wtorek, 16 lipca 2019

Norel Dr Wilsz, slimming, krem wyszczuplający z kompleksem antycellulite na kruche naczynka

Dlaczego sięgam po kosmetyki antycellulitowe/wyszczuplające/ujędrniające? NIE dlatego, że wierzę, iż mnie magicznie odchudzą i usuną cellulit. Oczekuję od nich ujędrnienia skóry - i tyle. Nie jestem naiwna i wiem, że bez zdrowego odżywiania i ćwiczeń nie schudnę od samego wcierania kosmetyków. O ile z regularnym ćwiczeniem 3-4 razy w tygodniu nie mam kłopotu, to jedzeniowe grzeszki są u mnie na porządku dziennym i wiem, że jeśli tego nie zmienię, nie zgubię cellu i nie schudnę.


Producent zapakował swoją lekką emulsję w kolorze złamanej bieli do biało-zielonej tubki.  Nie ma problemu z wydobyciem i dozowaniem kosmetyku, który ma przyjemny, delikatny, świeży zapach. Wchłania się względnie szybko.


Stosowałam krem raz dziennie, wieczorem, przez okres około dwóch miesięcy, z tego względu, iż z rana ogarniając siebie i córę przed szkołą nie mam czasu na jakiekolwiek nadprogramowe czynności, a nie będę sobie skracać i tak krótkiego już snu, żeby wysmarować się antycellulitowym serum, nawet jeśli takie są zalecenia producenta.
Nawet przy takim używaniu widziałam pożądane przeze mnie efekty:  skóra ud, pupy i brzucha była jędrna, elastyczna, ładnie nawilżona i ogromnie przyjemna w dotyku. Wplywu na naczynka nie zaobserwowałam (mam ich na nogach sporo); cellu nie ruszył się z miejsca, ale za to ponosi odpowiedzialność moje uzależnienie od energetyków. I tak - polecam.

niedziela, 14 lipca 2019

Orly, 40077 Lunar Eclipse

Lakier dostałam od Asi :*


Pojemność: 18 ml
Kolor: atramentowy niebieski
Wykończenie: glass-flecked (drobiny różowo-niebieskie)
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek:klasyczny, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia





This nail varnish was a gift from a friend.


Volume: 18 ml
Colour: ink blue
Finish: glass-flecked with blue and pink particles
Consistency: just right
Brush: classic, comfortable to work with
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Orly quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2 days on my soft, weak nails

piątek, 12 lipca 2019

Zdobycze czerwca.

W tytule piszę o zdobyczach, a nie zakupach z czerwca, bo zakupów z mojej strony było tyle:


ALE. W czerwcu miałam urodziny i zostałam z tej okazji rozpieszczona. 

Oto, co podesłała mi moja kosmetyczna bliźniaczka Justyna:



A tym uraczyła mnie kochana Hexxana:



Będę o siebie dbać od głowy po stopy! Bardzo Wam dziękuję za te wszystkie cudeńka :*

Duszę mą też dokarmiono, mianowicie książkami z mojej wish-listy (nadal z ponad tysiącem pozycji, ha ha), a brat z bratową sprezentowali mi cudną torebkę-koszyk, idealną na lato do moich letnich sukienek (które kocham i mam ich sporo). Obłowiłam się w czerwcu ;)

wtorek, 9 lipca 2019

Podsumowanie zużyć czerwca.

Czerwiec to mój ulubiony miesiąc w roku, a śmignął mi tak szybko, że mimo iż mamy za sobą prawie 1/3 lipca, ja tego faktu niemal nie zauważyłam. Szkoda tylko, że w UK pogoda nas w czerwcu nie rozpieszczała jak Was...

A wracając do zużyć.

Twarz

Gąbeczkami konjac zaraziła mnie Agata. Na zdjęciu widzicie wersję z różową glinką; gąbka była w porządku - miękka, przyjemna, skuteczna. Przez ostatnich kilka tygodni makijaż domywałam (po uprzednim rozpuszczeniu emulgujacym olejkiem) rumiankową esencją micelarną marki Polny Warkocz. Był to produkt delikatny, przyzwoity, ale gdybym miała tylko nim zmywać makijaż, nie byłby zbyt wydajny. Pomadkę peelingującą Sylveco uwielbiam. Już mi jej brakuje. Maska do twarzy Black Rose od Evree była OK, ale bez zachwytów. Coś tam oczyszczała, jak to glinki, ale jakiejś wielkiej rewolucji na mojej twarzy nie zdziałała. No i peeling Iwostin Estetic... Dwa lata temu testowałam inną jego wersję, Perfectin Re-Liftin (klik) i ta sprzed dwóch lat miała dużo mocniejsze i widoczniejsze działanie na mojej skórze. Wtedy odnotowałam długotrwałe obkurczenie porów, zwiększenie gęstości naskórka i zmianę faktury skóry. Przy wersji Estetic efekty nie były tak spektakularne. Mogłam rzadziej wykonywać peeling, gdyż produkt wspomagał proces oczyszczania i odnowy naskórka, ale niestety bez wpływu na wielkość porów oraz fakturę skóry twarzy. Z tego tytułu bardziej polecam Perfectin Re-Liftin, bo działa szybciej i lepiej niż wersja Estetic.


