wtorek, 15 sierpnia 2017

Pharmaceris, Fluid Matujący Zwężający Pory (01 Ivory) oraz Fluid Ochronno-Korygujący (01 Ivory)

Hexxana, jakiś czas temu przedstawiała na swoim blogu dwa podkłady Pharmaceris (klik). Poprosiłam przy tamtej okazji Asię o odlewki, bo chciałam sprawdzić, jak te produkty zachowałyby się na mojej wciąż tłustej, trzydziestoletniej cerze. Zamiast odlewek dostałam prawie pełne opakowania (szalona kobieto :*)! Po początkowej inspekcji okazało się, że najjaśniejsze odcienie są dla mnie za ciemne, więc zrobiłam sobie solidne odlewki do testów, a resztę podesłałam koleżance o ciemniejszej karnacji. Dzisiaj podsumuję spotkanie z fluidami Pharmaceris.

Daleko mi do zachwytów.

Zacznijmy jednak pozytywnie. Opakowania kosmetyków może i nie cieszą specjalnie oka, ale są higieniczne, lekkie i funkcjonalne. Mazidła wydobywamy za pomocą sprawnie działających pompek.


Listę zarzutów mam jednak dłuższą... Najbardziej oczywisty to oczywiście odcienie. Bo ja znam wieeele Polek (sama zresztą się do tej grupy zaliczam), dla których widoczne wyżej najjaśniejsze kolory byłyby za ciemne. Zwłaszcza fluid matujący jest ciemny i żółty, i robił mi na twarzy kurczaka. Byłam zmuszona mieszać go z białym podkładem. Fluid ochronno-korygujący wypadał na twarzy jaśniej i aż tak nie odznaczał się od szyi.

Oba podkłady mają gęstą, ciężką konsystencję. Nakładane palcami i pędzlem robiły mi na twarzy maskę widoczną z kilometra, osiadały na meszku, właziły w pory i generalnie na pewno nie upiększały. Dużo lepiej wyglądały zaaplikowane Beauty Blenderem.

Oba mają dość lekkie krycie, którego niestety nie mogłam budować. Moja skóra tolerowała niewielkie ilości podkładów; jeśli nałożyłam za dużo mililitrów na twarz bądź próbowałam budować krycie przez dokładanie warstw, nawet po przypudrowaniu wszystko szybko zaczynało spływać i ciastkować się.

A oto kurczak, który się ze mnie robił po aplikacji fluidu matującego:

 
Chwilę po wklepaniu podkładu jajkiem twarz miała całkiem ładne, satynowe wykończenie, ale nie trwało to długo. Moja skóra szybko zaczynała produkować sebum pod tym fluidem i już po trzech, góra czterech godzinach świeciłam się jak córa króla smalcu. Oczywiście po przypudrowaniu. Po kolejnej godzinie-dwóch podkład zaczynał się miejscami ciastkować, warzyć i włazić w pory. Nic przyjemnego...


Flud ochronno-korygujący wyglądał i zachowywał się na mojej twarzy nieco lepiej:


Już mnie tak bardzo nie zażółcał i miał ładne, satynowe wykończenie. Tutaj też po czterech godzinach skóra była gotowa na bibułki matujące, ale sebum było mniej niż w przypadku wyżej opisanego kolegi. Ten zawodnik nie miał tendencji do warzenia się, ciastkowania czy zbierania w porach, więc okazał się lepszy od wersji matującej, ale też nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała do niego wrócić. A poza tym podejrzewam go o zapychanie, bo za każdym razem kiedy sięgałam po niego przez 3-4 dni pod rząd, witałam na twarzy nowe bomby (co też widać na zdjęciach). Dodam, że od lat stosuję kilkuetapowy demakijaż, więc nie była to kwestia niedoczyszczenia przeze mnie skóry.

Jestem na nie. Mam nadzieję, że Justyna jest bardziej ode mnie zadowolona...

Znacie? Macie lepsze od moich doświadczenia z tymi fuidami?

sobota, 12 sierpnia 2017

Lawendowa Farma, mydła Kropla Rosy, Miód z Lawendą oraz Płatki Róży

Przy okazji uzupełniania zapasów mojego najukochańszego peelingu kawowego wszechczasów - czyli mydła Kawa z Cynamonem (klik) Lawendowej Farmy, skusiłam się również na miniatury trzech innych mydeł, ot dla wypróbowania.

