piątek, 13 grudnia 2019

MAC, Liptensity Lipstick (Postmodern), Retro Matte (Relentlessly Red) & Patrick Starr collection (Slay Ride).

Pomadki marki MAC Cosmetics są szeroko lubiane. I ja należę do grona ich wielbicieli, mimo iż żadnej z posiadanych przez siebie sztuk nie kupiłam sama, a zostałam nimi obdarowana przez kochaną Justynę :*

Na blogu pokazywałam już uroczą Make Me Gorgeous (klik) oraz cudowne, wampowe Lady Danger, MAC Red, Diva (kocham!) i Rebel (też kocham!) (klik), więc dziś przychodzę z resztą moich MAC-owych skarbów.

Czy muszę pisać, że wszystkie mają ten charakterystyczny, waniliowy zapach?

Oto one.


#1
Liptensity Lipstick, Postmodern


Opkowanie pomadki jest ciężkie i porządne. Jego kolor koresponduje z odcieniem pomadki - Postmodern to żywy róż o kremowym wykończeniu. Szminka jest obłędnie napigmentowana i już po jednym pociągnięciu otrzymujemy pełnię koloru. Jej trwałość niezmiennie mnie zadziwia. Z jednej strony bardzo brudzi kubki, z drugiej jeśli nie jemy niczego specjalnie tłustego, makijaż ust nie wymaga poprawek przez jakieś siedem godzin. Lekkie posiłki w ogóle jej nie szkodzą. Pomadka zostawia też na ustach stain, który trzeba zmyć podczas demakijażu (micel załatwia sprawę). Nosi się ją bardzo komfortowo. Jest prawie idealna!

Jedyne co mi w pomadce nie odpowiada to jej ścięty na płasko kształt. Precyzyjne nałożenie prosto ze sztyftu jest niemożliwe i najlepiej posiłkować się pędzelkiem.


#2 
Retro Matte, Relentlessly Red


Najbardziej matowy z matów. Suchy i wysuszający, ale bardzo efektowny. Relentlessly Red to różowa czerwień, piękna. Pomadka jest dobrze napigmentowana. Ze względu na swoją formułę nie sunie gładko po ustach, trzeba się troszkę postarać przy aplikacji. Mazidło nie wymaga konturówki, gdyż nie ma tendencji do rozmazywania się. Na mnie wyglądą dobrze przez około 6 godzin; potem w makijażu ust widać pewne ubytki i trzeba zrobić poprawki. Potrafi przetrwać niezbyt tłusty obiad. Nie sprawdzi się na suchych ustach, ale tym nieproblematycznym bardzo ją polecam.


#3
Patrick Starr Collection, Slay Ride (matte)


To była kolekcja świąteczna z zeszłego roku. Pomadka ma przepiękne opakowanie, stanowi prawdziwą ozdobę toaletki. Slay Ride to winna czerwień o satynowo-matowym wykończeniu. Produkt może pochwalić się świetną pigmentacją i komfortem noszenia, nie wysusza mi ust. Brudzi kubki, a bez jedzenia wymaga poprawek po około pięciu godzinach. Nie zjada się równomiernie, ale przy takich odcieniach nie jest to nic szczególnie zaskakującego.

Jesteście team pomadki wyraziste czy team pomadki nude? Co do mnie, to chyba oczywiste, co wybieram ;)

czwartek, 12 grudnia 2019

Flormar, Beauty Toys, BT08 Pony Tale

Lakier dostałam od Hexxany.

Pojemność: 11 ml
Kolor: kremowy fiolet w kolorze bzu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, równo przycięty, ani za szeroki, ani za wąski, wygodny
Krycie:klasyczny dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie:bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach 2-3 dni




Zachwyty ostatnich tygodni - pielęgnacja twarzy | Resibo, Venus Nature, IOSSI, Kostka mydła, Madara, Filorga, Oskia, Skin & Tonic London

Osobiście uwielbiam podpatrywać Waszych ulubieńców, więc dziś garść moich. Enjoy!


#1
Resibo, Tonik. Mgiełka nawilżająca.


Tonik (prawie) idealny. Właściwie jedyne zastrzeżenia mam do samego atomizera, który nie rozpyla mgiełki, a sika intensywnym strumieniem. Dlatego nie spryskuję produktem bezpośrednio twarzy, a aplikuję płyn na dłonie i wklepuję w skórę. Mgiełka ma cudowny skład, piękny zapach, tonizuje i odświeża skórę, orzeźwia z rana, łagodzi podrażnienia, uspokaja rumień i naczynka, wspaniale rozdrabnia i wzbogaca glinkowe maseczki - jeden z najlepszych toników, z jakimi miałam do czynienia.