Ciało

Do fioletowego Lactacydu, antyperspirantów Rexony oraz mocznikowej Isany do rąk wracam, jak pewnie wiecie, nieustannie. Są to moje skutecznie działające pewniaki. Do zeszłego roku pewniakiem były też skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics, ale coś się zmieniło. Trzy ostatnie zabiegi nic nie zdziałały na moich stopach, dlatego cieszę się, że nie mam ich już w zapasie. Nie wiem, co się stało, że  z ogromnego ulubieńca skarpetki stały się jednym z największych rozczarowań tego roku. Może doszło do reformulacji? Jeśli tak - co za szkoda i strzał w stopę panie producencie! Żel pod prysznic Nivea był w porządku; robił robotę i miał dużą pojemność. Krem do rąk My Coconut Island pięknie pachniał kokosem, ale działaniem nie zachwycił w ogóle. Nie trafiłam jeszcze w UK na krem do rąk, który by się sprawdził na ekstremalnie suchej skórze. Bio olejek do biustu Orientany natomiast doskonale sprawdził się jako przyzwoity nawilżacz lekko uelastyczniający skórę biustu, a nie zapychający przy tym dekoltu (klik).


Zużycia i wyrzutki kolorówkowe 


Zużyłam wersję travel size Hooli Benefitu (zajęło mi to ponad półtora roku) (klik) oraz niezbyt dobrą, bo osypującą się maskarę Volume Reveal od Bourjois (klik). Kredki graphic eyes waterproof eye liner w niecodziennych odcieniach hypnotic i nightwalker Zoevy (klik) służyły mi dzielnie, ale w końcu wyschły i zrobiły się twarde i drapiące. Pomadka Barry M 518 Genie utleniająca się z zieleni na róż (klik) zmieniła zapach, więc  czas się rozstać. Był to ciekawy gadżet, ale poza tym - ot, zwykła pomadka.

Tyle zużyć na dzisiaj. W kolejnym poście pokażę Wam zakupy czerwca, bo po kilku miesiącach bez zakupów kosmetycznych w końcu pojawiło się u mnie trochę nowości :)

sobota, 29 czerwca 2019

Benefit, Hoola bronzer

Swoją sztukę kultowej Hooli z Benefitu kupiłam w rozmiarze travel size. Chciałam sprawdzić, o co tyle hałasu, ale bez inwestownia w aż 8 gramów. Ogólnie jestem team blush, przy ekspresowych makijażach nie zaprzątam sobie głowy bronzerami/konturem, ale kiedy robię pełny make up, sięgam, owszem. Tyle że bez szybszego bicia serca (i nie mówię tu o Hooli, ale o bronzerach ogólnie). 


Hoolę otrzymujemy w charakterystycznym dla marki Benefit kartoniku zamykanym na magnes. Kartonik wyposażony jest w lusterko i całkowicie niepraktyczny, drapiący pędzelek. Ja swój bronzer bardzo szybko zdepotowałam i włożyłam do płaskiej paletki magnetycznej (Inglot), bo w opcji travel size bardzo niewygodnie wkładało mi się do tego małego kartonika o wysokich brzegach większych rozmiarów pędzel do bronzera. Musiałam specjalnie celować i bardzo uważać na to, co robię, a ja nie lubię utrudniać sobie życia. A tak, po zdepotowaniu, zużyłam produkt do cna.

Kosmetyk nie jest ani za suchy, ani za kremowy. Bardzo dobrze nanosi się na pędzel i z niego na skórę. Aplikuje się równomiernie i jest trwały - na moich tłustych policzkach widzę go od rana do wieczora. Nie wyciera się i nie znika, nie zostawia brzydkich plam. Ma ładne, satynowo-matowe wykończenie.


Kolor produktu jest ciepły, herbatnikowy, ale nie pomarańczowy. Raczej do ocieplania sobie twarzy, a nie konturowania.

Nie mam większych zastrzeżeń do Hooli. Sięgałam po ten bronzer bez oporów, choć kolorystycznie Laguna z Narsa (klik) bardziej mi podeszła. Mam jeszcze w toaletce dwa inne bronzery, więc na przyszłe lata jestem ustawiona ;)

czwartek, 27 czerwca 2019

Orientana, bio olejek do biustu 16 roślin ajurwedy

Dla tych, co nie pamiętają, moim absolutnym hitem do pielęgnacji piersi jest ten olejek z Mazideł. Niestety nie zawsze jest on dostępny, ale znalazłam godnego zastępcę, bio olejek do biustu z Orientany.


Jest on co prawda dużo jaśniejszy w kolorze oraz sporo lżejszy w konsystencji od mojego wspomnianego ulubieńca, ale za to nie tylko w stopniu zadowalającym nawilża, natłuszcza i uelastycznia skórę biustu, ale też pięknie pielęgnuje skórę dekoltu. Moja jest niezmiernie podatna na zapychanie i wiele kosmetyków powoduje w tym rejonie powstanie pola minowego pryszczowego. Nic takiego nie miało miejsca podczas stosowania olejku Orientany. Skóra na moim dekolcie wyglądała wręcz podejrzanie ładnie i gładko.


Skład kosmetyku wygląda bardzo ładnie - jest to głównie mieszanka różnych ogólnie chwalonych olejów. Można się nieco czepiać zapachu - tu dominuje olej jojoba, a on nie pachnie przyjemnie, ale dla mnie liczy się głównie działanie produktu, a tu nie miałam większych zastrzeżeń. Żałuję, że olejek mi się skończył po dwumiesięcznej, cowieczornej przygodzie.

Aha, opakowanie jest plastkowe, więc nie zachodzi niebezpieczeństwo zrobienia sobie krzywdy w razie upuszczenia, a pompka działa sprawnie. Pod sam koniec można olejek bez problemu po prostu wylać na dłoń, co by go zużyć do ostatniej kropli.

Fajny, godny wypróbowania kosmetyk do biustu. Znacie?

niedziela, 23 czerwca 2019

Bourjois, Volume Reveal Mascara, radiant black

Oj, nie mam szczęścia do maskar Bourjois. Miałam wersję Volume Glamour Max Holidays (klik), która się na mnie masakrycznie osypywała i robiła koncertową pandę, miałam też wersję Volume Glamour Ultra Care (klik), która z kolei dawała na moich rzęsach mierny efekt. Niestety, skądinąd bardzo chwalona, maskara Volume Reveal nie przełamała złej passy. Dlaczego?


