czwartek, 16 sierpnia 2018

Guerlain, Rose Aux Joues, 03 Peach Party

Dziś nacieszymy sobie oczy luksusowym puzderkiem, które przywędrowało do mnie od Hexxany.

Zacznijmy od opakowania: w eleganckim kartoniku mieszka zamszowy futeralik (niestety mocno przyciąga kłaczki różnego pochodzenia), a w nim nasz skarb - czarne puzderko, wyposażone w róż, lusterko, (nieprzydatny) pędzelek oraz magnetyczne zamknięcie. 

Po otwarciu puzderka oczom ukazuje się piękne tłoczenie, a  w nos uderza zapach, który jest ponoć identyczny z aromatem sławnych meteorytów. Nie miałam okazji tego zweryfikować.


Wykończenie tego konkretnego różu jest satynowe, a sam kosmetyk jest średnio napigmentowany, co gwarantuje, że nie zrobimy sobie nim rumieńców widocznych z księżyca. Specjalnie zestawiłam go z Galifornią marki Benefit, żeby pokazać różnicę w pigmentacji.

Róż Guerlain ma suchą i pylącą konsystencję. Widocznie kruszy się pod najdelikatniejszym dotknięciem pędzla i trzeba trochę z nim popracować, żeby przykleił się do policzka, ale za to kładzie się na nim równą warstwą.  Z mojej tłustej cery kosmetyk ewakuuje się po jakiś pięciu godzinach. Robi to jednak równomiernie, bez plam i prześwitów.


Ostatecznie znalazłam temu różowi nowy, dobry dom. I nie przez jego suchość, kruszenie się czy nietrwałość (wszak noszę w pracy makijaż znacznie dłużej niż pięć godzin). Jako posiadaczka chłodnawej karnacji nie czuję się dobrze w różach wpadających w brzoskwinię. Na zdjęciach powyżej nie wyglądam w nim źle, to prawda, ale to jednak nie jest "to". A jeszcze jak da znać o sobie rumień, to te różne odcienie różowości nieładnie mi się na twarzy gryzą.

Mam nadzieję, że ten uroczy róż przyniesie nowej właścicielce trochę radości :)

wtorek, 7 sierpnia 2018

Podsumowanie zużyć lipca. Zakupy lipca.

Oj, zaczęło się na całego. A konkretnie - sezon turystyczny w Blackpool. Tak mnie wciągnął wir pracy, że przez ostanie dwa tygodnie czasem nie pamiętałam, jak się nazywam, i nie dało się wygospodarować tej godzinki na napisanie posta czy choćby przeczytanie paru stron książki. Gdzieś tam w międzyczasie jedynie czytywałam Wasze blogi. Do końca października będę żyć w takim niedoczasie, z utęsknieniem wypatrując choć kilku chwil oddechu. A że chyba właśnie taka chwila nadarza się teraz, piszę posta. Wszak tradycji musi stać się zadość - miesiąc bez choćby krótkiego podsumowania zużyć to miesiąc stracony ;)

Żel do higieny intymnej Vianka (klik) to jeden z moich ulubieńców w tej kategorii. Jest delikatny i nie podrażnia, za co niezmiernie go cenię. Polubiłam też emulsję do mycia twarzy tej samej marki (klik), która służyła mi głównie do porannego mycia twarzy, krem do rąk Eveline (będzie osobna notka; bardzo przyzwoity), dezodorant Fenjal, który daje mi ochronę w nocy podczas snu, oraz żel pod prysznic Isany - tani i dobry. Antyperspirant Rexona stress control był dużo lepszy od kulek tej marki, więc oceniam go pozytywnie. Maskę dyniową z Sephory dostałam od Agaty. Muszę przyznać, że ładnie oczyściła mi skórę i lekko ściągnęła pory, ale użycie kremu nawilżającego po zabiegu było konieczne. Balsam do ciała z Avonu, który kiedyś dostałam od kuzynki, zgodnie z moimi przewidywaniami ładnie pachniał, ale poza tym niewiele dobrego robił. Miniatur kremu SVR niestety nie mogłam przetestować, bo produkt zepsuł się w nieotwartych opakowaniach z dobrą datą...


Krem do rąk Eveline przez przypadek załapał się do drugiego zdjęcia. To moje zmęczenie i gapiostwo dają o sobie znać. W sezonie przespanie pięciu godzin to luksus; zazwyczaj muszę zadowolić się czterema, pracując przez pozostałe dwadzieścia... Poziom stresu - all time high.

