wrażenie produkt robi dobre. Ta spirala z kremu i podkładu wygląda ciekawie, a samo opakowanie z pompką i tłokiem jest pratyczne i funkcjonalne. Na rzucającym się w oczy kartoniku zawarto interesujące konsumenta informacje. 

Krem jest bezzapachowy.


Pierwsze schody zaczynają się już na poziomie odcienia. Niby ma być uniwersalny, a jednak dla mnie osobiście jest nieco za ciemny. Po aplikacji na twarz dzieje się rzecz dziwna - przy zerowym kryciu skóra jest jednak nieco ciemniejsza niż była i trzeba też smarować szyję, co by nic się nie odcinało. 

Niby kosmetyk szybko się wchłania i nie jest specjalnie tłusty, ale na mojej twarzy zostawia niepożądane u cer tłustych mokre wykończenie, a co za tym idzie, nawet po przypudrowaniu już po 2-3 godzinach bardzo się wyświecam. Wtedy też mazidło zaczyna sobie trochę wędrować i zbierać się w bruzdach, na przykład wokół nosa.

Jak dla mnie ochrona przeciwsłoneczna na poziomie SPF 15 do żadna ochrona, więc w tej kwestii bym temu produktowi absolutnie nie zaufała.

Działanie pielęgnacyjne? Wystarczy rzut okiem na typowo drogeryjny skład, żeby wiedzieć, że nic z tego nie będzie. Nawilżenie na poziomie przeciętnym. Obiecane wygładzenie to tymczasowy efekt silikonów. W działanie przeciwzmarszczkowe i prasujące zmarszczki już istniejące nie wierzę nawet przez sekundę. A obietnica redukcji przebarwień powoduje u mnie jedynie pusty śmiech. W formule próżno szukać stabilnej witaminy C, glukonoloktanu lub innych kwasów, czy też retinolu. Co takiego w nim ma owe przebarwienia redukować? Chyba placebo.

Podsumowując - nawilżacz przeciętny, ochrona przeciwsłoneczna prawie nieistniejąca, dodatek podkładu zupełnie bez sensu, bo krycia kosmetykowi nie daje a bladziochom jedynie przyciemni odcień skóry, co nie jest pożądanym efektem; słowem - jak coś jest do wszystkiego...

środa, 13 czerwca 2018

Alterra, olejek do włosów

Bardzo lubię olejki w swojej pielęgnacji i chętnie testuję różne różnistości, o ile spodoba mi się skład. Tak było, kiedy w Rossmannie wypatrzyłam olejek do włosów Alterry (12,99 zł/50 ml). 


Olejek ma lekko żółtawy kolor i piękny, owocowo-kwiatowy zapach. Nie należy do gatunku suchych, więc, jak radzi sam producent, należy uważać z ilością. Mieszka w plastikowej buteleczce ze sprawnie działającą pompką. Bardzo się cieszę, że producent postawił na plastik, bo w razie draki, czyli wyśliźnięcia się butelki z otłuszczonych dłoni, nie trzeba sprzątać bałaganu ;)


Ja, osoba dorosła o prostych jak druty, średnioporowatych kłakach, stosowałam ten kosmetyk do olejowania włosów przed myciem. Moje kłaki są zdrowe, więc dużego pola do popisu olejek nie miał. Zauważyłam, że delikatnie je nawilżał i dodawał im blasku.

Za to na suchych lokach mojej prawie-pięciolatki produkt sprawdził się wyśmienicie w charakterze odżywki bez spłukiwania, nakładanej po myciu włosków. Nawilżał je, wygładzał, pomagał redukować puch, ułatwiał rozczesywanie - słowem, spisał się na medal. Jego działanie zależy więc od typu włosa [cóż za błyskotliwa konkluzja Kingo, pac pac po pleckach]. Ja na pewno przytulę butelczynę jeszcze nie raz, o ile (oby nie!) nie trafi do kategorii 'cena na do widzenia', co w Rossmannie nie jest niestety niczym niespotykanym.

niedziela, 10 czerwca 2018

Benefit, róż Galifornia

Kiedy Benefit wyszedł z Galifornią, naoglądałam się mnóstwa cudownych zdjęć na Waszych blogach. I w pewnym momencie poczułam nieodpartą pokusę wypróbowania go na sobie. Ponieważ jednak nie narzekam na brak różów w kosmetyczce, kupiłam w Sephorze format podróżny (85 zł/4 g), który mieszka w równie cudnym pudełeczku, co standardowa wersja, ale nie ma na nim tego pięknego słonecznego tłoczenia.