Oczywiście zaraz odpowiem na postawione pytanie, ale najpierw omówmy parametry techniczne. Jak widać, Bourjois postawiło na nietypowe opakowanie w kształcie, wielościanu, którego nazwy nie potrafię się doszukać. Dwie ściany opakowania są trójkątne, a trzy prostokątne. Jak się coś takiego nazywa? Klin? Na jednej z prostokątnych ścian mamy nazwę produktu, a na innej lusterko (mnie by było trudno się przy nim umalować, ale awaryjnie jest) i nazwę marki. Szczoteczka też jest designerska - mamy tu dwanaście rzędów silikonowych wypustek ułożonych we wzór krótsze-dłuższe, naprzemiennie. Czy to coś daje? Trudno powiedzieć, bo u siebie dużej objętości na rzęsach nie potrafię za pomocą tego produktu uzyskać, choć biednie też nie jest. Rzęsy są przyciemnione, uwidocznione, ale bez efektu objętościowych firanek. Podkręcania czy wydłużania też nie ma. Ogólny efekt jest w porządku, i tyle.


ALE. No właśnie - ta maskara może się na mnie tragicznie nie osypuje jak Volume Glamour Max Holidays, ale ma tendencję do rozmazywania się pod okiem po kilku godzinach. A nie mam aż tak długich rzęs, żeby się obijały o dolne powieki, a do tego przecież rejony podoczne zawsze przypudrowuję, więc teoretycznie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, a mają - już po jakiś 5-6 godzinach od nałożenia. Chyba już sobie daruję na przyszłość tusze Bourjois :/

środa, 19 czerwca 2019

Moje dotychczasowe doświadczenia z cieniami glam-shopu: prasowane brokaty (różowe holo, srebrne holo), cień do powiek/prasowany pigment GlamSHADOWS (Indyjski róż) oraz pigmenty prasowane Turbo Glow (Steryd, Herbarz)

Pozwólcie, że się przyznam, iż youtubowe produkcje Hani Knopińskiej, właścicielki sklepu glam-shop.pl, oglądam regularnie od niemal początku istnienia rzeczonego kanału. Hania od zawsze wypadała w moich oczach jako niezwykle sympatyczna, "swoja" dziewczyna, której zdaniu można ufać. Zdecydowanie nie należy do kreatorów sprzedajnych, nie wciska nam kitu, a przy tym na przestrzeni lat zbudowała ogromną wiedzę na temat kosmetyków, a już szczególnie kolorówki. Podoba mi się również fakt, że jest osobą niezwykle ambitną, pracowitą, realizującą swoje cele i zamierzenia, a przy tym odpowiada mi jakość jej filmików - świetnie się je ogląda, bo nie są "przeprodukowane", nie ogląda się ich jak programu telewizyjnego, a osobiście właśnie coś takiego lubię. Co zresztą widać po moim swojskim, nieprofesjonalnym blogu - za nic nie chciałabym upodobnić go do idealnych w każdym calu internetowych magazynów, o czym zresztą nie raz tu pisałam.

Ale do rzeczy. Bardzo kibicuję Hani i jej produktom, więc około pół roku temu skusiłam się na małe cieniowe zakupy, bo to właśnie cieni byłam ciekawa najbardziej. A już zwłaszcza, o dziwo, drobinkowych cieni holograficznych. I turbo pigmentów. Wiecie, był sezon choinkowy i zebrało mi się na błysk w makijażu ;)

Z góry zaznaczam, że piszę z perspektywy osoby bez szczególnych umiejętności makijażowych i pewnie dlatego moje doświadczenia z cieniami z glam-shopu są mieszane. Nie wykluczam, że gro innych użytkowników nie ma do tych produktów zastrzeżeń. Nie chodzi mi tu o krytykowanie i wytykanie błędów właścielce marki, a właśnie jedynie o przedstawienie moich doświadczeń.



PRASOWANE BROKATY HOLOGRAFICZNE

Skoro to kolekcja prasowanych brokatów holograficznych skłoniła mnie do zakupów, o nich napiszę na początku. Także dlatego, że się nie polubiliśmy, a chcę wpis ten zakończyć na pozytywną nutę.

Kupiłam dwa prasowane brokaty: różowe holo oraz srebrne holo. Przyszły zamknięte w gustownych, białych, odkręcanych opakowaniach:


Cienie te są prawdziwie holograficzne, mają w sobie dużo holograficznego brokatu dającego rozproszony efekt: 
 

Pierwszym zaskoczeniem była konsystencja tych cieni. One w dotyku są niepodobne do żadnych innych cieni, jakie kiedykolwiek miałam. Opisałabym je jako żelową bazę z mnóstwem grubo zmielonego brokatu. I kiedy mówię o grubo zmielonym brokacie mam na myśli naprawdę konkretne drobinki rodem z choinkowej bombki. Cała rzecz w tym, że jakkolwiek w opakowaniu cienie te wypadają mega ciekawie, dla mnie były zbyt trudne w użytkowaniu. Za nic w świecie nie chciały się równo słoczować, a przyklejały do skóry nierównomiernie, z prześwitami. Przy aplikowaniu pędzlem na bazę do brokatów NYXa efekt holo gdzieś się gubił, a makijaż wyglądał smętnie. Najlepszym sposobem na wydobycie efektu holo na powiece była aplikacja grubej warstwy palcem na bazę do brokatów. Tyle, że u mnie ten sposób zupełnie się nie sprawdzał ze względu na totalny brak precyzji i robiłam sobie na powiekach bałagan, którego nie potrafiłam pędzlami poprawić. Poza tym nakładanie grubszej warstwy (wciąż na bazę do brokatów) skutkowało dość szybkim rolowaniem się cieni w załamaniach moich bardzo opadających powiek oraz osypem tych sporych drobinek na twarz w ciągu dnia. W zasadzie najlepiej cienie te, a zwłaszcza różowe holo, sprawdzały się w formie kreski nakładanej mokrym pędzlem, ale też nad taką kreską musiałam się sporo napracować. W końcu, po dosłownie kilku dniach prób w obu cieniach były już spore denka, więc wydajnością nie grzeszą.