Dostałam go od Hexxany.


#2
Venus Nature, woda z płatków róży


Ten mały skarb znajdziecie w Rossmannach. Jej skład to hydrolat różany i roślinna gliceryna. Kosmetyk ma piękny, różany zapach i lekko żelową konsystencję - pewnie właśnie przez tę glicerynę. Uwielbiam, po prostu uwielbiam mieszać wodę Venus z olejkami do twarzy, tworząc szybkie sera - olejki zyskują odczuwalne działanie nawilżające. Taka mieszanka odpowiada mi i mojej skórze o wiele bardziej niż połączenie olejku z żelem hialuronowym. Jest to jeden z tych kosmetyków, których zawsze robię sobie zapas, kiedy jestem w Polsce. Poza tym woda cudownie wzbogaca glinkowe maski. Miałam też z tej serii ekstrakt z aloesu, którym rozdrabniałam maseczki, i też byłam z niego bardzo zadowolona.


#3
IOSSI, Chocolate & Orange, rewitalizująca maska z czerwoną glinką


W składzie tego cuda znajdziemy nie tylko czerowną glinkę, ale również kakao, dzięki któremu kosmetyk ma piękny, czekoladowy zapach. Po rozdrobnieniu z hydrolatem i olejkami maska pięknie oczyszczała i napinała cerę. Skóra była też rozświetlona.

Kosmetyk był prezentem od Justynki


#4
Kostka mydła, mydło w paście do twarzy


Nigdy wcześniej nie miałam okazji zetknąć się z tego typu kosmetykiem. To potasowe mydło było moim hitem w letnie miesiące. Ma ono postać ciągnącego się gluta z niewielkimi drobinkami. Zawiera węgiel aktywny, stąd jego czarny kolor. Pachnie olejkami eterycznymi. Po wymasowaniu nim twarzy, zostawiałam na niej produkt na kilka minut i spłukiwałam. A potem z niedowierzaniem obserwowałam swoją cerę, która nie tylko była pięknie oczyszczona i rozświetlona, ale przy tym komfortowo nawilżona, bez efektu ściągnięcia naskórka i "skrzypiącej" skóry. Moje naczynka nic a nic się nie buntowały; pory nie zanieczyszczały się. Świetny, świetny kosmetyk, który, jak wiele innych moich hitów, miałam okazję poznać dzięki Hexxanie.


#5
Madara, SOS Instant Moisture + Radiance Hydra Mask


I kolejny wspaniały prezent od Hexxany. Ja nakładam tę maskę na całą noc i teraz, w sezonie grzejnikowym, pomaga mi radzić sobie z odwodnieniem cery. Ładnie nawilża skórę.



#6
Filorga,  Scrub & Mask Reoxygenating Exfoliating Mask


Naczytałam się zachwytów na temat tego kosmetyku i bardzo, bardzo chciałam go mieć. Domyślacie się kto w ramach prezentu urodzinowego spełnił to marzenie? Hexx, oczywiście. Maska Filorgii to moje pierwsze zetknięcie z maskami bąbelkującymi. Chwilę po nałożeniu kosmetyku o konsystencji kremo-żelu z granulkami zaczyna on puchnąć, tworzą się bąbelki, a pękające pęcherzyki powietrza łaskocząc masują skórę. Przedziwne uczucie. Po zmyciu cera wygląda promiennie, skóra jest oczyszczona i przyjemnie gładka w dotyku. Czuć też lekkie nawilżenie. Wow.




#7 
Oskia, Citylife I-zone Balm


Kolejny kosmetyk, którego testy zawdzięczam Hexxanie. Przy naszym pierwszym spotkaniu myślałam, że się z tą propozycją Oskii nie polubię ze względu na dziwną, grudkowatą konsystencję, a teraz jestem skłonna napisać, że to najlepszy produkt pod oczy, jaki kiedykolowiek miałam. Balsam jest ciężki i tłusty, zostawia pod okiem wyczuwalną i widoczną warstewkę, która nie tylko fantastycznie nawilża, natłuszcza i napina skórę, ale o dziwo doskonale spisuje się pod makijażem. Ba, niestraszne temu kremowi były dobrze napigmentowane wysuszacze w stylu Conceal & Define od Revolution. Podczas tych kilku miesięcy wspólnej przygody moje rejony podoczne były w doskonałym stanie mimo niedosypiania i muszę jak najszybciej kupić kolejną tubkę.



