wtorek, 17 stycznia 2017

Jestem na nie: Golden Rose, Dream Lips Lipliner, 516 (porównanie z konturówkami Essence)

Na pewno spora część z Was zna fantastyczne, tanie jak barszcz konturówki do ust Essence. Sama o swoich pięciu sztukach pisałam tutaj. Nadal bardzo je lubię. A ponieważ dzięki uprzejmości Magdaleny na mojej toaletce zamieszkał podobny produkt z Golden Rose, nie sposób ich ze sobą nie porównać.

Gwoli przypomnienia, kredki Essence mają obudowę korespondującą z odcieniem sztyftu, a w przypadku Golden Rose rolę tę pełni kolorowy koniec. Z tego tytułu kredkę przechowuję do góry nogami, co by było łatwo ją zlokalizować.

Konturówki E mają miękkie jak masełko, przyjemne w obsłudze grafity. Ten GR niestety jest odczuwalnie suchszy i zdecydowanie twardszy, przez co mocno drapie podczas aplikacji...


Mocną stroną posiadanego przeze mnie liplinera jest żywy odcień ciepłej czerwieni. W swojej pierwotnej roli - konturówki - kosmetyk sprawdza się OK. Trzyma pomadki w ryzach przez kilka godzin.


Niestety nie do końca sprawdza się nałożony na całe usta. Po pierwsze, jak już pisałam, aplikacja jest niekomfortowa. Po drugie, kosmetyk wysusza naskórek. Po trzecie, po około 3 godzinach bez jedzenia i picia zaczyna zjadać się w mało estetyczny sposób - na całej powierzchni warg w przypadkowych miejscach zaczynają robić się prześwity.

Tym razem konkurencja z Essence zdecydowanie zostawiła Golden Rose w tyle...

niedziela, 15 stycznia 2017

Essie, Apres-chic

Kolejna błyskotka ;)

Lakier pochodzi z zestawu pięciu miniaturek (5 ml każda) Essie, który dorwałam w Tk Maxx za 9,99 funtów.
Kolor: srebro
Wykończenie: foliowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: wąski i mały
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Zmywanie: gorsze niż lakierów kremowych, ale łatwiejsze niż w przypadku brokatów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach trzydniowa



This nail polish comes from a five-piece set , which I bought in Tk Maxx for Ł9.99.
Colour: silver
Finish:foil
Consistency: just right
Brush: small and narrow but manageable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: harder than with cream finish, easier than with glitter polishes
Durability: 3 days on my soft nails

piątek, 13 stycznia 2017

Rozczarowania 2016 roku.

W ubiegłym roku nie obyło się bez rozczarowań, choć mam wrażenie, że jest ich mniej niż w latach poprzednich. Chyba jestem rozsądniejsza w swoich wyborach. No ale że niewypałów całkowicie wyeliminować się nie da, oto one.

Pielęgnacja

L'Oreal Elvive, Extraordinary Oil, nourishing leave-in cream (klik)

Nie odpowiadało mi w tym produkcie nic. Po pierwsze, tak lejącego w konsystencji kosmetyku nie powinno pakować się do tubek, z których na bank się wyleje, bo nie ma innej opcji. Po drugie, okropny zapach ne umila stosowania, choć na to można by przymknąć oko, gdyby produkt działał. A nie działa -  nie nawilża, nie odżywia, nie wygładza, nie dodaje blasków, nie chroni końcówek. Wręcz pogarsza sytuację.


L'Oreal Nutri-Gold, krem pod oczy (klik)

W moim odczuciu ten krem ma tylko dwa atuty - luksusowe opakowanie oraz fakt, że nie roluje się pod korektorem. Poza tym wypada słabo. Przez to, że jest bardzo zbity, trudno go zaaplikować bez naciągania skóry pod oczami, a poza tym nie za bardzo działa. Ani nie nawilża dostatecznie, ani po czasie nie zmienia stanu skóry pod oczami na lepsze. Ba! Zimą zauważyłam na rejonach podocznych suche placki, z którymi błyskawicznie poradził sobie dużo tańszy i dużo lepszy krem (serum przeciwzmarszczkowe z pielęgnacyjnych ulubieńców) Avy...


