sobota, 23 marca 2019

IOSSI, Damascus Rose Tonic / Face Mist (Tonik i Mgiełka Róża Damasceńska)

Tonik Róża Damasceńska IOSSI trafił do mnie jako urodzinowy prezent od Justyny :*

Producent pisze o nim tak:

W 100% naturalny tonik z róży damasceńskiej o kuszącym zapachu. Przywraca naturalne ph skóry i skutecznie odświeża. Wzmacnia naczynia krwionośne pozostawiając skórę miękką, gładką i nawilżoną. Działa antyseptycznie, koi i łagodzi podrażnienia wrażliwej skóry. Poprawia koloryt i niweluje zmarszczki. Przygotowuje skórę do nałożenia olejku lub kremu.

Czego się możesz spodziewać?
Działanie: tonizuje, odświeża nawilża, łagodzi
Konsystencja: mgiełka w atomizerze
Zapach: różany
Pojemność: 50 ml
(klik)




Zacznijmy od tego, co widać gołym okiem. Producent zapakował tonik do szklanej butelczyny z atomizerem. Czego gołym okiem nie widać to fakt, że atomizer, wbrew nazwie, nie rozpyla mgiełki, a chluszcze nam w twarz sporymi kroplami. Co więcej, od tego chlustania kosmetyk coś podejrzanie szybko się zużywał, a że mamy do dyspozycji jedynie 50 ml, aż serce mi się krajało. Znalazłam jednak sposób na niemarnowanie produktu, i to w duchu less waste - czyli, w tym przypadku, bez sięgania po waciki - serwowałam sobie dwa psiknięcia na dłoń, rozcierałam płyn w obu dłoniach i klepanko na twarz. Dzięki temu zabiegowi tonik towarzyszył mi każdego ranka przez około dwa miesiące.

Zgodzę się z poducentem, że płyn ładnie pachnie. Czuć w nim różę.

W kwestii działania  -  u mnie mgiełka sprawdziła się po prostu jako dobry tonik. Odświeżała, przygotowywała cerę do przyjęcia kremu, ale doraźnego nawilżania, kojenia, łagodzenia podrażnień i rumienia czy niwelowania zmarszczek (serio?) u siebie nie zaobserwowałam. W tych kwestiach dużo lepiej sprawdza się na mojej naczynkowej cerze popularny tonik łagodzący z Naturativ. Nie oznacza to, że IOSSI jest zły - o nie, jest dobry i sympatyczny, i ma ładny skład, ale nie jest to mistrz nad mistrze w swojej kategorii. Niemniej warto było go poznać.

Znacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami na temat tego toniku!

niedziela, 17 marca 2019

Rimmel, 60 seconds super shine, 320 Rapid Ruby

Lakier dostałam w prezencie od Hexxany

Pojemność: 8 ml
Kolor: winna czerwień
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęstawa
Pędzelek: szeroki i ścięty na półokrągło
Krycie: na upartego można poprzestać na jednej warstwie, ale osobiście wolę nałożyć dwie
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie:bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach świetna - 4 dni





This nail polish was a gift from a friend.

Volume: 8 ml
Colour: wine red
Finish: cream
Consistency: on the thick side
Brush: broad, comfortable
Coverage: it can be a one-coater but I prefer two coats
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 4 days on my weak, soft nails

czwartek, 14 marca 2019

Naturativ, szampon Łagodność, Blask, Wzmocnienie

Jak już wiele razy tu wspominałam, od kilku lat mam bardzo wrażliwą skórę głowy, która na większość detergentów reaguje łuską, tłustym łupieżem i świądem. Niewiele jest szamponów, które jej nie podrażniają. Dzięki Hexxanie miałam okazję wypróbować jednego z potencjalnych kandydatów na dobry szampon dla mojego chimerycznego skalpu. 

Producent zamknął szampon w plastikowej butelce z korkiem typu press. Kosmetyk ma żelową konsystencję, słomkowy kolor i bardzo przyjemny, cytrynowy zapach. Dość dobrze się pieni.


Mimo zapewnień producenta o łagodności, ja odebrałam ten szampon jako dobry oczyszczacz. Zostawiał włosy wręcz "skrzypiące" z czystości i bezwzględnie wymagał sięgnięcia po odżywkę. Z tego względu sięgałam po niego mniej więcej raz w tygodniu, co trzecie mycie. W okresie, kiedy próbowałam używać go przy każdym myciu, moja skóra głowy nieco się buntowała. Po ograniczeniu częstotliwości naszych podprysznicowych schadzek, nie miałam takich problemów. Ostatecznie polubiłam się z tym produktem, ale musiałam znaleźć na niego sposób.

Znacie ten szampon? Jeśli są tu jacyś wrażliwcy, jaki szampon polecacie do częstego stosowania? Ja zdecydowanie Alterrę z granatem i aloesem!

sobota, 9 marca 2019

Zakupy lutego.

W lutym dziecię moje miało dziesięciodniowe ferie szkolne, więc śmignęłyśmy ochoczo do Polski. A jak jestem w kraju, to zawsze uzupełniam zapasy ulubieńców i niezbędników oraz robię kosmetyczny rekonesans. Basia dała mi w tym czasie cynk, że w Drogerii Pigment trwała promocja na mój ukochany koktajl witaminowy pod oczy IOSSI. Czym prędzej więc zdecydowałam się na swoje pierwsze ever zakupy w tej drogerii. Kuknęłam również na wish-listę oraz oceniłam stan zapasów, po czym pozwoliłam sobie na następujące zabawki:


Gąbkami Konjac zaraziła mnie Agata. O Polnym Warkoczu wszyscy piszą cuda wianki, więc jak się nadarzyła okazja na macanki, skorzystałam. Potrzebowałam również czegoś do biustu, jako że mój ukochany Voluplus z Mazideł był niedostępny (wybór padł na olejek Orientany), żelu do higieny intymnej (absolutnie wszystkie dostępne w brytyjskich drogeriach mnie podrażniają) oraz olejku do ciała, jako że miałam ochotę na coś sobie nieznanego. Drogeria dorzuciła od siebie kilka próbek.