#8
Skin & Tonic London, Detox Beauty Oil
 

Ostatni kosmetyk, który dziś Wam opiszę, też był prezentem od Hexxany (kochana, sponsorujesz tego posta ;)). Stosowałam go w połączeniu z wspomnianą wyżej wodą z płatków róży od Venus Nature, i moja cera była z tego mariażu niezmiernie zadwolona. Wprawdzie nie dostrzegłam zmniejszenia produkcji sebum przez moją tłustą cerę, ale była ona dobrze nawilżona, nie wysypywało mnie poza okresem; skóra po prostu była w zadowalającej kondycji. To już drugi olejek tej marki, jaki poznałam, i muszę powiedzieć, że naprawdę warto zwrócić na nie uwagę, bo są świetne.

Znacie któryś z moich hitów?

środa, 11 grudnia 2019

Kat Von D, lock-it concealer creme (light 3 warm), lock-it setting powder, studded kiss lipstick (underage red), everlasting liquid lipstick (outlaw)

Kat Von D to marka, która do mnie nie przemawia i nigdy mnie specjalnie do niej nie ciągnęło. Z tego tytułu, gdyby nie Hexxana, od której dostałam cztery  miniatury ich produktów, nie byłoby tego posta. Ale skoro mam, przetestowałam i dzielę się swoimi odczuciami.


#1 
lock-it concealer creme, light 3 warm


Korektor lock-it conceraler przychodzi w typowym dla korektorów opakowaniu z gąbeczką. Odcień light 3 warm jest względnie jasny i wpada w żółte tony. Kosmetyk jest bardzo dobrze napigmentowany i oferuje świetne krycie. Niestety jest też suchy, wysusza skórę pod oczami i wygląda w tych okolicach ciężkawo, siedzi na skórze, odznacza się. 



#2
lock-it setting powder, translucent


Jest to puder z dodatkiem miki, nie z kategorii matujących a raczej z tych zmiękczających rysy twarzy, zostawiających rozświetlone wykończenie. Sprawdza się u mnie na policzkach, bluruje pory, nie odnacza się na skórze i wygląda świeżo przez cały dzień. Swoją bardzo tłustą strefę T muszę jednak matowić pudrem typowo matującym, bo po kilku godzinach z Kat Von D bardzo się tam świecę. Spodziewałam się, że sprawdzi mi się pod oczami do lekkiego utrwalenia korektora, ale o dziwo - nie. Odznacza się na korektorze (a używam minimalnej ilości, nie stosuję metody bakingu). Myślę, że skóry suche, normalne i dojrzałe będą bardo zadowolone z tego pudru.


#3
studded kiss lipstick, underage red


Bardzo się polubiłam z tym maluchem. Ma urocze opakowanie, które zdobi toaletkę. Ma świetną pigmentację, piękne, satynowo-matowe wykończenie i wspaniały kolor nasyconej czerwieni. Nie migruje poza kontur ust (nie wymaga konturówki), nie wysusza ich, komfortowo się nosi i jest bardzo trwała - bez jedzenia nie wymaga poprawek przez około 5 godzin. Odbija się na kubkach. Przy lekkim posiłku jedynie traci na intensywności, ale obiadu już nie przetrwa (czego od pomadek nie oczekuję). Mój ulubieniec z całej czwórki.



#4
everlasting liquid lipstick, outlaw 


I kolejny odcień nasyconej czerwieni. Płynna pomadka KVD ma precyzyjny aplikator, daje matowe wykończenie i zastyga na ustach, więc nie wymaga konturówki. Produkt lekko wysusza usta i podczas noszenia czuć na nich tak jakby pudrową warstwę. Kosmetyk ma nieprzyjemny, plastikowy zapach. Pod względem trwałości mazidło jest dość chimeryczne - raz potrafi wyglądać nienagannie przez 5-6 godzin, innym razem zjada się przy lekkim, suchym posiłku. Nie wiem, od czego to zależy. Ten konkretny odcień zjada się dość brzydko, od środka ust i w kącikach, ale nie ma problemu z poprawkami, można nakładać kolejną warstwę na wcześniejszą, nie trzeba wszystkiego najpierw zmywać.