Omorovicza, Queen of Hungary Mist (klik)

Miałam względem tej mgiełki duże oczekiwania, bo to drogi produkt jest. Chciałam, aby okazał się co najmniej tak dobry, jak łagodzący tonik Pat&Rub/Naturativ. Niestety... Kosmetyk mnie podrażniał, powodował pieczenie i wychodził mi po nim na policzki rumień. Poza tym na twarzy zostawał intensywnie świecący się film. Efekt odwrotny od zamierzonego. Miałam również okazję zapoznać się z oczyszczającą maseczką z glinką tej marki i o ile po jej zastosowaniu rumień mi nie wyłaził, a cera była dobrze oczyszczona, to pieczenie, które mi fundowała, było bardzo nieprzyjemne.


Petal Fresh, odmładzający szampon do włosów (klik)

Ten szampon zafundował mi podrażnienie skalpu stulecia. Zaczęło się od nieprzyjemnego uczucia ściągnięcia, potem pojawił się suchy łupież, który następnie przeszedł w łupież tłusty, który przeszedł w łuskę; skalp swędział jak szalony i włosy dużo szybciej przetłuszczały się u nasady. NIGDY więcej.


Pszczela Dolinka, kawa z mlekiem - mydło naturalnie pilingujące (klik)

Nie jest to może bubel, bo dobrze myje skórę, ale zupełnie nie wywiązuje się ze swojego głównego zadania. Miał to być kawowy peeling w mydle, a w rzeczywistości coś tam mnie pomasował przy pierwszej kąpieli, a potem fusy powiedziały ahoj i baj baj, i miałam w rękach zwykle mydło o przeciętnym zapachu. Zawiodłam się bardzo, bo kawowe mydło Lawendowej Farmy to zdzierak fantastyczny! (Teraz, kiedy sama  sobie o nim przypomniałam, koniecznie muszę kupić ponownie)


Bliss, fatgirlslim, serum antycellulitowe i ujędrniające (klik)

Znowuż, nie jest to bubel, bo trochę skórę ujędrnia, ale za tę cenę (około 30 funtów) powinien ujędrniać lepiej - chociażby jak ta dużo tańsza terapia antycellulitowa. Stąd moje rozczarowanie. Nie wspominając, że pakowanie tak wodnistego kosmetyku do słoiczka to jakiś kiepski żart.


Fusswohl, krem zmiękczający do stóp (klik)

Słabo działający śmierdziel. Zajeżdża jak najtańszy cytrynowy płyn do dezynfekcji muszli klozetowej wlany do ubikacji pełnej starej uryny.


Kolorówka

Artdeco, mineral eyeshadow  base (klik

Kosmetyk ma wygodne opakowanie, przyjemną, masełkowatą konsystencję i dobrze podbija kolor cieni. Niestety na moich tłustych, opadających powiekach utrzymuje cienie na miejscu przez około 7 godzin, po czym wszystko zaczyna migrować w załamanie, a ja zazwyczaj noszę makijaż dłużej.


L'Oreal, False Lash Architect Mascara (klik)
U mnie maskary L'Oreal to totalne buble. Za wyjątkiem wersji So Couture mają przekombinowane, trudne we współpracy szczoteczki i przede wszystkim osypują się jak szalone, fundując mi obrzydliwą pandę. Nie, nie, nie.


 L'Oreal, Infallible 24h Matte Powder (klik)

Tak, oczy Was nie mylą, kolejny kosmetyk L'Oreal w tym zestawieniu. Puder-koszmar.  Produkt daje nienaturalne, widocznie pudrowe wykończenie na skórze (nawet nałożony w minimalnej ilości), zbiera się na meszku na twarzy, potrafi zebrać się w porach i podkreśla wszystko, co chciałybyśmy zatuszować (linie, suche skórki). Najgorzej (najciężej) wygląda nałożony załączonym puszkiem; najlepiej (ale wciąż niesatysfakcjonująco) - wilgotnym jajkiem typu Beauty Blender. Spryskanie makijażu mgiełką też nie ratuje do końca sytuacji. Co gorsza, suchość kosmetyku nie przekłada się na realne działanie matująco-utrwalające. Puder coś tam matuje, ale może na jakieś 3-4 godziny, a po wymieszaniu z sebum robi na twarzy efekt ciasta. I nie utrwala makijażu, co doskonale widać chociażby po telefonie.

