niedziela, 23 czerwca 2019

Bourjois, Volume Reveal Mascara, radiant black

Oj, nie mam szczęścia do maskar Bourjois. Miałam wersję Volume Glamour Max Holidays (klik), która się na mnie masakrycznie osypywała i robiła koncertową pandę, miałam też wersję Volume Glamour Ultra Care (klik), która z kolei dawała na moich rzęsach mierny efekt. Niestety, skądinąd bardzo chwalona, maskara Volume Reveal nie przełamała złej passy. Dlaczego?


Oczywiście zaraz odpowiem na postawione pytanie, ale najpierw omówmy parametry techniczne. Jak widać, Bourjois postawiło na nietypowe opakowanie w kształcie, wielościanu, którego nazwy nie potrafię się doszukać. Dwie ściany opakowania są trójkątne, a trzy prostokątne. Jak się coś takiego nazywa? Klin? Na jednej z prostokątnych ścian mamy nazwę produktu, a na innej lusterko (mnie by było trudno się przy nim umalować, ale awaryjnie jest) i nazwę marki. Szczoteczka też jest designerska - mamy tu dwanaście rzędów silikonowych wypustek ułożonych we wzór krótsze-dłuższe, naprzemiennie. Czy to coś daje? Trudno powiedzieć, bo u siebie dużej objętości na rzęsach nie potrafię za pomocą tego produktu uzyskać, choć biednie też nie jest. Rzęsy są przyciemnione, uwidocznione, ale bez efektu objętościowych firanek. Podkręcania czy wydłużania też nie ma. Ogólny efekt jest w porządku, i tyle.


ALE. No właśnie - ta maskara może się na mnie tragicznie nie osypuje jak Volume Glamour Max Holidays, ale ma tendencję do rozmazywania się pod okiem po kilku godzinach. A nie mam aż tak długich rzęs, żeby się obijały o dolne powieki, a do tego przecież rejony podoczne zawsze przypudrowuję, więc teoretycznie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, a mają - już po jakiś 5-6 godzinach od nałożenia. Chyba już sobie daruję na przyszłość tusze Bourjois :/

środa, 19 czerwca 2019

Moje dotychczasowe doświadczenia z cieniami glam-shopu: prasowane brokaty (różowe holo, srebrne holo), cień do powiek/prasowany pigment GlamSHADOWS (Indyjski róż) oraz pigmenty prasowane Turbo Glow (Steryd, Herbarz)

Pozwólcie, że się przyznam, iż youtubowe produkcje Hani Knopińskiej, właścicielki sklepu glam-shop.pl, oglądam regularnie od niemal początku istnienia rzeczonego kanału. Hania od zawsze wypadała w moich oczach jako niezwykle sympatyczna, "swoja" dziewczyna, której zdaniu można ufać. Zdecydowanie nie należy do kreatorów sprzedajnych, nie wciska nam kitu, a przy tym na przestrzeni lat zbudowała ogromną wiedzę na temat kosmetyków, a już szczególnie kolorówki. Podoba mi się również fakt, że jest osobą niezwykle ambitną, pracowitą, realizującą swoje cele i zamierzenia, a przy tym odpowiada mi jakość jej filmików - świetnie się je ogląda, bo nie są "przeprodukowane", nie ogląda się ich jak programu telewizyjnego, a osobiście właśnie coś takiego lubię. Co zresztą widać po moim swojskim, nieprofesjonalnym blogu - za nic nie chciałabym upodobnić go do idealnych w każdym calu internetowych magazynów, o czym zresztą nie raz tu pisałam.

Ale do rzeczy. Bardzo kibicuję Hani i jej produktom, więc około pół roku temu skusiłam się na małe cieniowe zakupy, bo to właśnie cieni byłam ciekawa najbardziej. A już zwłaszcza, o dziwo, drobinkowych cieni holograficznych. I turbo pigmentów. Wiecie, był sezon choinkowy i zebrało mi się na błysk w makijażu ;)

Z góry zaznaczam, że piszę z perspektywy osoby bez szczególnych umiejętności makijażowych i pewnie dlatego moje doświadczenia z cieniami z glam-shopu są mieszane. Nie wykluczam, że gro innych użytkowników nie ma do tych produktów zastrzeżeń. Nie chodzi mi tu o krytykowanie i wytykanie błędów właścielce marki, a właśnie jedynie o przedstawienie moich doświadczeń.



