poniedziałek, 19 czerwca 2017

Mango, Lady Rebel Rock Deluxe EDT

Nuty zapachowe:
nuta głowy: bergamotka, pomelo
nuta serca: gardenia, tuberoza
nuta bazy: paczula, balsam peruwiański, skóra 


Perfumy Mango poznałam dawno, dawno temu, jeszcze na studiach. W moje ręce wpadła mała próbka zapachu, dzięki której stwierdziłam, że jest ładny. Potem zrobiłam research i zostałam przyjemnie zaskoczona ceną psikadła (ok. 120 zł za 100 ml). A potem, w gorszych finansowo czasach, zdecydowałam się na flaszkę...

... która, jak widać, ma młodzieżowo-rockową stylistykę.

Kompozycja jest bliskoskórna, nieskomplikowana i, wbrew nazwie, grzeczna. Na sobie przez większość czasu trwania zapachu (a z mojej skóry ulatnia się całkowicie po 3-4 godzinach) czuję głównie nuty kwiatowe - najbardziej ładną paczulę i trochę gardenię - podszytę skórą. Ukochanej bergamotki mój nos nie wychwyca.

Moim zdaniem jest to ładny, niezobowiązujący zapach na co dzień. Jest przyjemny i nikogo na pewno nie poddusi, bo trzyma się blisko skóry. Nie szokuje trwałością, ale to przecież wersja niskobudżetowa. Swoją flaszkę z przyjemnością zużyję do końca, choć powrotu nie przewiduję, bo już z Lady Rebel po prostu wyrosłam...

Znacie?

czwartek, 15 czerwca 2017

Nails Inc, Elizabeth Bridge

Lakier był prezentem od Hexxany :*

Pojemność: 14 ml
Kolor: elegancki róż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęstawa; lakier niestety smuży
Pędzelek: szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: ponieważ lakier smuży podczas aplikacji, nie obędzie się bez przynajmniej dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie, good to go)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich paznokciach czasem dwa, a czasem trzy dni




This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 14 ml
Colour: elegant pink
Finish: cream
Consistency: thickish
Brush: broad, rounded on the sides
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Essie good to go quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2-3 days on my soft, weak nails

niedziela, 11 czerwca 2017

Evree, handcare, instant help, krem ratunek dla rąk

Walka z wiecznie suchą skórą dłoni u mnie nigdy się nie kończy a chęć testowania coraz to kolejnych kremów nie przemija. Dlatego po przetestowaniu dwóch innych kremów Evree (w wersjach maxrepair oraz total nutrition), które spisały się u mnie dobrze-ale-bez-rewelacji, przyszła kolej na wariant instant help. I przyznać muszę, że z tej propozycji byłam naprawdę zadowolona.


Estetyczna, biało-czerwona tubka skrywa białą emulsję, gęstszą i treściwszą niż wyżej wspomniane tubki czerwona i różowa. Krem pozostawia na skórze wyraźnie wyczuwalny przez kilknaście minut film, co w moim przypadku jest jak najbardziej pożądane. Kosmetyk pachnie przyjemnie, słodko.

Produkt przynosił moim sucholcom natychmiastową ulgę na kilka godzin. Podczas jego stosowania skóra dłoni była przyjemnie gładka. I choć czas między potrzebą kolejnego smarowania się nie wydłużał uważam, że jest to naprawdę przyzwoity krem do rąk i cieszę się, że mam kolejną tubkę w zapasie.

środa, 7 czerwca 2017

Vivat ova! Vivat Beauty Blender!

Jajka. O ile je akceptujemy w swoich dietetycznych wyborach, potrafią dać nam wiele dobrego. Są dobrym źródłem  pełnowartościowego białka, zawierają nienasycone kwasy tłuszczowe, a także dostarczają nam witamin A, E, D i K, kwasu pantotenowego oraz wielu składników mineralnych. Ale nie o takie jajka rozchodzi mi się w dzisiejszym wpisie. Dziś pragnę skupić się na niezwykłym, magicznym, jajowatym "kawałku gąbki", czyli na Beauty Blenderze.

I przyznam się od razu, że jak wiele z Was (tak wynika z wpisów na blogach) nie za bardzo widziałam sens w wydaniu dość sporej kwoty na akcesorium, które nie ma (jak pędzle na przykład) kilkuletniej żywotności. Swoją pierwszą sztukę dostałam w prezencie od nieocenionej Kasi :*** 


Ten, kto wymyślił ten produkt, był geniuszem. Można aplikować nim - oczywiście najlepiej na mokro - zarówno podład (i zwykły, i mineralny), jak i korektor pod oczy i na niedoskonałości, bronzer, róż, a nawet puder wykończeniowy - słowem, zrobić cały makijaż twarzy. Wąski czubek doskonale sprawdza się pod oczami, wokół nosa i na niedoskonałościach, a półokrągłą dupką wystemplujemy twarz podkładem lub dokładnie rozetrzemy go na skórze. Róż zazwyczaj aplikuję bokiem jajka. Tak nałożona kolorówka wygląda naturalnie, bo wszystko ładnie stapia się ze skórą. No chyba że dany produkt do makijażu jest naprawdę beznadziejnej jakości.

Akcesorum zwiększa swoją powierzchnię po zmoczeniu, a wysychając na powrót się kurczy. Gąbeczka jest sprężysta, ale przyjemnie miękka w kontakcie ze skórą. Piorę ją olejkami pod prysznic (na przykład Isaną) i nie mam problemu z utrzymaniem jej w idealnej czystości. Ze swojej pierwszej (i na pewno nie ostatniej) sztuki korzystam niemal codziennie od początku tego roku i nadal jest w świetnym stanie, podzas gdy gąbeczki Real Techniques czy Blend It rozpadały mi się po 2-3 miesiącach użytkowania. Nie zrozumcie mnie źle - one też są niezłe, zwłaszcza pod względem efektów jakie można nimi uzyskać, ale Beauty Blender wyraźnie je wyprzedza w kwestii jakości. Jest bardziej miękki, elastyczniejszy i oporny na uszkodzenia.