Opakowanie, jak to u Benefitu, jest tekturowe, zawiera małe lusterko oraz moim zdaniem kompletnie bezużyteczny pędzelek. Albo tylko ja nie potrafię się nim umalować. 

Pracuje się z tym różem wyśmienicie. Jest jedwabisty w dotyku, dobrze ale nie przesadnie napigmentowany, nie robi plam, pięknie się rozciera i jest naprawdę trwały. Na mojej tłustej cerze potrafi przetrwać w stanie "do ludzi" nawet przez dwanaście godzin, a to naprawdę spory wyczyn.

Odcień Galifornia to matowa brzoskwinia ze srebrnymi mikrodrobinkami, których nie widać na skórze.


I wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że nie jest to kolor dla mnie. Nie pasuje do mojego chłodnego odcienia skóry i włosów, i gryzie się z rumieniem i  naczynkami. Niestety muszę temu pięknotkowi znaleźć inny dom. Mnie pasują bardziej różowe, różane i brązowawe blushery. Te wpadające w pomarańcz i brzoskwinię muszę sobie darować, bo nie wyglądam i nie czuję się w nich optymalnie.

sobota, 9 czerwca 2018

Rimmel, Salon Pro, 703 Rock N Roll

Ten piękny lakier dostałam od Hexxany :* Zdaje się, że w UK producent zastąpił serię Salon Pro serią Super Gel Nail Polish, ale sam odcień jest w niej dostępny w cenie £5,99.

Pojemność: 12 ml
Kolor: elegancka czerwień
Wykończenie:kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:szeroki, płaski, ścięty na półokrągło
Krycie: do pełnego krycia potrzebuję dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: u mnie trzydniowa

Uwielbiam czerwień na paznokciach!



Even though Rimmel seems to have swapped the Salon Pro series with Super Gel Nail Polish series (£5.99), the shade Rock N Roll is still available. Which is great cause it's a nice one!

Volume: 12 ml
Colour: elegant red
Finish: cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hanses Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft, weak nails

środa, 6 czerwca 2018

Masło kawowe z e-nauralne.pl

Kiedy robiłam w kwietniu zakupy na e-naturalne.pl, niezmiernie zainteresowało mnie masło kawowe ze względu na wspaniały, krótki skład w postaci oleju z nasion kawy arabskiej (Coffea arabica (coffee) seed oil ) oraz oleju roślinnego (hydrogenated vegetable oil). W głowie przeznaczyłam je do smarowania obszarów mojego cielska objętych cellu, ale wiem, że użytkownicy smarują nim też rejny podoczne w celu zredukowania worków. Ja nie próbowałam, bo mimo chronicznego niedosypiania nie borykam się z tym problemem. Cienie natomiast nie są mi obce, ale nie o tym traktuje dzisiejszy wpis.

Produkt można dostać w kilku pojemnościach:
50 g za 17,90 zł
100 g za 33,60 zł
250 g za 73,50 zł
500 g za 136,50 zł

Mnie 100 g wystarczyło na ponad cztery tygodnie cowieczornego smarowania.


Od producenta:

Masło kawowe wytwarzane jest na bazie oleju uzyskanego z tłoczenia nasion kawy arabskiej. Posiada intensywny aromat świeżo palonej kawy. Ma działanie nawilżające, zmiękczające i przeciwzapalne. Działa antyoksydacyjnie chroniąc skórę przed niekorzystnym wpływem wolnych rodników. Doskonały produkt zwalczający cellulit oraz chroniący przed szkodliwym promieniowaniem UV. Dzięki zawartości kofeiny pobudza krążenie w naskórku, tym samym poprawia odżywianie przez krew, zapobiega obrzękom, zmniejsza widoczność cellulitu. Aplikowane w okolicy oczu może zmniejszać poranną opuchliznę i rozjaśniać cienie.
Masło posiada miękką konsystencję, bardzo dobrze rozprowadza się na skórze i doskonale wchłania. Można je stosować zamiast balsamu oraz dla pobudzenia np. po porannym prysznicu. Ze względu na rozkład kwasów tłuszczowych nasyconych masło kawowe ma działanie osłaniające i ochronne na skórę – tworzy na jej powierzchni warstwę zapobiegającą odparowaniu wody z naskórka.