PRASOWANE BROKATY HOLOGRAFICZNE

Skoro to kolekcja prasowanych brokatów holograficznych skłoniła mnie do zakupów, o nich napiszę na początku. Także dlatego, że się nie polubiliśmy, a chcę wpis ten zakończyć na pozytywną nutę.

Kupiłam dwa prasowane brokaty: różowe holo oraz srebrne holo. Przyszły zamknięte w gustownych, białych, odkręcanych opakowaniach:


Cienie te są prawdziwie holograficzne, mają w sobie dużo holograficznego brokatu dającego rozproszony efekt: 
 

Pierwszym zaskoczeniem była konsystencja tych cieni. One w dotyku są niepodobne do żadnych innych cieni, jakie kiedykolwiek miałam. Opisałabym je jako żelową bazę z mnóstwem grubo zmielonego brokatu. I kiedy mówię o grubo zmielonym brokacie mam na myśli naprawdę konkretne drobinki rodem z choinkowej bombki. Cała rzecz w tym, że jakkolwiek w opakowaniu cienie te wypadają mega ciekawie, dla mnie były zbyt trudne w użytkowaniu. Za nic w świecie nie chciały się równo słoczować, a przyklejały do skóry nierównomiernie, z prześwitami. Przy aplikowaniu pędzlem na bazę do brokatów NYXa efekt holo gdzieś się gubił, a makijaż wyglądał smętnie. Najlepszym sposobem na wydobycie efektu holo na powiece była aplikacja grubej warstwy palcem na bazę do brokatów. Tyle, że u mnie ten sposób zupełnie się nie sprawdzał ze względu na totalny brak precyzji i robiłam sobie na powiekach bałagan, którego nie potrafiłam pędzlami poprawić. Poza tym nakładanie grubszej warstwy (wciąż na bazę do brokatów) skutkowało dość szybkim rolowaniem się cieni w załamaniach moich bardzo opadających powiek oraz osypem tych sporych drobinek na twarz w ciągu dnia. W zasadzie najlepiej cienie te, a zwłaszcza różowe holo, sprawdzały się w formie kreski nakładanej mokrym pędzlem, ale też nad taką kreską musiałam się sporo napracować. W końcu, po dosłownie kilku dniach prób w obu cieniach były już spore denka, więc wydajnością nie grzeszą.

Ostatecznie po tych kilku próbach zrezygnowałam z sięgania po holograficzne błyskotki.Makijaż ma sprawiać mi przyjemność, a nie wywoływać zniechęcenie i złość na braki we własnych umiejętnościach. Cienie te zostawiam osobom, którym nie straszne podobne wyzwania. Na Instagramie widziałam zresztą wiele cudownych mejkapów z ich użyciem, więc się da. Jak się umie. Ja nie umiem.


Tutaj widać, jakie niechlujne makijaże mi wychodziły podczas aplikacji palcem (różowe holo):


A tutaj jak cienie gubiły swój efekt holo podczas aplikacji pędzlem (srebrne holo): 



Najlepsze, choć wciąż dalekie od ideału próby - kreski:



A teraz milsza część wpisu - CIEŃ DO POWIEK/PRASOWANY PIGMENT GlamSHADOWS "Indyjski róż" oraz PIGMENTY PRASOWANE Turbo Glow (Steryd, Herbarz)


Czyż nie wyglądają obłędnie?


Prasowany pigment "Indyjski róż" kupiłam ze względu na przepiękny, idealnie komponujący się w moimi tęczówkami odcień brzoskwiniowego różu o metalicznym wykończeniu. Jakości tego produktu nie mam nic do zarzucenia: jest świetnie napigmentowany, jedwabisty w dotyku, a praca z nim to sama przyjemność. Tak wygląda nałożony na ruchomą powiekę (w towarzystwie cienia przyciemniającego zewnętrzny kącik):



Bardzo się lubimy!

Lubię się też z turbotami, aczkolwiek nie udało mi się uchwycić na zdjęciach ich pięknego błysku. Wybaczcie. Stary aparat ma niestety swoje ograniczenia. Musicie wierzyć mi na słowo (albo po prostu zdać się na Instagram, gdzie makijaże wielu utalentowanych dziewczyn pokazują piękno tych błyskotek w całej okazałości). 

