niedziela, 17 grudnia 2017

Colur Alike, 465 miasto grzechu

Kolejną czerwień do kolekcji podarowała mi Hexxana. Od jakiegoś czasu bardzo lubuję się w czerwonych paznokciach; pasują mi do wielu ciuchów - na przykład granatowej sukienki w białe kropki, którą widać w tle.

Pojemność: 8 ml
Kolor: krwista, ciepła czerwień z drobniuteńkim shimmerem
Wykończenie: shimmer
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, dość wąski
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose)
Trwałość: 3 dni na moich kruchych, miękkich paznokciach
Zmywanie: bez problemów



Czerwień to taki grudniowy odcień ;)

piątek, 15 grudnia 2017

Vianek, krem do rąk nawilżający

Krem Vianka kupiłam, bo zawiera 5% mocznika,  a jest to składnik, który bardzo dobrze służy moim ekstremalnie suchym dłoniom. Jak się okazuje jednak - nie we wszystkich formułach...


Producent zapakował swój wyrób do typowej tubki z zamknięciem na zatrzask. Moim zdaniem jednak nie jest to najlepsze rozwiązanie w tym konkretnym przypadku, gdyż kosmetyk ma tak wodnistą konsystencję, że po otwarciu klapki po prostu się z tej tubki niekontrolowanie wylewa. W tym przypadku najlepiej sprawdziłoby się opakowanie z pompką.

Kosmetyk przyjemnie pachnie i dość szybko się wchłania. Bazuje na wodzie, ale oprócz niej w jego składzie znajdziemy m. in. olej sojowy, mocznik, masło shea, ekstrakt z robinii akacjowej, olej z kiełków pszenicy oraz pantenol. Substancji odżwyczo-nawilżająco-natłuszczająco-regenerujących zatem nie brakuje, aż dziwne więc, że kosmetyk na skórze moich dłoni nie robi wrażenia. Ale trzeba Wam wiedzieć, że obecnie przedstawia ona obraz nędzy i rozpaczy - egzema, suche, szorstkie placki, mniejsze i większe pęknięcia, które nie chcą się goić; tego typu sprawy. Niestety w tak ekstremalnym przypadku krem zupełnie sobie nie radzi, a nawet doraźną ulgę daje na krótko, dosłownie 10-15 minut.

Dla ekstremalnie suchych dłoni nie polecam.  Być może te nieproblematyczne będą zadowolone, ale niestety sama w tej kwestii nie mogę się wypowiedzieć.

Znacie? Macie podobne, niefortunne odczucia?

środa, 13 grudnia 2017

Zoeva, The Basic Moment eyeshadow palette

Opisywaną dziś paletę Zoevy dostałam w prezencie od Justyny (:*), która zna moją słabość do tej marki.

W przeciwieństwie do innych palet marki, które posiadam (Naturally Yours, En Taupe, Blanc Fusion, Caramel Melange, Cocoa Blend), paletka otwiera się nie z dołu do góry, ale od boku do boku, niczym książka. Proste a nietypowe dla palet rozwiązanie.

Podoba mi się to, że dokładnie połowa cieni jest matowa, dwa są perłowe, a trzy metaliczne. Cienie, zwłaszcza maty, mają tendencję do lekkiego osypywania się (nic nowego w przypadku Zoevy). Na bazie są trwałe. Maty są średnio napigmentowane, a perły i metaliki - dobrze, przy czym odnoszę wrażenie, że to celowy zabieg, bo w zamyśle, jak nazwa wskazuje, jest to paleta do szybkich, podstawowych, dziennych makijaży, i jest w pełni samowystarczalna. Wiem, że sięgając po nią nie muszę posiłkować się na przykład dodatkowym matowym beżem czy jakimś ciemnym cieniem.


Przyjrzyjmy się bliżej wszystkim dziesięciu cieniom:

Make It Last: kremowy beż; mat
Here To Stay: łososiowy brązik; mat
Never Ending: chłodna kawa z mlekiem; mat
New Era: ciepła kawa z mlekiem; mat
Ever: stalowy brąz; mat
Yet To Come: kremowy beż; perła
Liquid Clock: różowy beż; perła
Unfinished: stare złoto; metalik
Waiting: miedziany brąz; metalik
Nostalgic: stalowy brąz; metalik

Oczywiście będą i moje niewysublimowane dzienniaki, pokazujące możliwości tej palety w rękach laika. Zdjęcia robiłam na przestrzeni kilku tygodni i nie pamiętam, co tam kładłam na usta (na wypadek, gdyby ktoś był ciekawy).