Wszystkie zużyłam pod prysznicem do mycia skóry ciała, która to jest normalna w kierunku suchej. Od mydełek wiele nie oczekuję - chcę aby umilały kąpiel ładnym zapachem i nie wysuszały skóry.



Mydło Kropla Rosy nie zrobiło na mnie szczególnego wrażenia. Miało bardzo delikatny, ziołowo-kwiatowo-lawendowy zapach, zawierało masujące (nie ścierające!) płatki owsiane i niestety dość mocno wysuszało mi skórę.



Mydło Miód z Lawendą mogę opisać jako przyjemne. Zawierało w sobie drobinki owsa, ale nie dawały one efektu złuszczającego. Kostka delikatnie pachniała lawendą z goździkami, ładnie się pieniła i dobrze myła skórę, ale po kapieli koniecznie musiałam wysmarować się balsamem/olejkiem, bo skóra była ściągnięta.



Płatki Róży było moim faworytem z całej trójki. Pięknie pachniało różami i nie wysuszało mi skóry. Mogłam od czasu do czasu pominąć aplikację balsamu/olejku. Ogólnie naprawdę uprzyjemniało kąpiel.

Znacie Lawendową Farmę?

wtorek, 8 sierpnia 2017

Zoya, Jacqueline

Lakier dostałam w prezencie od Kasi :* Zaskoczył mnie dwukronie: z pomocą wysuszacza wyschnął w "normalnym" czasie (inne posiadane przeze mnie Zoye potrzebują kilku godzin na całkowite wyschnięcie) i okazał się kryjący (patrząc na butelkę myślałam, że będzie "frenczowy").

Pojemność: 15 ml
Kolor: żółtawy beż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: w sam raz, ale lakier mocno smuży (normalne przy tego typu odcieniach)
Pędzelek: klasyczny
Krycie: ponieważ lakier smuży podczas aplikacji, nie obędzie się bez przynajmniej dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen, Insta-Dri)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich paznokciach dwudniowa




This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 15 ml
Colour: yellowish beige
Finish: cream
Consistency: normal
Brush: classic
Opacity: you need at least two coats
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2 days on my soft, weak nails

piątek, 4 sierpnia 2017

Zdobycze lipca.

W lipcu nic kosmetycznego za własne pieniądze nie kupiłam, ale przyjaciele w podzięce za pewną przysługę podarowali mi kartę podarunkową do drogerii Boots. Więc poszłam i się rozpieściłam ;)

Na kosmetyki Soap&Glory była promocja 3 za 2. Jako że uwielbiam ich żele pod prysznic, wzięłam dwa nieznane sobie jeszcze warianty, a do nich dobrałam peeling do ciała. Foamous już towarzyszy mi pod prysznicem i jestem tym kosmetykiem zachwycona - cudownie pachnie i zostawia skórę po kąpieli komfortowo nawilżoną. Peeling natomiast bardzo ładnie ściera naskórek i również nawilża skórę, ale wygląda i pachnie jak owsianka, a ja nie wiem, czy lubię pachnieć owsianką. Chyba nie do końca...

Na tym miały się skończyć moje zakupy, ale niedaleko kasy stała szafeczka z kosmetykami Benefit w wersji podróżnej, czyli objętościowo zmniejszonymi o połowę. Idealna okazja na przetestowanie nieznanych sobie, a interesujących mazideł, toteż długo, jak na kosmetykoholiczkę przystało, się nie zastanwiałam...


Pięć rzeczy, więc w miarę skromnie ;)

środa, 2 sierpnia 2017

Podsumowanie zużyć lipca.

W lipcu moja doba była zdecydowanie za krótka i miałam niewiele czasu dla siebie. Aż dziw zatem, że zużyłam wszystko, co Wam zaraz pokażę.

