piątek, 17 maja 2019

Podsumowanie zużyć kwietnia. Zakupy kwietnia.

Pozwólcie, że wrócę na sekundę myślami do marca. W ostatnim zimowym miesiącu roku nie popełniłam żadnych zakupów kosmetycznych, stąd nie było na blogu stosownego wpisu. W kwietniu natomiast potrzebowałam jednego podstawowego kosmetyku, jakim jest:


Duża butla powinna na dłużej wysytarczyć. I to by było na tyle. Póki co mam wszystko, czego mi trzeba. 

***

Co do zużyć.... Chyba już wszyscy się przyzwyczailiśmy, że te wpisy już nie pojawiają się u mnie na samym początku miesiąca, jak to niegdyś bywało? Plany planami, a życie robi swoje ;)


Twarz:

Non-drying cleansing foam od Phenome (klik) to bardzo dobry, godny wypróbowania produkt do delikatnego mycia twarzy polskiej produkcji. Cieszę się, że miałam okazję go poznać. Woda z płatków róży marki Venus to moje wielkie odkrycie i na pewno napiszę na jej temat post pochwalny, bo baaaardzo się lubimy, a ja mam w użyciu kolejne opakowanie. Sympatią obdarzyłam również serum rozświetlające IOSSI (należy mu się osobna notka) oraz oczywiście matujący filtr do twarzy Anthelios XL z La Roche-Posay, który pięknie sprawdza się pod makijażem na mojej tłustej cerze. O kosmetyku z kwasami PHA od Natinuel nadal nie wiem, co myśleć (klik), a pasta do zębów Euthymol była dziwna - miała różowy kolor i mocny, charakterystyczny, ziołowy smak.


Włosy i zapaszki:

Olejek do włosów Alterry bardzo ładnie nawilża zarówno moje proste kłaki, jak również loczki mojej córci. Lubimy się. Szampon Anovia Head On z olejkiem z drzewa herbacianego kupiłam dla Małej do odstraszania wszy, które lubią atakować głowy szkolnej czeladki. Jest to tanioszek z drogerii Savers, ale działanie ma wielkie. Nie tylko ładnie oczyszcza włoski dziecka, ale zostawia je przyjemne w dotyku i mocno lśniące, z pieknie podkreślonym skrętem. Sama podbierałam go córci, bo pomagał mi na świąd skóry głowy, wywoływany przez inne myjadła. Na pewno będzie się u nas regularnie pojawiać, bo mnie podrażniają niemal wszystkie znane mi szampony a ten - nie. Flower by Kenzo to nie do końca mój zapachowy typ, cieszę się więc, że mogłam przekonać się o tym dzięki próbeczkom od Hexxany.


Ciało:

Bardzo lubię żele pod prysznic Dove i często do nich wracam. Moje do tej pory ukochane skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics tym razem na mnie nie zadziałały.... O nieeeeeeeeeeeeee, były najlepsze, a tym razem nie złuszczyło się absolutnie nic :( :( :( :( :(


Wyszczuplające serum antycellulitowe Norel bardzo ładnie ujędrniało skórę, a o to właśnie mi chodzi, kiedy sięgam po tego typu produkty. Krem do rąk Isany 5% mocznika, krem do stóp Eveline ExtraSoft oraz antyperspirant Rexony widziałyście już  u mnie wielokrotnie. Uwielbiam te kosmetyki i na pewno będę do nich wracać. Nie wykluczam również powrotu do olejku Bielendy z serii Botanic Spa Rituals. Moja skóra ciała była po nim ładnie nawilżona i bardzo przyjemna w dotyku. Krem do rąk Rituals bardzo mnie zaskoczył. Spodziewałam się wodnistego średniaka, a dostałam przyjemnie gęste smarowidło, które na jakiś czas przynosiło ulgę moim sucholcom. Mydełko kawa z Ministerstwa Dobrego Mydła bardzo dobrze mi służyło. Jest to dość mocny (na granicy bólu) scrub do ciała o przyjemnym, kakaowo-kawowym zapachu. Lubimy się i cieszę się, że mam jego mały zapas.


Wyrzutki:

Balsam do ust Laura Conti to mało robiący średniak. Wyrzucam go, bo na początku miał kształt kopuły, a z biegiem czasu mocno się spłaszczył i używanie zrobiło się niewygodne. Kolorówka ze zdjęcia zalicza kosz ze względu na sędziwy wiek. Jeśli jesteście zainteresowani szczegółowymi opiniami na temat konkretnych mazideł, wszystkie wpisy są podlinkowane; zapraszam. Na pomadkach Rimmel Lasting Finish Colour Rush (klik) zaczął zbierać mi się dziwny osad. Niczego takiego nie zauważyłam na kredkach Color Drama Intense Velvet od Maybelline (klik) oraz pomadkach Moisture Renew Rimmela (klik), ale mają one kilka lat, więc sięganie po  nie nie jest bezpieczne dla skóry. Róż/pomadka w płynie Nyx zaczęła mi się rozwarstwiać, kredka do oczu Gosh (klik) zmieniła kolor, na cieniu w kredce Rimmela (klik) zaczął zbierać się osad, a korektor z Kobo (klik) zaczął podśmiardywać.

Trochę się tego w kwietniu nazbierało :)

piątek, 10 maja 2019

Natinuel, Poli Soft, RNA-DNA, PHAs Complex

Z bohaterem niniejszego wpisu zetknęłam się dzięki Hexxanie. Zanim go od Niej dostałam do przetestowania, nie wiedziałam o istnieniu marki. Zreszą, jak widać na jego prostym opakowaniu (zwykła plastikowa butelka z korkiem typu press, który bardzo szybko się zapchał wysuszonymi resztkami kosmetyku), produkt przeznaczony jest z założenia do użytku profesjonalnego, przez co rozumiem salony kosmetyczne. 



Mazidło jest żelem zawierającym wysokie stężenie kwasów PHA (m.in. glukonolakton, kwas laktobionowy). Nakłada się je na twarz, w zależności od potrzeb, na 4-7 minut. Rekomendowane jest dla cer wrażliwych. Ma regulować fizjologiczną odnowę naskórka, zwiększyć poziom jego nawilżenia oraz wzmacniać barierę ochronną przed czynnikami zewnętrznymi.

Wszytko pięknie-ładnie, ale żadnej z tych rzeczy (oprócz zwiększenia nawilżenia) raczej nie da się zaobserwować lub odczuć gołym okiem. 

Ja stosowałam ten żel co 5-6 dni. Tuż po nałożeniu odczuwałam delikatne pieczenie skóry, ale nigdy nie przełożyło się ono na bolesne podrażnienie. Rzecz jednak w tym, że po zabiegach niespecjalnie widziałam różnicę w stanie swojej skóry. Być może miała ona miejsce na poziomie komórkowym, ale tego oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić. Większego nawilżenia też raczej nie odczułam, ale akurat pod tym względem moja skóra jest w dobrej kondycji i kosmetyk zwyczajnie nie miał pola do popisu.

Podsumowując, zupełnie nie wiem, co o tym produkcie myśleć. Huh.

wtorek, 7 maja 2019

China Glaze, 939 Midnight Mission

Lakier trafił do mnie jako upominek od Hexxany.


Pojemność: 14 ml
Kolor: granatowa baza ze srebrnym shimmerem
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia





czwartek, 2 maja 2019

Rimmel, Moisture Renew Lipstick, 180 Vintage Pink & 360 As You Want Victoria

Pomadki z serii Moisture Renew Rimmela są obecne na rynku od wielu, wielu lat. Kojarzę je odkąd byłam nastolatką, a to oznacza solidnie ponad dekadę. Powiedzmy sobie szczerze, te dość duże, granatowo-srebrne opakowania mają coś takiego w sobie, że zatrzymujemy na nich wzrok obczajając szafę marki. 

Ja (zbyt) wiele czasu temu skusiłam się na dwie pomadki z rzeczonej serii, bo jedna mi się podobała, a druga miała Victorię w nazwie, a pewnie część z Was wie, że moja córcia ma na imię Viktoria (połączenie pisowni polskiej i angielskiej, co by na Nią w brytyjskiej szkole "łiktoria" nie wołali). 