Ostatecznie po tych kilku próbach zrezygnowałam z sięgania po holograficzne błyskotki.Makijaż ma sprawiać mi przyjemność, a nie wywoływać zniechęcenie i złość na braki we własnych umiejętnościach. Cienie te zostawiam osobom, którym nie straszne podobne wyzwania. Na Instagramie widziałam zresztą wiele cudownych mejkapów z ich użyciem, więc się da. Jak się umie. Ja nie umiem.


Tutaj widać, jakie niechlujne makijaże mi wychodziły podczas aplikacji palcem (różowe holo):


A tutaj jak cienie gubiły swój efekt holo podczas aplikacji pędzlem (srebrne holo): 



Najlepsze, choć wciąż dalekie od ideału próby - kreski:



A teraz milsza część wpisu - CIEŃ DO POWIEK/PRASOWANY PIGMENT GlamSHADOWS "Indyjski róż" oraz PIGMENTY PRASOWANE Turbo Glow (Steryd, Herbarz)


Czyż nie wyglądają obłędnie?


Prasowany pigment "Indyjski róż" kupiłam ze względu na przepiękny, idealnie komponujący się w moimi tęczówkami odcień brzoskwiniowego różu o metalicznym wykończeniu. Jakości tego produktu nie mam nic do zarzucenia: jest świetnie napigmentowany, jedwabisty w dotyku, a praca z nim to sama przyjemność. Tak wygląda nałożony na ruchomą powiekę (w towarzystwie cienia przyciemniającego zewnętrzny kącik):



Bardzo się lubimy!

Lubię się też z turbotami, aczkolwiek nie udało mi się uchwycić na zdjęciach ich pięknego błysku. Wybaczcie. Stary aparat ma niestety swoje ograniczenia. Musicie wierzyć mi na słowo (albo po prostu zdać się na Instagram, gdzie makijaże wielu utalentowanych dziewczyn pokazują piękno tych błyskotek w całej okazałości). 

Cienie Turbo Glow nie są aż tak miękkie i jedwabiste w dotyku, co mój wyżej opisany prasowany pigment. Różnią się też stopniem napigmentowania bazy - Steryd daje mocniejszy efekt na powiece niż Herbarz. Ten ostatni zwykle znajduje u mnie zastosowanie w roli toppera do innych cieni, podczas gdy Steryd z powodzeniem stosuję samodzielnie.

Steryd ma bazę w kolorze ciepłego brązu z mnóstwem intensywnie lśniąych na zielonkawo drobinek. Herbarz uderza w odcień starego złota ze złotymi drobinkami. Oba są przepiękne i cudnie wyglądają w słońcu. Nie sprawiają większych trudności przy aplikacji.

Steryd:




Herbarz:


Przyznam, że gdybym nie miała w toaletce ilości cieni znacznie przekraczającej potrzeby jednej osoby, chętnie skusiłabym się na więcej turbo pigmentów. Wpadło mi ich jeszcze kilka w oko, jak Zyg-Zak, Żuk, Asteroid, Lala, Czary Mary czy Vegas Bis. No, piękne są.

Ostatnio Hania wypuściła też kolekcję cieni multichromowych i na Insta wyglądają niesamowicie. Póki co tuboty i multichromy są produktami unikatowymi na polskim rynku. Naprawdę trudno znaleźć coś podobnego. Owszem, nasz Inglot też a w ofercie ładne błyskotki, ale w formie sypkiej, a ja osobiście zdecydowanie wolę prasowańce. Z mojej strony wielkie brawa dla Hani za tak genialne pomysły.

sobota, 15 czerwca 2019

Color Club, 909 Alter Ego

Color Club słynie z niebanalnych kolorów i wykończeń swoich lakierów. Jednego z takich gagatków podarowała mi Hexxana. Ogromnie mi się podoba.
Pojemność: 15 ml
Kolor:przybrudzony brązowy fiolet o foliowym wykończeniu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


czwartek, 13 czerwca 2019

Podsumowanie zużyć maja.

Jak ja zazdroszczę tym z Was, którzy teraz narzekają na tropikalne temperatury. W Blackpool od kilku dni (a może i tygodni) ciągle leje i jest 12-14 stopni, więc piszę tego posta w swetrze i jestem przemarznięta do szpiku kości. Nawet ciepła herbata pod kocem nic nie daje i nie mieści mi się w głowie, że takie rzeczy dzieją się w moim ukochanym miesiącu w roku...Część z Was narzeka, a ja zrobiłabym wszystko, żeby się zamienić :D

Aaaa, nie będzie wpisu z nowościami maja, bo w maju kupiłam.... jedną pastę do zębów. I tyle.