Zastosowanie 1. W kosmetyce: produkty nawilżające, odżywcze, antycellulitowe, do twarzy i ciała. 
Zalecane stężenie Do 100% może być stosowane bezpośrednio na skórę.
Przechowywanie W chłodnym i ciemnym miejscu, w szczelnie zamkniętym opakowaniu.
Rozpuszczalność W tłuszczach.
(klik do źródła)


Produkt zamknięto w zwykłym plastikowym pojemniku farmaceutycznym, charakterystycznym dla sklepu e-naturalne.pl. Rzeczywiście pięknie i intensywnie pachnie świeżo paloną kawą. Samo masło jest dość zbite, ale łatwo się rozsmarowuje pod wpływem ciepła palców, aczkolwiek pozostaje dość tłustym masłem i nie zmienia się w olejek.  Producent pisze o szybkim wchłanianiu - u mnie kosmetyk nałożony w małej ilości zostawiał na skórze wyczuwalny film - może nie bardzo tłusty, ale jednak odczuwalny. Obawiałam się czy ze względu na beżowy odcień masło będzie brudzić skórę (a tym samym ubrania), ale niczego takiego nie zaobserwowałam.

Jeśli chodzi o działanie, to ten produkt to prawdziwa nawilżająco-ujędrniająca petarda. Serio, smarowane miejsca były pięknie nawilżone nawet przez całą dobę, a skóra zrobiła się bardzo przyjemna w dotyku oraz była wyraźnie napięta. Redukcji cellu co prawda nie zauważyłam, ale kto wie, czy i to by nie nastąpiło, gdyby nie używać tego produktu przez przynajmniej pół roku? Po świetnych rezultatach uzyskanych po jednym miesiącu jestem skłonna wierzyć, że coś by się ruszyło. Na razie mam w kolejce do wykorzystania cztery inne kosmetyki antycellulitowe, ale potem wracam do masła kawowego i z pewnością rozpatrzę zakup pół kilograma tego cuda.

Serdecznie polecam. Znalazłam to masło na stronie sklepu przez przypadek i spontanicznie zdecydowałam się na testy, ale ogromnie się z tego spontanu cieszę.

poniedziałek, 4 czerwca 2018

Zdobycze maja.

W maju nie szalałam z zakupami. 

Powoli kończy mi się korektor pod oczy, więc poszłam do drogerii po nowy. W zasadzie planowałam kupić ostatnio popularny Conceal & Define z Revolution, ale w szafie marki były tylko ciemne odcienie; jasne zostały wymiecione. Postanowiłam zatem postawić na inne, nieznane m,i korektory. Potrzebne mi też były nowe patyczki do odsuwania skórek.


 A poniżej produkty, które były mi potrzebne podczas pobytu w Polsce. Sól do stóp Venus jest fajna, ale preparat na skórki Eveline oceniam jako dużo słabszy od Sally Hansen, a przy tym rozmiękcza mi nie tylko skóri, ale i płytkę paznokcia!



I na tym by się skończyły majowe zdobycze, gdyby Hexxana nie przysłała mi z ponad dwutygodniowym wyprzedzeniem niezwykle hojnego prezentu urodzinowego, wypełnionego pozycjami z mojej wish-listy:











Dzięki Asi mam materiał do notek do końca roku ;) Bardzo Ci dziękuję :*

piątek, 1 czerwca 2018

Podsumowanie zużyć maja.

Maj śmignął mi nie wiadomo kiedy. I, jak zaraz zobaczycie, przyniósł zaległości w pisaniu zaplanowanych notek, tak mi czas przeciekł przez palce. Połowę ubiegłego miesiąca spędziłam w pracy, a połowę w Polsce, ale nie na siedzeniu przed komputerem, stąd mało notek ;) 

Jeśli o zużycia chodzi, bywało u mnie więcej pustych opakowań...