No dobrze, ale kończmy osobiste dygresje. Moje dwie sztuki ze względu na swój zaawansowany wiek lecą do kosza, gdyż zostały ofiarami zjawiska jednej twarzy i zbyt wielu kosmetyków do jej upiększania. Zanim jednak to nastąpi, podzielę się z Wami zaletami i wadamy tych produktów i powiem, czemu moim zdaniem zasługują na szkolną tróję z plusem.

I od słabych stron zacznijmy. Po pierwsze, zapach. Ich aromat kojarzy mi się z klasycznym kremem Nivea i jest przez jakiś czas wyczuwalny na ustach, a ja za tym w szminkach nie przepadam. Zapachy "jadalne" jakoś lepiej mi podchodzą. Po drugie, pomadki są bardzo, bardzo, bardzo kremowe. Do tego stopnia, że lubią się trochę wylewać poza kontur ust i bezpieczniej stosować je w połączeniu z konturówką oraz nie przesadzać z nakładaną ilością. Po trzecie, są nietrwałe (u mnie utrzymują się na ustach do trzech godzin bez jedzenia i picia), a przy jakiejkolwiek formie konsumpcji zostawiają wyraźne ślady na kubkach, sztućcach, rozmazują się poza kontur ust i generalnie błyskawicznie uciekają z miejsca przeznaczenia. Wyraziste kolory lubią zjadać się od środka, zostawiając wokół ust obwódkę

Czyli już wiecie, czemu regularnie po te zawodniczki nie sięgałam?

Nawet pomimo ich zalet: ciekawej palety kolorów (w UK jest ich obecnie 12, w Rossmannach w Polscie niestety tylko połowa) z interesującymi "vampami", doskonałej pigmentacji (wystarczy jedno przejechanie po ustach by uzyskać pełne krycie) i bardzo nawilżającej formuły, która nie tylko nie podkreśla żadnych suchych skórek, ale wręcz pielęgnuje i nawilża naskórek.


 180 Vintage Pink to chłodny odcień jogurtu jagodowego, bardzo ciekawy.



360 As You Want Victoria to cudowna buraczkowa czerwień.


Gdyby tylko pomadki te nie wymagały nieustannej kontroli lusterkowej, pewnie częściej bym po nie sięgała. Mimo swoich zalet okazały się jednak zbyt problematyczne w codziennym funkcjonowaniu.

Pa pa, szmineczki. Tym razem rozstajemy się bez dziwnych sentymentów.

Dermalogica, precleanse balm

Balsam do wstępnego usuwania brudów (w tym makijażu) z twarzy miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Wcześniej niespecjalnie lubiłam się z tego typu kosmetykami, ponieważ te, które testowałam, nie emulgowały pod wpływem wody i trzeba było się trochę natrudzić z usunięciem ich z twarzy. A ja, przyznaję, nie mam do tego cierpliwości. Produkt marki Demalogica okazał się jednak inny. Świetny pod każdym względem.


W miękkiej tubce ze sporym ujściem mieszka gęsta, biała, nieperfumowana emulsja o zapachu swoich składników. Przy takiej konsystencji sprawdzi się wyłącznie tubka bądź słoiczek, a ten ostatni byłby najmniej higienicznymm rozwiązaniem z możliwych, więc cieszę się z decyzji producenta. 

Balsam nakładamy na twarz jako wstępny etap przed dalszym myciem. Masujemy chwilę buzię wraz z oczami, a następnie zmywamy wszystko letnią wodą. Pod wpływem wody kosmetyk emugluje i łatwo go usunąć ze skóry. Produkt doskonale rozpuszcza codzienne zabrudzenia, w tym nawet maskarę czy kreski bez efektu zamglenia wzroku. Przy tym w najmniejszym stopniu nie wysusza naskórka, a wręcz zostawia po sobie uczucie komfortowego nawilżenia. Bez problemu można zmyć nim makijaż na kilka godzin przed dogłębnym wieczornym myciem twarzy. Świetny, świetny, świetny zawodnik.

Dołączonej silikonowej myjki nie używałam. Szybko mi się gdzieś zapodziała...

poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Kobo, Illuminate Cover Stick, Nude

Na samym początku przyznam, iż nie wiem, czy kosmetyk ten jest jeszcze dostępny w sprzedaży. Na stronie Drogerii Natura go nie widzę, więc możliwe, że został wycofany. Ja swój kupiłam (zbyt) dawno temu i nie dałam rady wykorzystać go do końca, czy nawet do połowy, a powody za chwilę wyłuszczę. Ostatnio odkryłam, że zaczął śmierdzieć, więc zaliczy kosz. 

Jako posiadaczka dość wyraźnych, sino-fioletowych cieni lubię korektory o dobrym poziomie krycia i odbijające światło. Dlatego często przyciąga mnie "rozświetlanie" w nazwie. Tym sposobem skusiłam się na korektor w sticku od Kobo, co nie było najszczęśliwszym pomysłem. Głównie z dwóch powodów.

Po pierwsze, formuła produktu okazała się odznaczająca się na skórze, sucha i wysuszająca.

Po drugie, najjaśniejszy odcień nude nie miał zbyt szczęśliwego odcienia, gdyż wpadał w... oliwkę:



Wyobraźcie sobie taką zieleń pod okiem... Piękny efekt topielicy ;)

Z plusów wymienię, że choć mój słoczyk nadłoniowy tego nie pokazuje, korektor faktycznie ładnie odbijał światło, więc czasem dodawałam ociupinkę na inny korektor w samym wewnętrznym kąciku, tam gdzie mam najsiniej, żeby tam robił swoją robotę. No ale to były mikroskopijne ilości, nie dające nadziei na denko.

Spotkałyście się kiedyś z tak okropnym kolorem z przeznaczeniem pod oczy? Ja pamiętam jeszcze jednego takiego kolesia z Catrtice (klik) i do tej pory się zastanawiam, co autorzy mieli na myśli :D

Phenome, non-drying cleansing foam

Dziś przychodzę z rekomendacją dla miłośników pianek do mycia twarzy. Otóż non-drying cleansing foam z Pheonome jest naprawdę przyjemna, a miałam okazję się o tym przekonać dzięki Hexxanie.

Może nie jest to najważniejsza sprawa, ale pianka ma bardzo przyjemny acz delikatny, słodki zapach. Co ważniejsze, rzeczywiście po umyciu twarzy nie ma uczucia przesuszenia i ściągnięcia naskórka.


Przyznam, że zwykle nie sięgam po delikatne dla skóry pianki do wieczornego zmywania z twarzy resztek całodniowych brudów. W tej roli wolę wykorzystywać naturalne mydła bądź żele. Nie mam podstaw podejrzewać, że pianki są mniej skuteczne, ale mam taką niewytłumaczalną psychiczną blokadę. W związku z tym piankę Phenome oddelegowałam do porannego zmywania nocnej pielęgnacji i w tej roli sprawdziła się bez zarzutu, a dzięki swojej delikatności i ładnemu zapachowi fundowała mi chwilę przyjemności z rana. Okazała się też wydajna, gdyż korzystałam z jej dobrodziejstw przez dobre cztery miesiące.

Acha, opakowanie ma ładne, wygodne i funkconalne.

Naprawdę nie ma się czego czepiać.

Znacie?

wtorek, 23 kwietnia 2019

China Glaze, 665 Gussed Up Green

Lakier trafił do mnie w formie prezentu od Hexxany.

Pojemność: 14 ml
Kolor: czarna baza z shimmerem w odcieniu leśnej zieleni (na żywo jest bardziej zielony niż na moich zdjęciach - aparat nie chciał uchwycić dobrze shimmeru)
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia



niedziela, 21 kwietnia 2019

L'Oreal, Brow Artist Plumper (Light/Medium)

Na samym początku pozwólcie, że złożę wszystkim obchodzącym serdeczne życzenia Wesołych Świąt, spędzonych w rodzinnym gronie przy różnych smakołykach, z radością i spokojem w sercu, bez stresu i bez pośpiechu.  A tym, którzy oberwą zimną wodą w Dyngusa życzę, żeby nie złapali od tej przyjemności kataru!


***

A teraz przejdziemy sobie do kolejnej wysoce nieprofesjonalnej "recenzji" produktu do makijażu. Jak to często u mnie bywa, zapomniałam obfocić obiekt swoich wypocin, a opakowania dawno już nie mam, bo zużyłam. Nie będzie zatem zdjęć tubki i aplikatora. Tuszę (pun intended) jednak, że nikt się na mnie o to nie obrazi, bo opisywana dziś maskara do brwi jest kosmetykiem dość szeroko znanym. Bardzo fajnie przedstawiła go u siebie Basia tutaj - wpadajcie na Jej będącego skarbnicą genialnych, szczegółowych recenzji i porównawczych słoczy bloga!