Pianka pod prysznic Radox to kosmetyk, jak mawia Czarszka, w sam raz na raz. Myła dobrze, ale wysuszała skórę, a zapach miała mocno chemiczny. Nie zmartwiłam się, kiedy dobiłam dna.

Płyn do mycia pędzli marki Theatric z Rossmanna był niestety słaby - mocno perfumowany, a przy tym wysoce nieskuteczny. Obok alkoholu izopropylowego nawet nie stał...






 Po tych dwóch próbkach nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat kremu z Retinolem marki Norel. Nie podrażnił mnie. Witaminowy olejek pod oczy IOSSI, prezent od Justyny, służył mi doskonale przez ostatnie miesiące. Właśnie dobrałam się do drugiego opakowania i na pewno poświęcę mu osobny wpis pochwalny. Emma Hardie moringa balm, którego miniaturę dostałam od Hexxany, był bardzo przyjemny w stosowaniu. Pięknie pachniał i dobrze rozpuszczał makijaż twarzy (do oczu się raczej nie nadaje). Kosmetyk nie emulguje, ale mimo to nie zostawia na skórze irytującego, tłustego filmu.


Podkład Lily Lolo w odcieniu China Doll (klik) był moim pewniakiem na lato. Był wydajny, na skórze wyglądał bardzo naturalnie i widocznie jej służył, bo jakby mniej się zanieczyszczała. Moim zdaniem latem nie ma nic lepszego niż minerały!

Bibułki matujące Thearic w wersji różowej (klik) to  moje najukochańsze sebum-odsysacze na rynku. 

Wykończyłam niedostępną już w sprzedaży (wielka szkoda!) pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 160. Bardzo, bardzo lubiłam ten kolorek, jak i całą serię (klik).

Krem CC Olay to nic godnego uwagi (klik). Jak coś jest do wszystkiego, to.... 











***
Na samym początku lipca byłam na chwilę w Polsce na chrzcinach mojej słodkiej brataniczki. Zrobiłam wtedy krótki wypad do Rossmanna po niezbędniki (dosłownie!) i były to całe kosmetyczne zakupy lipca, bo już na inne nie miałam czasu:



No i wszystko. Do napisania, jakkolwiek nieregularne ono będzie ;)

sobota, 28 lipca 2018

Vianek, nawilżająca emulsja myjąca do twarzy

Moja przygoda z Viankiem trwa. Dziś przychodzę z krótką notką na temat przyjemnego kosmetyku do delikatnego mycia twarzy.

Emulsja mieszka w plastikowej buteleczce z pompką o typowej dla Vianka szacie graficznej. Ma postać białego mleczka (niczym do demakijażu) o przyjemnym, kwiatowym zapachu.


Lubiłam myć tym kosmetykiem twarz z rana, gdyż dobrze usuwał resztki nocnej pielęgnacji plus nocny brud z twarzy, a przy tym nie wysuszał mi skóry w najmniejszym stopniu. Nie doświadczyłam również z jego strony żadnego podrażnienia ani innych przykrych niespodzianek. 

Jeśli chodzi o mycie nim skóry wieczorem - tu już nie było tak różowo. Emulsja w jakimś stopniu potrafi rozpuścić makjaż twarzy, ale nie usuwa go w stu procentach. Z makijażem oczu w ogóle sobie nie radzi; panda murowana. W tym przypadku trzeba połączyć ten kosmetyk z czymś silniej działającym.

Edit: Asia słusznie zwróciła mi uwagę, że emulsja nie służy do demakijażu (producent przeznaczył ją do mycia twarzy), więc nie powinnam jej pod tym kątem oceniać. Dodam, że jeśli sięgałam po nią w celu rozpuszczenia makijażu, to i tak myłam jeszcze twarz czym innym, bo stosuję kilkuetapowe oczyszczanie twarzy i lubię skórę na sam koniec wymyć detergentem. Mimo iż jest to kosmetyk do mycia, wygląda jak tradycyjne mleczko do demakijażu i założę się, że jest to dla niektórych użytkowniczek nieco mylące. Przepraszam, jeśli sama wprowadziłam kogoś w błąd.

Dodam, że produkt absolutnie się nie pieni, ale tego się spodziewałam, bo nie widzę w składzie żadnych pianotwórczych substancji. Wspominam o tym, bo wiem, że wiele osób bez piany nie ma poczucia domycia skóry.

Polecam tym, którzy szukają ultradelikatnego, niewysuszającego kosmetyku do mycia twarzy, choć raczej rekomenduję go do usuwania leciuteńkich zabrudzeń.

wtorek, 24 lipca 2018

OPI, My Very First Knockwurst

Uwielbiam odcienie na paznokciach, które świetnie wyglądają z każdą stylizacją, pasują do każej okazji, a  do tego wyglądają schludnie i elegancko. Taką właśnie sztukę podarowała mi niedawno Hexxana.