Oczywiście nie obyło się bez wizyty w Rossmannie, wiadomo.


Mocznikowy krem Isany, złuszczające skarpetki Exclusive Cosmetics oraz ostatnio ulubione antyperspiranty Rexony staram się mieć zawsze na stanie. Wzięłam też flaszkę wody różanej z Venus, bo mam obecnie jedno opakowanie w użyciu i super się u mnie sprawdza. Aloes natomiast przyda się do wzbogacania maseczek glinkowych. 

Od dawna też miałam ochotę wypróbować kubeczek menstruacyjny. Czaiłam się wprawdzie na Selena Cup, ale był akurat tylko rozmiar S (a jestem przecież mamą) oraz L (mamą jednokrotną, a miesiączki ma średnio obfite), więc wziełam Facelle w rozmiarze M. Teraz tylko czekam na okres i zobaczymy, jak to będzie... Chciałabym, żeby kubeczek się u mnie sprawdził, bo tampony nadmiernie mnie wysuszają i powodują dyskomfort, a samych podpasek bez innej ochrony nie lubię. Czy któraś z Was ma jakieś doświadczenia z kubeczkami Facelle? Koniecznie dajcie znać!

środa, 6 marca 2019

Podsumowanie zużyć i wyrzutków lutego.

Luty minął mi bardzo szybko, ale absolutnie nie żałuję. Wiosno, czekam! A tymczasem sfotografowałam wreszcze zawartość zużyciowej torby, więc zerknijcie, co mi ostatnio "wyszło".


Na powyższym zdjęciu mamy w sumie same świetne produkty. Nawilżająca maska algowa z Organique (o intensywnie pomarańczowym odcieniu) przyjemnie chłodziła skórę, wyrównała mi kolor cery i odświeżyła ją. Odżywkę do włosów granat i aloes z Alterry uwielbiam, bo pięknie mi nawilża i dociąża kłaki. Skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics to u mnie pewniak. Podobnie jak krem do rąk 5% mocznika z Isany - używam go codziennie do nocnej regeneracji i zawsze musi być u mnie na stanie. Miniaturę oleju czarny bez od Hexxany zużyłam do natłuszczenia ciała po kąpieli i nie miałam zastrzeżeń. Olejek pod prysznic Isany służył mi do mycia Beauty Blendera oraz, okazjonalnie, do kąpieli. Serdecznie chcę Wam też polecić szampon/płyn do kąpieli dla dzieci kokoso marki Naturally Nourishing. Ja kupiłam go w Boots. Kosmetyk ma bardzo ładny, delikatny skład, ładnie pachnie i, co najważniejsze, naprawdę wspaniale sprawdzał się do mycia włosów i ciała mojej pięciolatki. Loki Młodej były po myciu odświeżone i jednocześnie dociążone i niespuszone, a skłonna do przesuszeń skóra jej ciała nie reagowała suchością i ściągnięciem. Nie znalazłam jeszcze w UK niczego lepszego.



Szampon Łagodność Blask Wzmocnienie od Naturativ (prezent od Hexx) bardzo ładnie, cytrynowo pachniał i dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy. Były po nim wręcz skrzypiące, więc stosowałam go mniej więcej raz w tygodniu, jako dobry oczyszczacz, naprzemiennie z mniej "inwazyjnymi" szamponami. Żel pod prysznic Soft&Nourish marki Johnson's był super. Pięknie pachniał, dobrze mył i nie wysuszał skóry. Mnie nic więcej do szczęścia nie trzeba. Krem do rąk Siemię Lniane z Farmony (klik) był dobry. Warto było się zapoznać. Z mydła cynamon od Ministerstwa Dobrego Mydła ostatecznie nie byłam zadowolona. Raz, że nie pachniało cynamonem (zapach był delikatny i z niczym się nie kojarzył), a dwa - na samym początku ścierało naskórek na granicy bólu, ale z każdym kolejnym myciem złuszczanie było coraz słabsze (zapewne spadało zagęszczenie złuszczających drobin),  by w końcu mydło tylko delikatnie łaskotało i masowało. Szkoda. No i słowo o próbkach. Zapach Kenzo Jeu d'Amour EDT był całkiem przyjemny, kwiatowy. Wrażeń na temat kremów pod oczy Nude i Norel Anti Age nie pamiętam, ale co tam można z próbek wykoncypować. Na pewno niczym mi nie podpadły, a rejony podoczne nie były w gorszej kondycji podczas tych kilku dni. Serum pod oczy Mokosh mnie do siebie nie przekonało, bo ten bardzo wodnisty kosmetyk urządzał sobie wędrówki z rejonów podocznych do worka spojówkowego, co wywoływało u mnie łzawienie i efekt mgły. Maska-esencja Orientany bardzo napięła mi skórę twarzy (było to wręcz nieprzyjemne), a krem Good Cera ładnie ją nawilżył.