Zacznijmy od kolorówki i perfum:
 

Przez cały lipiec pryskałam się końcówką bardzo przyjemnych perfum Flora by Gucci w wersji Glorious Gardenia (klik). Lubiłam tę kompozycję. Po ponad roku zużyłam w końcu "mineralną" bazę pod cienie Artdeco (klik). Była średniakiem i nie tęsknię za nią. Trochę tęsknię natomiast za maskarą tej marki, All In One Panoramic Mascara (klik). Świetny tusz, który nadawał moim rzęsom zauważalnej objętości. "Wyszła" mi też odsypka cienia mineralnego Miami Taupe z Lily Lolo (klik). Taki typowy nudziak na dzień do  makijażu typu makeup no makeup. Niezobowiązujący makijaż czasem nie obejdzie się bez niezobowiązującej, bezpiecznej pomadki. Taką była Maybelline Color Whisper w odcieniu 120 Petal Rebel (klik). A jeśli chodzi o bibułki matujące, KOCHAM różowe Theatric i mam kolejne opakowania w zapasie.


Kolorówka omówiona, przejdźmy zatem do pielęgnacji:


O zużytych próbkach się nie wypowiem, bo nie zapadły mi w pamięć - czyli nie zrobiły na mnie piorunującego wrażenia. Płyn oczarowy Fitomedu był dobrym tonikiem, ale ze względu na to, że miałam dwa opakowania, a po zużyciu pierwszego mocno mi się znudził, oraz że pompka dawała fajną, obfitą mgiełkę, używałam go podczas porannego makijażu do zwilżania Beauty Blendera. Podkłady troszkę zyskiwały na działaniu nawilżającym, więc byłam ogromnie zadowolona z takiego zastosowania dla tego produktu. Płyn micelarny Bielendy, jak wiecie z poprzedniego posta (klik), sprawdził się u mnie bardzo dobrze. Nie tylko kupuje mnie delikatnością i skutecznością, ale podoba mi się, że producent wzbogacił go o ciekawe substancje aktywne. Balsam do ust Tisane to mój hit. Aplikuję go na noc i budzę się z pięknie nawilżonymi, gotowymi na wszelkie pomadki ustami. Dwa widoczne kosmetyki Skin&Tonic pochodzą z zestawu, który dostałam od kochanej Hexxany. Na pewno opiszę w osobnej notce swoje wrażenia ze stosowania całego pakietu, bo warto. Masełko do demakijażu było bardzo poprawne. Ładnie pachniało eukaliptisem i świetnie rozpuszczało makijaż twarzy. Nie podrażniało oczu i nie powodowało mgły, ale niestety nie radziło sobie z rozpuszczeniem maskary i kresek. Fajnie było poznać ten kosmetyk, ale nie przebił moich ukochanych olejków hydrofilnych. Mgiełka różana tej marki również okazała się przyzwoita; delikatnie nawilżała skórę i gasiła grę naczyń. Różany zapach był nieco "lepki" acz przyjemny. Jedyne, co mi nie pasowało, to atomizer, który pryskał wielkimi kroplami zamiast drobną mgiełką.


Peeling do stóp Fuss Wohl bardzo lubię i kupuję regularnie. Pasuje mi, że to ostry, sproszkowany pumeks w kremowej, nie pieniącej się bazie. Dość regularnie wracam też do fioletowego Lactacydu. Bo lubię. Odżywka do włosów z aloesem i granatem Alterry również nie gości u mnie po raz piewszy ani ostatni. Moje kłaki ją lubią; są po niej nawilżone i błyszczące. Antyperspirant Dove spisał się przeciętnie; dezodorant Crystal stosowałam jedynie na noc i tu się sprawdził. Mydło Płatki Róży z Lawendowej Farmy było bardzo przyjemne. Miało ładny, różany zapach i przynosiło mi radość pod prysznicem. A mydło Kawa z Cynamonem tej samej marki to mój ulubiony peeling kawowy ever (klik). Pięknie pachnie cynamonem i jest bardzo ostre, a do tego nie brudzi brodzika i jest mega łatwe w użyciu. Czego chcieć więcej?