Zwykły kawałek gąbki? Nie sądzę. Dla mnie Beauty Blender jest o wiele lepszy niż jakiekolwiek pędzle do makijażu twarzy, choć i po nie oczywiście sięgam. Dużo, dużo rzadziej...

poniedziałek, 5 czerwca 2017

A-England, Tristam

Lakier A-England podarowała mi kochana Hexxana. Kilka lakierów marki miałam okazję widzieć na żywo, ale na paznokciach nosiłam ich przestawiciela po raz pierwszy.

Zanim znów mi ktoś zwróci uwagę w komentarzu, środkowy palec (skórka) miał nieprzyjemne spotkanie pierwszego stopnia z klamką od drzwi, kiedy zmaszyście w nią uderzyłam (i sama do tej pory nie wiem, jak to się stało). 
Pojemność: 11 ml
Kolor: granat z holograficznymi drobinkami
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: z moich miękkich paznokci zaczyna odpryskiwać drugiego dnia


W normalnym świetle drobinki wyglądają na srebrne, ale znajdźcie źródło ostrego światła, a zobaczycie to:


I got this nail varnish from a friend.

Volume: 11 ml
Colour: dark blue with holographic glitter
Brush: classic
Coverage: a two-coater
Drying time: not tested; I used Essie good to go top coat
Removing: no problems
Durability: only 2 days on my weak, soft nails

piątek, 2 czerwca 2017

Zdobycze i zużycia maja.

Uwielbiam maj, ale jestem dzieckiem czerwca, więc bardzo się cieszę z nadejścia ulubionego miesiąca. W kwestii zakupów w maju, zgodnie z założeniem, skromnie. Dostałam kartę podarunkową do Boots, więc nawet nie musiałam wydawać własnych pieniędzy, i postawiłam na jeden niezbędnik (filtr) oraz na jedną zachciankę (pomadka). Od bardzo dawna chciałam wypróbować niebieskość na swoich ustach.



 ***
Co do zużyć, to niepostrzeżenie skończyłam sporo opakowań kosmetyków. Większość z nich zużywałam oczywiście przez kilka miesięcy, nie w samym maju ;)

Kolorówka, czyli powód do dumy:


Matujący fluid Bielendy (klik) okazał się w porządku w swoim przedziale cenowym. Znam dużo gorsze, a droższe podkłady. Niestety najjaśniejszy kolor był dla mnie za ciemny, więc musiałam mieszać go z rozbielaczem, a to mnie bardzo do podkładów zniechęca. Korektor The Eraser Eye z Maybelline (klik) też był dla mnie nieco za ciemny i miał nieco za słabe krycie. Nie jest to zły produkt, ale nie spełnił wszystkich moich oczekiwań. Pomadkę Sexy Mother Pucker Gloss Crayon z Soap & Glory (klik) będę bardzo miło wspominać. Pięknie pachniała, ladnie wyglądała na ustach i przyjemnie je nawilżała. Niestety wycofano ją z produkcji. Szkoda, bo pomimo jej ogromnej niewydajności pewnie kiedyś bym wróciła. Teraz nie ma jednak takiej możliwości. Za pomadką Eliksir (No 07) z Wibo (klik) tęsknić nie będę. Była OK i tyle. Miniatura topa Good To Go od Essie nie była pierwszą i pewnie nie będzie ostatnią. Bardzo lubię ten wysuszacz.


Pielęgnacja twarzy:


Żółtego micela marki Garnier opisywałam tu bardzo niedawno (klik), więc może pamiętacie, że się z nim nie polubiłam. Po prostu był nadzwyczaj nieskuteczny i drażniło mnie to, jak długo trwał demakijaż z tym produktem. Pastę do zębów Dr Organic uwielbiam i kupuję regularnie. Nie zawiera fluoru, dobrze oczyszcza zęby i jest mocno miętowa, co  mnie akurat odpowiada. Olejek do twarzy z granatem Alterry był w porządku. Stosowałam go po zmieszaniu z żelem hialuronowym jako szybkie serum lub olejowałam nim włosy. I skóra, i kłaki były zadowolone. Na podstawie próbek kosmetyków Norel Dr Wilsz stwierdzam, że wydają się ciekawe. Na pewno zapoznam się z wybranymi wersjami pełnowymiarowymi. Krem liftingujący Delici na noc mnie nie zachwycił, a jego zapach wręcz mnie dusił.


Pielęgnacja włosów:


O rozczarowaniu szamponem i odżywką z serii Intensive Hair Therapy Elfy Pharm (klik) pisałam w poprzednim poście. Moje włosy były po ich użyciu oklapnięte i bez życia. Szampon Isany (klik), który bardzo lubię i zużyłam wiele opakowań, oraz odżywkę Tołpy miałam u rodziców i zużywałam przez kilka ostatnich przyjazdów do kraju, po czym po ostatnim pobycie zabrałam ze sobą ich końcówki do wykończenia. Po tym duecie moje włosy były czyste, sypkie i bardzo lekkie, a odżywka ślicznie je nabłyszczała. Mam ochotę wypróbować ją w duecie z szamponem z tej linii.


Pielęgnacja ciała:


Antyperspirant Dove maximum protection okazał się zwyklakiem. Ładnie pachniał i nieco hamował pocenie (odkąd regularnie ćwiczę, zrobiłam się osobą bardzo potliwą), ale miałam wrażenie, że po około dziewięciu-dziesięciu godzinach nie działał już tak skutecznie. A już przy nocnym fitnessie (mogę ćwiczyć tylko kiedy córcia i klienci pensjonatu pójdą już spać)  wyraźnie czułam zapach swojego potu. Wpis o białym kremie do rąk Evree właśnie się pisze, więc niedługo poznacie moją opinię o nim. Krem do stóp z lipidami marki Podopharm (klik) był super. Dobrze nawilżał i zwalniał proces rogowacenia skóry na stopach. Gruszkowy żel pod prysznic Dermacolu dostałam od Hexxany. Przyjemnie pachniał i spełniał swoją funkcję, ale opakowanie okazało się bardzo nieporęczne. Niby zwykła tuba, a wykonana z tak miękkiego tworzywa, że myślałam, iż porobią się w nim dziury od samego użytkowania. Na żel do higieny intymnej Perfecta mama skusiłam się po wielu rekomendacjach Agaty. Nie żałuję, okazał się bardzo dobry i nie podrażnił mi okolic intymnych. Zmywacz do paznokci z Tesco był w porządku; spełniał swoje zadanie bez zarzutu.