Rzadko mi się zdarza, aby jakiś kosmetyk pielęgnacyjny przeterminował się w moich niewielkich zapasach, bo zazwyczaj trzymam rękę na pulsie. Niemniej terminu przydatności maski enzymatycznej Ava niestety nie dopilnowałam (szkoda, bo naprawdę chciałam ją porządnie przetestować, ale w międzyczasie wpadły mi do kosmetyczki nadprogramowe produkty tego typu, a twarz mam jedną) i ostatecznie zużyłam ją do ciała, ot żeby nie wyrzucać pełnego opakowania do kosza. Zatem na temat działania produktu się nie wypowiem, ale pewnie kupię go w przyszłości ponownie, jak "wyjdą" mi inne enzymatyki. Natomiast do serum z witaminą C tej samej marki raczej już nie wrócę. Szkód żadnych nie czyni, ale pod względem skuteczności nie może konkurować z LIQ PHARM; koło tego ostatniego nawet nie stało. Zresztą mam w planach rozwinąć swoją opinię w osobnym poście. Z probiotycznego kremu do twarzy z SPF30 Bandi byłam ogromnie zadowolona, czemu również chcę dać wyraz w osobnej notce. To samo tyczy się masła kawowego z e-naturalne.pl. Fantastyczne mazidło, któremu należy się dedykowany wpis pochwalny. W małej plastikowej butelce mieszkało serum do włosów marki Whamisa, które dostałam od Hexxany. Nie zauważyłam żadnego szczególnego działania na moje kłaki.



Dwa małe słoiczki zawierały w sobie odlewki, które podesłała mi Justyna. W jednym był krem rozświetlajacy Resibo, o którym nie wiem, co myśleć, bo nie czuję jeszcze potrzeby stosowania baz rozświetlających pod makijaż i na filtr, a na noc przecież używanie tego typu kosmetyków nie ma sensu. W drugim - krem tonujący Origins, który pięknie wyglądał tuż po aplikacji, ale niestety na mojej tłustej cerze bardzo szybko się wyświecał. Zużyłam też enzymatyczną maskę algową marki Lynia z e-naturalne.pl. Cudo! Cudo! Cudo! Pięknie pachnie ananasem, łatwo schodzi, zostawia skórę oczyszczoną, gładziutką, elastyczną, ściąga pory i koi naczynka. Ogromnie żałuję, że nie skusiłam się od razu na kilka opakowań, no ale nie wiedziałam, czego się spodziewać. Zużyłam też przyzwoity rumiankowy żel do mycia twarzy marki Sylveco (klik) oraz godny uwagi hydrolat z werbeny spod szyldu Mokosh (klik). Dalej, dosłownie wymęczyłam ogromną butlę szamponu dodającego objętości O'Herbal (klik). Ponieważ podrażniał mi skórę głowy, prałam w nim pędzle, a i całe ciało zdarzyło mi się nim umyć, bo tak nie mogłam się doczekać, aż się skończy. Olejek do włosów Alterry był w porządku. Moje proste, średnioporowate kłaki delikatnie nawilżał, ale najepiej sprawdzał się na suchych loczkach mojej córci stosowany jako odżywka po myciu - zmiękczał je, dociążał, nawilżał. Żel pod prysznic Isany niczym mi nie podpadł - nie był za rzadki (co u tej marki często ma miejsce), pięknie pachniał i nie wysuszał skóry. Za tę cenę czego chcieć więcej? Antyperspirant Adidas był OK; bez rewelacji, ale też bez rozczarowania.

Regularności wpisów nie obiecuję, ale zaległe notki prędzej czy później się tu pojawią. Czadowego czerwca Wam życzę! To mój najulubieńszy miesiąc w roku :)

piątek, 25 maja 2018

Mokosh, hydrolat z werbeny

Marka Mokosh niezmiernie ciekawiła mnie od bardzo dawna. Dlatego prezent od Hexxany w postaci hydrolatu z werbeny sprawił mi wiele radości.

Już sama szata graficzna robi bardzo dobre pierwsze wrażenie. Do rąk dostajemy prosty, ale wizualnie estetyczny kartonik, w którym znajduje się butelka z ciemnego szkła ze sprawnie działającym atomizerem. Tu uwaga, produkt nie rozpyla się lekką mgiełką; strumień cieczy jest dość obfity, więc makijażu bym tym kosmetykiem nie spryskiwała. Zresztą u mnie sprawował on typowo pielęgnacyjną funkcję toniku-esencji.


Zapach hydrolatu był dla mnie zaskoczeniem. Spodziewałam się aromatu orzeźwiającego, cytrusowego, a okazał się dość intensywny, mocno słodki (i jakby lepki?) z delikatnym cytrusowym tłem, ale przyjemny.