Cienie Turbo Glow nie są aż tak miękkie i jedwabiste w dotyku, co mój wyżej opisany prasowany pigment. Różnią się też stopniem napigmentowania bazy - Steryd daje mocniejszy efekt na powiece niż Herbarz. Ten ostatni zwykle znajduje u mnie zastosowanie w roli toppera do innych cieni, podczas gdy Steryd z powodzeniem stosuję samodzielnie.

Steryd ma bazę w kolorze ciepłego brązu z mnóstwem intensywnie lśniąych na zielonkawo drobinek. Herbarz uderza w odcień starego złota ze złotymi drobinkami. Oba są przepiękne i cudnie wyglądają w słońcu. Nie sprawiają większych trudności przy aplikacji.

Steryd:




Herbarz:


Przyznam, że gdybym nie miała w toaletce ilości cieni znacznie przekraczającej potrzeby jednej osoby, chętnie skusiłabym się na więcej turbo pigmentów. Wpadło mi ich jeszcze kilka w oko, jak Zyg-Zak, Żuk, Asteroid, Lala, Czary Mary czy Vegas Bis. No, piękne są.

Ostatnio Hania wypuściła też kolekcję cieni multichromowych i na Insta wyglądają niesamowicie. Póki co tuboty i multichromy są produktami unikatowymi na polskim rynku. Naprawdę trudno znaleźć coś podobnego. Owszem, nasz Inglot też a w ofercie ładne błyskotki, ale w formie sypkiej, a ja osobiście zdecydowanie wolę prasowańce. Z mojej strony wielkie brawa dla Hani za tak genialne pomysły.

sobota, 15 czerwca 2019

Color Club, 909 Alter Ego

Color Club słynie z niebanalnych kolorów i wykończeń swoich lakierów. Jednego z takich gagatków podarowała mi Hexxana. Ogromnie mi się podoba.
Pojemność: 15 ml
Kolor:przybrudzony brązowy fiolet o foliowym wykończeniu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Orly)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


czwartek, 13 czerwca 2019

Podsumowanie zużyć maja.

Jak ja zazdroszczę tym z Was, którzy teraz narzekają na tropikalne temperatury. W Blackpool od kilku dni (a może i tygodni) ciągle leje i jest 12-14 stopni, więc piszę tego posta w swetrze i jestem przemarznięta do szpiku kości. Nawet ciepła herbata pod kocem nic nie daje i nie mieści mi się w głowie, że takie rzeczy dzieją się w moim ukochanym miesiącu w roku...Część z Was narzeka, a ja zrobiłabym wszystko, żeby się zamienić :D

Aaaa, nie będzie wpisu z nowościami maja, bo w maju kupiłam.... jedną pastę do zębów. I tyle.

Co do zużyć, wszystko zmieściło się na jednym zdjęciu (butelka z serum rozświetlającym IOSSI, wykończonym w kwietniu, zaplątała się tu przez przypadek):


Na zdjęciu mamy dwa hity: mój nieśmiertelny, od lat ukochany krem z mocznikiem 5% z Isany oraz świetny, delikatny i nie podrażniający żel do higieny intymnej Fitomed (klik). Poza tym polubiłam się z idealnym na co dzień, prasowanym podkładem mineralnym marki Neve Cosmetics (klik), przyjemnie pachnącym dezodorantem Fenjal, który stosuję tylko na noc po wieczornym prysznicu i nie budzę się ze śmierdzącymi pachami, oraz z nawilżającym kremem IOSSI avocado & jojoba. Ten ostatni był prezentem od Justyny. Miniatura tego kremu wystarczyła mi na około miesiąc cowieczornego stosowania. Moja skóra odebrała go  przede wszytkim jako przyzwoity nawilżacz. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który choć zostawia na naskórku wyczuwalny, nawilżający film, daje wizualnie matowe wykończenie, więc dobrze sprawdza się pod makijażem (choć u mnie było to tylko kilka razy; zwykle stosuję na dzień krem z filtrem SPF). Co do działania uspokajającego/wzmacniającego naczynka, cóż - w moim przypadku krem różany tej samej marki (klik) sprawdzał się pod tym względem o niebo lepiej. Zapach kremu avocado & jojoba był mocno wyczuwalny, ni to cytrusowy, ni to geraniowy, ni to ziołowy. Teraz wspomnijmy jeszcze o rozczarowaniach. Kremy z SPF rossmannowej marki Sun Ozon były chwalone na kilku blogach. U siebie nie widzę genialnej ochrony, a do tego po każdej aplikacji borykam się ze świeceniem cery, skróconą trwałością makijażu i nowymi "niespodziankami" na twarzy pod koniec dnia. W ubiegłym roku wypróbowałam ten kosmetyk również na dekolcie i ramionach i cóż... mimo wszystko bezwiednie dość mocno je opaliłam :/ W szamponie Whamisa organic seeds shampoo oily scalp, prezencie od Hexxany o przyjemnym działaniu chłodzącym, oczekiwałam pomocnika w walce z łuską i swędzącym skalpem. Niestety nie pomagał, a nawet pogłębiał problem, ech. A do tego moje najulubieńsze i najukochańsze niegdyś skarpetki złuszczające marki Exclusive Cosmetics z Rossmanna znowu NIC NIE ZROBIŁY. Jeśli je znacie - czy u Was też przestały działać?