Jeśli zaś o kolorówkę chodzi, zużyłam trzy kosmetyki: całkiem do rzeczy tusz do brwi Brow Artist Plumper od L'Oreal, miękką, brązową, idealną do makijażu typu no makeup kredkę do oczu Rimmel z serii Scandaleyes (klik), którą na samym początku surowo oceniłam, ale później zmieniłam o niej zdanie, oraz pomadkę Bourjois Color Boost Glossy Finish Lipstic w odcieniu 04 Peach On The Beach (klik).Ogólnie była to niezła seria pomadek, ale miały okropny, mydlany zapach/posmak.

Drugą pomadkę z tej serii, odcień 02 Fuchscia Libre, jak również dwie pomadki Revlon Colorburst Matte Balm w odcieniach 205 Elusive oraz 210 Unapologetic (klik) musiałam wyrzucić, bo zmieniły zapach. Odnośnie cienia w kremie Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe z Maybelline (klik), zużyłam go tyle, ile się dało, zanim zamienił się w skamieniałą plastelinę.

Jak na najkrótszy miesiąc w roku, całkiem nieźle mi poszło ze zużywaniem ;)

czwartek, 28 lutego 2019

Maybelline, the Falsies Volum' Express mascara

Kupując maskarę Maybelline the Falsies Volum' Express spodziewałam się, że będę ją tu dla Was chwalić. Nic podobnego - okazała się totalną słabizną.


Tusz zamknięto w dużej, pękatej, nieporęcznej do przechowywania i podróży, fioletowej tubce. Spiralka ma kształt banana. Charakteryzuje się krótkim, klasycznym, szeroko rozstawionym włosiem. Na czubku aplikatora zawsze zbiera się maskarowy glut.


Do odcienia nie mam zarzutów, ale reszta.... Czy to, co widzicie powyżej imponuje Wam w jakikolwiek sposób? The Falsies? Sztuczne rzęsy? Chyba nie tym razem... Ba, nawet porządnie rozczesać rzęs produkt ten nie potrafi, że o podkręceniu nie wspomnę.


A czara goryczy się przelała kiedy okazało się, że gagatek się na mnie osypuje, rozmazuje i robi mi pod okiem elegancką pandę już po 5-6 godzinach od nałożenia. Tego nie wybaczam, więc produkt zaliczył kosz bez denkowania.

Znacie?

wtorek, 26 lutego 2019

Eveline, 8 w 1 specjalistyczny krem na pękające pięty

Pod koniec zeszłego roku pisłam tu o kremie do stóp marki Eveline, ExtraSoft15% Urea zmiękczający krem do stóp na pękające pięty, który polubiłam (klik). Na tyle, że właśnie mam w użyciu kolejną tubkę. Zanim się jednak do niej dobrałam, musiałam wymęczyć innego koleżkę z Eveline, z tą samą procentową zawartością mocznika. Konkretnie tego:


Jak on śmierdzi! Jak stare, przepocone skarpety. I ten zapach czuć przez jakiś czas po aplikacji. Stopy zajeżdżają gorzej niż przed myciem!

Pozostałe właściwości produkt ma dobre. Jest to gęsta, biała, treściwa emulsja, która zostawia na skórze wyczuwalny film. Mazidło bardzo dobrze nawilża oraz zmiękcza naskórek, i choć likwidacji zgrubień skóry nie zauważyłam, to proces jej rogowacenia na piętach był wolniejszy niż gdybym stóp niczym nie smarowała.

No ale przez smrodek krem ten jest u mnie skreślony. Ciekawe, że jego lubiany przeze mnie brat nie śmierdzi.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Holoś z Color Club

Hej! Od kilku dni nie mogę wejść na swojego bloga oraz kilka innych w żadnej z używanych przeze mnie przeglądarek. Czasem udaje mi się wyświetlić go na telefonie, ale nie zawsze. Usunięcie ciasteczek i konta Google+ na razie nic nie dało, stąd z góry przepraszam, jeśli nie będę w stanie odpowiadać na komentarze lub będę robić to rzadko. Nie wiem, co się dzieje :(


Lakier, który dziś pokażę podesłała mi Hexxana. Niestety nie ma na buteleczce naklejki z nazwą, więc nie mam stuprocentowej pewności, co to za odcień. Możliwe, że Sidewalk Psychic, ale nie dam sobie niczego za tę informację uciąć ;)  EDIT: Hexx mówi, że to jest nr 867 Love 'Em, Leave 'Em

Pojemność: 15 ml
Kolor: ni to piasek, ni to miedź, ni to ciepły beż o delikatnie holograficznym wykończeniu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


sobota, 9 lutego 2019

Farmona, Herbal Care, krem regenerujący do rąk siemię lniane

Krem kupiłam już dawno temu w Drogerii Natura. Pamiętam, że skusiłam się na niego po czyjejś bardzo zachęcającej recenzji. Przepraszam za brak własnych zdjęć - najzwyczajniej w świecie zapomniałam obfocić tubkę zanim ją rozciełam, kiedy mazidło wykańczałam. Wspomniana tubka wygląda tak (zdjęcie z portalu wizaż):



Skywa ona dość gęstą, białą emulsję o chemicznie słodkim, kosmetycznym zapachu.


Zdaniem producenta:

Ekstrakt z siemienia lnianego działa regenerująco, łagodzi i koi podrażnienia oraz niweluje suchość i szorstkość naskórka. Mocznik intensywnie nawilża, zmiękcza i wygładza skórę. Biokrzem wzmacnia i regeneruje uszkodzoną płytkę paznokci oraz zapobiega ich łamaniu i rozdwajaniu się. Receptura kremu została wzbogacona w inutec – naturalny prebiotyk, który zwiększa skuteczność pozostałych składników.

Spektakularne efekty:
– natychmiast ukojona i doskonale zregenerowana skóra,
– pozbawiona uczucia szorstkości i spierzchnięcia,
– intensywnie nawilżona, satynowo gładka i elastyczna,
– skutecznie chroniona przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. 