Znacie może szampon z granatem Tołpy? Warto zwrócić na niego uwagę?

środa, 31 maja 2017

Elfa Pharm, Intensive Hair Therapy, szampon łopianowy przeciw wypadaniu włosów oraz odbudowujący balsam-maska łopianowa do włosów

Szampon i odżywkę do włosów z serii Intensive Hair Therapy kupiłam (w drogerii Natura) dlatego, że w zeszłym roku poznałam i bardzo polubiłam serum przeciw wypadaniu włosów z tej linii. Kosmetyk naprawdę zadziałał i ograniczył wypadanie szczeciny (klik). Z tego tytułu do opisywanych dziś produktów podeszłam z dużą dozą optymizmu i ogromną ciekawością. Co z tego wyszło?


Szampon i odżywka mają podobną szatę graficzną swoich ubranek, ale opakowania zupełnie inne: myjadło mieszka w przyciemnionej plastkowej butelce, a balsamo-maska - w białej tubce. Produkt myjący ma postać bezbarwnego żelu, a odbudowujący białej emulsji. Oba mają delikatny ziołowy zapach.


Już po dwóch - trzech użyciach szamponu wiedziałam, że przyjaźni z tego nie będzie. Nie dość, że kiepsko się pienił i musiałam go wciąż na skalp dokładać, to włosy traciły swoją świeżość już po dobie, a zazwyczaj myję je do drugi dzień. Co prawda produkt nie podrażnił mi nadmiernie skalpu, ale włosy były po jego użyciu oklapnięte i bez życia.


Nazwanie tej odżywki maską to jakiś ponury żart. Maski powinny mieć widoczne, intensywne działanie. A odżywka na moich kłakach nie robiła nic. Tak jakbym w ogóle niczego nie użyła.

W odróżnieniu od serum z tej linii, szampon i odżywka srodze mnie zawiodły. Sprawiały, że włosy szybko traciły świeżość, a nawet zaraz po umyciu i wyschnięciu były oklapnięte i bez życia. Nie zauważyłam też żadnego działania w kierunku hamowania wypadnia czy stymulowania wzrostu włosów. Właściwie w moim przypadku żadne obietnice producenta nie zostały spełnione.

Znacie może te produkty? Sprawdziły się u Was lepiej?

niedziela, 28 maja 2017

Maybelline, Instant Anti-Age, The Eraser Eye (light)

Sławny korektor Maybelline, którego uwielbia chyba cały zagraniczny youtube, trafił do mnie dzięki uprzejmości Justyny :* Ze wzgędu na jego niesłabnącą legendę miałam dość wysokie oczekiwania. Dlaczego? Otóż od lat już ponad trzech borykam się ze sporymi, niebieskimi zasinieniami pod oczami spowodowanymi niedosypianiem i stresem (dziecko + prowadzenie pensjonatu, kiedy w sezonie 5 godzin snu na noc to luksus) oraz zmarszczkami. Tym ostatnim nie ma się co dziwić oczywiście, wszak za niecałe trzy tygodnie stuknie mi 31 rok... Piszę to wszystko po to, abyście wiedzieli, jakie mam oczekiwania od korektora pod oczy. Ma kryć, nie wysuszać i nie zbierać się w liniach, a dodatkowe rozświetlenie okolic oczu jest bardzo mile widziane.

The Eraser Eye spełnił tylko część tych oczekiwań...


Opakowanie kosmetyku nie przypadło mi do gustu. Wprawdzie wszystko działało sprawnie i fajne jest to, że na bieżąco widać stopień zużycia produktu, ale ten gąbkowy aplikator mnie przerażał. Oczyma wyobraźni widziałam zamieszkujące go kolonie bakerii, więc pozbyłam się go po dosłownie kilku użyciach i po prostu wykręcałam sobie pożądaną ilość korektora na gąbeczkę jajko - mój preferowany sposób aplikacji.

W moim przypadku mazidło okazało się wydajne, ale stosowałam je tylko pod oczy, nie na pół twarzy, i w nieprzesadzonej ilości. Dlatego te 6,8 ml wystarczyło mi na ponad pół roku codziennego stosowania. Korektor przez cały ten czas nie zmienił swoich właściowości. A oddam mu to, że ma przyjemnie lekką, niewysuszającą formułę i po delikatnym przypudrowaniu nie zbiera się w zmarszczkach. To na plus.



Nie oznacza to jednak, że produkt kupił mnie w każdym aspekcie. Niestety odcień light nie należy do najjaśniejszych. Zerniknijcie na zdjęcie ze słoczami. Widać, że jest nieco ciemniejszy od preferowanej przeze mnie jasności korektorów (przez co o rozświetleniu w moim przypadku nie ma mowy), i że wpada w żółć. Po dokładnym wklepaniu to, że jest nieco dla mnie za ciemny nie rzucało się w oczy, chyba że ktoś uważnie i intensywnie się przypatrywał.
No i kwestia bardzo dla mnie istotna: korektor ma w moim odczuciu krycie lekkie do średniego. Nie radził sobie z moją siną doliną łez i w to miejsce musiałam dokładać coś bardziej kryjącego.