Swój egzemplarz zakupiłam w którejś brytyjskiej sieciówce za około 7 funtów i korzystałam z niego przez kilka miesięcy. W UK opakowania tego mazidła są srebrne i lubią się rysować. Szczoteczka natomiast to wygodny i precyzyjny maluch o klasycznym włosiu. Nie sprawia większych problemów w kwestii obsługi. 

Głównym problemem w moim przypadku okazała się gama kolorystyczna. Wersję Medium/Dark odrzuciłam, bo mimo iż ładnie chłodny, odcień ten był dla mie za ciemny. Nie mając innego wyboru postawiłam na Light/Medium. Niestety ten kolor okazał się ciepły, wpadający w rude tony. Ja uważam siebie za chłodne lato i wolę ubierać swoje brwi w chłodniejsze odcienie, ale cóż było robić. Przy delikanych dzienniakach zostawiałam maskarę jak jest, a przy mocniejszych makijażach nakładałam ją na bardzo chłodny cień, dodając całości pigmentacji i wszystko schładzając.

Tu widzicie, o czym mówię:


Ciepło, prawda?

Do działania kosmetyku nie mam większych zastrzeżeń. Moje brwi trzymał w ryzach przez cały dzień i nie wykazywał tendencji do rozmazywania się, znikania, czy uskuteczniania innych nieprzyjemnych niespodzianek.

W ogólnych rozrachunku jest to całkiem niezła propozycja, ale zdecydowanie nie najlepsza na rynku.

A co Wy sądzicie o tym gagatku?

środa, 17 kwietnia 2019

Bandi, Trichoesthetic, tricho-peeling oczyszczający do skóry głowy

Przysięgłabym, że robiłam temu kosmetykowi sesję zdjęciową, ale chyba ją sobie wyobraziłam, bo zdjęć nie ma ani na laptopie, ani w aparacie. Za dużo na głowie i takie mamy efekty. Wybaczcie zatem, ale muszę pożyczyć fotografię produktu u źródła, czyli ze strony producenta. 

Dlaczego w ogóle kupiłam ten specyfik? Raz, że czytałam o nim sporo dobrego. Dwa, był w promocji. Trzy, szukałam pomocy przy łusce, tłustym łupieżu i wrażliwym skalpie, a zaciekawił mnie opis tego, co produkt ma robić:

Normalizujący peeling do skóry głowy. Preparat oczyszcza i przygotowuje skórę do wchłaniania składników aktywnych. Dzięki zawartości mocznika i kwasu mlekowego peeling skutecznie usuwa nadmiar zrogowaciałego naskórka i zanieczyszczenia zewnętrzne tworzące na powierzchni skóry warstwę krystalizacyjną. Po wykonaniu peelingu skóra intensywniej wchłania składniki stosowanych odżywek, zwiększa się skuteczność prowadzonych terapii. Preparat nie zawiera parabenów, a kompozycja zapachowa pozbawiona jest alergenów.

Przeciwwskazania:
Nadwrażliwość na którykolwiek za składników preparatu. Należy unikać kontaktu preparatu z oczami i błonami śluzowymi. Nie zaleca się stosowania chemii fryzjerskiej (farbowania i trwałej ondulacji) przez tydzień po zastosowaniu Tricho-peelingu. W przypadku stosowania preparatu na nieowłosioną skórę głowy, zalecana jest ochrona przed ekspozycją słoneczną i promieniowaniem UV.
Składniki aktywne (w kolejności alfabetycznej): alantoina, kwas mlekowy, mięta pieprzowa, mocznik

INCI / składniki
Aqua/Water, Propylene Glycol, Urea, Olive Oil PEG-7 Esters, Lactic Acid, Sodium Chloride, Polyacrylate Crosspolymer-6, Polysorbate 20, Allantoin, Mentha Piperita Leaf Extract, Triacetin, Hydroxyacetophenone, 1,2-Hexanediol, Caprylyl Glycol, Tropolone, Sodium Hydroxide, Parfum/Fragrance



Producent zapakował swój wyrób do butelki z barwionego na niebiesko szkła, z aplikatorem w postaci pipety. Kosmetyk ma postać lekko żelowego płynu i kwiatowy zapach. Aplikujemy z pipety bezpośrednio na skórę głowy i wmasowujemy. Pozwalamy działać przez 10 minut i zmywamy.

Bardzo, bardzo, bardzo liczyłam na wspomniane usuwanie "nadmiaru zrogowaciałego naskórka i zanieczyszczeń zewnętrznych tworzące na powierzchni skóry warstwę krystalizacyjną". Właściwie tylko takiego działania od produktu oczekiwałam. A on nic. Nic nie robił, nawet nie ruszył łuski i tłustego łupieżu w najmniejszym stopniu, co mnie ogromnie frustrowało. Zwłaszcza, że sięgałam po niego częściej niż raz w tygodniu (u mnie co drugie mycie). Żadnych efektów to nie dało niestety. Tyle dobrego, że kuracja nie pogłębiła moich problemów ze skórą głowy, ale przecież miała pomóc!

Nie polecam.

wtorek, 9 kwietnia 2019

Podsumowanie zużyć marca.

Po strasznie się dłużącym pierwszym tygodniu kwietnia, wypełnionym nużącą (i jeszcze niestety nie skończoną) robotą papierkową (wszak skończył się kolejny rok podatkowy) powinnam od niedzieli być w Polsce, prowadząc niesprzyjające pisaniu bloga, ale za to bardzo sprzyjające mojemu zdrowiu psychicznemu i ogólnemu samopoczuciu, bujne życie towarzysko-rodzinne. Zamiast tego utknęłam w swoim tymczasowym domu w UK z dzieckiem chorym na ospę wietrzną (które oczywiście strasznie się przez cały czas nudzi) i z infekcją zatok. Samo życie, ech. Ale przynajmnej wiadomo, skąd moje ponad tygodniowe milczenie tu. Walka z papierologią, męczącym kaszlem i ustawicznie nudzącą się córcią wyssała ze mnie ochotę na cokolwiek innego ;) 

Ale skoro w ramach prokrastynacji przed kontynuowaniem podsumowań zeszłorocznych wydatków siadłam do pisania, zerknijmy co tam się znalazło w torbie ze zużyciami marca. Myślałam też nad naskrobaniem ulubieńców zimy, ale jakoś tak czas od końca zimy szybko mi śmignął i chyba już nie ma to sensu. Poza tym nie czuję weny na stworzenie takiego wpisu. Może z wiosną pójdzie mi lepiej?


Kłaki

Od kiedy skończyłam butelkę peelingu trychologicznego Bandi, mam w użyciu serum oczyszczające do skóry głowy Bionigree, które już po pierwszym użyciu zrobiło dla mojego skalpu dużo więcej i dużo lepiej niż całe opakowanie rzeczonego Bandi. Tyle w temacie. ZAWÓD.

W słoiczku była odlewka szamponu Christophe Robin Volumizing Paste with Pure Rassoul Clay and Rose Extracts, którą dostałam od Hexxany. Asia poświęciła produktowi osobnego posta na swoim blogu, do którego lektury gorąco zachęcam, bo w zasadzie mamy bardzo podobne odczucia. Od siebie jako posiadaczki średnio długich włosów dodam, że kosmetyk sprawiał, iż były lekko uniesione u nasady przez kilka godzin po myciu, ale z biegiem czasu widocznie oklapywały. Mimo zawartości glinki nie był to idealny kosmetyk do głębokiego oczyszczania skalpu (nie dawał efektów jak po peelingu). No i nie mogłam sięgać po niego częściej niż raz w tygodniu, gdyż przy większej częstotliwości podrażniał mi skórę głowy wywołując uporczywe swędzenie. Ciekawy produkt, ale nie mam ochoty do niego wracać.