Ogólnie to z L'Orealem sprawa u mnie jest taka: ich pielęgnacja to w moim przypadku w większości rozczarowania (lubię micela z serii Ideal Soft oraz różowy szampon i odżywkę Elseve - i to by było na tyle), a w kolorówce albo natykam się na hity, albo na buble - nic pośrodku. Sprawia to, że kompletnie nie mam zaufania do tej marki, choć czasem coś się do mnie uśmiechnie z szafy z kolorówką (na pewno nie maskary i raczej nie cienie).


Lovely, kiss kiss lips (klik)

Beznadziejny błyszczyk o tandetnym opakowaniu, które pękło mi w trakcie używania, obrzydliwym, chemiczno-landrynkowym zapachu i z małą gąbeczką, która nabiera niewystarczającą na jedną aplikację ilość kosmetyku. Poza tym mazidło jest lepkie, a na złączach warg powstaje nieestetyczna biała linia. Fuj.

Dużym rozczarowaniem roku jest dla mnie nowa polityka Wibo/Lovely. Kiedyś była to jedna z moich ulubionych polskich marek w kwestii kolorówki, zwłaszcza lakierów do paznokci. Ich obecne działania obserwuję z ogromnym niesmakiem. Chamskie kopiowanie (łącznie z  opakowaniami i nazwami) na ogromną skalę bestsellerów takich marek jak Too Faced, Urban Decay, NARS, Kylie Jenner, a nawet Sleek, oraz przeniesienie produkcji z Polski do Chin z jednoczesnym podniesieniem cen sprawiło, że kompletnie straciłam dla marki szacunek i nie będę tego postępowania wspierać zakupami. Najgorsze jest to, że póki będzie popyt, póty takie praktyki będą kwitnąć, a ja tam sobie mogę kwękać.


Lakiery Zoya. Mam dwa (klik) i niestety - choć kolory piękne, to skubańce w ogóle nie chcą na mnie schnąć (a raczej - zajmuje im to kilka godzin), nawet przy asyście wysuszacza :(


Inne

Ostatnim moim rozczarowaniem roku jestem ja, a raczej moja niemożność wprowadzenia zmian żywieniowych. W październiku 2015 roku uznałam, że chcę schudnąć 10 kg i wrócić do wagi, w której dobrze się czułam. Dałam sobie na spokojnie rok i zaczęłam regularnie i bez wymówek ćwiczyć pięć razy w tygodniu. I ćwiczę (około 40 minut dziennie) - trzy razy w tygodniu HIIT plus ćwiczenia siłowe, w pozostałe dni albo pilates, albo kardio + ćwiczenia siłowe. Uwielbiam ćwiczyć i uwielbiam robić to z kanałem Fitness Blender (gorąco polecam wszystkim, którzy z różnych względów nie mogą zapisać się na siłownię). I co? Moja waga (wraz z dorodnym, obrzydliwym, wyhodowanym po ciąży muffin topem) stoi w miejscu. Nie dlatego, że jestem leniem i nie ruszam wielorybiego tyłka z kanapy, a dlatego, że nie potrafię przestać zajadać stresów słodyczami i przekąskami, nie mówiąc o uzależnieniu od energetyków (w moim przypadku klasyczny binge eating). Mam problem natury psychologicznej i totalny brak silnej woli. Ktoś musiałby dosłownie stać nade mną z batem, żeby chlastać mnie za każdym razem, kiedy sięgam po zakazany owoc. Naprawdę chcę to zmienić, ale nie potrafię. Nie ma dnia, żebym nie uległa chorym nawykom. Codziennie zawodzę samą siebie w tym jednym, a jakże trudnym do wyeliminowania aspekcie. Obiecywanie sobie, że  w 2017 roku będzie inaczej póki co spaliło na panewce :(