Pojemność: 15 ml
Kolor: beż z dodatkiem różu i lawendowego fioletu
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: dość rzadka
Pędzelek: dość szeroki, ale tak się rozkłada na płytce, że malowanie to sama przyjemność
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Insa-Dri od Sally Hansen)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość:3 dni na moich miękkich paznokciach

Czyż nie jest piękny?



Volume: 15 ml
Colour: beige with pink and lavender undertones
Finish: cream
Consistency: thinnish
Brush: classic, quite broad
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested, I used a fast-drying top coat (Insta-Dri by Sally Hansen)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft nails

wtorek, 17 lipca 2018

Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30

Krem ochronny Bandi towarzyszył mi przez drugą połowę zimy i wiosnę (zahaczając o majowe upały). Spisał się na medal i spokojnie mogę napisać, że to jeden z lepszych kremów z filtrem przeciwsłonecznym, jakie poznałam. Z przyjemnością będę do niego wracać.


W przyjemnym wizualnie kartoniku znalazłam plastikową butelkę z pompką i tłokiem. Rozwiązanie wygodne, higieniczne, i umożliwiające wykorzystanie kosmetyku do ostatniej kropli.

Mazidło ma beżowy kolor i gęstą konsystencję, która niejako wymusza aplikowanie go na skórę grubszą warstwą, co jest w przypadku filtrów przeciwsłonecznych bardzo ważne. Mimo odcienia mazidło troszkę bieli skórę, ale nieznacznie.

Baaardzo, baaaaaardzo podobało mi się wykończenie, jakie krem daje na skórze - rozświetlony, satynowy mat. Kosmetyk zachowywał się jak filtry typu dry touch i nie przyspieszał wyświecania się mojej tłustej cery. Makijaż trzymał się na nim wspaniale.


Ochrona przeciwsłoneczna opiera się w komsetyku Bandi o mieszankę filtrów chemicznych i fizycznych. Te pierwsze czasem podrażniają mi naczynka, ale tu nic takiego się nie działo; nie zauważyłam też zapychania czy wysuszania naskórka. Podczas stosownia kremu słońce mnie nie opaliło, ale też się jakoś mocno na nie nie wystawiałam. Piegi jak co roku wylazły, jak tylko porządnie przygrzało.

Krem z priobiotykami Bandi jest godny uwagi, zwłaszcza jako komfortowy filtr do cery tłustej. Ja na pewno będę do niego wracać i serdecznie go polecam.

czwartek, 12 lipca 2018

Vis Plantis, age killing effect, krem na zmarszczki mimiczne i głębokie linie

Krem Vis Plantis kupiłam spontanicznie podczas którejś wizyty w Naturze. Skusiłam się na niego z ciekawości, gdyż ma zawierać syntetyczny peptyd naśladujący działanie peptydu występującego w jadzie żmii świątynnnej, który ma odprężać mięśnie, przez co linie mimiczne mają być mniej widoczne. Od razu powiem, że nie mam jeszcze głębokich zmarszczek czy bruzd, więc nie wiem do końca, jak by na ten składnik zareagowały, ale na mojej jeszcze niezbyt głębokiej linii na czole peptyd nie zrobił większego wrażenia - nie odnotowałam zauważalnej różnicy. Niemniej, jak wspominałam, nie jest to głęboka bruzda.

Jakiś czas temu kosmetyki z jadem żmii były dość popularne w sieci. Vis Plantis podłapało trend i wprowadziło całą linię kosmetyków z syntetycznym peptydem wzorowanym na tym naturalnym. Ja na początek wybrałam tylko krem i raczej na tym poprzestam. Nie jest to zły kosmetyk, ale fajerwerków też nie było.


Producent zamknął krem w mało higienicznym słoiczku, ale takie rozwiązanie pasuje do konsystencji kosmetyku. Krem jest biały oraz ma delikatny kosmetyczny zapach, a te 50 ml wystarczyło mi na nieco ponad dwa miesiące cowieczornego stosowania. Doceniam, że pod wieczkiem słoiczka znalazła się dodatkowa ochronna pokrywka. Na kartoniku, w którym siedział słoiczek, znajdziemy wszystkie istotne na temat mazidła informacje. 