Lico

Woda micelarna Soap & Glory była średnia. Miała zapach świeżego ogórka, a do dokładnego zmycia makijażu potrzebna była spora porcja produktu i mnóstwo wacików. Lepiej spisywała się do doczyszczania skóry po wstępnym rozpuszczeniu mejkapu czymś innym. Bez zachwytów w każdym razie, ale też bez większego marudzenia. Nie zarzekam się, że nigdy do niej nie wrócę, jeśli pojawi się taka potrzeba i wakat na półce. Postaram się natomiast wrócić do emulsji do demakijażu Dermalogici, którą miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Rewelacyjny produkt - doskonale radzi sobie z demakijażem twarzy i oczu, a przy tym nie podrażnia i, co najważniejsze, pięknie emulguje. Jestem bardzo na tak. Tonik Damascus Rose z IOSSI (klik) był dobrym przedstawicielem swojego gatunku, ale obiektywnie przyznam, że znam lepsze w bardziej przystępnej cenie... Filtr do twarzy SVR przywędrował do mnie na wypróbowanie od Hexxany i był OK. Wprawdzie wolę typowo matujące formuły, ale ten tu nie był ekstremalnym tłuścioszkiem i dobrze sprawdzał się w chłodne miesiące, również pod makijażem. Próbka kremu Anti-Wrinkle z Clochee pokazała całkiem interesujący produkt o ciekawej formule i przyjemnym zapachu.




Korpus

Oliwka Babaydream Mamas, peeling do dłoni i stóp Fusswokl oraz antyperspirant Rexona pokazywały się w moich zużciach niejeden raz. Bardzo je lubię - mają udane formuły, doskonale wywiązują się ze swoich zadań i wiem, że zawsze mogę na nie liczyć (albo do reformulacji czy do, tfu tfu, wycofania z rynku). Balsam myjący do higieny intymnej Organic Life (klik) był doskonale skuteczny i delikatny, nie przyczyniając się do żadnych podrażnień, yay. Jedynie krem/maść itch relief E45, który kupiłam z myślą o moich biednych, ekstremalnie suchych dłoniach, okazał się jednym wielkim patałachem (klik). Bublisko jak ta lala.













No to skoro mam za sobą godzinę unikania papierologii, jeszcze tylko zajrzę na Wasze blogi i zabieram się za rachunki. Chyba że zrobi się zbyt późno, a muszę wcześnie wstać, bo śniadanie dla piątki gości się samo nie zrobi. Biuro rachunkowe chyba się nie obrazi na kolejne odroczenie? Znowu nie malowałam paznokci od kilku tygodni, nie ma kiedy. I w co się bawić z Młodą jutro? Przeszłyśmy po kilkadziesiąt razy przez wszystkie gry, zabawy i kolorowanki. Gulp!

sobota, 30 marca 2019

HIT: Organic Life, balsam myjący do higieny intymnej, przywrotnik

Kolejny raz dzięki Hexxanie miałam okazję poznać jeden z najlepszych kosmetyków, tym razem w kategorii higiena intymna, jakie dane było mi kiedykolwiek stosować. Asiu, dzięki Tobie poznałam więcej perełek niż przez własne wybory i poszukiwania! 

Balsam myjący Organic Life, bo to o nim mowa, nie ma w moim odczuciu żadnych wad. Począwszy od estetycznego i funkcjonalnego opakownia z pompką, przez brak zapachu, po tworzenie idealnej pianki - wszystko gra.


Oczywiście najważniejsze jest działanie. Biała emulsja, przez producenta zwana balsamem myjącym, jest jednocześnie delikatna i skuteczna. Zdarzało mi się myć kosmetykiem twarz po demakijażu - skóra była stuprocentowo doczyszczona z wszystkich zabrudzeń, przy czym nie została odarta z warstwy hydro-lipidowej i nie było charakterystycznego uczucia ściągnięcia naskórka, króre obligowałoby mnie do natychmiastowej aplikacji toniku i kremu/olejku/serum. Co do higieny intymnej.... Bajka; produkt myje, odświeża i NIE PODRAŻNIA. Więcej, łagodzi swędzenie i ból przy aktywnych hemoroidach, a dla mnie to już mistrzowstwo.

Zdecydowanie warto to cudo wypróbować.

środa, 27 marca 2019

Dermatological E45, itch relief cream

Zawsze kiedy skarżę sie brytyjskim znajomym na mega suche, popękanie dłonie, słyszę: kup sobie E45. NA PEWNO pomoże. WSZYSTKIM pomaga na WSZYSTKIE skórne bolączki. Nawet według producenta ten krem to bardziej lek niż kosmetyk, choć kupimy go w drogerii.

Jeśli w brytyjskiej rzeczywstości to ma być najlepsza odpowiedź na moje problemy, nie dziwcie się proszę, że kremy do rąk kupuję w Polsce. W UK NIC NA MNIE NIE DZIAŁA. Nawet osławiony E45, który jest.... kiepski, po prostu.


Aby nadać tej białej, bardzo lekkiej, wodnistej emulsji pozory lekarstwa, producent umieścił ją w aluminiowej tubce. Produkt ma też bardzo lekki, zupełnie nie rzucający się w nos zapach. 

Nie mam pojęcia, jak to to ma pomagać przy egzemie, pękaniu skóry, atopowym zapaleniu skóry, pokrzywce i tego typu historiach. To to nie robi nic. Wchłania się w trymiga i po pięciu minutach jakbyś człowieku nic w dłonie nie wsmarowywał. Żadnej zauważalnej ulgi, chociażby doraźnego nawilżenia, żadnego ochronnego filmu.... Jedno wielkie nic. Pomyłka. Obiecanego mocznika musi być w formule mazidła tyle, co kot napłakał.

Dodam, że nie miałam większego problemu ze swędzeniem skóry na dłoniach, więc nie wiem, czy w tym przypadku produkt przyniósłby ulgę. Nasze mocznikowe Isany i inne Evelajny za piątaka są o wiele skuteczniejsze od opisanego dziś zawodnika.

sobota, 23 marca 2019

IOSSI, Damascus Rose Tonic / Face Mist (Tonik i Mgiełka Róża Damasceńska)

Tonik Róża Damasceńska IOSSI trafił do mnie jako urodzinowy prezent od Justyny :*

Producent pisze o nim tak:

W 100% naturalny tonik z róży damasceńskiej o kuszącym zapachu. Przywraca naturalne ph skóry i skutecznie odświeża. Wzmacnia naczynia krwionośne pozostawiając skórę miękką, gładką i nawilżoną. Działa antyseptycznie, koi i łagodzi podrażnienia wrażliwej skóry. Poprawia koloryt i niweluje zmarszczki. Przygotowuje skórę do nałożenia olejku lub kremu.

Czego się możesz spodziewać?
Działanie: tonizuje, odświeża nawilża, łagodzi
Konsystencja: mgiełka w atomizerze
Zapach: różany
Pojemność: 50 ml
(klik)




Zacznijmy od tego, co widać gołym okiem. Producent zapakował tonik do szklanej butelczyny z atomizerem. Czego gołym okiem nie widać to fakt, że atomizer, wbrew nazwie, nie rozpyla mgiełki, a chluszcze nam w twarz sporymi kroplami. Co więcej, od tego chlustania kosmetyk coś podejrzanie szybko się zużywał, a że mamy do dyspozycji jedynie 50 ml, aż serce mi się krajało. Znalazłam jednak sposób na niemarnowanie produktu, i to w duchu less waste - czyli, w tym przypadku, bez sięgania po waciki - serwowałam sobie dwa psiknięcia na dłoń, rozcierałam płyn w obu dłoniach i klepanko na twarz. Dzięki temu zabiegowi tonik towarzyszył mi każdego ranka przez około dwa miesiące.

Zgodzę się z poducentem, że płyn ładnie pachnie. Czuć w nim różę.

W kwestii działania  -  u mnie mgiełka sprawdziła się po prostu jako dobry tonik. Odświeżała, przygotowywała cerę do przyjęcia kremu, ale doraźnego nawilżania, kojenia, łagodzenia podrażnień i rumienia czy niwelowania zmarszczek (serio?) u siebie nie zaobserwowałam. W tych kwestiach dużo lepiej sprawdza się na mojej naczynkowej cerze popularny tonik łagodzący z Naturativ. Nie oznacza to, że IOSSI jest zły - o nie, jest dobry i sympatyczny, i ma ładny skład, ale nie jest to mistrz nad mistrze w swojej kategorii. Niemniej warto było go poznać.