Sięgałam po ten kosmetyk rano i wieczorem przez około dwa miesiące. Mam skórę przetłuszczającą się, z rozszerzonymi porami. Nie zauważyłam żadnego działania hydrolatu odnośnie ściągania porów (są jakie były), regulowania wydzielania sebum (jak pływałam w nim, tak pływam), czy nawet matowienia skóry. Trudno mi powiedzieć, czy produkt łagodzi podrażnienia, bo się z takowymi ostatnio nie borykałam. Na pewno natomiast delikatnie nawilża naskórek, jak również go tonizuje i odświeża. Robi to, co przyzwoity tonik robić powinien, choć wybitny nie jest.

Ogólnie przygodę z hydrolatem Mokosh oceniam pozytywnie i już zacieram rączki na testy ich serum do twarzy, które tylko czeka, aż zwolni się miejsce na półce. Póki co Mokosh zaplusował, jest dobrze!

poniedziałek, 21 maja 2018

Too Faced, Chocolate Bar

Bohaterkę dzisiejszej notki, sławną paletę Chocolate Bar marki Too Faced, dostałam nieoczekiwanie w spadku od Hexxany.

Opakowanie paleta ma świetne - metalowe, w kształcie tabliczki czekolady, z poręcznym lusterkiem, zamykane na magnes, który jednak w tym konkretnym egzemplarzu trzyma dość słabo. Dodatkowym bonusem jest ładny, kakakowy zapach cieni.


W palecie znajdziemy szesnaście cieni o różnych wykończeniach; są tu maty, są perły, są metaliki, są w końcu cienie z drobinkami. W zdecydowanej większości cienie są bardzo dobrze napigmentowane, kremowe w dotyku, ładnie przyczepiają się do powieki i ogólnie dobrze się z nimi pracuje. Jedynie "drobinkowce" (w tym ten przyciągający wzrok granato-fiolet) są bardziej suche, trzeba im budować krycie i wymagają więcej pracy.

Na bazie trwałość cieni jest bez zarzutu.


Ogólną kolorystykę palety określiłabym jako neutralną.

Gilded Ganache: khaki ze złotymi iskierkami
Salted Caramel: matowy karmel
Hazelnut: ciemnny brąz ze złotymi iskierkami
White Chocolate: matowy jasny beż
Marzipan: ciepły metaliczny róż
Creme Brule: metaliczny mosiądz
Semi-Sweet: matowy czekoladowy brąz
Haute Chocolate: perłowy "grzybkowy" brąz
Milk Chocolate: ciepły średni brąz
Strawberry Bon Bon: jasny matowy róż
Cherry Cordial: ciemny wiśniowy brąz z drobniutkimi iskierkami
Black Forest Truffle: fioletowawy bráz z iskierkami
Candied Violet: niebieskawy chłodny fiolet z różowymi drobinkami
Champagne Truffle: jasna różowawa perła
Triple Fudge: matowy czarny brąz
Amaretto: perłowy czerwonawy brąz



Żeby tradycji stało się zadość, obfociłam swoje nieprofesjonalne i nieidealne makijaże, żeby pokazać cienie w akcji.

#1
Gilded Ganache, Salted Caramel, White Chocolate, Semi-Sweet, Cherry Cordial, Champagne Truffle, Triple Fudge




#2
White Chocolate, Milk Chocolate, Black Forest Truffle, Salted Caramel, Semi-Sweet




#3
White Chocolate, Gilded Ganache, Semi-Sweet, Hazelnut, Creme Brulee, Haute Chocolate




#4
White Chocolate, Milk Chocolate, Black Forest Truffle, Amaretto, Champagne Truffle




#5
White Chocolate, Milk Chocolate, Triple Fudge, Marzipan



#6
White Chocolate, Gilded Ganache, Milk Chocolate, Strawberry Bon Bon, Candied Violet, Amaretto




#7
White Chocolate, Milk Chocolate, Salted Caramel, Strawberry Bon Bon, Candied Violet, Hazelnut, Cherry Cordial, Champagne Truffle


Ogromnym plusem tych cieni jest fakt, że nie zmywają się, jak to ma miejsce u ekhm ekhm konkurencji, w jedną plamę. Ogólnie jest to naprawdę przyjemna paletka.

czwartek, 17 maja 2018

Sylveco, rumiankowy żel do twarzy

Ja nie wiem, doprawdy nie wiem, czemu większość kosmetyków Sylveco pachnie mi sianem. Tak samo jest z dziś opisywanym żelem. Z góry założyłam, że nie polubię się z aromatem żelu tymiankowego, więc kupiłam wersję rumiankową. Cóż, z tym zapachem też nie jestem za pan brat, ale już do innych właściwości produktu nie mam większych zastrzeżeń.