#1
make it last, new era, ever, liquid clock, waiting, nostalgic




#2
make it last, yet to come, unfinished, waiting




#3
make it last, here to stay, never ending, new era, ever




#4
make it last, here to stay, new era, yet to come, unfinished, waiting




#5
make it last, here to stay, new era, liquid clock, waiting




#6
make it last, here to stay, never ending, ever, yet to come, liquid clock, nostalgic



Jak widać paleta, choć na pierwszy rzut oka wygląda niepozornie, daje nam naprawdę duże pole do popisu. Można wykonać nią zarówno makijaże chłodne (choć mnie akurat nie jest w nich ładnie), jak i ciepłe; matowe, jak i z błyskiem; typowo nudziakowe, jak i dodać odrobiny koloru, na przykład w postaci kolorowej kredki. Z cieniami dobrze się pracuje, nawet mimo lekkiego osypywania.

Kto ma i lubi?

niedziela, 10 grudnia 2017

Podsumowanie zużyć listopada.

Odrywam się na chwilę od problemów remontowo-zawodowych i przychodzę tutaj z mocno spóźnionym denkiem. Przykro mi, że tak rzadko ostatnio publikuję, ale naprawdę mi ta końcówka roku mocno daje w kość. Co zresztą nawet po samych zużyciach widać - pustych opakowań bywało u mnie dużo więcej.


Pianka do mycia twarzy Pharmaceris bardzo dobrze służyła mi każdego ranka, delikatnie acz skutecznie zmywając nocną pielęgnację. Nie miałam do niej większych zastrzeżeń. Hibiskusowy tonik Sylveco chwaliłam tutaj. Był wydajny, miał dobry skład, przyjemny zapach i delikatnie nawilżał skórę. Czego chcieć więcej? Serum LIQ CE (klik) to hicior. Produkt ten bardzo dobrze nawilża, napina, rozświetla i po prostu odmładza skórę. Bardzo polubiłam się też z peelingującą pomadką Sylveco, gdyż świetnie spełniała swoją rolę, a ja nie musiałam brudzić sobie palców. Pomadki ochronne Alterry bardzo lubię i często do nich wracam. Wracam też do antyperspirantu Rexony, choć nie działa u mnie już tak skutecznie, jak kiedyś. Daje radę przez jedyne 8-10 godzin w moim przypadku, ale też jestem osobą dość potliwą i bardzo szybko zażółcam sobie ubrania pod pachami :( Olejek pod prysznic Lirene mnie nie zachwycił. Zapach mnie nie porwał i nie czułam się super czysta po kąpieli - pewnie przez dość ciężki film, jaki zostawał na skórze. Kremowy pumeks do stóp Fusswohl jest naprawdę spoko; dobrze spełnia swoją rolę, więc chętnie do niego wracam.


A tu mamy cztery bardzo udane kosmetyki i jeden bubelek. A więc tak: mocznikowa Isana (klik) to mój wielki ulubieniec i niezbędnik, i ZAWSZE muszę mieć tubkę na stanie. Żel pod prysznic Soap & Glory był super, bo miał wygodne opakowanie z pompką, pięknie pachniał i zupełnie nie wysuszał skóry. Uwielbiam ich żele. Olejek Evree to też nie nowość w mojej łazience; zdarza mi się do niego wracać, bo ma ładny skład i przyzwoite działanie nawilżająco-natłuszczające. Miniaturę tuszu Clinique High Impact też już kiedyś miałam (klik) i byłam i wtedy, i teraz zadowolona. Bubelkiem zatem okazała się węglowa pasta Ecodenta. Oddam jej, że ma ładny miętowy smak i dobre odświeża oddech, ale poza tym nie jest już tak wesoło. Kiedy ją stosowałam, zauważałam u siebie szybsze gromadzenie się płytki nazębnej. Nie to jednak było najgorsze - najgorsze było to, iż mimo dokładnego płukania produkt widocznie zażółcił mi zęby, czym naprawdę bardzo mi podpadł. Nie polecam!

piątek, 1 grudnia 2017

Zdobycze listopada.