Znacie? Podzielcie się swoimi wrażeniami na temat tego toniku!

niedziela, 17 marca 2019

Rimmel, 60 seconds super shine, 320 Rapid Ruby

Lakier dostałam w prezencie od Hexxany

Pojemność: 8 ml
Kolor: winna czerwień
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęstawa
Pędzelek: szeroki i ścięty na półokrągło
Krycie: na upartego można poprzestać na jednej warstwie, ale osobiście wolę nałożyć dwie
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie:bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach świetna - 4 dni





This nail polish was a gift from a friend.

Volume: 8 ml
Colour: wine red
Finish: cream
Consistency: on the thick side
Brush: broad, comfortable
Coverage: it can be a one-coater but I prefer two coats
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 4 days on my weak, soft nails

czwartek, 14 marca 2019

Naturativ, szampon Łagodność, Blask, Wzmocnienie

Jak już wiele razy tu wspominałam, od kilku lat mam bardzo wrażliwą skórę głowy, która na większość detergentów reaguje łuską, tłustym łupieżem i świądem. Niewiele jest szamponów, które jej nie podrażniają. Dzięki Hexxanie miałam okazję wypróbować jednego z potencjalnych kandydatów na dobry szampon dla mojego chimerycznego skalpu. 

Producent zamknął szampon w plastikowej butelce z korkiem typu press. Kosmetyk ma żelową konsystencję, słomkowy kolor i bardzo przyjemny, cytrynowy zapach. Dość dobrze się pieni.


Mimo zapewnień producenta o łagodności, ja odebrałam ten szampon jako dobry oczyszczacz. Zostawiał włosy wręcz "skrzypiące" z czystości i bezwzględnie wymagał sięgnięcia po odżywkę. Z tego względu sięgałam po niego mniej więcej raz w tygodniu, co trzecie mycie. W okresie, kiedy próbowałam używać go przy każdym myciu, moja skóra głowy nieco się buntowała. Po ograniczeniu częstotliwości naszych podprysznicowych schadzek, nie miałam takich problemów. Ostatecznie polubiłam się z tym produktem, ale musiałam znaleźć na niego sposób.

Znacie ten szampon? Jeśli są tu jacyś wrażliwcy, jaki szampon polecacie do częstego stosowania? Ja zdecydowanie Alterrę z granatem i aloesem!

sobota, 9 marca 2019

Zakupy lutego.

W lutym dziecię moje miało dziesięciodniowe ferie szkolne, więc śmignęłyśmy ochoczo do Polski. A jak jestem w kraju, to zawsze uzupełniam zapasy ulubieńców i niezbędników oraz robię kosmetyczny rekonesans. Basia dała mi w tym czasie cynk, że w Drogerii Pigment trwała promocja na mój ukochany koktajl witaminowy pod oczy IOSSI. Czym prędzej więc zdecydowałam się na swoje pierwsze ever zakupy w tej drogerii. Kuknęłam również na wish-listę oraz oceniłam stan zapasów, po czym pozwoliłam sobie na następujące zabawki:


Gąbkami Konjac zaraziła mnie Agata. O Polnym Warkoczu wszyscy piszą cuda wianki, więc jak się nadarzyła okazja na macanki, skorzystałam. Potrzebowałam również czegoś do biustu, jako że mój ukochany Voluplus z Mazideł był niedostępny (wybór padł na olejek Orientany), żelu do higieny intymnej (absolutnie wszystkie dostępne w brytyjskich drogeriach mnie podrażniają) oraz olejku do ciała, jako że miałam ochotę na coś sobie nieznanego. Drogeria dorzuciła od siebie kilka próbek.


Oczywiście nie obyło się bez wizyty w Rossmannie, wiadomo.


Mocznikowy krem Isany, złuszczające skarpetki Exclusive Cosmetics oraz ostatnio ulubione antyperspiranty Rexony staram się mieć zawsze na stanie. Wzięłam też flaszkę wody różanej z Venus, bo mam obecnie jedno opakowanie w użyciu i super się u mnie sprawdza. Aloes natomiast przyda się do wzbogacania maseczek glinkowych. 

Od dawna też miałam ochotę wypróbować kubeczek menstruacyjny. Czaiłam się wprawdzie na Selena Cup, ale był akurat tylko rozmiar S (a jestem przecież mamą) oraz L (mamą jednokrotną, a miesiączki ma średnio obfite), więc wziełam Facelle w rozmiarze M. Teraz tylko czekam na okres i zobaczymy, jak to będzie... Chciałabym, żeby kubeczek się u mnie sprawdził, bo tampony nadmiernie mnie wysuszają i powodują dyskomfort, a samych podpasek bez innej ochrony nie lubię. Czy któraś z Was ma jakieś doświadczenia z kubeczkami Facelle? Koniecznie dajcie znać!

środa, 6 marca 2019

Podsumowanie zużyć i wyrzutków lutego.

Luty minął mi bardzo szybko, ale absolutnie nie żałuję. Wiosno, czekam! A tymczasem sfotografowałam wreszcze zawartość zużyciowej torby, więc zerknijcie, co mi ostatnio "wyszło".


Na powyższym zdjęciu mamy w sumie same świetne produkty. Nawilżająca maska algowa z Organique (o intensywnie pomarańczowym odcieniu) przyjemnie chłodziła skórę, wyrównała mi kolor cery i odświeżyła ją. Odżywkę do włosów granat i aloes z Alterry uwielbiam, bo pięknie mi nawilża i dociąża kłaki. Skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics to u mnie pewniak. Podobnie jak krem do rąk 5% mocznika z Isany - używam go codziennie do nocnej regeneracji i zawsze musi być u mnie na stanie. Miniaturę oleju czarny bez od Hexxany zużyłam do natłuszczenia ciała po kąpieli i nie miałam zastrzeżeń. Olejek pod prysznic Isany służył mi do mycia Beauty Blendera oraz, okazjonalnie, do kąpieli. Serdecznie chcę Wam też polecić szampon/płyn do kąpieli dla dzieci kokoso marki Naturally Nourishing. Ja kupiłam go w Boots. Kosmetyk ma bardzo ładny, delikatny skład, ładnie pachnie i, co najważniejsze, naprawdę wspaniale sprawdzał się do mycia włosów i ciała mojej pięciolatki. Loki Młodej były po myciu odświeżone i jednocześnie dociążone i niespuszone, a skłonna do przesuszeń skóra jej ciała nie reagowała suchością i ściągnięciem. Nie znalazłam jeszcze w UK niczego lepszego.



Szampon Łagodność Blask Wzmocnienie od Naturativ (prezent od Hexx) bardzo ładnie, cytrynowo pachniał i dobrze oczyszczał włosy i skórę głowy. Były po nim wręcz skrzypiące, więc stosowałam go mniej więcej raz w tygodniu, jako dobry oczyszczacz, naprzemiennie z mniej "inwazyjnymi" szamponami. Żel pod prysznic Soft&Nourish marki Johnson's był super. Pięknie pachniał, dobrze mył i nie wysuszał skóry. Mnie nic więcej do szczęścia nie trzeba. Krem do rąk Siemię Lniane z Farmony (klik) był dobry. Warto było się zapoznać. Z mydła cynamon od Ministerstwa Dobrego Mydła ostatecznie nie byłam zadowolona. Raz, że nie pachniało cynamonem (zapach był delikatny i z niczym się nie kojarzył), a dwa - na samym początku ścierało naskórek na granicy bólu, ale z każdym kolejnym myciem złuszczanie było coraz słabsze (zapewne spadało zagęszczenie złuszczających drobin),  by w końcu mydło tylko delikatnie łaskotało i masowało. Szkoda. No i słowo o próbkach. Zapach Kenzo Jeu d'Amour EDT był całkiem przyjemny, kwiatowy. Wrażeń na temat kremów pod oczy Nude i Norel Anti Age nie pamiętam, ale co tam można z próbek wykoncypować. Na pewno niczym mi nie podpadły, a rejony podoczne nie były w gorszej kondycji podczas tych kilku dni. Serum pod oczy Mokosh mnie do siebie nie przekonało, bo ten bardzo wodnisty kosmetyk urządzał sobie wędrówki z rejonów podocznych do worka spojówkowego, co wywoływało u mnie łzawienie i efekt mgły. Maska-esencja Orientany bardzo napięła mi skórę twarzy (było to wręcz nieprzyjemne), a krem Good Cera ładnie ją nawilżył.