Co do zużyć, wszystko zmieściło się na jednym zdjęciu (butelka z serum rozświetlającym IOSSI, wykończonym w kwietniu, zaplątała się tu przez przypadek):


Na zdjęciu mamy dwa hity: mój nieśmiertelny, od lat ukochany krem z mocznikiem 5% z Isany oraz świetny, delikatny i nie podrażniający żel do higieny intymnej Fitomed (klik). Poza tym polubiłam się z idealnym na co dzień, prasowanym podkładem mineralnym marki Neve Cosmetics (klik), przyjemnie pachnącym dezodorantem Fenjal, który stosuję tylko na noc po wieczornym prysznicu i nie budzę się ze śmierdzącymi pachami, oraz z nawilżającym kremem IOSSI avocado & jojoba. Ten ostatni był prezentem od Justyny. Miniatura tego kremu wystarczyła mi na około miesiąc cowieczornego stosowania. Moja skóra odebrała go  przede wszytkim jako przyzwoity nawilżacz. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który choć zostawia na naskórku wyczuwalny, nawilżający film, daje wizualnie matowe wykończenie, więc dobrze sprawdza się pod makijażem (choć u mnie było to tylko kilka razy; zwykle stosuję na dzień krem z filtrem SPF). Co do działania uspokajającego/wzmacniającego naczynka, cóż - w moim przypadku krem różany tej samej marki (klik) sprawdzał się pod tym względem o niebo lepiej. Zapach kremu avocado & jojoba był mocno wyczuwalny, ni to cytrusowy, ni to geraniowy, ni to ziołowy. Teraz wspomnijmy jeszcze o rozczarowaniach. Kremy z SPF rossmannowej marki Sun Ozon były chwalone na kilku blogach. U siebie nie widzę genialnej ochrony, a do tego po każdej aplikacji borykam się ze świeceniem cery, skróconą trwałością makijażu i nowymi "niespodziankami" na twarzy pod koniec dnia. W ubiegłym roku wypróbowałam ten kosmetyk również na dekolcie i ramionach i cóż... mimo wszystko bezwiednie dość mocno je opaliłam :/ W szamponie Whamisa organic seeds shampoo oily scalp, prezencie od Hexxany o przyjemnym działaniu chłodzącym, oczekiwałam pomocnika w walce z łuską i swędzącym skalpem. Niestety nie pomagał, a nawet pogłębiał problem, ech. A do tego moje najulubieńsze i najukochańsze niegdyś skarpetki złuszczające marki Exclusive Cosmetics z Rossmanna znowu NIC NIE ZROBIŁY. Jeśli je znacie - czy u Was też przestały działać?

I to wszystko. W maju prawie nie miałam czasu dla siebie, na czytanie książek, czy zabiegi pielęgnacyjne. Makijazu też zwykle nie nosiłam.

wtorek, 11 czerwca 2019

Fitomed, mydlnica lekarska, żel ziołowy do higieny intymnej

Oto jest. Kolejny, obok zawodników Sylveco, Vianek, Naturativ i Organic Life, żel do higieny intymnej, KTÓRY MNIE NIE PODRAŻNIA. Ta da bum tsssss.


Producent zamknął swój bezbarwny, nieperfumowany żel w plastikowej butelce z korkiem na zatrzask. Jej ciemny kolor ogranicza dostęp światła do produktu.

Kosmetyk ma niezwykle delikatną bazę bez silnych detergentów. Co za tym idzie, prawie się nie pieni. Mimo to robi swoją robotę - myje, odświeża, a przy tym po jego użyciu nie występuje u mnie żaden nieprzyjemny świąd czy pieczenie. Uffff. Bardzo polecam osobom z niezwykle kapryśnymi okolicami intymnymi.

czwartek, 6 czerwca 2019

Bielenda, Botanic Spa Rituals, olejek do ciała len zwyczajny + rozmaryn

Jeśli regularnie mnie poczytujecie, wiecie że do nawilżania ciała najchętniej wybieram olejki i oliwki. Uwielbiam nakładać je na wilgotną jeszcze po kąpieli skórę. Gwarantuje mi to zadowalający poziom nawilżenia, zazwyczaj bez nadmiernie tłustego filmu (choć to zależy już od konkretnego produktu).

To samo mogę powiedzieć o maluchu z Bielendy - nie tłuści. W zasadzie bardzo polubiłam się z tym olejkiem, choć pokochałabym go bezgranicznie, gdyby był nieco tańszy.... Trzy dyszki bez grosza w Rossmannie za 75 ml to, umówmy się, nie jest deal życia. Zwłaszcza, że świetne olejki Alterry mają podobną cenę, a jest ich w opakowaniu 100 ml. Najlepiej po prostu polować na promocję.


Cała seria Botanic Spa Rituals, obejmująca kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała, ma charakterystyczne zielone opakowania o podobnej szacie graficznej. Olejkowa butelczyna została wyposażona w wygodny w użyciu korek typu "press". Nie miałam żadnych problemów z dozowaniem produktu. Olejek nie należy do ciężkich tłuściochów i nie zatłuszcza piżamy czy pościeli,  jest bezbarwny i ma przyjemny, słodkawy zapach.



Stosowałam produkt na skórę całego ciała w oszczędnych ilościach samodzielnie (można go też dodawać do mazideł do ciała, ale ja takowych nawet nie miałam na stanie) co wieczór przez nieco około miesiąc, bo na tyle wystarczyło mi te 75 ml. Skóra była w tym czasie w doskonałej kondycji - była nawilżona, elastyczna i megaprzyjemnie gładka w dotyku. Mam ochotę jeszcze kiedyś wrócić do tego kosmetyku.

niedziela, 2 czerwca 2019

Neve Cosmetics, Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (Light Warm)

Witajcie w moim ulubionym miesiącu w roku. Maj był bardzo pracowity (do około 18 godzin w pracy na dobę) i miałam naprawdę niewiele czasu dla siebie. Czerwiec zapowiada się podobnie, ale raz, że pracy się nie boję, a dwa - mam nadzieję w końcu na słoneczko i ciepełko, więc w najbliższą przyszłość patrzę z nadzieją. Nawet teraz piszę notkę obsługując klientów w pensjonatowym barze w sobotnią noc gdzieś między 3.00 a 4.00 nad ranem. Za wszelkie błędy z góry przepraszam :D A że nie zdążyłam zrobić jeszcze żadnych zdjęć majowych zużyć, przychodzę z opinią na temat podkładu mineralnego nieznanej mi do tej pory marki Neve Cosmetics, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie.