czwartek, 12 stycznia 2017

Mollon Pro Nail Lacquer, 84

Piękny lakier Mollon wypatrzyłam na blogu Niecierpka, która znalazła go w jednym z kosmetycznych boxów. Jako że nasza koleżanka nosi tylko hybrydy, dodatek specjalnie jej nie ucieszył, ja za to w tę pędy pobiegłam do sklepu internetowego, gdzie tego konkretnego koloru nie znalazłam, więc zapytałam Agatę, czy nie chciałaby mi odsprzedać swojej sztuki. Od słowa do słowa dostałam ją w prezencie i jestem zakochana *-* Pięknie dziękuję :*

Dostępność: lakier był dodatkiem do kosmetycznego boxa; nie mogę go znaleźć na stronie Mollon :/
Cena: lakiery tej marki kosztują 18 zł
Pojemność: 15 ml
Kolor: srebro z domieszką fioletu o foliowym wykończeniu
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: standardowy, dość wąski
Krycie: do pełnego krycia potrzeba minimum dwóch warstw
Wysychanie: nie sprawdzałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Zmywanie: bez większych problemów
Trwałość: bardzo dobra na moich miękkich paznokciach - 4 dni



Jak już się pewnie zorientowałyście, mam fazę na takie świecidełka, a to jest wyjątkowo ładne :)

wtorek, 10 stycznia 2017

Ulubieńcy 2016 roku - kolorówka.

Dwa wpisy temu było o ulubionej zeszłorocznej pielęgnacji, a dziś opowiem o kosmetykach do makijażu, po które sięgałam szczególnie chętnie w 2016 roku.

Podkład: Amilie mineral cosmetics (formuła matująca i kryjąca) (klik)
 
Krycie można budować za pomocą obu formuł - od lekkiego po średnie, poprzez dokładanie cienkich warstw (choć faktycznie formuła kryjąca kryje troszkę lepiej niż mat). U mnie dwie-trzy cienkie warstwy podkładu to była ilość optymalna. Koloryt skóry był ujednolicony i choć niedoskonałości przebijały (co z powodzeniem można przykryć korektorem), całość wyglądała naturalnie, a o to mi chodziło, bo nie jestem zwolenniczką tynkowania twarzy i przeraża mnie lansowany w Internecie sposób nakładania podkładów w ilości pół butelki na raz. Na mojej twarzy podobały mi się oba wykończenia. Formuła matująca dawała efekt bardzo naturalnego, rozświetlonego matu, a kryjąca - ładnej satyny. Co do trzymania sebum w ryzach, w obu przypadkach zaczynałam się wyświecać i czułam potrzebę sięgnięcia po bibułki matujące po około pięciu godzinach po aplikacji. Po małych poprawkach cera wyglądała ładnie przez kolejne kilka godzin. W ostatecznym rozrachunku moja skóra po całym dniu z Amilie wyglądała lepiej i bardziej świeżo (na ile to możliwe) niż z większością podkładów drogeryjnych. W ogóle mimo iż wiem, że minerały znacznie bardziej mi służą niż podkłady w płynie, to i tak ciekawość nieustannie pcha mnie do testowania tych drugich. Czy to nie jest nienormalne?


Korektor: Catrice, Liquid Camouflage, 010 Porcellain (klik)

Rok 2015 przyniósł mi same korektorowe porażki, ale w ubiegłym roku poznałam dwóch fajnych zawodników, choć to Catrice uzyskał pierwsze miejsce. Jest wydajny (nakładany oszczędnie, nie na niemal całą twarz grubą warstwą jak podkład - znowu pieję do "trendów"), ma ładny, jasny kolor i przede wszystkim dobrze kryje moje podoczne zasinienia bez wysuszania i obciążania skóry w tych okolicach. Poza tym nadaje się również do kamuflowania niedoskonałości. 