Ta buteleczka po olejku z dzikiej róży z Mazideł zawierała mieszankę tego oleju z Voluplus, który ma ujędrniać i powiększać biust. JEST TO PRAWDZIWY HIT. Jeszcze przed czterema miesiącami moje piersi wyglądały jak baloniki, z których ktoś spuścił powietrze. Dzięki cowieczornemu wcieraniu tego olejku (i pewnie trochę też dzięki ćwiczeniom siłowym na górne partie ciała) biust zdecydowanie odzyskał elastyczność  i jędrność, i już nie zwisa. Jest nieprównywalnie lepiej niż było! Zabieram się za drugą butelkę i jakoś w trakcie jej zużywania popełnię osobną notkę na temat tego cuda. I będę się zachwycać... A poza tym zużyłam również mojego wielkiego ulubieńca do dłoni - mocznikową Isanę, dobry krem do stóp Evree (klik), baaardzo przeciętny krem do rąk Eveline (klik), olejek do ciała Evree slim, który bardzo lubię, bo ładnie nawilża i uelastycznia skórę, a do tego przyjemnie cytrusowo pachnie, oraz serum antycellulitowe Bielendy. Akurat ta wersja była rozgrzewająca i naprawdę dawała czadu na granicy bólu.


***

A poza tym w ubiegłym miesiącu odwiedziła nas rodzina z Karaibów. Siostrzenica mojego faceta lubi makijaż, więc miała ogromną ochotę na przegląd mojej toaletki, co skończyło się tym, że podarowałam jej gromadkę kosmetyków, które bardzo lubiłam, ale ze względu na ilość posiadanej przeze mnie kolorówki, nie siegałam po nie tak często, jak na to zasługiwały. Nowy dom, nowy cel i nowe życie zyskały:
  • paleta In The Balm Of Your Hand od The Balm - mimo iż ją naprawdę lubiłam, rozstałam się z nią, bo posiadam odpowiedniki kolorystyczne niemal wszystkich zawartych w niej cieni i różów, rozświetlacz Mary-Lou mam w palecie Balm Jovi, a bronzer Bahama Mama wyglądał na mnie troszkę zbyt "brudno"
  • paleta Naked 3 od Urban Decay, która troszkę mi podpadła tym, że kolory między sobą za bardzo się na oku mieszały, ale był okres kiedy służyła mi naprawdę dzielnie - za to Em od dawna chciała ją przetestować, więc teraz ma okazję
  • palety Max Factor w wersji 03 Rose Nudes oraz Makeup Revolution Chocolate Vice - obie dobre jakościowo i ładne
  • baza pod cienie Artdeco (wersja słoiczkowa)
  • dwie kredki do oczu Sephory
  • serduszkowy rozświetlacz Makeup Revolution w odcieniu Peachy Pink Kisses - nawet go dobrze nie przetestowałam, ale rozświetlacze nie do końca mnie kręcą, a ten tak pięknie wyglądał na skórze Em...
  • pomadki: Lady Danger od MAC (jak się okazało, idealny odcień czerwieni dla Em, wyglądała w niej fenomenalnie), dwa nudziaki Rimmela z serii Long Lasting (077 Asia oraz 101 by Kate), dwie pomadki Golden Rose z serii velvet matte (10 i 26),  dwie kredki Golden Rose matte lipstick crayon (04 i 10), sławną 03 z serii Longstay od Golden Rose, Vivid Matte Liquid od Maybelline w odcieniu 05 Nude Flush oraz Revlon Ultra HD Matte Lipcolor w odcieniu 600 Devotion
  • około 20 lakierów do paznokci w rozmaitych odcieniach nude takich marek jak Inglot, Me Me Me, Bell, Wibo, Nails Inc, Nars, OPI, Golden Rose

Ta wizyta okazała się doskonałą okazją do declutteringu. Na toaletce zrobiło się sporo miejsca, choć kolorówki nadal nie muszę kupować przez kilka lat do przodu ;) Ale najbardziej się cieszę, że to wspomnanie wyżej stadko będzie w częstszym niż u mnie użyciu i że będzie przynosić komuś radość!

niedziela, 30 lipca 2017

Rzecz o dwóch micelach Bielendy: Kolagenowe Odmłodzenie (regenerujący) oraz Esencja Młodości (nawilżający)

Zdaje się, że jedna z moich ulubionych polskich marek drogeryjnych, Bielenda, ma w ofercie dużo rodzajów płynów micelarnych. I bardzo dobrze, bo co jak co, ale one wychodzą Bielendzie świetnie. Może dlatego, że obok substancji myjących zawierają ciekawe składniki aktywne, łącząc skuteczny demakijaż z działaniem pielęgnacyjnym? Nie wiem, ale w moim przypadku właśnie ten fakt sprawia, iż micele tego polskiego producenta uwielbiam. Pokochałam kojącą wodę różaną, która nie tylko ładnie i delikatnie oczyszcza skórę, ale też zauważalnie ją uspokaja; pokochałam również wersje Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości, na których skupiam się w dzisiejszej notce.