Ze względu na lekkość i przyjemną konsystencję korektora The Eraser Eye mogę go polecić osobom o nieco ciemniejszej ode mnie karnacji, szukającym lekkiego wyrórwnania kolorytu skóry pod oczami bez jej obciążania, i którym nie zależy na wysokim kryciu.

piątek, 26 maja 2017

Garnier, SkinActive, Micellar Oil-infused Cleansing Water

Olejki myjące i wody micelarne to moje dwie ulubione metody demakijażu, które stosuję od lat. Olejki rozpuszczają cały brud, a micele usuwają jego resztki. Różowego micela Garniera uwielbiam za skuteczność, delikatność i przystępną cenę, więc kiedy dowiedziałam się o wprowadzeniu do oferty wody micelarnej z dodatkiem olejku, pomyślałam, że to nie może się nie udać... Jednak może.


Gwoli ścisłości, nie jest to w moich oczach totalny bubel. Nie podrażnia skóry ani oczu i coś tam w niewielkim stopniu robi. Niestety nie potrafię polubić tego gagatka. Dlaczego?

Po pierwsze, fazy niesamowicie szybko się rozdzielają i trzeba się porządnie butelką natrząchać podczas całego procesu demakijażu. Po drugie, wspomniany proces nie jest ani szybki, ani przyjemny, bo z demakijażem niewodoodpornego makijażu produkt radzi sobie kiepsko i trwa to całe wieki. Tak jak z różowym Garnierem po 2-3 wacikach jest po sprawie, tak tutaj zużywam ich ze trzy razy więcej, a i tak nie czuję, że wszystko jest usunięte w 100%.

Niestety nie podzielam ogólnych zachwytów i na pewno nigdy więcej, w przeciwieństwie do wersji różowej, nie kupię tego micela. Strasznie długo męczyłam się z tą butlą, bo nie mam codziennie pół godziny na zajmowanie się samym demakijażem...

niedziela, 21 maja 2017

NCLA, Donna

Lakier NCLA podarowała mi Hexxana. To moje pierwsze spotkanie z tą marką.

Pojemność: 15 ml
Kolor: przybrudzony granatowy fiolet ze srebrnym shimmerem
Konsystencja: gęstawa
Pędzelek: klasyczny, względnie szeroki
Krycie: w zasadzie jedna warstwa mogłaby wystarczyć, ale wolę nakładać dwie
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich, słabych paznokciach - dwudniowa




I got this NCLA nail polish from a friend.

Volume: 15 ml
Colour: dusty navy blue purple with silver shimmer

Consistency: on the thick side
Brush: classic, quite broad
Coverage: it could be a one-coater but I prefer two coats
Drying time: not tested; I used Essie good to go top coat
Removing: no problems
Durability: two days on my weak, soft nails

piątek, 19 maja 2017

Artdeco, All In One Panoramic Mascara

Jeśli ktomuś (jak mi) nie po drodze do Hebe czy Douglasa, niełatwo znajdzie stacjonarnie kosmetyki Artdeco. Zatem z dużym zaskoczeniem dojrzałam kilka miesięcy temu gromadkę maskar tej marki przy kasie w Rossmannie. Z ciekawości skusiłam się na jedną sztukę - za kilkanaście złotych - i żałuję, że nie capnęłam ich ze trzy. Jestem z tuszu ogromnie zadowolona.


Kosmetyk zamknięto w czarnej tubce. Używam go od około 3 miesięcy i już mi niestety podsycha, ale po opakowaniu nie widać większych śladów użytkowania; srebrne napisy nie zaczęły się nieestetycznie ścierać.

Jak widać, aplikatorem jest tu klasyczna szczoteczka, aczkolwiek włosie jest dość długie.


Jeśli miałabym doszukiwać się w niej wad, wskazałabym na fakt, że czasem maskara zostawia grudki, które trzeba wyczesać. Niektórym może też się nie spodobać brak precyzyjnego rozdzielenia rzęs, ale u siebie lubię taki efekt (bo rzęsy wyglądają na grubsze), więc dla mne to nie wada.

zignorujcie makijaż twarzy; mam na skórze azjatycki krem BB, z którym nie mogę się dogadać


Poza tym jest świetnie. Czerń jest czarna, nic się nie osypuje ani nie rozmazuje, a ja mogę cieszyć się efektem wyrazistych, pogrubionych rzęs, o który na moich rzadkich i krótkich włoskach niełatwo.

Znacie?

środa, 17 maja 2017

Essence, make me brow, eyebrow gel mascara, 01 blondy brows

Ponieważ swoich brwi nie muszę specjalnie zagęszczać, lubię barwione maskary, które potrafią w dwie sekundy załatwić mi ich makijaż. Jako średnia, chłodna blondynka nie celuję w najciemniejsze kolory, dlatego stając przed szafą Essence na szybcika chwyciłam najjaśniejszą, zdaję się, wersje maskary make me brow. I jakkolwiek produktowi nie mam wiele do zarzucenia, to z kolorem niestety nienajlepiej trafiłam....


Pomińmy rzucającą się chamsko w oczy "inspirację" propozycją Benefitu (nie lubię takich praktyk).

Essence zakmnęło maskarę w małej tubce korespondującej z odcieniem produktu. Szczoteczka jest klasyczna, mała i precyzyjna; bardzo wygodna. W formule kosmetyku ujęto dodatkowe włoski, ale u siebie nie zauważyłam, żeby brwi były bardziej zagęszczone.

Po aplikacji tusz trzyma moje włoski na miejscu przez cały dzień i nie ulatnia się z nich do demakijażu. Pod tym względem nie mam zastrzeżeń.


Pomijając fakt, że kosmetyk mógłby być chłodniejszy, to w moim przypadku odcień 01 okazał się po prostu za jasny. Na powyższym zdjęciu brew z prawej jest "goła", a brew z lewej pociągnięta produktem Essence (który z jakiegoś niewiadomego mi powodu nie chciał osiąść się na samym początku brwi w dniu, w którym zrobiłam fotkę). Różnica jest niewielka. Owszem, maskara mi wystarcza przy delikatnym makijażu, ale jeśli mocniej podkreślam oko, muszę dodatkowo przyciemnić brwi czymś innym, a przez to nie oszczędzam już cennych sekund.