A Wy macie jakieś doświadczenia z kosmetykami Kat Von D? Podzielcie się!

Co dba(ło) o moje wlosy w tym roku | Bionigree, Whamisa, Natura Siberica, Shea Moisture, Maui Moisture, Hask

Pielęgnacja włosów i skóry głowy nigdy mnie specjalnie nie interesowała. Raz, że nie potrafię wyczarować z moich kłaków żadnych super fryzur i przez 95% czasu noszę na głowie koczek bądź koński ogon; dwa - mam parszywie kapryśną skórę głowy, która reaguje uczuleniem/swędzeniem/łuską na większość kosmetyków, które próbuję testować. Wszystko to strasznie mnie zniechęca, więc w 2019 roku poza oczyszczaniem skalpu oraz myciem i odżywianiem/maseczkowaniem włosów nic więcej specjalnego dla nich nie robiłam. A poniżej znajdziecie kosmetyki, które mi towarzyszyły.


#1
Bionigree, serum oczyszczające do skóry głowy


Och, ile ja się zachwytów na jego temat naczytałam. Wielokrotnie też wspominałam Hexxanie, że mam na ten olejek chrapkę i ostatecznie dostałam go od niej w prezencie. Niestety u mnie nie zadziałał jak u reszty Internetów. Kosmetyk miał łagodzić podrażnienia skóry głowy i dzięki działaniu chłodzącemu robił to, ale tylko doraźnie. Miał usuwać nadmiar zrogowaciałego naskórka i rozpuszczać łój zalegający w mieszkach włosowych, na co szczerze mówiąc liczyłam najbardziej - marzenia ściętej głowy. Nie pomagał rozpuszczać łuski, która miała się całkiem dobrze; ba, nawet na dłuższą metę nie pomógł mi w zauważalny sposób zawalczyć z problemem. A muszę nadmienić, że staram się sięgać po delikatne szampony, nie suszę ani nie stylizuję włosów, nie używam żadnych środków stylizujących i naprawdę robię, co mogę, żeby nie podrażniać mojego kapryśnego skalpu. Pomoc by się przydała, ale Bionigree nie sprostało zadaniu.

Lubiłam ziołowo-mentolowy zapach tego produktu a pipeta była prosta w użyciu i dostaniu się do newralgicznych miejsc. Nie żeby ostatecznie miało to jakieś znaczenie. 


#2
Whamisa, organic seed shampoo oily scalp & shampoo for dry scalp


Spore odlewki dwóch szamponów Whamisy dostałam od niezastąpionej Hexxany. Szampon do przetłuszczającego się skalpu nie zdał u mnie egzaminu, gdyż mi owy skalp podrażniał. Jest to dobrze oczyszczający szampon, więc sięgałam po niego w celu dogłębniejszego umycia kłaków tak może ze 3-4 razy w miesiącu. Kosmetyk musi zawierać mentol, gdyż po umyciu czuć wyraźne chłodzenie, co mi osobiście bardzo się podobało. Z kolei szampon do suchej skóry głowy był odczuwalnie delikatniejszy i nie pogłębiał moich nieprzyjemnych problemów ze skórą głowy.


#3
Natura Siberica, szampon rokitnikowy intensywne nawilżanie do włosów normalnych i suchych


Ten słodko pachnący szampon o pomarańczowym kolorze teoretycznie mógł się u mnie nie sprawdzić, bo zawiera Kokamidopropyl Betainę, detergent, którego moja skóra głowy nienawidzi. Jednak składnik ten został złagodzony pantenolem i olejami, więc dałam kosmetykowi szansę. I jestem zadowolona - myje skórę głowy i włosy, nie obciąża kłaków i nie pogłębia moich skalpowych problemów. A że trudno u mnie o szampon, na który mój skalp nie ragowały histerią, bardzo się cieszę, że mam tę  dodatkową obok Alterry z alosesem i granatem opcję.