Oba produkty mają postać i konsystencję wody oraz delikatny, przyjemny, nienachalny zapach. Można dostać je między innymi w Rossmannie, gdzie ich niepromocyjna cena wynosi 11,99 zł/200 ml.


Działaniem w zasadzie się nie różnią. Bardzo dobrze wywiązują się ze swojego głownego zadania, czyli usuwania makijażu. Robią to szybko, delikatnie i skutecznie, bez podrażniania skóry twarzy oraz irytowania oczu (o ile nie mamy za mocno nasączonego płatka i nie wlejemy sobie do oka zbyt dużej ilości produktu). Zostawiają na skórze delikatny film, ale nie wysuszają jej i nie powodują dyskomfortu.


Składy na moje laickie oko wydają się interesujące. Zwłaszcza pod kątem substancji aktywnych, takich jak kwas hialuronowy, arganowe komórki macierzyste, hydrolizowany kolagen, mocznik, kwas mlekowy, alantoina, czy niacynamid, których obecność nie jest w micealch dostępnych od ręki tak oczywista.

Ciężko byłoby mi znaleźć jakiekolwiek minusy w tych micelach. Pozostaje mi je serdecznie polecić i kupić ponownie, kiedy będę miała okazję. Macie z nimi jakieś doświadczenia?

piątek, 28 lipca 2017

Evree, Instant Help, krem ratunek dla stóp

Stopy, jak dłonie, mam bardzo wymagające. Może nie są na tyle suche, żeby skóra pękała, ale za to rogowacieją na piętach i dużych palcach w błyskawicznym tempie. Na szczęście wiele kremów z mocznikiem potrafi bardzo pomóc, a krem Evree Instant Help jest jednym z nich.

Kosmetyk dostępny jest m.in. w Rossmannie, a jego niepromocyjna cena to 9,99 zł/75 ml.


Mazidło ma postać gęstej emulsji o bardzo delikatnym zapachu. Nakładam je na noc grubą warstwą na stopy, a ponieważ konsystencję ma gęstą, dość długo się wchłania (u mnie około 20 minut) i zostawia na skórze wyczuwalny film. Co mi nie przeszkadza, bo jak już się kładę do wyrka, spędzam w nim te 5+ godzin. Poza tym jestem ogromnie zadowolona z działania, ponieważ rano skóra jest komfortowo nawilżona, a pięty trochę zmiękczone.  Przy codziennym stosowaniu tarki do stóp w połączeniu z tym kremem pięty mam w stanie  może nie zadowalającym, ale też nie ma tagedii.

wtorek, 25 lipca 2017

Eveline, Argan & Vanilla, luksusowy krem-serum do rąk i paznokci

Ach, och, czego nam tu producent nie obiecuje... A wyszło jak zwykle. Przynajmniej w przypadku moich pustynno suchych dłoni, miękkich paznokci i wiecznie zadzierających się skórek.

Widzicie przymiotnik "lusksusowy" w nazwie? Rodzi się pytanie, co takiego luksusowego może być w kosmetyku za mniej niż 9 złotych, o typowej dla drogeryjnych kremów do rąk formule? To pozłacane opakowanie? Wanilio-podobny zapach?


Krem ma postać słomkowej w odcieniu emulsji i dość szybko się wchłania. I w moim ciężkim przypadku nie spełnia ani jednej obietnicy producenta. Na pewno nie nawilża i nie odżywia na dłużej niż pół godziny, tym bardziej nie intensywnie, wygładza na kilka sekund, nie redukuje szorstkości w najmniejszym nawet stopniu, nie robi najmniejszego wrażenia na skórkach ani paznokciach, nie radzi sobie z przebarwieniami ani troszeczkę.... Po prostu doraźnie znosi uczucie ściągniętej, zbyt małej skóry na krótki okres czasu. I tyle. Eveline ma w ofercie dużo skuteczniejsze produkty do pielęgnacji dłoni...