Nie jest to zły kosmetyk, ale na razie do zachwytów mi daleko. Muszę kiedyś tam (umówmy się, że  w mojej toaletce produktów do brwi nie brakuje) wypróbować ciemniejszy wariant, co pozwoli mi wyrobić sobie ostateczną opinię na temat tego produktu.

Aha, pojawiały się głosy, że odcień 01 potrafi na brwiach utlenić się do fioletu. U mnie nic takiego nie miało miejsca...

niedziela, 14 maja 2017

Podopharm Professional, krem do stóp z lipidami

Jako osoba z błyskawicznie rogowaciejącą skórą stóp (zwłaszcza na piętach i dużych palcach) rzadko kiedy zachwycam się kremem do tej części ciała. Dzięki niezastąpionej Hexxanie poznałam jednak faantastycznego przedstawiciela w swojej kategorii: krem z lipidami naszej polskiej marki Podopharm.


Krem jest dostępny w trzech pojemnościach: 10 ml, 75 ml oraz 500 ml. Ja mam tę środkową opcję. Wiem, że największa wersja występuje w buteleczce z pompką, ale wariant 75-cio mililitrowy zamknięto w funkcjonalnej tubce z klapką, którą pod koniec łatwo przeciąć.

Produkt ma postać białego, gęstego kremu i przyjemnie owocowo pachnie. W moje stopy nie wchłania się błyskawicznie, ale nie przeszkadza mi to, bo stosuję go wyłącznie grubszą warstwą na noc, jak maskę.


Krem bardzo mi odpowiada pod względem działania.  Nie tylko ładnie nawilża i wygładza nieproblematyczne partie stóp, ale też zauważalnie spowalnia proces rogowacenia naskórka na piętach i paluchach, dzięki czemu po tarkę sięgam co drugi-trzeci dzień, a nie codziennie jak przy niektórych kremach. Super!

czwartek, 11 maja 2017

Marc Jacobs, Le Marc Lip Creme, Kiss Kiss Bang Bang

Słodką miniaturę pomadki Marca Jacobsa (1 g) dostałam od Hexxany. Maluch generuje we mnie dużą radość (piękny, niezobowiązujący kolor!), więc muszę go Wam w końcu pokazać.
"One Swipe Colour. Ten Bold Hours. Over 20 Iconic Shades.
Indulge your pout with Marc’s revolutionary 10-hour lipstick that covers your lips with buttery, creamy vibrant colour in one pigment-saturated swipe.

Experience unprecedented payoff from concentrated colour-boost pigments that are triple-milled and steeped in hydrating ingredients, so your lips experience ultimate long-lasting colour and moisture. Explore the range of brilliant shades, each named after a woman who inspires Marc Jacobs."
(klik)


Swoją drogą uwielbiam, kiedy sample produktów kolorowych są w zminiaturyzowanych wersjach pełnowymiarowych opakowań. W przypadku Marca Jacobsa ich szykowny, czarno-srebrny design zdecydowanie cieszy oko.

Pomadka nie ma wyraźnego zapachu ani smaku. Na ustach daje piękne wykończenie satynowego matu. Zgodnie z obietnicami producenta jest rewelacyjnie napigmentowana i jedno przejechanie po wargach przyjemnie kremowym sztyftem zostawia pełnię koloru i krycia. Kosmetyk nie ma tendencji do zbierania się w bruzdach na wargach, emigrowania poza kontur ust czy odbijania się na zębach.

zdjęcie z zeszłego lata; od dawna nie mam już różowych włosów

Odcień Kiss Kiss Bang Bang to taka dzienna marsala, czyli średnio jasna mieszanka różu, brązu i czerwieni. Idealny niezobowiązujący, pasujący do wszystkiego kolor (dla mnie). Co ważne, kosmetyk nie wysusza mi ust.

Co do trwałości, producent obiecuje 10 godzin. Cóż.... Moja sztuka (nie wiem, jak zachowują się inne odcienie) tak trwała nie jest. Z jedzeniem i piciem poprawki muszę nanosić po 3, góra 4 godzinach. Z bliska widać, że pomadka nie zjada się równomiernie, ale z konwersacyjnej odległości nie rzuca się to w oczy. Ale to taki szczegół. Ogólnie jest to naprawdę przyjemna szminka, dająca swojego rodzaju namiastkę luksusu noszącemu (albo może ja mam takie odczucia, bo większość moich pomadek pochodzi z drogerii).

wtorek, 9 maja 2017

Flormar, Sugar Candy, SC06 Fraise Candy

Najczęściej noszonym przeze mnie na paznokiach kolorem jest chyba czerwień. Dlatego właśnie bardzo się ucieszyłam, kiedy w paczce od Hexxany znalazłam ciekawego jej przedstawiciela.

Pojemność: 11 ml
Kolor: różowa czerwień ze złoto-srebrnym shimmerem, który na paznokciach daje niemal foliowe wykończenie
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, równo przycięty, ani za szeroki, ani za wąski, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: nałożyłam go dwa razy pod rząd; za każdym razem zaczynał odpryskiwać jeszcze w tej samej dobie, co mnie bardzo zaskoczyło, bo lakiery tej marki zazwyczaj trzymają się na moich miękkich pazurach przynajmniej przez 4 dni

Lakier jest piękny i ma ciekawe wykończenie, ale chyba częściej będzie lądować na stopach niż na dłoniach...


I got this nail polish as a gift from a friend.

Volume: 11 ml
Colour: pinkish red with silver and gold shimmer giving a foil finish
Brush: classic, quite broad but very, very comfortable
Coverage: a two-coater
Drying time: not tested; I used Essie good to go top coat
Removing: no problems
Durability: unfortunately not even a whole day on my weak, soft nails

sobota, 6 maja 2017

Podsumowanie zużyć kwietnia.

Od kilku dni próbuję znaleźć czas na napisanie tego posta i nie wychodzi. Może teraz się uda. Tym bardziej, że aż tak wiele  pustych opakowań do opisania nie ma...