Jak wspominałam wyżej, bardzo trudno mi skomentować działanie rozluźniające mięśnie twarzy. Na szczęście moje kurze łapki nie są jeszcze utrwalone, a podczas stosowania tego kremu nie były mocno widoczne, nie oznacza to jednak, że jest to zasługa tego kremu. Szczerze mówiąc w moim odczuciu kosmetyk ten to po prostu przyzwoity nawilżacz. Kiedy sięgałam po niego jeszcze przed majowymi upałami, rano budziłam się z dobrze nawilżoną cerą i nie miałam problemów z suchymi skórkami. I tyle. Nie zauważyłam, by naskórek zyskał na napięciu, elastyczności, itp. Podczas upałów spadł jednak komfort korzystania z tej pozycji, bo miałam wrażenie, że krem siedzi mi na skórze, nie wchłania się w nią; czułam jakby skóra trochę się pod nim dusiła. Wnioskuję zatem, że "tłuścioszki" będą bardziej z niego zadowolone w chłodniejsze miesiące. Nie mam pojęcia, czy mazidło sprawdziłoby się na suchych lub normalnych cerach.

Znacie?

sobota, 7 lipca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 701 Jazz Funk

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: średni, ciepły róż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wytrwał na nich aż pięć! dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Jazz Funk is still available.

Volume: 12 ml
Colour: warm, medium pink
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 5 days on my soft, weak nails - a brilliant result

wtorek, 3 lipca 2018

Zdobycze czerwca.

W czerwcu byłam w Polsce, co oczywiście oznacza, że zawitałam do tej i owej drogerii. Poza tym miałam urodziny, a przyjaciele i rodzina zadballi o dobroci dla ciała i duszy. Tylko spójrzcie, jakie czadowe prezenty wpadły w moje łapska!


od Kasi:


od Agaty:


od brata i bratowej:


od Słomki:


od Stri:


od Justyny:

Dziewczyny maksymalnie mnie rozpieściły. Bardzo Wam dziękuję :*


A moje zakupy przedstawiają się tak:


Bo potrzebowałam myjadła do ciała, a w Boots była promocja 3 for 2. Bo nieskutecznie polowałam na tę mgiełkę z filtrem SPF 50 od LRP już w zeszłym roku. Skoro w końcu znalazłam ją stacjonarnie, wiele się nie namyślałam - zwłaszcza, że Basia ją u siebie chwaliła.



Bo niedługo skończy mi się krem pod oczy na dzień, a miałam kiedyś próbkę multiwitaminowego kremu Norela, która mnie bardzo zaciekawiła. Skorzystałam z faktu, że byłam w kraju i zamówiłam. Fajnie, że marka do każdego zamówienia dołącza próbki.
 


Na liście zakupowej z Rossmanna miałam pasty do zębow Splat (zaciekawiła mnie nimi Aga), antyperspiranty na dzień (lubię te od Rexony), dezodorant na noc (fenjal jest spoko i pięknie pachnie), skarpetki kwasowe (moje ulubione!), żel pod prysznic (często sięgam po Isanę, bo po co przepłacać), oliwkę Babydream (bardzo lubię), olejek do włosów Alterry (wspaniale sprawdza się na wlosach mojej córci) i oczywiście mój ulubiony krem do rąk wszechczasów - mocznikową Isanę. Z ciekawości skusiłam się też na nowy olejek do ciała Bielendy, a termoaktywne bandaże były w cenie na do widzenia, więc też dorzuciłam do koszyka, a co mi tam. Tylko dwie nadprogramowe rzeczy, czyli jest dobrze!

Słonecznego i radosnego lipca kochani :*

poniedziałek, 2 lipca 2018

Podsumowanie zużyć czerwca.

Serio, to się już czerwiec skończył? Kiedy, bo nawet nie zauważyłam?

 Podczas obowiązkowego pobytu w Polsce zużyłam fanty ze zdjęcia obok. Krem mocznikowy Isany, olejek do biustu Voluplus z Mazideł oraz odżywkę do włosów Alterry kupuję regularnie, bo to moje hity i niezbędniki, które uwiebiam i kocham, i zużyłam już mnóstwo opakowań. Do toniku Evree też wróciłam, ale nie korzystam z niego w przeznaczonym mu charakterze, a moczę nim Beauty Blendera. Nie wiem, jakoś sobie zakodowałam w głowie, że mojej cerze to się bardziej podoba niż korzystanie z czystej wody. Hydrolatu różanego z e-naturalne używałam jako toniku i byłam zadowolona, bo ładnie koił skórę naczynkową. Kwiatowo-owocowy zapach Eros Pour Femme marki Versace bardzo mi się podobał, ale był na mnie niezadowalająco nietrwały niestety.