Żel mieszka sobie w plastikowej buteleczce z pompką, która w moim egzemplarzu sprawowała się bez zarzutu do samego końca. Jest bezbarwny, ani gęsty, ani rzadki, dość słabo się pieni (łagodny detergent), a te 150 ml wystarczyły mi na około 4 miesiące stosowania raz-dwa razy dziennie. 


Kosmetyk swoją rolę, czyli oczyszczanie twarzy, spełnia bardzo dobrze. Oczywiście stosowałam go po pełnym demakijażu, do domycia resztek wszelkiego brudu. Nigdy nie próbowałam zmywać nim makijażu w jednym kroku, gdyż jestem zagorzałą zwolenniczką wieloetapowego oczyszczania twarzy, które bardzo służy mojej tłustej cerze.

Dzięki łagodnemu składowi żel Sylveco nie daje uczucia wysuszenia i ściągnięcia naskórka. Mogłam swobodnie sięgać po niego dwa razy dziennie bez obawy, że skóra twarzy zacznie przypominać powierzchnię rodzynka. Przy tym, jak już pisałam wyżej, produkt radzi sobie z pozbyciem się wszelkich resztek zabrudzeń. Słowem, jest to bardzo dobry kosmetyk, tylko niestety zapach mi do końca nie podchodzi...

poniedziałek, 14 maja 2018

Kneipp, Enzympeeling Puder

Gdyby nie Hexxana, nie otworzyłby się przede mną fascynujący świat peelingów enzymatycznych w pudrze. To dzięki Asi miałam okazję poznać prawdziwy hit w tej kategorii - Cell Fusion C (klik) - czy opisywanego dziś kolegę z Kneipp.

Uwielbiam, po prostu uwielbiam, peelingi enzymatyczne w tej postaci. Ich używanie nie mogłoby być prostsze - spieniasz z odrobinką wody w dłoniach i nakładasz na kilka minut na twarz. Szybko i prosto.


W kwestii działania nie mam większych zastrzeżeń. Po zmyciu pianki moja skóra jest odświeżona i nieziemsko wygładzona. Może produkt nie do końca radzi sobie z dużymi skórkami koło nosa, ale inne specyfiki też na tym polu polegają, więc nie mam żalu.

Jedyne co mnie doprowadza do szewskiej pasji to opakowanie. Mamy tu korek typu press, który jest nieszczlny i z czasem nie domyka się w ogóle. W pewnym momencie wkurzona po prostu przesypałam sobie puder do zastępczego słoiczka. Nie chciałam, aby proszek stracić swoje cenne właściwości przez ułatwiony dostęp powietrza, bakterii czy wilgoci.


Jeśli, jak ja, nie możecie stosować peelingów mechanicznych i królują u Was te enzymatyczne, serdecznie polecam wypróbować granulki Cell Fusion C lub Kneipp. To bardzo ciekawa alternatywa w świecie enzymatyków :)

piątek, 11 maja 2018

Podsumowanie zużyć kwietnia.

Od pięciu dni jestem w Polsce i do tej pory urlopowałam się z córeczką bardzo aktywnie (objeżdżamy rowerem okoliczne place zabaw, sklepy, lodziarnie, byłyśmy w kinie na "Basi" - polecam!, spotykamy się z przyjaciółmi i rodziną). Aż do wczoraj, kiedy mała złapała gorączkę, której nie da się zbić, nawet podając jej na zmianę paracetamol i ibuprofen. Temperatura poniżej stanu podgorączkowego nie schodzi :/ Podejrzewamy trzydniówkę. Taka piękna pogoda za oknem, a siedzimy dziś z dzieckiem w domu i tak trudno się przez cały czas nie nudzić, mimo gier i zabaw. Ciągnie na dwór, do słoneczka...

Co do zużyć. Skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics z Rossmanna uwielbiam i stosuję regularnie. Żel pod prysznic Isany z mocznikiem był bardzo dobry, choć nie czarował zapachem. Właściowści myjące bez zarzutu. Żel do higieny intymnej Vianka polecałam tutaj. Bardzo go lubię. Żel hialurnowy zwykle jakiś u mnie jest. Ten ze zdjęcia (Biochemia Urody) stosowałam do tworzenia szybkich olekowych serum do twarzy, dekoltu i biustu. W małym słoiczku była odlewka serum nawilżającego IOSSI od Justyny. Bardzo ciekawy produkt i nie wykluczam, że w przyszłości się skuszę. Antyperspirant Adidas był przeciętny, a baza pod lakiery z Bell - OK. Nie była zbójczo trwała, ale chroniła pazury przed zażółceniem. Glinki Dermaglin lekko oczyściły cerę i wchłonęły sebum, ale szczególnie mocno mnie nie zachwyciły.