#4
Shea Moisture, raw shea & cupuacu frizz defensce conditioner


Kupiłam tę emolientową odżywkę ze względu na ciekawy skład. Była ona dosyć gęsta i miała spożywczo słodki zapach. Opakowanie z pompką działało do momentu, kiedy zużyłam około 2/3 produktu. Potem ten gęsty kosmetyk przestał współpracować z pompką i musiałam pracochłonnie wytrząchać go z butelki, co nie generowało zadowolenia. Działanie kosmetyku na włosy jednak nie budziło moich zastrzeżeń - odżywka sprawiała, że były nawilżone i dociążone (ale nie obciążone). Niestety z kosmetykiem nie dogadywała się skóra pleców, dla której był z kolei za bogaty i wysypywało mnie niemiłosiernie (myję włosy pod prysznicem i nienawidzę płukać ich z głową w dół...).


#5
Maui Moisture,  Bamboo Fibers Conditioner


Tę emolientową, pachnącą nieco trawiasto ale przyjemnie odżywkę mam w użyciu od około dwóch miesięcy, a kupiłam ją po wykończeniu Shea Moisture. Znowu skusił mnie skład, tym razem z aloesem na pierwszym miejscu. Poza tym moje kłaki zdają się przepadać za bambusem i olejem rycynowym. I to był strzał w dziesiątkę. Po każdym użyciu tego produktu moje włosy są nawilżone, lśniące, wygładzone i bardzo przyjemne, jedwabiste w dotyku.


#6
Hask, Keratin, Protein Smoothing Conditioner


Oczywiście nie samymi emolientami powinniśmy traktować włosy, dlatego na wannie stoi też ładnie, kosmetycznie pachnącą odżywka z proteinami. Jest wspaniała - włosy są po niej sypkie, lekkie, odbite od skalpu i pełne życia.


#7
Shea Moisture, Jamaican Black Castor Oil, Strengthen & Restore Treatment Masque


Nie zabrakło i maski. Jest to produkt gęsty, o czekoladopodobnym zapachu, nawilżający i dociążający włosy. Naprawdę przyzwoita maska (zawiera i emolienty, i proteiny), choć znowu nieco za bogata dla skóry moich pleców, ech. Nie wiem, jak wpływa na włosy zniszczone, bo moje takie nie są.


Co do oczyszczania skalpu, mieszam sobie zwykłe mechaniczne peelingi bądź glinki z szamponem raz na kilka myć, i póki co ten sposób się u mnie sprawdza lepiej niż serum  Bionigree czy tychologiczne serum Bandi, które też mnie w tej kwestii zawiodło.

wtorek, 10 grudnia 2019

Pixie, My Secret Mineral Rouge Powder, Kiss and Tell, Blushing Berry, Pale Jasper

Robiąc porządki w tolatce natknęłam się na odsypki trzech różów mineralnych marki Pixie - satynowego Kiss and Tell, matowego Blushing Berry i rozświetlającego Pale Jasper. Musiałam je kupić razem z próbkami różnych podkładów mineralnych, w ramach testowania. 

Są ładne, ale....



Słodki, satynowy róż Kiss and Tell w moim przypadku okazał się najlepszy z całej trójki. Bardzo ładnie i świeżo wygląda na policzku, no i widzę go na sobie od aplikacji do zmycia makijażu po około dziesięciu godzinach. Gdybym miała jakieś braki w różach, mogłabym się na niego skusić.



Blushing Berry to śliczny odcień jasnego, przybrudzonego różu o matowym wykończeniu. Niestety znika bez śladu z mojego lica po 3-4 godzinach. 



A połyskliwy Pale Jasper jest tak jaśniutki, że lepiej sprawdzi się w roli różowawego rozświetlacza niż różu. On też jest na mnie bardzo nietrwały i szybko znika bez śladu.
 

Macie jakieś doświadczenia z różami marki Pixie?

Flormar, Sugar Candy, SC02 Blueberry Gummy

Lakier dostałam od Hexxany.

Pojemność: 11 ml
Kolor: atramentowy niebieski z niebieskimi i fioletowymi iskierkami
Konsystencja: bardzo rzadka, wręcz wodnista
Pędzelek: klasyczny, równo przycięty, ani za szeroki, ani za wąski, wygodny
Krycie: o matko, słabe - do pełnego krycia potrzeba czterech warstw; chyba lepiej potraktować ten lakier jako topper
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie:bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach tylko dwudniowa


Średniaki, zwyklaki, przeciętniaki... | Chanel, Estee Lauder, Wibo, Nabla, Biotanique, Bandi, La Roche-Posay, Sun Ozon, Perfecta, Evree

Dziś o kosmetykach ani dobrych, ani złych. Średnich do bólu.