Od czerwca nie robiłam większych zakupów kosmetycznych, aż nadszedł taki moment, że zapasy konkretnie mi stopniały. Korzystając więc z faktu, że byłam w listopadzie w Polsce, uzbroiłam się w dobrze przemyślaną listę potrzeb i ruszyłam na polowanie, głównie do Rossmanna i Natury.

Kosmetyki z listy:


Żel Dove, oliwkę Babydream, serum rozgrzewające antycellulitowe Bielendy oraz dezodorant Fenjal bardzo dobrze znam i lubię, więc nie wahałam się do nich wrócić. Szampon Natura Siberica, antyperspirant Adidas oraz płyn do płukania jamy ustnej Sylveco zawitały u mnie pierwszy raz.

Och, od jak dawna chciałam to serum pod oczy Be Organic! Bardzo się ucieszyłam, że można je dostać od ręki w Naturze. W tym samym sklepie odnowiłam zapasy nowego ulubionego żelu do higieny intymnej Vianek, a także kupiłam na próbę emulsję myjącą do twarzy i płyn micelarny tejże marki. W Rossku natomiast jak zawsze wzięłam mój ukochany krem do rąk ever Isany, a także wróciłam do świetnych skarpet złuszczających Exclusive cosmetics oraz do masełka Wellness & Beauty, które sprawdziło się u mnie zeszłej zimy.


Nie obyło się jednak bez "spontanicznych zachciewajek":


Oba kremy do rąk znam i lubię, a maskę do dłoni Exclusive Cosmetics chętnie wypróbuję. W Naturze wypatrzyłam duet do włosów Sylveco, który mnie bardzo zaciekawił. W oko wpadło mi też serum na naczynka Vianek, a  jak wiadomo, naczynka zimą bardzo dostają w kość, więc się skusiłam. Na maskę pod oczy Rival de Loop wpadłam w Rossmannie i przypomniało mi się, że Iwetto ją chwaliła. O różanym micelu Bielendy też czytałam kilka pozytywnych  opinii, a krem pod oczy Biotaniqe zaineresował mnie składem.


Przed przyjazdem do Polski zrobiłam dla dziewczyn zakupy w Lushu. Do koszyka wpadło też coś dla mnie, choć opinie maska zbiera bardzo skrajne. Uznałam jednak, że i tak wypróbuję ją na sobie:



A to jeszcze nie koniec! Przy okazji wizyty w kraju widziałam się  z kilkoma ważnymi dla mnie osobami. Podczas tych spotkań przejęłam od Stri trzy szminki, a Basia podarowała mi maskę do dłoni i stóp Podopharm oraz trzy metaliczne lakiery Golden Rose, więc jestem na bieżąco z trendami:


Po czterech bardzo rozsądnych miesiącach należało mi się trochę szaleństwa, prawda?

środa, 29 listopada 2017

NARS, Radiant Creamy Concealer (Vanilla Light 2)

Miniaturę korektora Nars dotałam w prezencie od Hexxany. I zakochałam się od pierwszego użycia!


Producent zapakował korektor w typową dla błyszczyków tubkę z gąbkowym aplikatorem. Nie jest to może najbardziej higieniczne rozwiązanie z możliwych, ale na łatwość użytkowania narzekać nie można.


Kosmetyk ma przyjemną, kremową konsystencję. Nie wysusza skóry pod oczami, co jest dla mnie ogromnie ważne, a przypudrowany nie zbiera się w liniach. Charakteryzuje się przy tym świetnym kryciem, a jednocześnie pięknie odbija światło, dzięki czemu doskonale zakrywa moje zasinienia i odświeża spojrzenie. Działa tak dobrze, że kiedy mam go pod oczami, otrzymuję komplementy, a po zmyciu osoby z otoczenia nagle mi mówią, że wyglądam na zmęczoną (sina dolina łez, co zrobić). 


Chyba nie przesadzę, jeśli stwierdzę, że to najlepszy korektor pod oczy, z jakim się do tej pory zetknęłam. Nie znam innego kosmetyku, który przy tak dobrym kryciu wyglądałby tak naturalnie i tak pięknie odbijał światło. No cudo po prostu. Uwielbiam i oszczędzam swoją tubeczkę jak mogę. Cóż, muszę zainwestować w pełnowymiarowe opakowanie ;)

Znacie?

wtorek, 21 listopada 2017

Sylveco, hibiskusowy tonik do twarzy

Oto on - kolejny hit blogosfery. Zasłużenie?