Brwi: Catrice, Eyebrow Set (klik)

Cienie mają idealnie do mnie pasujące, chłodne kolory. Dzięki dodatkowi wosku delikatnie utrwalają włoski, więc nie czuję potrzeby używania dodatkowego żelu do brwi. Dołączony pędzelek wbrew pozorom dobrze się spisuje do aplikacji produktu, a za pomocą szczoteczki wygodnie wyczesuje się nadmiar.


Puder brązujący: The Body Shop, brozning powder, 02 fair matte (klik)
Nie skłamię, jeśli powiem, że konturuję się tym produktem niemal codziennie od około 3 lat. Jest bardzo wydajny, ale już go kończę. Ma piękny, biszkoptowy, doskonale do mnie pasujący odcień, którym nie da się zrobić sobie krzywdy. Daje bardzo subtelny efekt, i o to mi chodzi. Był też we wcześniejszych ulubieńcach.


Róż: róż z paletki Pupa Rose (klik)

Róż ten pojawia się w ulubieńcach roku chyba po raz trzeci. Jest bardzo wydajny - sięgam po niego przynajmniej 3-4 razy w tygodniu, a wciąż mam około 1/3 produktu. Piękny kolor - kocham takie eleganckie brudaski, które dosłownie do wszystkiego pasują, i odpowiada mi matowe wykończenie. Róż idealny. 

Dość często sięgałam też po róże The Balm, ale to Pupa zdecydowanie miała u mnie wiodącą pozycję.


Baza pod cienie: Rival de Loop Young, eyeshadow base (klik)

Baza pojawiła się już w ulubieńcach 2013 roku. Mam kolejny słoiczek i nadal jest tak samo świetna - wszystkie cienie, tańsze i droższe, trzymają się  na niej bez większych zmian do demakijażu.


Cienie: Zoeva, Naturally Yours (klik)

Moja ulubiona "chłodniejsza" paletka ubiegłego roku (a przy tym nadal ulubiona paleta Zoevy, choć Blanc Fusion depcze jej po piętach). Cienie są świetnie napigmentowane, mają piękne odcienie, łatwo się z nimi pracuje, a jedynym problemem jest tendencja do lekkiego osypywania.


Sigma, Warm Neutrals (klik)

A to ukochana paletka ciepła. Cienie są doskonałej jakości i genialnie się z nimi pracuje, choć też lekko się osypują.


Kredka: Maybelline, master smoky shadow-pencil, Smoky Chocolate (klik)

Idealny kolor, dobra trwałość, przyzwoita pigmentacja i łatwość roztarcia uczyniły z niej mój ubiegłoroczny must-have.


Avon, superSHOCK gel eyeliner pencil, Bronze (klik)

Boski kolor brązowego złota - wykończyłam do cna.


Maskara: Maybelline Lash Sensational (klik)
Ubiegłoroczne odkrycie. Nadawała moim rzęsom objętości, wydłużała je i podkręcała - po prostu upiększała je bez żadnych efektów ubocznych typu osypywanie się. Niestety dość szybko gęstnieje.


Pomadki

Kocham pomadki, więc pokażę Wam kilka, które sobie szczególnie upodobałam - głównie ze względu na piękne odcienie i przyjemność noszenia (tj. brak wysuszania). Króluje wykończenie matowe, ale czy to jest dla kogokolwiek jakieś zaskoczenie?
Golden Rose, matte lipstick crayon 11 (klik)


 Golden Rose, matte lipstick crayon 17 (klik)


Kobo, matte lips, 409 Rare Red (klik)

I rodzynek - dobrze nawilżająca hybryda koloru i balsamu odżywczego o ładnym, twarzowym, do wszystkiego pasującym kolorze; kosmetyk mieszka w mojej torebce i wszędzie go ze sobą zabieram. Idealny kiedy usta potrzebują dawki nawilżenia i otulenia. Soap & Glory, Sexy Mother Pucker Gloss Crayon, Fuchsia-Ristic (klik)


Lakiery do paznokci

Najczęściej przeze mnie noszone w ubiegłym roku to:
Colour Alike, 7 Oriental Red (klik) - mam go już na wykończeniu

Essie, Watermelon (klik)