Jeśli zaś o kolorówkę chodzi, zużyłam trzy kosmetyki: całkiem do rzeczy tusz do brwi Brow Artist Plumper od L'Oreal, miękką, brązową, idealną do makijażu typu no makeup kredkę do oczu Rimmel z serii Scandaleyes (klik), którą na samym początku surowo oceniłam, ale później zmieniłam o niej zdanie, oraz pomadkę Bourjois Color Boost Glossy Finish Lipstic w odcieniu 04 Peach On The Beach (klik).Ogólnie była to niezła seria pomadek, ale miały okropny, mydlany zapach/posmak.

Drugą pomadkę z tej serii, odcień 02 Fuchscia Libre, jak również dwie pomadki Revlon Colorburst Matte Balm w odcieniach 205 Elusive oraz 210 Unapologetic (klik) musiałam wyrzucić, bo zmieniły zapach. Odnośnie cienia w kremie Colour Tattoo w odcieniu Permanent Taupe z Maybelline (klik), zużyłam go tyle, ile się dało, zanim zamienił się w skamieniałą plastelinę.

Jak na najkrótszy miesiąc w roku, całkiem nieźle mi poszło ze zużywaniem ;)

czwartek, 28 lutego 2019

Maybelline, the Falsies Volum' Express mascara

Kupując maskarę Maybelline the Falsies Volum' Express spodziewałam się, że będę ją tu dla Was chwalić. Nic podobnego - okazała się totalną słabizną.


Tusz zamknięto w dużej, pękatej, nieporęcznej do przechowywania i podróży, fioletowej tubce. Spiralka ma kształt banana. Charakteryzuje się krótkim, klasycznym, szeroko rozstawionym włosiem. Na czubku aplikatora zawsze zbiera się maskarowy glut.


Do odcienia nie mam zarzutów, ale reszta.... Czy to, co widzicie powyżej imponuje Wam w jakikolwiek sposób? The Falsies? Sztuczne rzęsy? Chyba nie tym razem... Ba, nawet porządnie rozczesać rzęs produkt ten nie potrafi, że o podkręceniu nie wspomnę.


A czara goryczy się przelała kiedy okazało się, że gagatek się na mnie osypuje, rozmazuje i robi mi pod okiem elegancką pandę już po 5-6 godzinach od nałożenia. Tego nie wybaczam, więc produkt zaliczył kosz bez denkowania.

Znacie?

wtorek, 26 lutego 2019

Eveline, 8 w 1 specjalistyczny krem na pękające pięty

Pod koniec zeszłego roku pisłam tu o kremie do stóp marki Eveline, ExtraSoft15% Urea zmiękczający krem do stóp na pękające pięty, który polubiłam (klik). Na tyle, że właśnie mam w użyciu kolejną tubkę. Zanim się jednak do niej dobrałam, musiałam wymęczyć innego koleżkę z Eveline, z tą samą procentową zawartością mocznika. Konkretnie tego:


Jak on śmierdzi! Jak stare, przepocone skarpety. I ten zapach czuć przez jakiś czas po aplikacji. Stopy zajeżdżają gorzej niż przed myciem!

Pozostałe właściwości produkt ma dobre. Jest to gęsta, biała, treściwa emulsja, która zostawia na skórze wyczuwalny film. Mazidło bardzo dobrze nawilża oraz zmiękcza naskórek, i choć likwidacji zgrubień skóry nie zauważyłam, to proces jej rogowacenia na piętach był wolniejszy niż gdybym stóp niczym nie smarowała.

No ale przez smrodek krem ten jest u mnie skreślony. Ciekawe, że jego lubiany przeze mnie brat nie śmierdzi.

poniedziałek, 18 lutego 2019

Holoś z Color Club

Hej! Od kilku dni nie mogę wejść na swojego bloga oraz kilka innych w żadnej z używanych przeze mnie przeglądarek. Czasem udaje mi się wyświetlić go na telefonie, ale nie zawsze. Usunięcie ciasteczek i konta Google+ na razie nic nie dało, stąd z góry przepraszam, jeśli nie będę w stanie odpowiadać na komentarze lub będę robić to rzadko. Nie wiem, co się dzieje :(


Lakier, który dziś pokażę podesłała mi Hexxana. Niestety nie ma na buteleczce naklejki z nazwą, więc nie mam stuprocentowej pewności, co to za odcień. Możliwe, że Sidewalk Psychic, ale nie dam sobie niczego za tę informację uciąć ;)  EDIT: Hexx mówi, że to jest nr 867 Love 'Em, Leave 'Em

Pojemność: 15 ml
Kolor: ni to piasek, ni to miedź, ni to ciepły beż o delikatnie holograficznym wykończeniu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


sobota, 9 lutego 2019

Farmona, Herbal Care, krem regenerujący do rąk siemię lniane

Krem kupiłam już dawno temu w Drogerii Natura. Pamiętam, że skusiłam się na niego po czyjejś bardzo zachęcającej recenzji. Przepraszam za brak własnych zdjęć - najzwyczajniej w świecie zapomniałam obfocić tubkę zanim ją rozciełam, kiedy mazidło wykańczałam. Wspomniana tubka wygląda tak (zdjęcie z portalu wizaż):



Skywa ona dość gęstą, białą emulsję o chemicznie słodkim, kosmetycznym zapachu.


Zdaniem producenta:

Ekstrakt z siemienia lnianego działa regenerująco, łagodzi i koi podrażnienia oraz niweluje suchość i szorstkość naskórka. Mocznik intensywnie nawilża, zmiękcza i wygładza skórę. Biokrzem wzmacnia i regeneruje uszkodzoną płytkę paznokci oraz zapobiega ich łamaniu i rozdwajaniu się. Receptura kremu została wzbogacona w inutec – naturalny prebiotyk, który zwiększa skuteczność pozostałych składników.

Spektakularne efekty:
– natychmiast ukojona i doskonale zregenerowana skóra,
– pozbawiona uczucia szorstkości i spierzchnięcia,
– intensywnie nawilżona, satynowo gładka i elastyczna,
– skutecznie chroniona przed szkodliwym działaniem czynników zewnętrznych. 

Skład INCI
Aqua (Water), Urea, Ethylhexyl Stearate, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Cetearyl Alcohol, Polysorbate 60, Glycerin, Propylene Glycol, Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Extract, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glyceryl Stearate, Stearic Acid,
Dimethicone, Saccharomyces/Silicon Ferment, Saccharomyces/Magnesium Ferment, Saccharomyces/Copper Ferment, Saccharomyces/Iron Ferment, Saccharomyces/Zinc Ferment, Butyrospermum Parkii (Shea) Butter, Cera Alba (Beeswax), Cetyl Alcohol,
Inulin, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Diazolidinyl Urea, Iodopropynyl Butylcarbamate, Disodium EDTA, Sodium Hydroxide, Parfum (Fragrance), Hexyl Cinnamal, Butylphenyl Methylpropional.
 
(klik)


Ze względu na mocznik i olej mineralny na początku składu, trzeba liczyć się z faktem, że krem jest tłustawy i zostawia na dłoniach otulającą kołderkę. Są osoby, które tego nie lubią, ale właściciele sucholców (w tym ja), chętnie sięgają po takie tłuścioszki. Krem Farmony warto wziąć pod uwagę, gdyż po aplikacji przynosi ulgę okrutnie suchym dłoniom (u mnie do momentu ich umycia) i znosi uczucie szorstkości i spierzchnięcia. Na bezproblemowych partiach dłoni bez zarzutu sprawdza się jako nawilżacz. Z partiami objętymi egzemą i tam, gdzie skóra pęka od suchości, niestety nie daje rady, no ale to tylko krem drogeryjny, nie maść z apteki. W ogólnym rozrachunku byłam z produktu zadowolona i dałabym mu solidną czwórkę.

Znacie?

czwartek, 7 lutego 2019

Podsumowanie zużyć stycznia. Zakupy stycznia.