Skład INCI
Aqua (Water), Urea, Ethylhexyl Stearate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Cetearyl Alcohol, Polysorbate 60, Glycerin, Propylene Glycol, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Stearate, Stearic Acid,
Dimethicone, Saccharomyces/Silicon Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Zinc Ferment, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cera Alba (Beeswax), Cetyl Alcohol,
Inulin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional.
 
(klik)


Ze względu na mocznik i olej mineralny na początku składu, trzeba liczyć się z faktem, że krem jest tłustawy i zostawia na dłoniach otulającą kołderkę. Są osoby, które tego nie lubią, ale właściciele sucholców (w tym ja), chętnie sięgają po takie tłuścioszki. Krem Farmony warto wziąć pod uwagę, gdyż po aplikacji przynosi ulgę okrutnie suchym dłoniom (u mnie do momentu ich umycia) i znosi uczucie szorstkości i spierzchnięcia. Na bezproblemowych partiach dłoni bez zarzutu sprawdza się jako nawilżacz. Z partiami objętymi egzemą i tam, gdzie skóra pęka od suchości, niestety nie daje rady, no ale to tylko krem drogeryjny, nie maść z apteki. W ogólnym rozrachunku byłam z produktu zadowolona i dałabym mu solidną czwórkę.

Znacie?

czwartek, 7 lutego 2019

Podsumowanie zużyć stycznia. Zakupy stycznia.

Po dość obfitym w zużycia grudniu przyszedł spokojny styczeń. Plus tego taki, że notka nie będzie długa ;)



Błotne mydło z Morza Martwego wypatrzyłam ponad rok temu w Rossmannie i postanowiłam spróbować. Moja skóra je pokochała. Skutecznie acz delikatnie myje i absolutnie nie wysusza i nie ściąga mi naskórka. Naprawdę niewiele mydeł to potrafi. Zapach ma neutralny, bez fajerwerków, ale też i bez obiekcji. Jedynym "problemem" produktu jest jego wydajność. Po roku cowieczornego mycia (tą samą kostką) twarzy, resztę zużyłam do kąpieli pod prysznicem, bo kostka najzwyczajniej w świecie mi się znudziła. Pasta do zębów Himalaya Herbals Sensi-Relief była w porządku. Nie mam zastrzeżeń. Czteropak maseczek pod oczy Rival de Loop kupiłam bardzo dawno temu z myślą o wyjazdach, ale jakoś nigdy nawet do wyjazdowej pielęgnacji ich nie wpasowałam, więc ostatecznie skończyły na skórze biustu. Zmasakrowałam ostatnią malutką sephorową gąbeczkę Konjak od Agaty. Świetne były te maluszki, zwłaszcza biały i różowy. Teraz muszę sprawić sobie coś na ich zastępstwo. Odlewkę kremu Filorga Filler Eyes oraz miniaturę balsamu myjącego Darphin miałam od Hexxany. Krem Filorgi stosowałam na dzień, pod makijaż, i niestety jakoś genialnie mi się z korektorami nie dogadywał. Nie wyrobiłam sobie o nim zdania. Balsam Darphin natomiast bardzo dobrze radził sobie z demakijażem twarzy (z kolei oczy, a zwłaszcza tusz do rzęs, były dla niego nie do pokonania), ale nie emulgował, więc wymaga albo towarzystwa szmateczek do twarzy (nie lubię, bo nie chce mi się ich prać po każdym użyciu), albo natychmiastowego umycia twarzy detergentem.



Wyszedł mi też jeden z niewielu drogeryjnych płynów do higieny intymnej, które mnie nie podrażniają - fioletowy Lactacyd oraz dezodorant Fenjal, którym zabezpieczam się na noc po wieczornym prysznicu. Próbki żelu pod prysznic Yope oraz kremu do rąk tej samej marki niczym mnie nie zachwyciły, jako że ten pierwszy zupełnie niczym się nie wyróżnił, a drugi był dla moich sucholców zdecydowanie za lekki.

I to wszystko, jeśli chodzi o zużycia. Co się tyczy zaś zakupów, w styczniu nabyłam drogą kupna to:


Lakier podkładowy peel-off  z Barry M do brokatów na paznokciach (jak już kiedyś wrócę do ich malowania) oraz baza do brokatów z NYXa do glam-shopowych holosiów zakupionych w grudniu (z którymi po wstępnych testach już wiem, że się jednak nie polubię).

Pamiętacie, jak w zdobyczach grudnia wspominałam o zamówieniu na stronie ColourPop w dniu darmowej dostawy na cały świat, który marka zorganizowała 12.12? Otóż po sześciu tygodniach czekania okazało się, że moja paczka zaginęła i sklep wysłał mi nową. W KOŃCU doszła (jeszcze nigdy nie musiałam tak długo czekać na żadne zamówienie):



To będzie moje pierwsze spotkanie z marką ColourPop.

sobota, 2 lutego 2019

Organic Life, Acne Blocker, antybakteryjny tonik z aktywnym srebrem i glukonolaktonem

Tonik trafił do mnie w postaci prezentu od mojej Dobrej Duszy  - Hexxany. To było moje pierwsze poważne zetknięcie ze srebrem koloidalnym. Zaciekawienie produktem potęgowała również obecność glukonolaktonu, jednego z moich ulubionych kwasów. Z ochotą zatem zabrałam się do testów, które trwały każdego wieczora przez około pięć miesięcy

Pozowolę sobie skopiować, co takiego ma do powiedzenia na temat kosmetyku producent, skoro nie wszystkie te informacje znajdziemy na etykiecie produktu:

Unikalną kompozycję dziesięciu wyciągów botanicznych połączyliśmy ze srebrem koloidalnym i glukonolaktonem, by stworzyć wyjątkowy tonik do pielęgnacji cery trądzikowej. Wykorzystaliśmy naturalne składniki, znane w zielarstwie ze skuteczności i wyjątkowe składniki aktywne, by zapewnić komfort wrażliwej i wymagającej cerze trądzikowej. Tonik delikatnie i skutecznie oczyszcza, odświeża skórę i pielęgnuje ją, pozostawiając uczucie gładkości.
Produkt zawiera:
 
Wyciągi botaniczne:
  • Lukrecja gładka
  • Szałwia lekarska
  • Tarczyca bajkalska
  • Dziewanna drobnokwiatowa
  • Tymianek
  • Pięciornik srebrny
  • Arcydzięgiel
  • Jeżówka purpurowa
  • Oczar wirginijski
  • Dymnica pospolita 
Składniki aktywne:
  • Srebro koloidalne
  • Glukonolakton
  • Pantenol
Sposób użycia: Po dokładnym oczyszczeniu skóry twarzy, nanieś odrobinę toniku na płatek kosmetyczny i rozprowadź na skórze. Do użytku zewnętrznego. Stosuj 1-2 razy dziennie.
 
Produkt odpowiedni dla wegetarian i wegan.
 
 
Zawartość: 200 g (klik)


Trzeba przyznać, że kosmetyk ma ciekawą szatę graficzną. Zamknięto go w butelce z zatrzaskiem typu "press". Zapach miał przyjemny, grapefruitowy. Osobiście nie korzystam z wacików przy aplikacji toniku - po prostu wylewałam porcję na dłoń i wklepywałam w skórę.

Ponieważ jest to tonik z zawartością kwasu PHA, koloidalnego srebra, ciekawych wyciągów roślinnych i pantenolu, liczyłam na szybką poprawę stanu cery, czyli oczyszczenie zanieczyszczonych porów, ściągnięcie wspomnianych kraterów, zapobieganie gulom, wyleczenie istniejących oraz zredukowanie wydzielania sebum. I to dostałam - może przez pierwszy miesiąc. Później kosmetyk stracił swoją moc i sprawdzał się jak każdy dość przyzwoity tonik - doczyszczał skórę z codziennych zabrudzeń, odświeżał i nadawał jej swojego rodzaju gładkości. Z tego tytułu uważam, że jest to przyzwoity produkt, ale niestety nie spełnił moich wysokich oczekiwań. Liczyłam na więcej, mocniej, bardziej spektakularnie... Niemniej bardzo się cieszę z sympatycznego spotkania z nieznaną mi wcześniej marką.

wtorek, 29 stycznia 2019

Norel Dr Wilsz, Żel Gluco Stop redukujący tkankę tłuszczową

Jeśli powodem Twojego kliknięcia w ten post była nazwa kosmetyku, rzekomo redukującego tkankę tłuszczową, a Ty wierzysz w takie rzeczy, nie znajdziesz tu żadnego cudotwórcy. Sam producent na opakowaniu informuje, iż bez zdrowej diety i aktywności fizycznej się nie obejdzie. Jeśli jednak, jak ja, sięgasz po tego typu produkty w celu ujędrnienia skóry, propozycja Norel jest warta uwagi.


Za pomarańczowawy, przyjemnie pachnący żel należy zapłacić niecałe 50 zł/200 ml. Ja swój dostałam w prezencie, a wystarczył mi na około 5 tygodni cowieczornego smarowania ud, brzucha i pośladków. 

Trochę obawiałam się konsystencji żelu, bo te lubią się czasem lepić. W przypadku Norel, o ile nie przesadzimy z ilością, nic takiego nie ma miejsca i produkt dobrze się wchłania, a nasze ubrania się do nas nie przyklejają.


Jak już wyżej ustaliliśmy, i jak informuje producent, kosmetyk magicznie nam tłuszczyku nie usunie, ale wspomaga nasze działania na polu odżywiania oraz ćwiczeń. I robi to dobrze - naprawdę widocznie ujędrnia i uelastycznia skórę i sprawia, że jest przyjemnie gładka w dotyku. To lubię, dlatego serum polecam. Jednocześnie informuję, że żel samodzielnie nie nawilża wystarczająco skóry (czego zresztą producent nie obiecuje), więc ja najpierw smarowałam ciało po kąpieli oliwką Babydream fur mama, a  potem dopiero aplikowałam serum, robiąc sobie jednocześnie krótki masaż.

Znacie?

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Biotaniqe, Vit C, odmładzający krem pod oczy

Krem pod oczy z witaminą C Biotaniqe towarzyszył mi od marca do listopada ubiegłego roku. Wystarczył mi na 9 miesięcy, gdyż stosowałam go tylko raz dziennie - rano. Pielęgnacja wieczorna bowiem należała do genialnego koktajlu witaminowego IOSSI (klik). Kosmetyk Biotaniqe kupiłam w Rossmannie za niecałe 20 zł/15 ml. Skusiła mnie obecność witaminy C.
 
Mazidło zapakowano w pomarańczową, typową dla kremów pod oczy tubkę, a tę - w napakowany informacjami kartonik. Produkt ma postać lekko żółtawej, gęstawej emulsji i potrzebuje kilku minut na wchłonięcie.
 