Różne próbki i saszetki, których większość dostałam od Hexxany, wzięłam ze sobą na krótki pobyt w Polsce. Do glinek Ziai (klik) co jakiś czas wracam, zwłaszcza w rozjazdach, a jeśli chodzi o stosik próbek różnych mazideł do twarzy ze zdjęć powyej i poniżej, bardzo zaciekawił mnie rozświetlający krem pod oczy Norel Wilsz. Reszta przeleciała bez echa, choć na podstawie tak małych saszetek trudno cokolwiek ocenić. No, OK, kremy do twarzy Neostraty wydały mi się nieprzyjemnie oblepiające i raczej żadnego bym do swojej łazienki na dłużej nie zaprosiła, choć to pierwsze wrażenie mogło przecież być mylne... Płyn do demakijażu oczu MAC (miniatura) od Justyny był w porządku. Żel pod prysznic Fa prawidłowo wywiązywał się ze swojej funkcji, czyli mył i nie wysuszał za bardzo skóry. Zapach nie był czysto kokosowy. Olejek Evree slim bardzo, bardzo lubię, bo moja skóra jest po nim nawilżona, elastyczna i przyjemna w dotyku, a ładny, słodko-cytrusowy zapach jest dodatkowym bonusem. Nawilżający krem do rąk i paznokci Vis Plantis (klik) na moich suchych dłoniach nie robił żadnego wrażenia. Nie wiem tylko, czemu to samo opakowanie znalazło się na  dwóch zdjęciach; jakiś chochlik.

\
Płyn micelarny Evree (klik) był w porządku. Nie mogłam narzekać ani na nieskuteczność, ani na niedelikatność. Nieskuteczność muszę niestety zarzucić żelowi micelarnemu Be Beauty, który dostałam kiedyś od Magdaleny. Produkty micelarne kojarzą mi się stricte z demakijażem, a ten kosmetyk z tymże sobie nie radzi. Raczej rozmazuje makijaż po całej twarzy, a już zmywanie nim oczu nie prowadzi do niczego dobrego, no chyba że stanie się pandą jest naszym niespełnionym marzeniem. Żel zużyłam do porannego mycia twarzy i powiedzmy, że tu się sprawdził. Bibułki matujące Theatric z Rossmanna szybko zostały moimi wielkimi ulubieńcami. Płatki są duże, trwałe i bardzo chłonne - najbardziej chłonne z wszystkich bibułek, z jakimi się zetknęłam. Jako posiadaczka skóry tłustej, której nieobce są potoki sbum, szybko je doceniłam. Uwaga, wersja zielona tak chłonna nie jest... O kremie pod oczy Sesdermy naprodukowałam się tutaj. Bardzo przyzwoity nawilżacz. Krem do twarzy REN nie pozostawił za sobą zbyt wielu wspomnień. Nie byl zły, ale wybitny też nie. Z kolorówki zużyłam lakier do ust Apokalips Rimmela w odcieniu Stellar (klik). Na pewno nie kupię ponownie; niczym mnie ten kosmetyk nie zachwycił...


Antyperspirant Rexony Maximum Potection dugo był moim ulubieńcem, ale po zużyciu kilku opakowań już tak dobrze na mnie nie działa. Cóż, skóra pewnie się przyzwyczaiła. Dezodorantu CD używałam na noc, po wieczornej kąpieli. Był taki sobie, zalatywał alkoholem i podrażniał skórę po depilacji. Masło do ciała ze zdjęcia było częścią zestawu pielęgnacyjnego, który dostałam na Gwiazdkę od szwagierki. Był to parafinowy zwyklak o waniliowym zapachu. Krem do rąk 5% Urea Isany pojawia się w moich zużyciach regularnie. Gdybym jednego dnia nie znalazła tubki w zapasach, chyba dostałabym ataku paniki, bo jest moim conocnym nieodłącznym towarzyszem. Mydełko Kropla Rosy z Lawendowej Farmy było przyjmne, ale nie zachwycające. Miało ładny, delikatny, ziołowo-kwiatowo-lawendowy zapach, zawierało masujące (nie ścierające!) płatki owsiane, ale po kąpieli musiałam koniecznie posmarować czymś ciało, bo skóra była trochę wysuszona.

Na dziś to wszytko. Idę spróbować popracować nad swoją organizacją czasu ;)

poniedziałek, 1 maja 2017

Zdobycze kwietnia.

Tegoroczy kwiecień przyniósł ze sobą Wielkanoc. A wraz z tym świętem przykicało do mnie kilka cudownych prezentów.

Najsamprzód skarby od Justyny:

Pomadki MAC to Relentlesly Red oraz Postmodern.


Potem wieeeelka, niezwykle hojna paka od Hexxany:

 Tak, tak, Essie Lapiz of Luxury i Avenue Maintain już na blogu pokazałam :)





Zakupowo kwiecień zaczęłam skromnie. Potrzebny mi był antyperspirant:

Nie polecam, nie zniechęcam. Ładnie pachnie, ale jest przeciętny. Daje ochronę na te 8 godzin, ale potem jest już słabiej. A już po sesji ćwiczeń na sam koniec dnia czuję od siebie pot...

Potem wpadłam do Polski i odwiedziłam Rossmann. W czasie Wielkiej Promocji na Kolorówkę. Ale kolorówki nie kupiłam; jedynie pielęgnację, którą zaplanowałam:


Szampon i odżywka Isany oraz micel Mixa zostają u rodziców na moje przyszłe przyjazdy. Resztę zabrałam do UK i wkrótce trafią na półkę :)


Szvbki wypad do Natury zaowocował zakupem ciekawej włosowej pielęgnacji (a na peelingującą pomadkę Sylveco od dawna ostrzyłam sobie ząbki). Zgodnie z nowymi trendami do drogerii już wkraczają peelingi do skóry głowy...


piątek, 28 kwietnia 2017

Vis Plantis, Helix Vital Care, krem do rąk i paznokci nawilżający

Moja osobista pustynia na dłoniach wielokrotnie dała mi znać, że wyprzeć ją potrafią głównie specyfiki zawierające mocznik i parafinę. Ani drugiego (zwłaszcza drugiego), ani pierwszego nie brakuje w propozycji Vis Plantis, mojego spontanicznego zakupu z Natury. Tym bardziej dziwi fakt, że niestety kosmetyk zupełnie się u mnie nie sprawdził...