Producent zapakował swój wyrób do buteleczki z ciemnego plastiku z estetyczną etykietą. Kosmetyk ma postać mocno rozwodnionego żelu, brązowawy kolor i mocno wyczuwalny zapach, który mi kojarzy się z hibiskusowo-owocową herbatką. Najlepiej aplikować go palcami; waciki za bardzo go chłoną i nie oddają całej dobroci skórze. Dodatkowo dzięki temu sposobowi aplikacji nabierałam na dłonie małe porcje, dzięki czemu tonik wystarczył mi na prawie cztery miesiące stosowania dwa razy dziennie.


W składzie tego polskiego wyrobu znajdziemy przede wszystkim kilka nawilżająco-łagodzących substancji. I właśnie takie działanie wykazuje w moim przypadku kosemtyk, czyli delikatnie nawilża i łagodzi niewielkie podrażnienia. Nie na tyle, żeby zastąpić dalszą pielęgnację, ale zauważalnie. I za to bardzo go polubiłam. Nie wiem, jak Wy, ale zanim zetknęłam się z tym (niedostępnym w tamtym wydaniu) polskim tonikiem łagodzącym, a także tonikami Sylveco i Biochemia Urody, zawsze miałam wrażenie, że tego typu produkty nic nie robią. O toniku Sylveco na pewno nie można tego powiedzieć. Zdecydowanie warto dać mu szansę.

Znacie go, prawda? Jak wrażenia?

sobota, 18 listopada 2017

LIQPHARM, LIQ CE, Serum night

Opisywane dziś serum godnej uwagi, polskiej marki LIQPHARM miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Po bardzo pozytywynych doświadczeniach z LIQ CC serum light (klik) nie spodziewałam się zawodu. Zawodu nie ma; jest za to ogromne zadowolenie.

Serum z witaminami C i E jest bardzo dobrym, wartym poznania kosmetykiem. Fakt iż jest rodzimej produkcji napawa mnie dumą.


Producent zapakował serum w przyjemny dla oka, turkusowy kartonik zawierający potrzebne na temat kosmetyku informacje. Mazidło mieszka w nieprzepuszczającej światła butelce ze sprawnie działającą pipetą. Należy zużyć je w przeciągu trzech miesięcy od otwarcia. Mnie 30 ml specyfiku wystarczyło na około 2 miesiące cowieczornego stosowania na twarz i szyję.

Produkt ma postać białego, mocno rozwodnionego mleczka. Nie pachnie i dość szybko się wchłania, zostawiając na twarzy bardzo delikatny film.


Obietnice producenta są konkretne, oszczędne i niewydumane. I dzięki temu konsument unika rozczarowań, gdyż kosmetyk robi dokładnie to, co mu przypisano. Naprawdę optymalnie nawilża - tak dobrze, że nie musiałam wspierać się dodatkowo kremem nawilżającym; samo serum wystarczało bym budziła się z dobrze nawilżoną skórą. Przez te dwa miesiące naskórek rzeczywiście zrobił się elastyczniejszy, poprawiła się faktura skóry, była ona zdrowo rozświetlona. Kosmetyk wykazał się również działaniem łagodzącym - pięknie uspokajał rumień i grę naczyń, ładnie wyrównując koloryt cery. Produkt mnie nie podrażniał ani nie zapychał. Nie mogę o nim złego słowa powiedzieć, gdyż naprawdę nie widzę żadnych minusów.

środa, 15 listopada 2017

Colour Alike, typografia, J

W paczce urodzinowej od Hexxany znalazłam m.in.  jedenaście lakierów, w tym cudnego gagatka z Colour Alike, którego uroku moje zdjęcia niestety nie oddają :( Na żywo prezentuje się przepięknie! Zdaje się, że ta kolekcja CA nie jest już dostępna w sprzedaży niestety...

Pojemność: 8 ml
Kolor: urokliwy chaber  z turkusowym shimmerem (na żywo widać go dużo lepiej niż na zdjęciach)
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek: klasyczny, w moim odczuciu wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: za każdym razem, kiedy użyłam lakieru, odpryskiwał na drugi dzień po aplikacji


piątek, 10 listopada 2017

Podsumowanie zużyć października. Zakupy pażdziernika.