 
Od kremów pod oczy, które stosuję na dzień, oczekuję żeby stanowiły dobrą, ładnie nawilżającą bazę pod korektor. I krem Biotaniqe w tej roli sprawdził się znakomicie. Kolorówka dobrze się na nim utrzymywała, a skóra pod oczami była przez cały dzień komfortowo nawilżona, nie odwadniała się i nie było uczucia ściągnięcia. Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba - zwłaszcza za tak korzystną cenę. 
 
Czy mazidło napina skórę, redukuje zmarszczki i modeluje kontur oka? Cóż, gołym okiem (he he) takich cudów u siebie nie zaobserwowałam, ale ogólnie moja skóra pod oczami była w doskonałej kondycji, bo koktajl IOSSI odwalał większość dobrej roboty. Nie oczekuję, że po trzydziestce moja skóra pod oczami nadal będzie wyglądać jak u nastolatki, więc mnie produkt Biotaniqe, stosowany na dzień pod makijaż, w zupełności zadowolił. 

Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami tej marki?

wtorek, 22 stycznia 2019

Podsumownie zużyć grudnia. Czystki w kosmetyczce.

Wiem, wiem. Prawie koniec miesiąca (a przy okazji Dzień Dziadka), a ja dopiero ze zużyciami grudnia wyskakuję. Niech ktoś zatrzyma czas, to może będę się lepiej wyrabiać ;)


Do koktajlu pod oczy IOSSI (klik) oraz łagodzącego toniku Naturativ na pewno będę wracać, gdyż są to moje hity. Bardzo polubiłam też gąbkę konjac z różową glinką z Sephory (prezent od Agaty), ale wolałabym większą wersję, bo ten maluszek często i gęsto leciał mi z rąk. Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej Sylveco był w porządku. Nie zawiera alkohou, nie ma drażniącego smaku i ładnie odświeża oddech. Miniaturę kremu Decleor (od Hexxany) zużyłam w jakieś 5 dni i miałam dobre pierwsze wrażenia. Ładnie nawilżał i pięknie pachniał. Serum pod oczy Be Organic (klik) z kolei niczym mnie nie zachwyciło. Nie widziałam efektów stosowania tego mazidła.


Na powyższym zdjęciu znalazły się dwa kolejne moje hity: mydło kawa z cynamonem z Lawendowej Farmy (klik) oraz oczywiście mocznikowy krem do rąk Isany (klik). Często wracam też do antyperspirantu Rexona (na dzień) oraz dezodorantu Fenjal (na noc). Ten pierwszy daje mi, człowiekowi bardzo potliwemu, dobrą ochronę kiedy jestem aktywna, a dzięki ładnie pachnącemu dezodorantowi Fenjal nie budzę się rano ze smrodkiem zalatującym spod pachy. Jeśli chodzi o piankę pod prysznic Dove, to będę wracać do wersji gruszkowej. Widoczny tu zapach pistacji zupełnie mi nie podszedł, przez co produkt męczyłam i nie miałam przyjemności z kąpieli. Miniatura olejku różanego do włosów (od Hexx) zostawiła po sobie pozytywne wrażenie ze względu na boski zapach dzikiej róży prosto z krzaka. Serum na końcówki L'Oreal, które dostałam dawno temu od Justyny, dzięki dużej pojemności było megawydajne i poprawnie chroniło moje długie już kłaki przed zniszczeniami mechanicznymi od ocierania się o swetry. Solny scrub od Soap & Glory wyglądał i pachniał jak owsianka. Działanie miał bardzo dobre, ale nie mogłam używać go do całego ciała z dwóch względów: nie chciałam cała pachnieć jak śniadanie i ja ogólnie nie mogę zbyt długo rozcierać scrubów dłońmi na ciele, bo... cierpią na tym moje dłonie (dostaję kilkugodzinnego, bardzo dokuczliwego mrowienia ich wewnętrznych części). Do samych dłoni i stóp jednakowoż był wspaniały (złuszczał i natłuszczał), więc będzie się jeszcze u mnie pojawiał. O serum antycellulitowym Norel postaram się napisać osobny post, a tutaj powiem jedynie, że to fajny produkt.


Na kolejnym zdjęciu mamy same mega dobre kosmetyki. Olejek hydrofilny z e-naturalnie uwielbiam (klik), podobnie jak złuszczające skarpetki z Exclusive Cosmetics. Moim zdaniem są wręcz najlepsze na rynku. Szampon Alterry z granatem i aloesem bardzo dobrze służy moim włosom i skórze głowy (nie podrażnia jej!), żel pod prysznic Isany ładnie pachniał, był tani i robił, co miał robić, a oliwka Babydream to też niemal stały bywalec w mojej łazience, bo olejki na mokrą skórę to moja ulubiona forma nawilżania się po kąpieli.


Tak, zużyłam ten problematyczny korektor Astor (klik) i sama nie wiem, jak tego dokonałam. Maskara Saemmul (klik) była dobra, a z rozświetlającej bazy Burberry (prezent od Kasi) byłam mega zadowolna, gdyż w subtelny sposób rozświetlała cerę, a makijaż rzeczywiście dłużej się na niej utrzymywał.