Jak na tak dużą ilość parafiny i wazeliny w składzie ta biała emulsja zaskakuje lekką i szybko wchłaniającą się konsystencją (u mnie nie zostawia żadnego filmu). Zapach ma cytrusowy, mocno kojarzący się z chemią gospodarczą...

No i tak. Krem, stosowany przeze mnie kilka-kilkanaście razy dziennie, nie spełnił w moim przypadku żadnych obietnic producenta. Nie nawilżał, koił na kilka minut, nie działał na skórki ani paznokcie, nie przyniósł żadnych efektów długofalowych. Mogłam co najwyżej liczyć na doraźne, chwilowe zniesienie uczucia ściągnięcia skóry. Mając na uwadze skład (a nie obietnice producenta), jestem zaskoczona. Zgodnie z moimi dotychczasowymi doświadczeniami produkt powinien stać się nowym odkryciem. A tu zonk.

Znacie?

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Sesderma, Hidraloe, Eye contour cream

Krem pod oczy Sesdermy dostałam od Hexxany. Spora (minimalistycznie estetyczna) tubka o pojemności 30 ml służyła mi przez ponad trzy miesiące stosowania dwa razy dziennie. Krem bardzo dobrze nadaje się do nocnej regeneracji, jak również świetnie sprawdza się pod makijażem, na dzień.

Sam kosmetyk ma postać nie za gęstej i nie za rzadkiej białej emulsji. Nie jest ciężki, ale dość treściwy i potrzebuje kilku minut na wchłonięcie.

AQUA, C12-15 ALKYL BENZOATE, PROPYLENE GLYCOL, PEG/PPG-20/6 DIMETHICONE GLYCERIN, ALOE BARBADENSIS LEAF JUICE, CHAMOMILLA RECUTITA EXTRACT, METHYLSILANOL MANNURONATE, SODIUM HYALURONATE, CARBOMER, SODIUM HYDROXIDE, ACRYLAMIDE/SODIUM ACRYLOYLDIMETHYLTAURATE COPOLYMER, C13-14 ISOPARAFFIN, POTASSIUM SORBATE, DISODIUM EDTA, LAURETH-7, SORBIC ACID, PHENOXYETHANOL, ETHYLPARABEN, METHYLPARABEN


Przede wszystkim ten krem to świetny nawilżacz. Sprawia, że skóra pod oczami jest komfortowo nawilżona, a dzięki temu elastyczniejsza, gęstsza i jakby "wypchana". Oczywiście nie ma co liczyć na wyprasowanie zmarszczek, ale też nie od dziś wiadomo, że dobrze nawilżona skóra po prostu wygląda lepiej, a linie są mniej widoczne (chociaż nadal są). Według obietnic producenta krem ma również łagodzić podrażnienia, czego nie miałam jak sprawdzić, bo takowe u mnie nie wystapiły, oraz redukować oznaki zmęczenia, takie jak opuchnięcia i zasinienia pod oczami. Z opuchnięciami dokuczliwych problemów nie mam, a moje zasinienia jak były, tak są i raczej nie znikną, bo najprawdopodobniej są po prostu związane z płytkounaczynieniem mojej skóry.

Krem nie jest cudotwórcą, ale  jest bardzo, bardzo dobry.

piątek, 21 kwietnia 2017

Essie, lapiz of luxury (& avenue maintain)

Niedawno Hexxana podesłała mi kilka lakierów do paznokci, w tym dwóch koleżków z jednej z moich ulubionych lakierowych marek, Essie. Avenue maintain już Wam tu opisywałam (klik), gdyż posiadam miniaturę, ale pomyślałam, że fanie będzie zestawić go dla porównania z przedstawianym tu dziś lapiz of luxury, bo to podobna rodzina kolorów. Avenue maintain mam na palcu serdecznym i kciuku.

Dostępność: szafy Essie, online
Cena: ok.8 funtów
Pojemność: 13,5 ml
Kolor: lekko przybrudzony błękit
Wykończenie: krem
Konsystencja: rzadkawa
Pędzelek: szeroki i wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Essie good to go)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: 3 dni na moich miękkich paznokciach

Lapiz of luxury jest jaśniejszy i troszkę bardziej przybrudzony niż avenue maintain. Oba są ładne i idealne na sezon wiosenno-letni.



I got lapiz of luxury from a friend. I thought I will compare it to avenue maintain as it is the same family of colours. I'm wearing avenue maintain on my ring finger as well as on my thumb.

Availability: Essie stands
Price: GBP 7.99
Volume: 13.5 ml
Colour: light blue with grey undertones
Finish: cream
Consistency: thinnish
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Essie good to go top coat)
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft nails

Lapiz of luxury is lighter than avenue maintain and it has a little bit of grey undertones in it. Both colours are perfect for spring and summer.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Bielenda, fluid matujący (1 naturalny)

W zeszłym roku prężnie rozwijająca się Bielenda wprowadziła do sprzedaży trzy podkłady: liftingujący fluid nawilżający, fluid kryjący oraz fluid matujący. Jako że bardzo kibicuję tej marce, z ciekawości skusiłam się na tę ostatnią propozycję w najjaśniejszym dostępnym odcieniu (a jest ich tylko trzy). Cena, niecałe 12 zł, również wydała mi się bardzo zachęcająca.

Powiem tak: podkład swoje wady ma, ale za tak przystępną cenę nie ma za bardzo co narzekać.Wręcz śmiem twierdzić, że to przyzwoity produkt.


Jak widać, podkład zapakowano w mało uroczą tubkę. No ale cena!