#1
Chanel, Vitalumiere, loose powder foundation with mini kabuki brush


Sypki podkład Chanel dostałam od Hexxany. Producent zapakował go w dobrej jakości plastkowe pudełko z siateczką, przez którą mamy nabierać proszek na pędzel.


Dołączony kabuki brush nie podbił mojego serca. Daleko mu do miękkości pędzli firm produkujących minerały, a do tego jest dość mały, więc trzeba się namachać podczas aplikacji. Szybko poszedł w odstawkę.


Nie wiem, jaki mam kolor podkładu, bo nie widzę takiej informacji na opakowaniu. Wiem, że jest on odpowiednio jasny, ale niestety wpada w różowe tony, co do mnie nie pasuje. Pomagam sobie używając żółtego pudru wykończeniowego, który początkowo załatwia sprawę. Tuż po aplikacji na twarz kosmetyk daje wykończenie satynowego matu, ale już po około 3 godzinach zaczynam się wyświecać, a podkład wyraźnie ciemnieje i pomarańczowieje. Natomiast po całym dniu noszenia wygląda ciężko i ciastkowato. Jeśli już po niego sięgam, to na krótsze wyjścia.


#2
Estee Lauder, Enlighten EE cream, 01 light


Ten krem też dostałam od Hexxany. Uważam, że może sprawdzić się na cerach suchych i być może normalnych. Na mojej tłustej nie jest optymalny. Ma leciutkie krycie, ale jeśli chcemy tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery, daje radę samodzielnie. Niezależnie jednak, czy użyję go bez podkładu czy pod podkład, już po około dwóch godzinach zaczyna się na mnie brzydko wyświecać,  a pod koniec dnia, kiedy robię demakijaż, okazuje się, że w międzyczasie zupełnie ulotnił mi się z twarzy - a wszystko to po utrwaleniu pudrem. Kolejny kosmetyk z kategorii podkładów, po które ewentualnie sięgam na krótkie wyjścia.



#3
Nabla, Close Up Stay Full Smooth Concealer, Ivory


I kolejny kosmetyk, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Jak widzicie, ma on typowe dla korektorów opakowanie z wielkim gąbkowym aplikatorem (wielkością aplikator przypomina ten od korektora Conceal & Define z Revolution). Odcień Ivory wbrew nazwie nie jest bardzo jasny i wpada w żółte tony. Moim problemem w tym przypadku jest zbyt duże krycie. Nie zetknęłam się wcześniej z bardziej kryjącym korektorem. Ma w sobie tyle pigmentu, że osobiście nie potrafię porządnie rozetrzeć pod okiem nawet minimalnej ilości produktu (mowa o główce szpilki, jak by ktoś się zastanawiał) - wygląda maskowato, odnacza się, no i wysusza mi skórę. Nie jest też kompatybilny z lekkimi podkładami do ukrywania niedoskonałości - tu również się odnacza i ciastkuje. Swoją drogą nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że ja, posiadaczka widocznych zasinień od chronicznego niedosypiania, będę narzekać, że korektor jest ZBYT KRYJĄCY. Co za ironia!


#4
Wibo, matująco-utrwalający puder ryżowy do każdego typu cery


Ten puder dostałam z kolei od Justyny. Wbrew nazwie kosmetyk ani nie matuje, ani nie utrwala makijażu, ale sprawdza się w roli bazy pod sypki podkład mineralny i tylko w takim charakterze z niego korzystam.

#5
Biotanique, oczyszczający żel micelarny oraz łagodny żel do mycia twarzy.


Oczyszczający żel micelarny zapakowano do buteleczki z funkcjonalną pompką. Kosmetyk ma piękny, świeży, cytrusowy zapach. W kontakcie ze skórą nie pieni się ani nie emulguje, i dość trudno go spłukać, bo maże się po skórze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzeczywiście spełniał obietnice producenta i "z łatwością usuwał makijaż i inne zabrudzenia", ale w takim charakterze produkt zawodzi na całej linii. Nie jest w stanie dobrze usunąć ze skóry lekkiego podkładu mineralnego, o makijażu oczu już w ogóle nie wspominając. Sprawdza się natomiast dobrze do delikatnego, porannego mycia twarzy, kiedy do zmycia ma jedynie kurz i resztki nocnej pielęgnacji.