 Kremowe żele pod prysznic Dove dość często u mnie goszczą. Nie mam im nic do zarzucenia - robią robotę, ładnie pachną, umilają kąpiel. Krem do stóp Eveline bardzo pozytywnie mnie zaskoczył; naprawdę daje radę! Niestety umknęło mi obfocenie tubki, ale chyba kupię go jeszcze raz i opiszę tutaj, bo warto wystawić mu laurkę. Z balsamem nawilżającym dla dzieci Johnson's było tak: wysłałam bratanka mojego faceta po żel do mycia dla dzieci, a mu się coś pomyliło ;) Niestety moja córeczka smarowania nie lubi (i nie potrzebuje; ma normalną skórę wiosną i latem), więc balsam musiałam rozpracować sama. Długo mi to zajęło (dobrze ponad pół roku) - ani mnie zapach nie porwał, ani moja skóra nie była zjawiskowo nawilżona. Cieszę się, że mam go już za sobą (tak, mogłam po prostu wyrzucić, ale nie znoszę marnotrawstwa, a oddać nie miałam komu).


Końcówkę filtru Lancome dostałam do wypróbowania od Hexxany. Produkt jest perfumowany, ale mi na szczęście ten zapach się podobał. Filtr nie jest zbyt tłusty (można nosić pod makijaż), nie bieli i działa - używałam go podczas fali ostatnich upałów na Wyspach i się nie opaliłam ani nie spaliłam. O kremie do twarzy Vis Plantis jeszcze napiszę, a serum Bandi z kwasem laktobinowy i glukonolaktonem (klik) obsmarowałam niedawno, nie pozostawiając na nim suchej nitki. Odżywkę Golden Rose stosowałam jako base coat i nie mam zastrzeżeń, a brązową kredkę Maybelline  (klik) naprawdę lubiłam i zużyłam większość, ale po pięciu latach z tym samym egzemplarzem czas się rozstać ;) Z widocznych próbek zachwycił mnie przepiękny zapach Abercrombie & Fitch First Instinct (na nuty składają się magnolia, grapefruit, pasiflora, kwiat pomarańczy, orchidea, lilia wodna, bursztyn, tonka i piżmo), i choć ma na mnie zaledwie parugodzinną trwałość, chętnie przytuliłabym flakon.

I to wszystko. Tym razem zakupów (już wkrótce)  było więcej niż pustaków.

czwartek, 28 czerwca 2018

Huda Beauty, Mauve Obsessions eyeshadow palette

Kiedy Huda wyszła z kolekcją dziewięciocieniowych paletek z serii Obsessions, wersja Mauve od razu wpadła mi w oko. Nie chciałam jednak być impulsywna i przez kilka miesięcy zwlekałam z zakupem. Ostatecznie jednak ochota na nią mi nie przechodziła, więc w końcu ją kilknęłam. 25 funtów i dwa dni dalej paletka była moja.

Jest to wyposażone w lusterko maleństwo, co czyni ją idealnym kompanem wyjazdowym, a także niższym niż duże palety marki kosztem daje nam możliwość poznania jakości cieni Hudy. Której osobiście byłam bardzo ciekawa. Paletka jest tekturowa i zamykana  na magnes. Teraz z kolei strasznie kusi mnie Soft Glam Anastasii Beverley Hills; ciekawość kosmetyków jest chyba nieuleczalna :D :D :D


Cienie Hudy mają swoje wady i zalety. Maty, których w tej paletce jest sześć, są z tych suchawych i kruszących się (zwłaszcza najjaśniejszy beż), ale pracuje się z nimi całkiem dobrze; współpracują przy aplikowaniu i rozcieraniu, a nad osypywaniem da się zapanować. Cienie foliowe (kolejne trzy) z kolei są bardzo kremowe w dotyku i wyglądają pięknie na skórze, jeśli zaaplikuje się je palcem. Nie chcą współpracować z pędzlami, co było i jest dla mnie strasznie dziwne. Efekt jednak wynagradza ewentualne kombinowanie.

Jako całość paletka jest samowystarczalna, gdyż zawiera matowego cielaka, kolory przejściowe oraz dwa odcienie ciemniejsze do zewnętrznego kącika czy kreski. Cienie są ciepłe, w większości zawierające mniejszą lub większą domieszkę czerwieni. Jakość produktu jest zadowalająca i jestem z paletki zadowolona - zwłaszcza, że pojedyncze cienie nie zlewają się na powiece w jedną plamę, jak lubią to robić  na przykład koleżki od Urban Decay, a na dobrej bazie makijaż nie ewakuuje się z powieki w załamania. Czy znam lepsze cienie? Tak - Sigma (zwłaszcza mam na myśli paletę Warm Neutrals, którą już Wam pokazywałam - klik). Niemniej paletkę Hudy lubię, choć na razie nie planuję poszerzać kolekcji. 