I to wszystko. W maju prawie nie miałam czasu dla siebie, na czytanie książek, czy zabiegi pielęgnacyjne. Makijazu też zwykle nie nosiłam.

wtorek, 11 czerwca 2019

Fitomed, mydlnica lekarska, żel ziołowy do higieny intymnej

Oto jest. Kolejny, obok zawodników Sylveco, Vianek, Naturativ i Organic Life, żel do higieny intymnej, KTÓRY MNIE NIE PODRAŻNIA. Ta da bum tsssss.


Producent zamknął swój bezbarwny, nieperfumowany żel w plastikowej butelce z korkiem na zatrzask. Jej ciemny kolor ogranicza dostęp światła do produktu.

Kosmetyk ma niezwykle delikatną bazę bez silnych detergentów. Co za tym idzie, prawie się nie pieni. Mimo to robi swoją robotę - myje, odświeża, a przy tym po jego użyciu nie występuje u mnie żaden nieprzyjemny świąd czy pieczenie. Uffff. Bardzo polecam osobom z niezwykle kapryśnymi okolicami intymnymi.

czwartek, 6 czerwca 2019

Bielenda, Botanic Spa Rituals, olejek do ciała len zwyczajny + rozmaryn

Jeśli regularnie mnie poczytujecie, wiecie że do nawilżania ciała najchętniej wybieram olejki i oliwki. Uwielbiam nakładać je na wilgotną jeszcze po kąpieli skórę. Gwarantuje mi to zadowalający poziom nawilżenia, zazwyczaj bez nadmiernie tłustego filmu (choć to zależy już od konkretnego produktu).

To samo mogę powiedzieć o maluchu z Bielendy - nie tłuści. W zasadzie bardzo polubiłam się z tym olejkiem, choć pokochałabym go bezgranicznie, gdyby był nieco tańszy.... Trzy dyszki bez grosza w Rossmannie za 75 ml to, umówmy się, nie jest deal życia. Zwłaszcza, że świetne olejki Alterry mają podobną cenę, a jest ich w opakowaniu 100 ml. Najlepiej po prostu polować na promocję.


Cała seria Botanic Spa Rituals, obejmująca kosmetyki do pielęgnacji twarzy i ciała, ma charakterystyczne zielone opakowania o podobnej szacie graficznej. Olejkowa butelczyna została wyposażona w wygodny w użyciu korek typu "press". Nie miałam żadnych problemów z dozowaniem produktu. Olejek nie należy do ciężkich tłuściochów i nie zatłuszcza piżamy czy pościeli,  jest bezbarwny i ma przyjemny, słodkawy zapach.