Na koniec roku zrobiłam również przegląd toaletki i pozbyłam się kilkuletnich cieni, różów, a także przeterminowanych kredek do oczu i pomadek:


Z paletki Pupy Pupa Roses (klik) złoty cień i piękny róż zużyłam w całości, a tandetne błyszczyki wyrzuciłam już dawno temu; pozostały w niej brązik jest dla mnie za chłodny, więc się żegnamy. Z cieni Inglot (moja kolekcja tu) oraz Sleek (Garden of Eden, Respect, Vintage Romance) byłam swojego czasu bardzo zadowolona - zresztą widać zużycie. Maluch z Too Faced Jingle, All The Way (klik), natomiast zawierał zbyt pomarańczowy bronzer, bardzo średniej jakości cienie, róż, który mi wypadł i dwa fajne maty, które jako jedyne zużyłam. Musiałam rozstać się też z dwoma ładnymi, ale już zdecydowanie zbyt starymi różami - Inglot 47 (klik) oraz różową połową Flormar Pretty Compact Blush-On P116 (druga połowa mi nie pasowała, więc pozbyłam jej się dawno temu) (klik). Do kosza trafił rozświetlający puder z paletki Sleek Blush Buy 3 Santa Marina (klik) - to ten w słoiczku. Pokruszył mi się, ale żadna strata, bo kosmetyk nie utrwałał makijażu, nie rozświetlał, wysuszał skórę pod oczami i ogólnie był raczej do niczego. Dwie maskary Maybelline ze zdjęcia - The Falsies Volum' Express oraz Lash Sensational w wersji wodoodpornej - wyrzucam, bo okropnie się na mnie rozsypują/rozmazują, a dwie niebieskie kredki nie były przeze mnie mocno eskploatowane ze względu na odcienie nie pasujące do szybkich dzienniaków typu nude, więc się zestarzały. Na koniec kosz zaliczyla gromadka pomadek o niepasujących do mnie odcieniach (Maybelline: Color Whisper Coral Ambition, Color Whisper Faint for Fuchsia, Color Sensational Iredescent Rose Diamonds, Revlon Amethyst Shell), przeterminowanych (Bourjois Souffle de Velvet liquid lipstick, Revlon Colorburst Balm Stain Sweetheart, Maybelline Color Drama Intense Velvet Lip Pencil In With Coral, Wibo Elixir 03) i bublowatych (niebieska pomadka NYX).

Porządki były prowizoryczne. Powinnam wywalić dużo więcej kosmetyków pochodzących z czasów mojego "zachłyśnięcia się" blogowaniem i testowaniem, ale to się zrobi do wiosny...

wtorek, 15 stycznia 2019

Obrodziło, czyli ogromniaste zdobycze grudniowe (i z początków stycznia).

Miałam w planach najpierw podsumować zużycia grudnia, a potem pokazać Wam, co takiego dostałam i kupiłam, ale znowu deficyt czasowy się dał o sobie znać, więc niniejszym przygotowuję wpis, który zajmie mi mniej czasu. 

W grudniu pojawiło się u mnie MNÓSTWO nowości kosmetycznych i nie tylko. Nic dziwnego - raz, że były Święta i okazja na otrzymanie wymarzonych podarków, a dwa - byłam w Polsce i miałam ze sobą długą listę zakupów, bo sporo rzeczy mi się pokończyło. Zatem, jeśli jesteście ciekawi, co zasiliło moje zasoby kosmetyczne, zapraszam.

Zacznę od prezentów. 

Taką niespodzinakę sprawiła mi Justynka, która zna moją ogromną słabość do czerwonych pomadek oraz gotowych masek, a także wie, iż kremy do rąk schodzą u mnie jak woda (podobnie jak czekoladki, które sama wpałaszowałam w dwa dni):



W Wigilię przyleciałam do Polski i po kilku dniach spotkałam się z moimi Dziewczynami. Tam Stri uraczyła mnie pysznym sokiem malinowym (genialny dodatek do zielonej herbaty) oraz przepysznym obiadem, a Kasia zaskoczyła takimi smakołykami:



Zobaczymy, jak sławne Glam Glow się sprawdzą, a puder Innisfree polecany jest przez naprawdę wiele osób (Agato, zobacz, sam do mnie przyszedł) i mam ogromną nadzieję, że i  u mnie się sprawdzi. 

Z kolei Justyna uraczyła mnie takimi cudami oraz kartą do Empiku, którą użyłam do zakupienia czekającej na mnie jeszcze księgi "Władcy Polski. Historia na nowo opowiedziana" Beaty Maciejewskiej oraz Mirosława Maciorowskiego. Trzeba sobie odświeżyć polską historię, bo wieeelu faktów już dawno nie pamiętam:


W końcu wypróbuję sławną bazę pod cienie Too Faced!

Mój brat z bratową też zaszaleli. Tylko spójrzcie:


Z racji przerwy semestralnej mojej córci, będę w Polsce w lutym i zostawiłam sobie u rodziców tę paletę. Tym samym, muszę zabrać ze sobą jedynie pędzle i podkład :D Acha, od teściowej mojego  brata dostałam maskarę i liner, też z Douglasa, ale zapomniałam je sfotografować.


Na początku stycznia z kolei doszła do mnie ogromna paka od - zgadliście - Hexxany. Znalazło się w niej mnóstwo idealnie pode mnie dobranych nowości, z których zdecydowana większość od dawna wisiała na mojej prywatnej wish-liście:





Tym samym Dziewczyny dokarmiły moje ciało i duszę, i po prostu rozpieściły do maksimum. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo Wam dziękuję :*


***
Mamy za sobą część prezentową, ale przecież, jak już wyżej pisałam, nie obyło się bez zakupów. Oto one.

W grudniu naszła mnie słabość do brokatu i koloru rose gold, co zaowocowało zakupami w Glam Shop:


Są to typowe zachcianki, ale od dawna miałam ochotę wypróbować coś od Hani. Muszę kupić teraz bazę do glitterów, bo bez niej te cienie holograficzne niestety nie dają rady (albo ja nie umiem ich obsłużyć). Turbopigmenty z kolei na razie są OK, ale nie testowałam ich jeszcze porządnie.


Skusiłam się też na pierwsze zakupy w Ministerstwie Dobrego Mydła:


W użyciu mam już olej kokosowy (do włosów córeczki) oraz mydło cynamonowe, i oba kosmetyki są naprawdę super.