Rumiankowy żel do mycia twarzy Sylveco dostanie osobny wpis. Już niedługo. Płyn micelarny tonik 2 w 1 Vianka był świetny. Doskonale domywał resztki makijażu, odświeżał i zastępował tonik. Świetna opcja na wyjazdy! Notka dotycząca peelingu enzymatycznego Kneipp czeka na publikację. Powiem tylko, że uwielbiam ten produkt. Olejek różany z Bielendy (klik) to bardzo ciekawa drogeryjna propozycja, którą moim zdaniem warto się zainteresować. Płyn do demakijażu oczu z MAC był w porządku - robił co miał robić.


Dezodoranty Fenjal stosuję po wieczornym prysznicu, bo nie lubię się budzić ze smrodkiem pod pachą. Do tego celu są w porządku, ładnie pachną i są lagodne dla skóry. Krem do rąk Evree z serii DeepMoisture (klik) u mnie się nie sprawdził. Moje problematyczne dłonie potrzebują o wiele cięższego kalibru. Natomiast krem do rąk z mocznikiem Isany nie widzicie tu ani pierwszy, ani ostatni raz. To mój bezkonkurencyjny ulubieniec, zwłaszcza do pielęgnacji nocnej. Kokosowy żel pod prysznic Nivei był  dobry. Ładnie pachniał, mył, nie wysuszał skóry. 



Z tej gromadki zużyłam miniaturę zapachu Si (piękny, ale na mnie nietrwały), wspaniały wysuszacz do lakierów Sally Hansen Insta-Dri, lakier ORLY w odcieniu Scandal (klik) oraz miniaturę fantastycznego tuszu do rzęs Burberry.

Matowa pomadka Bourjois z serii Rouge Edition Velvet w bardzo ładnym odcieniu 11 So Hap'pink zaczęła dziwnie zmieniać kolor w opakowaniu, więc ją wyrzucam. Zdarza mi się to już drugi raz z tymi pomadkami. No nic, i tak jakoś szczególnie ich nie lubię, o czym pisałam tutaj.

Widoczne kredki ze zdjęcia (klik oraz klik) zyskały drugie życie w rękach mojej córci, która rysuje za ich pomocą obrazki. Ja już dawno temu wyrosłam z czarnych kresek na powiekach, więc bez sensu, żeby linery nadal kurzyły się na mojej toaletce przez kilka kolejnych lat...

piątek, 4 maja 2018

Zakupy kwietnia.

W kwietniu musiałam uzupełnić braki, więc korzystając z faktu, że byłam w Polsce, zrobiłam większe kosmetyczne zakupy. I to w czasie promocji na kolorówkę w Rossmannie - choć z niej nie skorzystałam, bo nie miałam takiej potrzeby. Z Rossmanna za to wyniosłam:


Podstawowe artykuły higieniczne plus z ciekawości skusiłam się na hydrolat różany Venus oraz uzupełniłam zapasy moich ulubionych skarpetek złuszczających.


Potem poszłam do Natury, gdzie kupiłam tylko to, co sobie zaplanowałam:


Do nabycia bananowego pudru Kobo zainspirowała mnie Basia swoim wpisem o sposobach na zażółcenie zbyt różowych podkładów. Pozostałą trójkę dobrze znam i bardzo lubię.


Zrobiłam też zamówienie na E-naturalne.pl:


Miałam kupić tylko puder bambusowy, olejek hydrofilny oraz peeling enzymatyczny z owoców tropikalnych, ale skoro już robiłam zamówienie, dorzuciłam kilka innych rzeczy do testów. Masło kawowe pachnie obłędnie!


I na sam koniec zakup typowo zachciankowy, ale nie spontaniczny, bo myślałam o tej paletce od kilku miesięcy; oczarowało  mnie zestawienie kolorystyczne. A poza tym nigdy nie miałam niczego z tej marki, więc z ciekowścią sprawdzę, o co tyle krzyku:


Wydaje mi się, że takie kolory fajnie pasują do niebieskiej tęczówki :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...