Wibo, Glamour Sand 2 (klik) - został już przeze mnie zdenkowany
Miss Sporty, Clubbing Colors 320 (klik) - mój odcień wakacyjny; została go może 1/3 w butelce

Chyba widać, że lata nie lecą wstecz... Stonowany róż, stonowane cienie, wyraziste pomadki, głównie czerwienie i fuksja na paznokciach - tak, widać, że stuknęła mi trzydziecha, ha ha ;)

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Barry M, Molten Metal Nail Paint, Bronze Bae

Ostatnio mam fazę na błyskotki. Kiedy więc wypatrzyłam ten lakier w szafie Barry M, nie mogłam nie zabrać go ze sobą. Nie żałuję; jest piękny <3

Dostępność: Boots, Superdrug
Cena: 3,99 funtów
Pojemność: 10 ml
Kolor: stare złoto
Wykończenie: foliowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: względnie szeroki, ścięty na półokrągło - bardzo wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich paznokciach bardzo dobra - 4 dni



Availability: Boots, Superdrug
Price: Ł3.99
Volume: 10 ml
Colour: rose gold
Finish: foil
Consistency: just right
Brush: quite broad with rounded sides - very comfortable
Coverage: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: very good - 4 days on my soft nails

sobota, 7 stycznia 2017

Ulubieńcy 2016 roku - pielęgnacja.

Wpisy o ulubieńcach roku  należą do moich ulubionych. Bardzo lubię dowiadywać się, co zachwyciło koleżanki sprzed drugiej strony monitora - zwłaszcza jeśli mają podobną cerę do mojej czy zbliżone upodobania w kwestii kolorówki. Sama zatem, tradycyjnie już, wyławiam dla Was creme-de-la-creme mojej ubiegłorocznej pielęgnacji.


Włosy

Szampon: Isana med 5% Urea (klik)

Nie mogę nie wyróżnić perełki Isany  w wersji z 5% mocznika. Kosmetyk dobrze domywa włosy (po użyciu wskazana odżywka), a przy tym nie podrażnia mojego skalpu, a wręcz pomógł mi uporać się z łupieżem i niemożebnym swędzeniem, czyli spustoszeniem dokonanym przez kolegę z Petal Fresh. Poza tym nie ma wpływu na czas świeżości włosów (ja swoje myję co drugi dzień), nie obciąża ich, subtelnie pachnie - a to wszystko za jakiegoś piątaka. Zużyłam kilka butelek.


Odżywka: L'biotica Biovax, odżywka bambus&olej z awokado

Odkryłam ją wiosną zeszłego roku. Ta konkretna wersja bardzo służy moim włosom - są po niej gładkie, przyjemne w dotyku i ślicznie lśnią. Zużyłam dwie albo trzy tubki. Kosmetyk polski.


Włosowe pogotowie: Elfa Pharm, Intensive Hair Therapy, serum łopianowe przeciwko wypadaniu włosów (klik)

Ten przyjemnie, ziołowo pachnący płyn podano nam w bardzo wygodnej formie mgiełki ze sprawnie działającym atomizerem. W moim przypadku "zrobił robotę", czyli ograniczył wypadanie włosów z nadmiernego do normalnego i lekko przyspieszył ich wzrost. Kosmetyk polski.


Pielęgnacja twarzy

Tonik: Pat & Rub soothing toner (obecnie pod szyldem Naturativ) (klik)
Jest to świetny kosmetyk począwszy od funkcjonalnego opakowania, przez przyjemny różano-lawendowo-ziołowy zapach, po rzeczywiste kojąco-nawilżające działanie. Kosmetyk polski.



Krem pod oczy: Ava, Professional Home Spa, Age Control, Przeciwzmarszczkowe serum pod oczy (klik)

Kosmetyk towarzyszył mi w pielęgnacji nocnej przez 8 miesięcy, bo na tyle wystarczyła mi tubka o pojemności 50 ml. Zawiera peptydy, a moje rejony podoczne muszą je lubić, gdyż podczas stosowania serum (u mnie raczej podocznej maski na noc)  moja skóra pod oczami zrobiła się gęstsza, elastyczniejsza i była dobrze nawilżona. Kosmetyk polski.