Dodam, że mnie kolorystyka tej paletki odpowiada, ale nie podobam się w wykonanych nią makijażach facetom z mojego otoczenia. Według nich wyglądam, jakby mi ktoś regularnie podbijał oczy, ha ha. Mieli problem zwłaszcza z makijażami 1 i 4 poniżej.

Jak zwykle zrobiłam zdjęcia kilku makijaży, co by pokazać wszystkie cienie w akcji. Jestem świadoma, że żaden ze mnie MUA; są to malunki niespecjalnie utalentowanej kobiety, która po prostu lubi się malować.

Szkoda, że cienie nie mają nazw...

#1



#2



#3



#4



#5


Znacie Hudę?

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Bandi, anti rouge, Peeling kwasowy na naczynka 10% kwas laktobionowy, glukonolakton

Poprzedni wpis poświęciłam pewnemu nieskutecznemu serum do twarzy z witaminą C. Dziś natomiast opowiem o innym serum - o innym przeznaczeniu, żeby nie było, ale pochwał również niestety i w tym przypadku się nie doszukacie.

Od lat metodą prób i błędów poznaję potrzeby mojej tłustej, płytkounaczynionej cery. Mam już spore pojęcie na temat tego, co jej służy, a czego powinnam unikać. Na przykład, peelingi mechaniczne mocno podrażniają mi naczynka i cera od razu wygląda gorzej, więc zastępuję je enzymatykami oraz produktami na bazie delikatnych kwasów. Mam doskonałe doświadczenia z glukonolaktonem (tu pisałam o świetnym toniku z kwasem PHA 6% z Biochemii Urody) oraz kwasem laktobionowym (tu opisałam fantastyczne serum Iwostinu Perfectin Re-Liftin 7% kwasu laktobionowego). Nic więc dziwnego, że uznałam, iż kosmetyk zawierający obie te substancję będzie niczym ambrozja dla mojej skóry. Niestety nie w tym przypadku.

Serum mieszka w buteleczce z niebieskiego szkła. Dozuje się je za pomocą pipety. Produkt jest bezbarwny i ma bardzo wodnistą konsystencję. Po zastosowaniu  musimy jeszcze dodatkowo dowilżyć cerę (a przynajmniej moja się tego domagała).


Kosmetyk mieszkał w mojej łazience przez nieco ponad dwa miesiące. W pierwszym miesiącu stosowałam go co drugą noc, a w kolejnym - niemal codziennie.

Czego oczekiwałam? Oczywiście spełnienia obietnic producenta - patrz sekcja "efekt" na pudełeczku na zdjęciu powyżej. I muszę przyznać, że przez pierwsze trzy tygodnie serum działało bez zarzutu - rumień rzeczywiście był pod kontrolą, co przełożyło się na względnie równy koloryt cery; poza tym skóra była przyjemnie gładka w dotyku i rozświetlona, a pory nieco obkurczone. I kiedy już myślałam, że być może Bandi przebije wspomniane we wstępie serum z Iwostinu, produkt... przestał działać. Z butelczyny w tamtym momencie ubyło jakaś 1/3 zawartości. Resztę zużywałam z większą niż co drugi dzień częstotliwością, ale niczego to już nie zmieniło. Moja skóra zupełnie przestała na serum reagować i wyglądała tak samo czy aplikowałam produkt, czy nie.  Szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem tego stanu rzeczy, a zawód jest tym bardziej bolesny, że to polska marka i naprawdę chciałam napisać o kosmetyku w ochach i achach. Nie tym razem...

czwartek, 21 czerwca 2018

Ava, aktywator młodości, witamina C z acerolą

Moja skóra kocha witaminę C. Skuteczne sera z jej stabilną postacią dają u mnie wspaniałe rezultaty - rozświetlają i odmładzają cerę, poprawiają jej fakturę, wzmacniają naczynka oraz, jeśli wierzyć teorii, mają między innymi działanie przeciwstarzeniowe, walczą z wolnymi rodnikami i stymulują produkcję kolagenu, czego oczywiście nie da się zaobserwować gołym okiem. Skąd wiem, że witamina C mi służy? Otóż miałam już do czynienia z wspaniałymi kosmetykami Filorgii (radiance boosting concentrate - klik) czy LIQ PHARM (CC light - klik oraz CE - klik) i mogłam się o tym empirycznie przekonać.