Znacie? Jaka jest Wasza opinia?

czwartek, 20 lipca 2017

Color Club, The Uptown

Ten przepiękny lakier podarowała mi Hexxana. Nie wiem, jak Asia mogła rozstać się z takim cudem, ale narzekać nie zamierzam ;) Moje zdjęcia nie oddają niestety do końca jego uroku. Aparat oziębił odcień fioletu, polecam więc jeszcze sobie tego gagatka wyguglować.

Pojemność: 15 ml
Kolor: fiołkowy fiolet z czerwono-żółto-zielonymi flejkami
Wykończenie: żelowa baza z flejkami
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: do pełnego krycia potrzeba przynajmniej trzech warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Zmywanie: zaskakująco łatwe



I got this amazing nail varnish from a friend.

Volume: 15 ml
Colour: purple with red, yellow and green flakes
Finish:jelly base with flakes
Consistency:just right
Brush: classic, quite narrow
Opacity: it requires at least three coats
Drying time: not tested (I used Essie good to go quick dry top coat)
Removing:suprisingly easy

poniedziałek, 17 lipca 2017

Efektowne pigmenty: Inglot AMC 84 & 85 oraz MAC Blue Brown

Nie wszystkie lubimy pigmenty czy sypkie cienie. Sięgając po nie można spodziewać się osypywania i bałaganu na twarzy, choć można oczywiście temu zaradzić zaczynając od makijażu oczu. Z drugiej strony kosmetyki w tej postaci mają tę zaletę, że zazwyczaj powalają pigmentacją i potrafią wyglądać na oczach efektownie. Zwłaszcza jeśli towarzyszą im efekty specjalne, np. przechodzenie z jednego koloru w drugi. O takich trzech koleżkach właśnie będzie dziś mowa. Jeśli mam nieco czasu, a chcę wyglądać naprawdę wystrzałowo, sięgam po któryś z nich:


Oczywiście na bazie trzymają się od aplikacji do demakijażu.


Inglot AMC 84



Dostałam to cudo w prezencie od Kasi. Pigment ten nie jest może wyraźnie duochromowy (choć czasem delikatnie mieni się na brąz), ale za to ma przepiękny, nieczęsto występujący w cieniowym świecie, odcień oliwkowego złota o metalicznym wykonczeniu. W połączeniu z matowym brązem w załamaniu wygląda naprawdę szałowo.


Inglot AMC 85



To w tym zestawieniu mój faworyt. Różowy brąz mieniący się na błękit. Nie potrzebuje też dodatkowego towarzysza, bo dobrze roztarty zamienia się w ciepły brąz. Kiedy go noszę, zawsze zbieram mnóstwo komplementów, bo pięknie się skrzy na oczach.


MAC Blue Brown



Bardzo hojną (pewnie wystarczy mi do końca życia) odsypkę tego pigmentu dostałam od Hexxany. Działa na podobnej zasadzie co Inglot 84, ale jest od niego ciemniejszy i cieplejszy. On również dobrze roztarty zmienia się w ciepły brąz, więc nie wymaga wspomagacza w załamaniu.

Przyznam, że nie sięgam po te pigmenty zbyt często, ale jak już mi się zdarzy, zawsze mam ochotę powiedzieć "wow". Sami przyznajcie, że jest czym się zachwycać ;)

środa, 12 lipca 2017

Biochemia Urody, tonik/esencja pielęgnacyjna dla cery naczynkowej i wrażliwej na bazie hydrolatu

Nie wiem, czy pamiętacie, ale bardzo polubilam się z łagodzącym tonikiem Pat & Rub w wersji przed rozwodem P&R i Naturativ. Kilka tygodni po wykończeniu tego łagodząco-nawilżającego cuda postanowiłam sprawdzić, czy zestaw dla cery naczynkowej i wrażliwej (8,80 zł) na bazie hydrolatu z róży damascena (16,90 zł)  z Biochemii Urody mógłby być godnym zamiennikiem. 

O właściwościach hydrolatu możecie szerzej poczytać tutaj. Moja naczynkowa cera bardzo go lubi.