Po dość obfitym w zużycia grudniu przyszedł spokojny styczeń. Plus tego taki, że notka nie będzie długa ;)



Błotne mydło z Morza Martwego wypatrzyłam ponad rok temu w Rossmannie i postanowiłam spróbować. Moja skóra je pokochała. Skutecznie acz delikatnie myje i absolutnie nie wysusza i nie ściąga mi naskórka. Naprawdę niewiele mydeł to potrafi. Zapach ma neutralny, bez fajerwerków, ale też i bez obiekcji. Jedynym "problemem" produktu jest jego wydajność. Po roku cowieczornego mycia (tą samą kostką) twarzy, resztę zużyłam do kąpieli pod prysznicem, bo kostka najzwyczajniej w świecie mi się znudziła. Pasta do zębów Himalaya Herbals Sensi-Relief była w porządku. Nie mam zastrzeżeń. Czteropak maseczek pod oczy Rival de Loop kupiłam bardzo dawno temu z myślą o wyjazdach, ale jakoś nigdy nawet do wyjazdowej pielęgnacji ich nie wpasowałam, więc ostatecznie skończyły na skórze biustu. Zmasakrowałam ostatnią malutką sephorową gąbeczkę Konjak od Agaty. Świetne były te maluszki, zwłaszcza biały i różowy. Teraz muszę sprawić sobie coś na ich zastępstwo. Odlewkę kremu Filorga Filler Eyes oraz miniaturę balsamu myjącego Darphin miałam od Hexxany. Krem Filorgi stosowałam na dzień, pod makijaż, i niestety jakoś genialnie mi się z korektorami nie dogadywał. Nie wyrobiłam sobie o nim zdania. Balsam Darphin natomiast bardzo dobrze radził sobie z demakijażem twarzy (z kolei oczy, a zwłaszcza tusz do rzęs, były dla niego nie do pokonania), ale nie emulgował, więc wymaga albo towarzystwa szmateczek do twarzy (nie lubię, bo nie chce mi się ich prać po każdym użyciu), albo natychmiastowego umycia twarzy detergentem.



Wyszedł mi też jeden z niewielu drogeryjnych płynów do higieny intymnej, które mnie nie podrażniają - fioletowy Lactacyd oraz dezodorant Fenjal, którym zabezpieczam się na noc po wieczornym prysznicu. Próbki żelu pod prysznic Yope oraz kremu do rąk tej samej marki niczym mnie nie zachwyciły, jako że ten pierwszy zupełnie niczym się nie wyróżnił, a drugi był dla moich sucholców zdecydowanie za lekki.

I to wszystko, jeśli chodzi o zużycia. Co się tyczy zaś zakupów, w styczniu nabyłam drogą kupna to:


Lakier podkładowy peel-off  z Barry M do brokatów na paznokciach (jak już kiedyś wrócę do ich malowania) oraz baza do brokatów z NYXa do glam-shopowych holosiów zakupionych w grudniu (z którymi po wstępnych testach już wiem, że się jednak nie polubię).

Pamiętacie, jak w zdobyczach grudnia wspominałam o zamówieniu na stronie ColourPop w dniu darmowej dostawy na cały świat, który marka zorganizowała 12.12? Otóż po sześciu tygodniach czekania okazało się, że moja paczka zaginęła i sklep wysłał mi nową. W KOŃCU doszła (jeszcze nigdy nie musiałam tak długo czekać na żadne zamówienie):



To będzie moje pierwsze spotkanie z marką ColourPop.

sobota, 2 lutego 2019

Organic Life, Acne Blocker, antybakteryjny tonik z aktywnym srebrem i glukonolaktonem

Tonik trafił do mnie w postaci prezentu od mojej Dobrej Duszy  - Hexxany. To było moje pierwsze poważne zetknięcie ze srebrem koloidalnym. Zaciekawienie produktem potęgowała również obecność glukonolaktonu, jednego z moich ulubionych kwasów. Z ochotą zatem zabrałam się do testów, które trwały każdego wieczora przez około pięć miesięcy

Pozowolę sobie skopiować, co takiego ma do powiedzenia na temat kosmetyku producent, skoro nie wszystkie te informacje znajdziemy na etykiecie produktu:

Unikalną kompozycję dziesięciu wyciągów botanicznych połączyliśmy ze srebrem koloidalnym i glukonolaktonem, by stworzyć wyjątkowy tonik do pielęgnacji cery trądzikowej. Wykorzystaliśmy naturalne składniki, znane w zielarstwie ze skuteczności i wyjątkowe składniki aktywne, by zapewnić komfort wrażliwej i wymagającej cerze trądzikowej. Tonik delikatnie i skutecznie oczyszcza, odświeża skórę i pielęgnuje ją, pozostawiając uczucie gładkości.
Produkt zawiera:
 
Wyciągi botaniczne:
  • Lukrecja gładka
  • Szałwia lekarska
  • Tarczyca bajkalska
  • Dziewanna drobnokwiatowa
  • Tymianek
  • Pięciornik srebrny
  • Arcydzięgiel
  • Jeżówka purpurowa
  • Oczar wirginijski
  • Dymnica pospolita 
Składniki aktywne:
  • Srebro koloidalne
  • Glukonolakton
  • Pantenol
Sposób użycia: Po dokładnym oczyszczeniu skóry twarzy, nanieś odrobinę toniku na płatek kosmetyczny i rozprowadź na skórze. Do użytku zewnętrznego. Stosuj 1-2 razy dziennie.
 
Produkt odpowiedni dla wegetarian i wegan.
 
 
Zawartość: 200 g (klik)


Trzeba przyznać, że kosmetyk ma ciekawą szatę graficzną. Zamknięto go w butelce z zatrzaskiem typu "press". Zapach miał przyjemny, grapefruitowy. Osobiście nie korzystam z wacików przy aplikacji toniku - po prostu wylewałam porcję na dłoń i wklepywałam w skórę.

Ponieważ jest to tonik z zawartością kwasu PHA, koloidalnego srebra, ciekawych wyciągów roślinnych i pantenolu, liczyłam na szybką poprawę stanu cery, czyli oczyszczenie zanieczyszczonych porów, ściągnięcie wspomnianych kraterów, zapobieganie gulom, wyleczenie istniejących oraz zredukowanie wydzielania sebum. I to dostałam - może przez pierwszy miesiąc. Później kosmetyk stracił swoją moc i sprawdzał się jak każdy dość przyzwoity tonik - doczyszczał skórę z codziennych zabrudzeń, odświeżał i nadawał jej swojego rodzaju gładkości. Z tego tytułu uważam, że jest to przyzwoity produkt, ale niestety nie spełnił moich wysokich oczekiwań. Liczyłam na więcej, mocniej, bardziej spektakularnie... Niemniej bardzo się cieszę z sympatycznego spotkania z nieznaną mi wcześniej marką.

wtorek, 29 stycznia 2019

Norel Dr Wilsz, Żel Gluco Stop redukujący tkankę tłuszczową

Jeśli powodem Twojego kliknięcia w ten post była nazwa kosmetyku, rzekomo redukującego tkankę tłuszczową, a Ty wierzysz w takie rzeczy, nie znajdziesz tu żadnego cudotwórcy. Sam producent na opakowaniu informuje, iż bez zdrowej diety i aktywności fizycznej się nie obejdzie. Jeśli jednak, jak ja, sięgasz po tego typu produkty w celu ujędrnienia skóry, propozycja Norel jest warta uwagi.


Za pomarańczowawy, przyjemnie pachnący żel należy zapłacić niecałe 50 zł/200 ml. Ja swój dostałam w prezencie, a wystarczył mi na około 5 tygodni cowieczornego smarowania ud, brzucha i pośladków. 

Trochę obawiałam się konsystencji żelu, bo te lubią się czasem lepić. W przypadku Norel, o ile nie przesadzimy z ilością, nic takiego nie ma miejsca i produkt dobrze się wchłania, a nasze ubrania się do nas nie przyklejają.


Jak już wyżej ustaliliśmy, i jak informuje producent, kosmetyk magicznie nam tłuszczyku nie usunie, ale wspomaga nasze działania na polu odżywiania oraz ćwiczeń. I robi to dobrze - naprawdę widocznie ujędrnia i uelastycznia skórę i sprawia, że jest przyjemnie gładka w dotyku. To lubię, dlatego serum polecam. Jednocześnie informuję, że żel samodzielnie nie nawilża wystarczająco skóry (czego zresztą producent nie obiecuje), więc ja najpierw smarowałam ciało po kąpieli oliwką Babydream fur mama, a  potem dopiero aplikowałam serum, robiąc sobie jednocześnie krótki masaż.