Spośród dziewięciu dostępnych odcieni, do  mnie trafił Light Warm. Tak o kosmetyku pisze producent:

Pressed powder foundation with a silicone-free, vegetarian and vegan formula. Precious minerals are combined with plant ingredients and vitamins to give your skin a smooth, luminous look, making it sublime to look at and to touch.

Light Warm, a pale shade with warm undertones. The foundation for fair but not cold skin tones: unlike Light Neutral, this one has amber undertones that make it the perfect choice for pale Mediterranean skin. If most pale foundations look too pink on your skin, you're probably a Light Warm.

Application: face.
Finish velvet: opaque yet vibrant.
Wet & dry.
Size: 8 g of product in a 5,8 cm diameter pan.
Vegetarian & Vegan: no animal nor animal derived ingredients.
No silicones, petrolatum and parabens.
Cruelty-free: not tested on animals!
Made in Italy.   

Ingredients: Talc, Mica, Silica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil [Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil], Lauroyl Lysine, Zinc Stearate. May Contain (+/-): CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxides), CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides).
(klik)


Producent umieścił swój podkład w poręcznym, plastikowym puzderku wyposażonym w lusterko. Moje jedyne zastrzeżenie w kwestii opakowania wzbudził fakt, że wieczko jest pofalowane, a nie gładkie, co nieco utrudnia przechowywanie produktu z innymi podobnymi puzderkami, jako że nie możemy niczego na nim polożyć, gdyż zwyczajnie się ześlizgnie.

Jak widać, kosmetyk ma prasowaną formułę. CO ZA WYGODA w porównaniu z sypkimi minerałami - łatwiej kontrolować ilość, która nabiera się na pędzel i osyp na ubrania podczas aplikacji jest zminimalizowany.

Podkład ma na moje laickie oko bardzo ładną, bezpieczną dla skóry formulację, w której oprócz minerałów i pigmentów znajdziemy witaminy i olej słonecznikowy.

Praca z tym kosmetykiem to sama przyjemność: stosowany na sucho dobrze przykleja się do skóry i daje się ładnie, równomiernie rozprowadzić. Aplikacji na mokro nie próbowałam. Krycie oczywiście można budować, ale ogólnie należy do tych delikatniejszych. Wykończenie jest bardzo ładne, naturalnie satynowe. Muszę przyznać, że na mojej skórze podkład dawał efekt drugiej skóry: jej koloryt był delikatnie wyrównany, a przy tym wyglądała, jakbym na nią niczego nie nakładała. Sami zobaczcie (pierwsze zdjęcie z lewej to ja przed aplikacją podkładu;  na kolejnych dwóch na twarzy mam jego jedną cienką warstwę; niedoskonałości przebijają, ale koloryt cery jest wyrównany):


Co do kwestii trwałości, to jest w porządku, ale bez cudów. Nie jest to podkład długotrwały i na imprezę bym go nie wybrała. Na mojej tłustej cerze wyświeca się po około 3-4 godzinach, ale zmatowiony bibułką nadal wygląda bardzo ładnie i nie ciastkuje się. Po około 6-7 godzinach widać, że na skórze jest go już bardzo niewiele; tak jakby równomiernie wyparowywał. Ogólnie jest to bardzo dobry zawodnik na co dzień, nie na ważne wydarzenia. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję go poznać.

czwartek, 30 maja 2019

IOSSI, rozświetlające serum do twarzy z geranium, cyprysem i witaminami C i E

Rozświetlające serum IOSSI dostałam w prezencie od Justyny. Czytałam na jego temat dość mieszane opinie - ja byłam z kosmetyku bardzo zadowolona, choć przyznaję, że pod kątem rozświetlania miałam już intensywniej działające produkty. Poza tym serum potrzebowało odpowiedniego toniku, by naprawdę pokazać, że warto po nie sięgnąć.

O tym wszystkim za chwilę. Najpierw zobaczcie, co na temat swojego specyfiku ma do powiedzenia producent:

Nowa odsłona bestsellerowego serum rozświetlającego, wzbogacona o niezwykle stabilną formę witaminy C.
Dzika Róża to esencjonalne serum, które wzmacnia ścianki naczyń krwionośnych i widocznie poprawia kondycję oraz koloryt skóry. Już po kilku dniach zauważysz, że Twoja skóra jest gładka, zregenerowana i rozświetlona.

Nowa,wyjątkowo stabilna forma witaminy C (Ascorbyl Tetraisopalmitate) ma bardzo wszechstronne działanie: przeciwstarzeniowe, rewitalizujące i rozjaśniające. Chroni również przed wpływem promieni UV. Dzięki synergii z witaminą E wzmacnia stymulację syntezy kolagenu i ceramidów. Połączenie to wspiera także regenerację podrażnionej skóry.
Zawarty w serum organiczny olej z dzikiej róży to remedium dla skóry suchej i spiętej. Skwalan z trzciny cukrowej zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, zmiękcza ją, łagodzi i utrzymuje wysoki poziom nawilżenia. Dodatek olejku cyprysowego poprawia ukrwienie oraz gospodarkę wodną skóry, działa kojąco i relaksująco. Wyjątkowy zapach serum to zasługa olejku z geranium, który rozbudza zmysły przygotowując je na wyzwania nadchodzącego dnia.