Dlatego tym bardziej jest mi przykro, że serum z witaminą C naszej polskiej Avy niestety nie dorosło powyżej wspomnianym produktom do pięt.

Serum ma postać żółtawego, lekko żelowego olejku. Nie zostawia jednak tłustego filmu na skórze i bardzo dobrze współpracuje z filtrami do twarzy. Samodzielnie nie nawilża dostatecznie i koniecznie trzeba nałożyć na niego jakiś krem. Mieszka w buteleczne z ciemnego szkła, a aplikuje się go za pomocą pipety. Kosmetyk mnie nie podrażnił, nie zapchał ani w żaden inny sposób nie zaszkodził.


Jednak brak szkodzenia to przecież za mało. Miałam odnośnie aktywatora młodości mniej więcej takie same oczekiwania, jak wobec innych kosmetyków z witaminą C. A tymczasem nie zauważyłam w tym przypadku żadnego szczególnego działania. Zabrakło rozświetlenia cery, rozjaśnienia świeżych przebarwień po wypryskach, wygładzenia naskórka i poprawy jego kolorytu. W sumie czy stosowałam to serum regularnie czy sobie odpuszczałam ten krok w pielęgnacji, nie było żadnej różnicy w wyglądzie mojej cery.

Szkoda Avo, szkoda. Ponoć sodium ascorbyl phosphate to stabilna postać witaminy C, więc może zabrakło jakiegoś promotora przenikania? Nie znam się na tym, ale tak bym obstawiała, bo wszystkie skuteczne sera z witaminą C, jakie miałam okazję poznać, zawierały glikol propylenowy, a tu tej substancji nie ma...

niedziela, 17 czerwca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 313 Cocktail Passion

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Właśnie rozejrzałam się po stronach drogerii Boots oraz Superdrug i wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: przytłumiony neonowy koralo-róż; bardzo ciekawy
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wygląda dobrze przez nawet cztery dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Cocktail Passion is still available.

Volume: 12 ml
Colour: muted pink-coral neon
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 4 days on my soft, weak nails - a brilliant result

sobota, 16 czerwca 2018

Olay, Regenerist, CC Complexion Corrector

Opisywany dziś kosmetyk - hybrydę kremu pielęgnacyjnego i podkładu - podesłała mi do przetestowania Hexxana. Jeśli o pielęgnację twarzy chodzi, mam chłodny stosunek do Olay, bo żaden z ich kosmetyków, które kiedyś testowałam, na dłuższą metę mnie nie zachwycił.

Niestety tak jest i tym razem.

Muszę przyznać, że pierwsze wizualne wrażenie produkt robi dobre. Ta spirala z kremu i podkładu wygląda ciekawie, a samo opakowanie z pompką i tłokiem jest pratyczne i funkcjonalne. Na rzucającym się w oczy kartoniku zawarto interesujące konsumenta informacje. 

Krem jest bezzapachowy.


Pierwsze schody zaczynają się już na poziomie odcienia. Niby ma być uniwersalny, a jednak dla mnie osobiście jest nieco za ciemny. Po aplikacji na twarz dzieje się rzecz dziwna - przy zerowym kryciu skóra jest jednak nieco ciemniejsza niż była i trzeba też smarować szyję, co by nic się nie odcinało. 

Niby kosmetyk szybko się wchłania i nie jest specjalnie tłusty, ale na mojej twarzy zostawia niepożądane u cer tłustych mokre wykończenie, a co za tym idzie, nawet po przypudrowaniu już po 2-3 godzinach bardzo się wyświecam. Wtedy też mazidło zaczyna sobie trochę wędrować i zbierać się w bruzdach, na przykład wokół nosa.

Jak dla mnie ochrona przeciwsłoneczna na poziomie SPF 15 do żadna ochrona, więc w tej kwestii bym temu produktowi absolutnie nie zaufała.

Działanie pielęgnacyjne? Wystarczy rzut okiem na typowo drogeryjny skład, żeby wiedzieć, że nic z tego nie będzie. Nawilżenie na poziomie przeciętnym. Obiecane wygładzenie to tymczasowy efekt silikonów. W działanie przeciwzmarszczkowe i prasujące zmarszczki już istniejące nie wierzę nawet przez sekundę. A obietnica redukcji przebarwień powoduje u mnie jedynie pusty śmiech. W formule próżno szukać stabilnej witaminy C, glukonoloktanu lub innych kwasów, czy też retinolu. Co takiego w nim ma owe przebarwienia redukować? Chyba placebo.