Ten, kto stwierdził na opakowaniu, że to łagodny żel, chyba nigdy go nie stosował. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który po myciu zostawia skórę twarzy skrzypiącą, ściągniętą i wołającą o tonik i krem. Zapach ma jakiś nieszczególny; taki typowy drogreryjny rypacz z tego żelu.


#6
Bandi, boost care, koncentrat z aktywną witaminą C


Bandi zaoferowało poprawne serum. Ma ono przyjemną konsystencję, doskonale nadaje się pod makijaż, lekko nawilża i wygładza skórę, ale osobiście znam kosmetyki tego typu, które dają o wiele bardziej spektakularne efekty niż serum boost care - chociażby LIQ CC. Serum Bandi trochę rozświetla cerę, ale nie jest to żaden efekt wow, a na przebarwienia czy wyrównanie kolorytu cery nie ma najmniejszego wpływu. Daję temu mazidłu też ogromnego minusa za bardzo intensywny perfumeryjny zapach. Po co on w kosmetyku do twarzy?


#7
 La Roche-Posay, cicaplast baume bs SPF 50


Dużą zaletą kremu La Roche-Posay jest widoczne działanie otulająco-łagodzące, co sprawia, że mimo cięższej konsystencji dobrze nosi się w sezonie jesienno-zimowym, nawet pod makijażem (na mojej tłustej cerze makijaż zazwyczaj spływa z tego typu kremów). Niestety po każdej aplikacji i późniejszym wieloetapowym myciu skóry znajduję na twarzy nowe wypryski - nawet jeśli robię dłuższe przerwy od produktu. Z tego tytułu nie sięgam po niego regularnie. Nie rozumiem też zastrzeżenia producenta, że to nie jest produkt chroniący przed słońcem (patrz etykieta). Przecież zawiera SPF 50?


#8
Sun Ozon, fluid przeciwsłoneczny do twarzy i dekoltu z efektem matującym SPF 30 oraz SPF 50



Tu mamy filtry dostępne każdego roku w Rossmannie w bardzo dobrej cenie. Mają one dość lekką konsysytencję (SPF 30 jest nieco lżejszy niż SPF 50), choć obiecywanego na opakowaniu matu nie dają. Dobrze nadają się pod makijaż. Mam jednak wrażenie, że nie są aż tak skuteczne, jak bym sobie życzyła. Do tego przy stosowaniu przez kilka dni pod rząd (przypominam, że skórę oczyszczam dokładnie i wieloetapowo) wysypywało mnie po nich, a poza tym zauważyłam, że po kilku godzinach noszenia wywołują u mnie rumień. Osobiście nie będę do nich wracać, choć wiem, że mają szerokie grono zwolenników.


#9 
GlamGlow, Glowstarter, rozświetlający preparat nawilżający


Preparat był częścią zestawu, który dostałam w prezencie od Kasi. No i cóż, nie jest to moje pierwsze zetknięcie z marką (klik) i nadal uważam, że kreują się na coś lepszego niż oferują. Ma to być kosmetyk luksusowy i z wyższej półki, a jest to zwykły, przeciętnie nawilżający krem z dodatkiem miki, który poprawnie sprawdza się pod makijażem. Nic, nad czym miałabym piać z zachwytu - nawet jeśli przyszedł do mnie w holograficznym opakowaniu.


#10
Perfecta, extra oils, silikonowe rękawiczki krem-olejek do rąk, paznokci i skórek


Dużą zaletą tego kremu jest wygodne opakowanie z pompką i delikatny, kosmetyczny zapach. Niestety moim suchym dłoniom pomaga tylko doraźnie i na krótko; niedługo po aplikacji skóra jest ponownie sucha i ściągnięta.


#11
Evree, cukrowy peeling do ust oraz multifunkcyjny balsam



Tak, wiem, że Evree już nie jest dostępne stacjonarnie, ale niedobitki można znaleźć w sieci. Osobiście uważam, że nawet za te niewielkie pieniądze nie warto sobie zawracać głowy. Wprawdzie mazidełka  mają naprawdę przyjemny zapach pomarańczy, ale peeling ma w sobie ogromne, mocno drapiące drobiny, które ścierają za mocno powodując ból, a do tego zawarte w nim olejki lubią rozlewać się poza obręb ust i robić bałagan na twarzy, a balsam to totalny okluzyjny zwyklak, który ust czy skórek nam nie zregeneruje. To już zdecydowanie lepiej sięgnąć po Tisane.

Czy ktoś dotrwał do końca moich wywodów? 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...