Dla każdego typu cery, szczególnie naczynkowej.
Działanie: wzmocniona, elastyczna skóra o zdrowym kolorycie.
Konsystencja: lekki olejek.
Zapach: kwiatowy z nutą róży geranium.
Stosowanie: raz dziennie wmasuj 2-3 krople olejku w wilgotną skórę twarzy. Stosuj samodzielnie lub razem z kremem.
Przeciwwskazania: ze względu na zawartość niektórych olejków eterycznych nie polecamy kobietom w pierwszym trymestrze ciąży.

Ingredients:
Rosa Canina (dzika róża) Fruit Oil*, Simmondsia Chinensis (jojoba) Seed Oil*, Borago Officinalis (ogórecznik) Seed Oil*, Vitis Vinifera Seed (winogrona) Oil, Triticum Vulgare (zarodki pszenicy) Germ Oil, Avena Sativa Kernel Oil, Squalane, Hydrogenated Farnesene, Helianthus Annuus Seed Oil & Beta-Carotene, Ascorbyl Tetraisopalmitate (stabilna witamina C), Natural Mixed Tocopherols & Helianthus Annuus Seed Oil (naturalna witamina E), Hippophae Rhamnoides Fruit (rokitnik) Oil, Helichrysum Italicum (kocanka) Flower Extract, Calendula Officinalis (nagietek) Flower Extract, Pelargonum Graveolens Flower (geranium) Oil, Cupressus Sempervirens (cyprys) Oil, Cymbopogon Martini (palmaroza) Herb Oil, Santalum Spicata Wood (drzewo sandałowe) Oil, Salvia Officinalis (szałwia) Oil, Anthemis Nobilis Flower (rumianek) Oil, Citral**, Citronellol**, Farnesol**, Geraniol**, Limonene**, Linalool**
*z kontrolowanych upraw organicznych
**naturalne składniki olejków eterycznych
Wszystkie kosmetyki IOSSI produkowane są z naturalnych i organicznych składników, bez szkodliwych dodatków i sztucznych barwników. Powstają z naturalnych składników roślinnych dlatego u osób wrażliwych mogą wywoływać reakcję uczuleniową. Posiadają badania i dokumentację uprawniające do sprzedaży na terenie U.E.
IOSSI. Kosmetyki doskonałe z natury.
(klik)



Pachnący geranium, żółty w kolorze, dość gęsty olejek został zamknięty w szklanej buteleczce z ciemnego szkła. W tych kwestiach nie mam zastrzeżeń - jest estetycznie, praktycznie, zapach odebrałam jako przyjemny, a pipeta działała bez zarzutu.

30 ml produktu wystarczyło mi na niecałe 5 miesięcy cowieczornego stosowania. Jak zaleca producent, aplikowalam go na zwilżoną wcześniej tonikiem twarz. Najpierw był to różany tonik IOSSI, ale to konkretne połączenie nie dawało mi wystarczającego uczucia nawilżenia. Kiedy natomiast zaczęłam aplikować serum na wodę z płatków róży od Venus (zawiera glicerynę i jest w odbiorze niemal jak kwas hialuronowy), mazidło IOSSI pokazało moc. Budziłam się z cerą, która była odświeżona, nawilżona, przyjemnie napięta, o ładnym kolorycie (uspokojony rumień i naczynka) i lekko, ale zauważalnie rozświetlona.  Nie aż tak, jak po serach z witaminą C od Filorgii czy LIQ CC, ale efekt rozświetlenia jednak miał miejsce. Mnie osobiście serum IOSSI bardzo dobrze służyło bez żadnych nieprzyjemnych niespodzianek, więc nie przyłączam się do negatywnych głosów.

Znacie?

sobota, 25 maja 2019

Color Club, 912 Alias

Lakier podesłała mi Hexxana.
Pojemność: 15 ml
Kolor: lekko duochromowy fiolet (pod odpowiednim kątem przechodzi w zieleń) z różowym shimmerem
Konsystencja: gęsta, gumowata, trudna do opanowania
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


piątek, 17 maja 2019

Podsumowanie zużyć kwietnia. Zakupy kwietnia.

Pozwólcie, że wrócę na sekundę myślami do marca. W ostatnim zimowym miesiącu roku nie popełniłam żadnych zakupów kosmetycznych, stąd nie było na blogu stosownego wpisu. W kwietniu natomiast potrzebowałam jednego podstawowego kosmetyku, jakim jest:


Duża butla powinna na dłużej wysytarczyć. I to by było na tyle. Póki co mam wszystko, czego mi trzeba. 

***

Co do zużyć.... Chyba już wszyscy się przyzwyczailiśmy, że te wpisy już nie pojawiają się u mnie na samym początku miesiąca, jak to niegdyś bywało? Plany planami, a życie robi swoje ;)


Twarz:

Non-drying cleansing foam od Phenome (klik) to bardzo dobry, godny wypróbowania produkt do delikatnego mycia twarzy polskiej produkcji. Cieszę się, że miałam okazję go poznać. Woda z płatków róży marki Venus to moje wielkie odkrycie i na pewno napiszę na jej temat post pochwalny, bo baaaardzo się lubimy, a ja mam w użyciu kolejne opakowanie. Sympatią obdarzyłam również serum rozświetlające IOSSI (należy mu się osobna notka) oraz oczywiście matujący filtr do twarzy Anthelios XL z La Roche-Posay, który pięknie sprawdza się pod makijażem na mojej tłustej cerze. O kosmetyku z kwasami PHA od Natinuel nadal nie wiem, co myśleć (klik), a pasta do zębów Euthymol była dziwna - miała różowy kolor i mocny, charakterystyczny, ziołowy smak.