Kosmetyk nie jest ani rzadki, ani gęsty; taki pomiędzy. Pachnie trochę farbą olejną, ale niezbyt intensywnie, więc przymykam oko. Ja aplikuję go Beauty Blenderem, uzyskując lekkie/średnie krycie i ładny, naturalny efekt. Nie daje matowego wykończenia; raczej satynowe. Jak wiecie, mam cerę tłustą. Stosując fluid Bielendy po bibułki matujące muszę sięgać po około czterech godzinach od aplikacji, co nie jest złym wynikiem - 4 godziny to w moim przypadku taka średnia w kwestii utrzymywania matu przez podkłady. Kosmetyk dobrze utrzymuje kontur i nie ma tendencji do spływania czy osadzania się w załamaniach i porach na twarzy. Nie zauważyłam też, aby oksydował. Na szczęście! Po kilku tygodniach niemal codziennego stosowania stwierdzam też, że nie powoduje u mnie wysypu niedoskonałości.

Największą wadą fluidu jest uboga gama kolorystyczna. Chyba się zgodzicie, że trzy odcienie to niedużo. Co więcej, jak to często bywa, najjaśniejszy odcień jest dla mnie, bladolicej, za ciemny (czego na ostatnim zdjęciu nie widać, musicie mi uwierzyć na słowo). Ostatecznie, żeby bez dyskomfortu psychicznego stosować propozycję Bielendy, musiałam kupić jeszcze biały podkład do rozjaśniania tego gagatka. Tyle dobrego, że fluid wpada w noszalne żółte tony.


Nie jest to zły kosmetyk. Podejrzewam wręcz, że w podobnej cenie nie znajdzie się nic lepszego. To powiedziawszy, nie wiem, czy do niego wrócę. Denerwuje mnie konieczność kombinowania z rozjaśnianiem odcienia fluidu, bo marka, choć polska, nie pomyślała o bladolicych, ech.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielkanoc.

Wielkanocny pacierz

Nie umiem być srebrnym aniołem -
Ni gorejącym krzakiem -
Tyle Zmartwychwstań już przeszło-
A serce mam byle jakie.

Tyle procesji z dzwonami -
Tyle już alleluja -
A moja świętość dziurawa
Na ćwiartce włoska się buja.

Wiatr gra mi na kościach mych psalmy -
Jak na koślawej fujarce -
Żeby choć papież spojrzał
Na mnie - przez białe swe palce.

Żeby choć Matka Boska
Przez chmur zabite wciąż deski -
Uśmiech mi Swój zesłała
Jak ptaszka we mgle niebieskiej.

I wiem, gdy łzę swoją trzymam
Jak złoty kamyk z procy -
Zrozumie mnie mały Baranek
Z najcichszej Wielkiej Nocy.

Pyszczek położy na ręku -
Sumienia wywróci podszewkę -
Serca mojego ocali

ks. Jan Twardowski (źródło)



Wesołych, spokojnych, rodzinnych Świąt Wam życzę. Wszystkim razem i każdemu z osobna...

piątek, 14 kwietnia 2017

Hit: Giorgio Armani, lip maestro intense velvet color, 504

Wspominałam już wielokrotnie, że nigdy sama nie kupiłam sobie pomadki z luksusowej półki. Skąd zatem u mnie ferrari wśród matowych szminek w płynie Giorgio Armaniego? Prezent urodzinowy od kochanej Hexxany, oczywiście. Dlatego też na zdjęciach mam jeszcze różowe włosy, z którymi zaszalałam w okolicach swojej trzydziestki w czerwcu. Teraz na powrót noszę swoje naturalki - głównie z lenistwa, bo póki nie muszę, zupełnie mi się nie chce bawić w farbowanie co kilka tygodni... Ale odbiegam od tematu.

Lip maestro intense velvet color testuję sobie spokojnie od kilku miesięcy. I od kilku miesięcy niezmniennie się tym produktem zachwycam. Nieprzypadkowo odniosłam się do niego za pomocą motoryzacyjnej metafory - to zdecydowanie najlepsza pomadka w płynie, z jaką kiedykolwiek się zetknęłam.

Asia wybrała dla mnie odcień 504, żarówiąstą fuksję, i moja opinia opiera się wyłącznie na tej jednej sztuce; nie wiem, jak zachowują się inne kolory.

Pomadka zachwyca już samym opakowaniem, wykonanym z porządnego, nieobłażącego z farby plastiku, z wyraźnym logiem marki. Gąbkowy aplikator ma idealny kształt i wielkość, dzięki czemu nabiera odpowiednią ilość produktu na jednorazową aplikację i daje pełną kontrolę i precyzję podczas tej czynności. A wierzcie mi, precyzja w przypadku tak wyrazistego koloru jest bardzo ważna.

Sam kosmetyk ma lekko musową konsystencję i jest obłędnie napigmentowany. Jedynie zapach nie jest jego mocną stroną. Wiecie jakim smrodkiem zalatują Rouge Edition Velvet z Bourjois? Lip maestro pachnie podobnie tylko delikatniej...


Do godziny po aplikacji pomadka GA ma welwetowe wykończenie. Potem zastyga na pełen mat. Piękny, soczysty mat. Produkt nie ma tendencji do wylewania się poza kontur ust czy osadzania w bruzdach wargowych, a na zębach odbije się tylko, jeśli nałożymy go na usta zbyt dużo. 

Z trwałością mamy ciekawą sprawę. Jeśli coś konsumujemy w przeciągu pierwszej godziny po aplikacji, produkt potrafi "zjeść się" po około trzech godzinach. Jeśli natomiast jemy i pijemy już po jego zastygnięciu na mat, trwałość wynosi nawet 7-8 godzin, choć po pierwszych czterech kolor zauważalnie blednie, a na ustach zostaje coś na kształt stainu. A teraz najlepsze: naprawdę nie wiem, co to za magia, ale ten wyrazisty kolor zjada się bardzo równomiernie.  Niewiarygodne! Normalnie tego typu pomadki znikają od środka ust pozostawiając wokół nich obwódkę, lub brzydko wykruszają się z kącików. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. I dlatego właśnie tak lip maestro pokochałam. No i za kolor. Tylko spójrzcie, jaki jest piękny:


Co tu dużo mówić... IDEAŁ.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...