Stosowałam produkt na skórę całego ciała w oszczędnych ilościach samodzielnie (można go też dodawać do mazideł do ciała, ale ja takowych nawet nie miałam na stanie) co wieczór przez nieco około miesiąc, bo na tyle wystarczyło mi te 75 ml. Skóra była w tym czasie w doskonałej kondycji - była nawilżona, elastyczna i megaprzyjemnie gładka w dotyku. Mam ochotę jeszcze kiedyś wrócić do tego kosmetyku.

niedziela, 2 czerwca 2019

Neve Cosmetics, Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (Light Warm)

Witajcie w moim ulubionym miesiącu w roku. Maj był bardzo pracowity (do około 18 godzin w pracy na dobę) i miałam naprawdę niewiele czasu dla siebie. Czerwiec zapowiada się podobnie, ale raz, że pracy się nie boję, a dwa - mam nadzieję w końcu na słoneczko i ciepełko, więc w najbliższą przyszłość patrzę z nadzieją. Nawet teraz piszę notkę obsługując klientów w pensjonatowym barze w sobotnią noc gdzieś między 3.00 a 4.00 nad ranem. Za wszelkie błędy z góry przepraszam :D A że nie zdążyłam zrobić jeszcze żadnych zdjęć majowych zużyć, przychodzę z opinią na temat podkładu mineralnego nieznanej mi do tej pory marki Neve Cosmetics, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie.

Spośród dziewięciu dostępnych odcieni, do  mnie trafił Light Warm. Tak o kosmetyku pisze producent:

Pressed powder foundation with a silicone-free, vegetarian and vegan formula. Precious minerals are combined with plant ingredients and vitamins to give your skin a smooth, luminous look, making it sublime to look at and to touch.

Light Warm, a pale shade with warm undertones. The foundation for fair but not cold skin tones: unlike Light Neutral, this one has amber undertones that make it the perfect choice for pale Mediterranean skin. If most pale foundations look too pink on your skin, you're probably a Light Warm.

Application: face.
Finish velvet: opaque yet vibrant.
Wet & dry.
Size: 8 g of product in a 5,8 cm diameter pan.
Vegetarian & Vegan: no animal nor animal derived ingredients.
No silicones, petrolatum and parabens.
Cruelty-free: not tested on animals!
Made in Italy.   

Ingredients: Talc, Mica, Silica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil [Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil], Lauroyl Lysine, Zinc Stearate. May Contain (+/-): CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxides), CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides).
(klik)


Producent umieścił swój podkład w poręcznym, plastikowym puzderku wyposażonym w lusterko. Moje jedyne zastrzeżenie w kwestii opakowania wzbudził fakt, że wieczko jest pofalowane, a nie gładkie, co nieco utrudnia przechowywanie produktu z innymi podobnymi puzderkami, jako że nie możemy niczego na nim polożyć, gdyż zwyczajnie się ześlizgnie.

Jak widać, kosmetyk ma prasowaną formułę. CO ZA WYGODA w porównaniu z sypkimi minerałami - łatwiej kontrolować ilość, która nabiera się na pędzel i osyp na ubrania podczas aplikacji jest zminimalizowany.

Podkład ma na moje laickie oko bardzo ładną, bezpieczną dla skóry formulację, w której oprócz minerałów i pigmentów znajdziemy witaminy i olej słonecznikowy.

Praca z tym kosmetykiem to sama przyjemność: stosowany na sucho dobrze przykleja się do skóry i daje się ładnie, równomiernie rozprowadzić. Aplikacji na mokro nie próbowałam. Krycie oczywiście można budować, ale ogólnie należy do tych delikatniejszych. Wykończenie jest bardzo ładne, naturalnie satynowe. Muszę przyznać, że na mojej skórze podkład dawał efekt drugiej skóry: jej koloryt był delikatnie wyrównany, a przy tym wyglądała, jakbym na nią niczego nie nakładała. Sami zobaczcie (pierwsze zdjęcie z lewej to ja przed aplikacją podkładu;  na kolejnych dwóch na twarzy mam jego jedną cienką warstwę; niedoskonałości przebijają, ale koloryt cery jest wyrównany):


Co do kwestii trwałości, to jest w porządku, ale bez cudów. Nie jest to podkład długotrwały i na imprezę bym go nie wybrała. Na mojej tłustej cerze wyświeca się po około 3-4 godzinach, ale zmatowiony bibułką nadal wygląda bardzo ładnie i nie ciastkuje się. Po około 6-7 godzinach widać, że na skórze jest go już bardzo niewiele; tak jakby równomiernie wyparowywał. Ogólnie jest to bardzo dobry zawodnik na co dzień, nie na ważne wydarzenia. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję go poznać.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...