Znacie?

poniedziałek, 28 stycznia 2019

Biotaniqe, Vit C, odmładzający krem pod oczy

Krem pod oczy z witaminą C Biotaniqe towarzyszył mi od marca do listopada ubiegłego roku. Wystarczył mi na 9 miesięcy, gdyż stosowałam go tylko raz dziennie - rano. Pielęgnacja wieczorna bowiem należała do genialnego koktajlu witaminowego IOSSI (klik). Kosmetyk Biotaniqe kupiłam w Rossmannie za niecałe 20 zł/15 ml. Skusiła mnie obecność witaminy C.
 
Mazidło zapakowano w pomarańczową, typową dla kremów pod oczy tubkę, a tę - w napakowany informacjami kartonik. Produkt ma postać lekko żółtawej, gęstawej emulsji i potrzebuje kilku minut na wchłonięcie.
 
 
Od kremów pod oczy, które stosuję na dzień, oczekuję żeby stanowiły dobrą, ładnie nawilżającą bazę pod korektor. I krem Biotaniqe w tej roli sprawdził się znakomicie. Kolorówka dobrze się na nim utrzymywała, a skóra pod oczami była przez cały dzień komfortowo nawilżona, nie odwadniała się i nie było uczucia ściągnięcia. Mi nic więcej do szczęścia nie potrzeba - zwłaszcza za tak korzystną cenę. 
 
Czy mazidło napina skórę, redukuje zmarszczki i modeluje kontur oka? Cóż, gołym okiem (he he) takich cudów u siebie nie zaobserwowałam, ale ogólnie moja skóra pod oczami była w doskonałej kondycji, bo koktajl IOSSI odwalał większość dobrej roboty. Nie oczekuję, że po trzydziestce moja skóra pod oczami nadal będzie wyglądać jak u nastolatki, więc mnie produkt Biotaniqe, stosowany na dzień pod makijaż, w zupełności zadowolił. 

Macie jakieś doświadczenia z kosmetykami tej marki?

wtorek, 22 stycznia 2019

Podsumownie zużyć grudnia. Czystki w kosmetyczce.

Wiem, wiem. Prawie koniec miesiąca (a przy okazji Dzień Dziadka), a ja dopiero ze zużyciami grudnia wyskakuję. Niech ktoś zatrzyma czas, to może będę się lepiej wyrabiać ;)


Do koktajlu pod oczy IOSSI (klik) oraz łagodzącego toniku Naturativ na pewno będę wracać, gdyż są to moje hity. Bardzo polubiłam też gąbkę konjac z różową glinką z Sephory (prezent od Agaty), ale wolałabym większą wersję, bo ten maluszek często i gęsto leciał mi z rąk. Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej Sylveco był w porządku. Nie zawiera alkohou, nie ma drażniącego smaku i ładnie odświeża oddech. Miniaturę kremu Decleor (od Hexxany) zużyłam w jakieś 5 dni i miałam dobre pierwsze wrażenia. Ładnie nawilżał i pięknie pachniał. Serum pod oczy Be Organic (klik) z kolei niczym mnie nie zachwyciło. Nie widziałam efektów stosowania tego mazidła.


Na powyższym zdjęciu znalazły się dwa kolejne moje hity: mydło kawa z cynamonem z Lawendowej Farmy (klik) oraz oczywiście mocznikowy krem do rąk Isany (klik). Często wracam też do antyperspirantu Rexona (na dzień) oraz dezodorantu Fenjal (na noc). Ten pierwszy daje mi, człowiekowi bardzo potliwemu, dobrą ochronę kiedy jestem aktywna, a dzięki ładnie pachnącemu dezodorantowi Fenjal nie budzę się rano ze smrodkiem zalatującym spod pachy. Jeśli chodzi o piankę pod prysznic Dove, to będę wracać do wersji gruszkowej. Widoczny tu zapach pistacji zupełnie mi nie podszedł, przez co produkt męczyłam i nie miałam przyjemności z kąpieli. Miniatura olejku różanego do włosów (od Hexx) zostawiła po sobie pozytywne wrażenie ze względu na boski zapach dzikiej róży prosto z krzaka. Serum na końcówki L'Oreal, które dostałam dawno temu od Justyny, dzięki dużej pojemności było megawydajne i poprawnie chroniło moje długie już kłaki przed zniszczeniami mechanicznymi od ocierania się o swetry. Solny scrub od Soap & Glory wyglądał i pachniał jak owsianka. Działanie miał bardzo dobre, ale nie mogłam używać go do całego ciała z dwóch względów: nie chciałam cała pachnieć jak śniadanie i ja ogólnie nie mogę zbyt długo rozcierać scrubów dłońmi na ciele, bo... cierpią na tym moje dłonie (dostaję kilkugodzinnego, bardzo dokuczliwego mrowienia ich wewnętrznych części). Do samych dłoni i stóp jednakowoż był wspaniały (złuszczał i natłuszczał), więc będzie się jeszcze u mnie pojawiał. O serum antycellulitowym Norel postaram się napisać osobny post, a tutaj powiem jedynie, że to fajny produkt.


Na kolejnym zdjęciu mamy same mega dobre kosmetyki. Olejek hydrofilny z e-naturalnie uwielbiam (klik), podobnie jak złuszczające skarpetki z Exclusive Cosmetics. Moim zdaniem są wręcz najlepsze na rynku. Szampon Alterry z granatem i aloesem bardzo dobrze służy moim włosom i skórze głowy (nie podrażnia jej!), żel pod prysznic Isany ładnie pachniał, był tani i robił, co miał robić, a oliwka Babydream to też niemal stały bywalec w mojej łazience, bo olejki na mokrą skórę to moja ulubiona forma nawilżania się po kąpieli.


Tak, zużyłam ten problematyczny korektor Astor (klik) i sama nie wiem, jak tego dokonałam. Maskara Saemmul (klik) była dobra, a z rozświetlającej bazy Burberry (prezent od Kasi) byłam mega zadowolna, gdyż w subtelny sposób rozświetlała cerę, a makijaż rzeczywiście dłużej się na niej utrzymywał.


Na koniec roku zrobiłam również przegląd toaletki i pozbyłam się kilkuletnich cieni, różów, a także przeterminowanych kredek do oczu i pomadek:


Z paletki Pupy Pupa Roses (klik) złoty cień i piękny róż zużyłam w całości, a tandetne błyszczyki wyrzuciłam już dawno temu; pozostały w niej brązik jest dla mnie za chłodny, więc się żegnamy. Z cieni Inglot (moja kolekcja tu) oraz Sleek (Garden of Eden, Respect, Vintage Romance) byłam swojego czasu bardzo zadowolona - zresztą widać zużycie. Maluch z Too Faced Jingle, All The Way (klik), natomiast zawierał zbyt pomarańczowy bronzer, bardzo średniej jakości cienie, róż, który mi wypadł i dwa fajne maty, które jako jedyne zużyłam. Musiałam rozstać się też z dwoma ładnymi, ale już zdecydowanie zbyt starymi różami - Inglot 47 (klik) oraz różową połową Flormar Pretty Compact Blush-On P116 (druga połowa mi nie pasowała, więc pozbyłam jej się dawno temu) (klik). Do kosza trafił rozświetlający puder z paletki Sleek Blush Buy 3 Santa Marina (klik) - to ten w słoiczku. Pokruszył mi się, ale żadna strata, bo kosmetyk nie utrwałał makijażu, nie rozświetlał, wysuszał skórę pod oczami i ogólnie był raczej do niczego. Dwie maskary Maybelline ze zdjęcia - The Falsies Volum' Express oraz Lash Sensational w wersji wodoodpornej - wyrzucam, bo okropnie się na mnie rozsypują/rozmazują, a dwie niebieskie kredki nie były przeze mnie mocno eskploatowane ze względu na odcienie nie pasujące do szybkich dzienniaków typu nude, więc się zestarzały. Na koniec kosz zaliczyla gromadka pomadek o niepasujących do mnie odcieniach (Maybelline: Color Whisper Coral Ambition, Color Whisper Faint for Fuchsia, Color Sensational Iredescent Rose Diamonds, Revlon Amethyst Shell), przeterminowanych (Bourjois Souffle de Velvet liquid lipstick, Revlon Colorburst Balm Stain Sweetheart, Maybelline Color Drama Intense Velvet Lip Pencil In With Coral, Wibo Elixir 03) i bublowatych (niebieska pomadka NYX).

Porządki były prowizoryczne. Powinnam wywalić dużo więcej kosmetyków pochodzących z czasów mojego "zachłyśnięcia się" blogowaniem i testowaniem, ale to się zrobi do wiosny...
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...