Była też oczywiście wyprawa do Rossmanna:


Na liście zakupów był ten peeling Biovax (odkąd odkryłam, jak dobrze mojej skórze głowy robi regularne złuszczanie, będę się trzymać tego zabiegu), sprawdzony płyn do higieny intymnej (czyli Lactacyd, bo mój Rossmann niestety nie sprzedaje Vianka), silikonowe serum na końcówki Isana do wypróbowania, EOS do wypróbowania, micel Botanic Spa Rituals od Bielendy, też do wypróbowania, jakiś żel do mycia twarzy (wybrałam Biotanique) oraz emulsja myjąca Botanic Spa Rituals Bielendy, ale niestety w moim Rossmannie jej nie było, więc wzięłam żel micelarny Biotanique, ale to jednak "nie jest to".


Oczywiście kupiłam ulubieńców do pielęgnacji stóp (maska złuszczająca Exclusive Cosmetics, krem Eveline) oraz dłoni (Isana 5% mocznika, Eveline aksamitne dłonie oraz krem mocznikowy, Kamill z mocznikiem), a także nabyłam kremy do dłoni, których jeszcze nie znam. Jak widać, zima dokopuje mi na tym polu, a jeszcze do tego oparzyłam sobie dłoń i kiedy oparzenie wyschło, nie chce się goić, skóra jest tam mega sucha i ciągle pęka :/


Skończył mi się lakier bazowy oraz zrobiłam sobie zapas ulubionych dezodorantów i antyperspirantów. Nie lubię musieć co chwila kupować takich podstawowych rzeczy ;)


W grudniu Colour Pop miało darmową dostawę na cały świat. Skusiłam się na zakupy, ale paczka, po ponad miesiącu, ciągle jeszcze do mnie nie dotarła, więc niestety nie mogę Wam pokazać zawartości. Mam nadzieję, że nie zaginęła w tranzycie...


Jest co testować, zdecydowanie. Oby jeszcze udało się w miarę regularnie pisać ;)

niedziela, 13 stycznia 2019

Kosmetyczne rozczarowania 2018 roku.

To, co dla mnie jest bublem/rozczarowaniem, może być Twoim hitem. Takie zestawienia są baaardzo subiektywne, więc nie bijcie ;)

Swoją drogą tego posta piszę od tygodnia i cały czas coś staje mi na przeszkodzie. Obawiam się, że jakakolwiek regularność z mojej strony to marzenia ściętej głowy.

A przechodząc do rozczarowań (pełne recenzje podlinkowane), są to:

1. Astor, perfect stay concealer 24  hr (klik), bo był dla mnie za jasny, za żółty, za mało kryjący, nie rozświetlał i nie wtapiał się w skórę, a raczej na niej "siedział".



2. Olay, Regenerist, CC Complexion Corrector (klik), bo przyciemniał mi odcień cery, nie dawał żadnego krycia, bardzo szybko się po nim wyświecałam, nie spełniał obietnic producenta (nawilżanie, redukcja przebarwień) i  miał naprawdę niską ochronę przeciwsłoneczną.



3. Sylveco, enzymatyczny peeling do twarzy (klik), bo ze względu na konieczność masażu był bardzo upierdliwy w stosowaniu, miał nieprzyjemnie tłustą konsystencję, i praktycznie nie złuszczał, a jedynie sprawiał, że skóra była miła w dotyku. W czasie jego królowania w mojej łazience cera zanieczyszczała mi się mega szybko i mega łatwo.



4. IOSSI, serum dla cery z problemami, trądzikowej krwawnik i tamanu (klik), bo ma bardzo nieprzyjemny zapach olejku tamanu i podczas kuracji cały czas borykałam się z wysypami niedoskonałości, przy czym produkt nie pomagał na powypryskowe blizny w najmniejszym stopniu.



5. Bandi, antirouge, peeling kwasowy na naczynka 10% kwas laktobionowy, glukonaloktan (klik), bo zapowiadał się na hit, a zupełnie przestał działać na moją skórę po zużyciu 1/3 zawartości buteleczki.




6. Ava, aktywator młodości, witamina C z acerolą (klik), bo nie działał jak inne znane mi sera z witaminą C, czyli nie rozświetlał skóry, nie rozjaśniał blizn powypryskowych, nie wygładzał naskórka - słowem, nie robił nic ciekawego.




7. Dr Lewin's, line smoothing complex, triple action day defence (klik), bo na mojej skórze ten nowoczesny kosmetyk nie robił nic. Ba, do tej pory ciężko mi orzec, jakie właściwie było jego przeznaczenie.



8. Sylveco, balsam myjący do włosów z betuliną oraz wygładzająca odżywka do włosów (klik), bo miały nieznośny zapach najtańszego cytrusowego środka do czyszczenia toalet z nutką uryny; bo szampon powodował u mnie oklap, a odżywka nie robiła na włosach dosłownie nic.





9. Evree, deep moisture, głeboko nawilżający krem do rąk do bardzo suchej i szorstkiej skóry (klik), bo wbrew nazwie na moich dłoniach nie robił żadnego wrażenia, nie nawilżał nawet na kilka minut.




10. Organique, SPA & Wellness, terapia wyszczuplająca kawa, serum do ciała (klik), bo miał bardzo obiecujące właściwości, a skończył mi się dosłownie po dziesięciu oszczędnych aplikacjach :(



Znacie któryś z tych gagatków? Czy Wasze odczucia pokrywają się z moimi, czy też są pozytywne i zaskoczyłam Was swoimi wyborami?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...