Włosy i zapaszki:

Olejek do włosów Alterry bardzo ładnie nawilża zarówno moje proste kłaki, jak również loczki mojej córci. Lubimy się. Szampon Anovia Head On z olejkiem z drzewa herbacianego kupiłam dla Małej do odstraszania wszy, które lubią atakować głowy szkolnej czeladki. Jest to tanioszek z drogerii Savers, ale działanie ma wielkie. Nie tylko ładnie oczyszcza włoski dziecka, ale zostawia je przyjemne w dotyku i mocno lśniące, z pieknie podkreślonym skrętem. Sama podbierałam go córci, bo pomagał mi na świąd skóry głowy, wywoływany przez inne myjadła. Na pewno będzie się u nas regularnie pojawiać, bo mnie podrażniają niemal wszystkie znane mi szampony a ten - nie. Flower by Kenzo to nie do końca mój zapachowy typ, cieszę się więc, że mogłam przekonać się o tym dzięki próbeczkom od Hexxany.


Ciało:

Bardzo lubię żele pod prysznic Dove i często do nich wracam. Moje do tej pory ukochane skarpetki złuszczające Exclusive Cosmetics tym razem na mnie nie zadziałały.... O nieeeeeeeeeeeeee, były najlepsze, a tym razem nie złuszczyło się absolutnie nic :( :( :( :( :(


Wyszczuplające serum antycellulitowe Norel bardzo ładnie ujędrniało skórę, a o to właśnie mi chodzi, kiedy sięgam po tego typu produkty. Krem do rąk Isany 5% mocznika, krem do stóp Eveline ExtraSoft oraz antyperspirant Rexony widziałyście już  u mnie wielokrotnie. Uwielbiam te kosmetyki i na pewno będę do nich wracać. Nie wykluczam również powrotu do olejku Bielendy z serii Botanic Spa Rituals. Moja skóra ciała była po nim ładnie nawilżona i bardzo przyjemna w dotyku. Krem do rąk Rituals bardzo mnie zaskoczył. Spodziewałam się wodnistego średniaka, a dostałam przyjemnie gęste smarowidło, które na jakiś czas przynosiło ulgę moim sucholcom. Mydełko kawa z Ministerstwa Dobrego Mydła bardzo dobrze mi służyło. Jest to dość mocny (na granicy bólu) scrub do ciała o przyjemnym, kakaowo-kawowym zapachu. Lubimy się i cieszę się, że mam jego mały zapas.


Wyrzutki:

Balsam do ust Laura Conti to mało robiący średniak. Wyrzucam go, bo na początku miał kształt kopuły, a z biegiem czasu mocno się spłaszczył i używanie zrobiło się niewygodne. Kolorówka ze zdjęcia zalicza kosz ze względu na sędziwy wiek. Jeśli jesteście zainteresowani szczegółowymi opiniami na temat konkretnych mazideł, wszystkie wpisy są podlinkowane; zapraszam. Na pomadkach Rimmel Lasting Finish Colour Rush (klik) zaczął zbierać mi się dziwny osad. Niczego takiego nie zauważyłam na kredkach Color Drama Intense Velvet od Maybelline (klik) oraz pomadkach Moisture Renew Rimmela (klik), ale mają one kilka lat, więc sięganie po  nie nie jest bezpieczne dla skóry. Róż/pomadka w płynie Nyx zaczęła mi się rozwarstwiać, kredka do oczu Gosh (klik) zmieniła kolor, na cieniu w kredce Rimmela (klik) zaczął zbierać się osad, a korektor z Kobo (klik) zaczął podśmiardywać.

Trochę się tego w kwietniu nazbierało :)

piątek, 10 maja 2019

Natinuel, Poli Soft, RNA-DNA, PHAs Complex

Z bohaterem niniejszego wpisu zetknęłam się dzięki Hexxanie. Zanim go od Niej dostałam do przetestowania, nie wiedziałam o istnieniu marki. Zreszą, jak widać na jego prostym opakowaniu (zwykła plastikowa butelka z korkiem typu press, który bardzo szybko się zapchał wysuszonymi resztkami kosmetyku), produkt przeznaczony jest z założenia do użytku profesjonalnego, przez co rozumiem salony kosmetyczne. 



Mazidło jest żelem zawierającym wysokie stężenie kwasów PHA (m.in. glukonolakton, kwas laktobionowy). Nakłada się je na twarz, w zależności od potrzeb, na 4-7 minut. Rekomendowane jest dla cer wrażliwych. Ma regulować fizjologiczną odnowę naskórka, zwiększyć poziom jego nawilżenia oraz wzmacniać barierę ochronną przed czynnikami zewnętrznymi.

Wszytko pięknie-ładnie, ale żadnej z tych rzeczy (oprócz zwiększenia nawilżenia) raczej nie da się zaobserwować lub odczuć gołym okiem. 

Ja stosowałam ten żel co 5-6 dni. Tuż po nałożeniu odczuwałam delikatne pieczenie skóry, ale nigdy nie przełożyło się ono na bolesne podrażnienie. Rzecz jednak w tym, że po zabiegach niespecjalnie widziałam różnicę w stanie swojej skóry. Być może miała ona miejsce na poziomie komórkowym, ale tego oczywiście nie jestem w stanie stwierdzić. Większego nawilżenia też raczej nie odczułam, ale akurat pod tym względem moja skóra jest w dobrej kondycji i kosmetyk zwyczajnie nie miał pola do popisu.

Podsumowując, zupełnie nie wiem, co o tym produkcie myśleć. Huh.

wtorek, 7 maja 2019

China Glaze, 939 Midnight Mission

Lakier trafił do mnie jako upominek od Hexxany.


Pojemność: 14 ml
Kolor: granatowa baza ze srebrnym shimmerem
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...