Serum: Filorga, C-Recover, Radiance boosting concentrate (klik)

Produkt ten z rozrzewnieniem wspominam jako prawdziwego cudotwórcę. Serum ma postać rzadkiego żelowego mleczka i przyjemnie, kwiatowo pachnie. Tuż po aplikacji twarz robi się przyjemnie gładka, nałożony na serum filtr nie roluje się pod palcami, a skóra jest doskonale przygotowana pod makijaż. Pięciotygodniowa kuracja odmieniła skórę mojej twarzy nie do poznania.  Przede wszystkim była tak rozświetlona, że nie widać było mojego niedosypiania. Poza tym naskórek zrobił się gęstszy, bardziej napięty i przyjemnie gładki w dotyku. Dzięki temu, że pory maksymalnie się zwęziły, bardzo poprawiła się faktura mojej skóry, a makijaż aplikował się i wyglądał cudnie. Dalej, świeże przebarwienia i blizny po wypryskach wyraźnie zbladły, niektóre zniknęły całkowicie. A to jeszcze nie wszystko! Kuracja musiała wpływać na wzmocnienie naczyń krwionośnych, bo w trakcie kuracji nie doszły mi nowe teleangiektazje, a i rumień nie dawał mi się tak mocno we znaki. Cera zyskała ładny, wyrównany koloryt.


Filtry przeciwsłoneczne: Pharmaceris, nawilżający krem ochronny do twarzy SPF 30 oraz hydrolipidowy krem ochronny SPF 50+ (klik

Jakkolwiek uwielbiam matujące filtry pięćdziesiątki od Vichy i La Roche-Posay, w ubiegłym roku miałam okazję poznać dwie propozycje rodzimej produkcji i byłam nimi bardzo pozytywnie zaskoczona. W dużym skrócie, trafiłam na bardzo przyzwoite, polskie kremy z filtrem, które chronią, nie zapychają, nie bielą nadmiernie, nie są tłuste i nadają się pod makijaż. Mnie więcej nie potrzeba.


Micele: Bielenda, Kolagenowe Odmłodzenie i Kojąca Woda Różana 

Jak już wielokrotnie wspominałam, micele stanowią drugi etap mojego demakijażu. Najpierw wszystko rozpuszczam olejkiem hydrofilnym (kocham te z BU i E-naturalnie), potem poprawiam wodą micelarną. Moim zdaniem wymienione przeze mnie propozycje Bielendy zasługują na wyróżnienie ze względu na ciekawe jak na kosmetyki drogeryjne składy zawierające m.in. niacynamid, kolagen, kwas hialuronowy czy pantenol. Są skuteczne, delikatne i łatwo dostępne, a wersja różana z powodzeniem zastępowała mi też tonik. Produkt polski.


Serum olejowe: Decleor, Aromessence Ylang Ylang purifyng serum (klik)

W pielęgnacji nocnej niezmiernie chętnie sięgam po olejki. Ten z Decleor wspominam szczególnie miło ze względu na przepiękny zapach szałwii, rozmarynu, cytryny i lawendy. Serum było względnie nietłuste i bardzo przyjemnie nawilżało i wygładzało moją skórę.


Krem: Evree, Magic Rose, upiększający krem do twarzy

Kolejna polska propozycja, po którą bardzo chętnie sięgałam w pielęgnacji nocnej. Moja cera świetnie na niego reagowała - budziłam się z dobrze nawilżoną, nieobciążoną skórą. Krem bardzo ładnie uspokajał ewentualny rumień i wyciszał grę naczynek.