Po zmieszaniu wszystkich składników zestawu dla cery naczynkowej i wrażliwej otrzymałam słomkowy płyn o ładnym, różanym zapachu. Przelewałam go sobie porcjami do butelki z atomizerem, bo wolę sobie spryskiwać twarz tonikiem niż wylewać go na wacik, gdzie jego część się siłą rzeczy zmarnuje. Butelka specyfiku wystarczyła mi na około 4,5 miesiąca stosowania dwa razy dziennie.


Tonik może nie okazał się w ogólnym rozrachunku lepszy od wspomnianego we wstępie produktu, ale to nie znaczy, że się z nim nie polubiłam. Bynajmniej. Uważam, że jest naprawdę świetny. Bardzo go doceniam za delikatne działanie nawilżające i zauważalne łagodzenie gry naczyń. O to mi chodziło. Działania antyoksydacyjnego i przeciwzmarszczkowego siłą rzeczy stwierdzić nie mogę, ale silnie w nie wierzę. 

Oczywiście kosmetyk mnie nie podrażniał, nie zapychał, ani nie szczypał w oczy. Wróżę nam wielkrotne spotkania w przyszłości, bo produkt w pełni spełnia moje oczekiwania.

sobota, 8 lipca 2017

Color Club, Fashion Addict

Uwielbiam holosie, a Hexxana niedawno podesłała mi bardzo przyjemnego przedstawiciela tej kategorii.

Pojemność: 15 ml
Kolor: pastelowy lilak o holograficznym wykończeniu
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie, good to go)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia




I love hoographic nail polish. I got this one from a friend.
  
Volume: 15 ml
Colour: holographic lilac
Consistency:just right
Brush: classic, quite narrow
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Essie good to go quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: two days on my soft, weak nails

środa, 5 lipca 2017

Zdobycze czerwca część druga: zakupy z Polski.

Będąc w czerwcu w Polsce zrobiłam ogromne zakupy kosmetyczne. Raz, że  nie wiem, kiedy będę w kraju ponownie (na pewno pod koniec roku, a czy wcześniej się uda - nie wiadomo), a dwa - takie rzeczy jak filtry do twarzy i kremy do rąk są u mnie w ciągłym użyciu i nie zalegają za długo. Lato to idealna pora na zaopatrzenie się w filtry na cały rok, bo po sierpniu ciężko już je dostać. Poza tym postanowiłam w końcu wcielić w życie plan wypróbowania niektórych kosmetyków Sylveco i Vianek.

Najpierw w doborowym towarzystwie (:*) zrobiłam nalot na Hebe:





Potem na Naturę:





A na końcu na Rossmanna:



Niektóre rzeczy, takie jak żel pod prysznic, balsam do ciała, tonik, micel, antyperspirant zostawiłam u rodziców na przyszłe przyjazdy ;)

poniedziałek, 3 lipca 2017

Zdobycze czerwca część pierwsza: kosmetyczne prezenty urodzinowe.

W czerwcu skończyłam 31 lat. Jak ten czas leci! Bliskie mojemu sercu Dziewczyny postanowiły mnie z tej okazji maksymalnie rozpieścić. Nie przesadzam, zostałam obsypana prawdziwymi luksusami, na które sama nie mogłabym sobie bez wyrzutów sumienia pozwolić. Kochane, jeszcze raz bardzo, bardzo Wam dziękuję :*

Oto niesmowita niespodzianka od Kasi, która niepostrzeżenie wyłapuje moje marzenia z naszych ploteczek:


Po pierwszych testach jestem w  palecie Tarte zakochana, ale dlaczego opowiem Wam za jakiś czas w osobnym wpisie.

Słomka i Stri-linga natomiast postanowiły maksymalnie dopieścić skórę mojej twarzy:


Zestaw EL czeka na jesień, żeby się wykazać. Latem kosmetyki mają łatwiej, może nawet za łatwo ;)


Prezent od Hexxany, na bogato i z iście ułańską fantazją:






Wszystkie trzy pędzle na razie sprawują się bez zarzutu, perfumy Si kupiły mnie od pierwszego niuchnięcia, na Narsa i miniatury szminek nie mogę się napatrzeć, a Skin & Tonic mają po pierwszych testach ogromną szansę, by mnie w sobie rozkochać.


Na sam koniec Justyna zaskoczyła mnie takimi cukierasami:


Użyłam póki co cieni i pomadki raz, i nie miałam zastrzeżeń. Pomadka nosiła się bardzo komfortowo, a do tego ma ciekawy rdzawy odcień i nie przypomina niczego z mojej toaletki.