Podsumowując - nawilżacz przeciętny, ochrona przeciwsłoneczna prawie nieistniejąca, dodatek podkładu zupełnie bez sensu, bo krycia kosmetykowi nie daje a bladziochom jedynie przyciemni odcień skóry, co nie jest pożądanym efektem; słowem - jak coś jest do wszystkiego...

środa, 13 czerwca 2018

Alterra, olejek do włosów

Bardzo lubię olejki w swojej pielęgnacji i chętnie testuję różne różnistości, o ile spodoba mi się skład. Tak było, kiedy w Rossmannie wypatrzyłam olejek do włosów Alterry (12,99 zł/50 ml). 


Olejek ma lekko żółtawy kolor i piękny, owocowo-kwiatowy zapach. Nie należy do gatunku suchych, więc, jak radzi sam producent, należy uważać z ilością. Mieszka w plastikowej buteleczce ze sprawnie działającą pompką. Bardzo się cieszę, że producent postawił na plastik, bo w razie draki, czyli wyśliźnięcia się butelki z otłuszczonych dłoni, nie trzeba sprzątać bałaganu ;)


Ja, osoba dorosła o prostych jak druty, średnioporowatych kłakach, stosowałam ten kosmetyk do olejowania włosów przed myciem. Moje kłaki są zdrowe, więc dużego pola do popisu olejek nie miał. Zauważyłam, że delikatnie je nawilżał i dodawał im blasku.

Za to na suchych lokach mojej prawie-pięciolatki produkt sprawdził się wyśmienicie w charakterze odżywki bez spłukiwania, nakładanej po myciu włosków. Nawilżał je, wygładzał, pomagał redukować puch, ułatwiał rozczesywanie - słowem, spisał się na medal. Jego działanie zależy więc od typu włosa [cóż za błyskotliwa konkluzja Kingo, pac pac po pleckach]. Ja na pewno przytulę butelczynę jeszcze nie raz, o ile (oby nie!) nie trafi do kategorii 'cena na do widzenia', co w Rossmannie nie jest niestety niczym niespotykanym.

niedziela, 10 czerwca 2018

Benefit, róż Galifornia

Kiedy Benefit wyszedł z Galifornią, naoglądałam się mnóstwa cudownych zdjęć na Waszych blogach. I w pewnym momencie poczułam nieodpartą pokusę wypróbowania go na sobie. Ponieważ jednak nie narzekam na brak różów w kosmetyczce, kupiłam w Sephorze format podróżny (85 zł/4 g), który mieszka w równie cudnym pudełeczku, co standardowa wersja, ale nie ma na nim tego pięknego słonecznego tłoczenia.


Opakowanie, jak to u Benefitu, jest tekturowe, zawiera małe lusterko oraz moim zdaniem kompletnie bezużyteczny pędzelek. Albo tylko ja nie potrafię się nim umalować. 

Pracuje się z tym różem wyśmienicie. Jest jedwabisty w dotyku, dobrze ale nie przesadnie napigmentowany, nie robi plam, pięknie się rozciera i jest naprawdę trwały. Na mojej tłustej cerze potrafi przetrwać w stanie "do ludzi" nawet przez dwanaście godzin, a to naprawdę spory wyczyn.

Odcień Galifornia to matowa brzoskwinia ze srebrnymi mikrodrobinkami, których nie widać na skórze.


I wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że nie jest to kolor dla mnie. Nie pasuje do mojego chłodnego odcienia skóry i włosów, i gryzie się z rumieniem i  naczynkami. Niestety muszę temu pięknotkowi znaleźć inny dom. Mnie pasują bardziej różowe, różane i brązowawe blushery. Te wpadające w pomarańcz i brzoskwinię muszę sobie darować, bo nie wyglądam i nie czuję się w nich optymalnie.

sobota, 9 czerwca 2018

Rimmel, Salon Pro, 703 Rock N Roll

Ten piękny lakier dostałam od Hexxany :* Zdaje się, że w UK producent zastąpił serię Salon Pro serią Super Gel Nail Polish, ale sam odcień jest w niej dostępny w cenie £5,99.

Pojemność: 12 ml
Kolor: elegancka czerwień
Wykończenie:kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:szeroki, płaski, ścięty na półokrągło
Krycie: do pełnego krycia potrzebuję dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: u mnie trzydniowa

Uwielbiam czerwień na paznokciach!



Even though Rimmel seems to have swapped the Salon Pro series with Super Gel Nail Polish series (£5.99), the shade Rock N Roll is still available. Which is great cause it's a nice one!

Volume: 12 ml
Colour: elegant red
Finish: cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hanses Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft, weak nails
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...