Peeling enzymatyczny: Cell Fusion C, Papaya Granule Peels (klik)

Peeling ma bardzo ciekawą formę proszku złożonego z niewielkich granulek. Należy zmoczyć dłonie i twarz wodą, po czym nabrać porcję kosmetyku i zabrać się do mycia twarzy. Granulki bardzo szybko się rozpuszczają tworząc przyjemną piankę. Kosmetyk jest niesamowicie łatwy i nieproblematyczny w obsłudze - wystarczy jedynie przez kilka chwil pomasować twarz uzyskaną pianą, by po jej spłukaniu cieszyć się lekko złuszczoną, oczyszczoną, gładką, ukojoną skórą, która przy tym nie jest obdarta z warstwy hydro-lipidowej. Nie wiem, jak to działa, ale działa.


Pielęgnacja ciała, dłoni i stóp

Antyperspirant: Rexona, Maximum Protection (zdjęcie pochodzi stąd)
Przez bardzo długi czas byłam wierna kulkom Dove, aż w końcu po przeczytaniu notki jednej z  moich ulubionych blogerek zdecydowałam się na wypróbowanie czegoś nowego. Antyperspirant Rexony kupił mnie tym, że nie tylko daje mi kilkunastogodzinny komfort nieśmierdzenia potem i braku mokrych plam (chyba że w ekstremalnych upałach), ale też tym, że ładnie cytrusowo pachnie i uwalnia ten zapach przez długie godziny. Wiele razy byłam zdziwiona, że aplikowałam kosmetyk rano, a kilkanaście godzin później podczas fitnessu wciąż ten zapach od siebie czułam. Będę temu produktowi długo wierna.


 Evree, regenerujące serum do paznokci

Przy problematycznych dłoniach i skórkach warto mieć zaufane serum do skórek i paznokci. Znalazłam je w propozycji Evree. Olejek odpowiada mi pod każdym względem - ma przepiękny skład, wygodne opakowanie i regularnie stosowany rzeczywiście nawilża skórki i paznokcie. Mały geniusz; produkt polski.


Isana, krem do rąk 5& Urea (klik)

Mocznikowa Isana od lat pozostaje moim numerem jeden. W 2016 roku nic tego kremu nie przebiło. On dosłownie ratuje moje dłonie od przesuszu, czy jak zdarzy mi się egzema. Jest niezastąpiony; na przestrzeni kilku ostatnich lat zużyłam mnóstwo tubek i choć produkt kilkakrotnie zmieniał zapach to działanie trzyma poziom.


SheFoot Laboratories, złuszczająca maska do stóp (klik)

Złuszczające skarpety są w moim przypadku niezbędnikiem, gdyż mam szybko rogowaciejące pięty i palce. W ubiegłym roku kilkakrotnie sięgnęłam po produkt SheFoot i za każdym razem byłam bardzo zadowolona. Naskórek złuszczał się względnie szybko i przede wszystkim grubą warstwą, na czym mi najbardziej zależy. Produkt polski.


FussWohl, peeling do stóp 
Zdjęcie pochodzi stąd. Nie ma pielęgnacji problematycznych stóp bez częstego peelingu. Do momentu, kiedy był dostępny produkt Evree, to głównie jego się trzymałam. Kiedy zniknął, przerzuciłam się na kosmetyk FussWohl za piątaka z Rossmanna, bo porządnie ściera, a przy tym dzięki kremowej bazie jest przyjemny w użyciu. Stosuję go zawsze na suche stopy; na mokrych nie daje aż tak mocnego złuszczenia. Zużyłam kilka tubek.


Evree, Max Repair, regenerujący krem do stóp do skóry bardzo suchej i szorstkiej (klik); FussWohl, Krem intensywwnie nawilżający gliceryna i wosk pszczeli 10% mocznika (klik)



Tak jak moje dłonie, moje stopy kochają mocznik, a te dwa kremy zawierają ten składnik w przyzwoitej ilości. Oba produkty dobrze nawilżały i natłuszczały skórę stóp i pomagały nieco spowolnić proces rogowacenia pięt. Miałam już w swojej karierze wieeele kremów, które nie robiły nic, więc te dwa gagatki zdecydowanie wybijają się na ich tle. Co ciekawie, dwa inne kremy FussWohl, z którymi miałam do czynienia (krem zmiękczający i krem z łojem jelenia), okazały się bardzo kiepskie.

Ciekawe, jakie perełki przyniesie rok 2017 :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...