No i mi powiedzcie, czy te moje kochane Dziewczyny nie powariowały? Tyle cudownych nowych zabawek!!!

sobota, 1 lipca 2017

Podsumowanie zużyć czerwca.

W czerwcu zużyłam zdecydowanie mniej kosmetyków niż w poprzednich miesiącach. Czasem wszystko kończy się na raz, a czasem nie kończy się prawie nic ;)

Zacznijmy od pielęgnacji


W butelce od hydrolatu różanego tak naprawdę miałam tonik do cery naczynkowej tej marki, którego bazą był wspomniany hydrolat. Teraz Biochemia Urody zestawy te nazywa esencjami. Jak zwał, tak zwał, z toniku byłam niezmiernie zadowolona i poświęcę mu osobną notkę. Nieco  mniej zadowolona byłam z emulsji micelarnej do mycia twarzy Anidy (klik). Po dwukrotnym myciu co prawda  potrafiła rozpuścić większość makijażu, ale gdzie jej tam do olejków czy masełek myjących... Przy porannym myciu twarzy sprawdzała się bardzo poprawnie. Krem Shiseido Ibuki był lekkim nawilżaczem w niezmiernie wkurzającym opakowaniu. Miniaturę tę dostałam od kochanej Hexxany. Opakowanie wystarczyło mi na miesiąc stosowania, podczas którego produkt nie przekonał mnie do siebie. Wprawdzie lekko nawilża, nie uczula i nie zapycha, ale ma wybitnie niefunkcjonalne, bardzo twarde opakowanie, z którego trzeba go wytrząsać, nie wpasowuje się w moją dzienną pielęgnację (nie ma wysokiego filtra), a na noc w chłodniejsze miesiące byłby za mało nawilżający. Latem OK. Maska Bielendy Carbo Detox wciągnęła moje sebum i lekko oczyściła pory, ale nie było to nic wybitnego. A o efektach stosowania płatków pod oczy wypowiedzieć się nie mogę, bo stosowałam je nadzwyczaj nieregularnie, jak mi się przypomniało.



Peeling na noc z 7% kwasu laktobionowego Iwostinu to prawdziwy magik (klik). Chwaliłam go w ulubieńcach zimy na samym początku kuracji, chwaliłam w ulubieńcach wiosny już po jej zakończeniu, chwaliłam w końcu w osobnej notce. Prawdziwy polski hicior, który niepostrzeżenie ale skutecznie zluszcza naskórek, rozprawia się z porami i po prostu odmładza skórę. Skarpety eksfoliujące Bielendy zadziałały, ale nie aż tak skutecznie, jak moje ulubienice z SheFoot. Naskórek się złuszczył, ale niesatysfakcjonująco cienką warstwą. Mydło Miód z Lawendą Lawendowej Farmy opisałabym jako przyjemne. Zawiera w sobie drobinki owsa, ale nie dają one efektu złuszczającego. Kostka pachniała lawendą z goździkami, ładnie się pieniła i dobrze myła skórę, ale po kapieli koniecznie musiałam wysmarować się balsamem/olejkiem.


Tym sposobem doszlismy do zużytej kolorówki i wyrzutków


Zużyłam base coat od Essie. Był poprawny. W połowie zużyłam, a w połowie straciłam w temperówce małą czarną kredkę Lord & Berry (klik). Czemu nie mam parcia na powrót możecie dowiedzieć się z podlinkowanego wpisu. Lakier do ust Shiseido (klik) był ładnym, doskonale napigmentowanym, ale nietrwałym błyszczykiem. Cieszę się, że dzięki Hexxanie miałam okazję go poznać, ale nie jest to rodzaj mazidła i wykończnia, po które nagminnie sięgam. W sam raz na raz, jak mawia Czarszka.

Dwa błyszczyki Maybelline Color Elixir (klik) wyrzucam. Wprawdzie mają ładne kolory i nawilżają naskórek, ale tak zbierają się w bruzdach wargowych, że w końcu straciłam cierpliwość. Zresztą za błyszczykami ogólnie nie szaleję, więc po co te mają leżeć i zbierać kurz.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...