Hej, hej. Przerwa w moim pisaniu nie była zaplanowana ani mile widziana. Wynikła z natłoku obowiązków zawodowych i związanego z tym stresu. Mam wrażenie, że w październiku i na początku listopada wszystko, co mogło w pracy pójść nie tak, poszło nie tak. Ot, żebym nigdy nie zapomniała, że życie (zwłaszcza to dorosłe) łatwe nie jest i mogła docenić chwile spokoju, kiedy się trafią...

Ale dobra, skończmy z narzekaniem, a przejdźmy do zużyć i wyrzutka października.

Twarz


Z kategorii okołokolorówkowej wykończyłam ukochane bibułki matujące Theatric (klik), okropny, tworzący na twarzy suchą maskę puder L'Oreal Infallible (klik) oraz fajną, ale już niedostępna pomadkę Maybelline Color Whisper w odcieniu 130 Pink Possibilities (klik). Do kosza trafiła natomiast płynna pomadka Bourjois Rouge Edition Velvet w odcieniu 07 Nude-ist (klik), która bardzo odpowiadała mi kolorystycznie, ale jakością (jak cała seria) mojego serca nie podbiła. Musiałam ją wyrzucić, bo rozwarstwiła się w opakowaniu i zaczęła potwornie, rozpuszczalnikopodobnie śmierdzieć.

Z kosmetyków pielęgnacyjnych wykończyłam czarne mydło Dudu-Osun z Rossmanna, które służyło mi do cowieczornego mycia twarzy po demakijażu. Mydło zaskoczyło mnie delikatnym, przyjemnym zapachem i faktem, że nie przesuszało mi twarzy. Kilka razy umyłam nim ciało i tu już po kąpieli skóra była ściągnięta i wołała o balsam, ale na twarzy mydło sprawdzało się genialnie. Zdarzyło mi się też umyć nim włosy - mydło nie dało mi powodu do narzekań. W czarnej butelce bez etykietki był mój ukochany olejek myjący z Biochemii Urody (klik). Nawet nie wiem, które to już opakowanie; uwielbiam i często wracam. Z lipowego płynu micelarnego Sylveco byłam bardzo zadowolona (klik). Jedyne, co mi w nim nie pasowało, to dziwny zapach. Poza tym widzę same zalety tego produktu – świetne działanie, łagodność, naturalny skład, polska produkcja.


Dłonie

Wraz z sezonem grzejnkowym na dłoniach zawitała maskara – skóra sucha, szorstka jak papier ścierny, ściągnięta, pękająca; pojawiła się też egzema. No cóż, pracownica się rozchorowała i sprzątanie uskuteczniałam sama. W ruch poszły kosemtyki cięższego kalibru, zawierające mocznik: 


Wszystkie trzy kremy, zwłaszcza Isana, przynosiły mi ogromną ulgę.


Ciało


Złuszczającą maskę do stóp She Foot (klik) uwielbiam i zawsze wszystkim polecam. Jest bardzo skuteczna. Łagodny żel do higieny intymnej Sylveco (klik) był super, gdyż nie wywołał u mnie podrażnienia, a wręcz łagodził swędzenie, kiedy dokuczały mi hemoroidy. Serum na końcówki Biovax z serii bambus & awokado (klik) sprawdziło się dobrze. Nie zawierało alkoholu, miało ładny zapach i zabezpieczało końce przed uszkodzeniami mechanicznymi, czyli wywiązywało się zeswojego zadania. Dezodorant Avon dostałam w prezencie i zużyłam do ochrony nocnej, a antyperspirant Sure (czyli Rexona) towarzyszył mi na co dzień. Okazał się całkiem skuteczny.


Zużyciowo to by było na tyle. A w kwestii zakupów byłam bardzo grzeczna i nabyłam jedynie to, co było mi potrzebne:


Do napisania!

wtorek, 31 października 2017

AA, Oil Infusion 30+, krem pod oczy & Lanocreme, Extra Firming Eye Gel with manuka honey

Dwa produkty, które Wam dziś opiszę, towarzyszły mi w podocznej pielęgnacji codziennie przez około 5 miesięcy. Krem AA kupiłam sama po przeczytaniu kilku rekomendacji, a żel Lanocreme podarowała mi Hexxana. Osobno żaden z kosmetyków się u mnie nie sprawdzał; razem było trochę lepiej, ale bez rewelacji.


Propozycja Lanocreme ma postać mętnego żelu o intensywnym miodowym zapachu. Opakowanie z pompką jest stylowe, wygodne i higieniczne. Producent chwali się zawartością ekstraktu z owocu kiwi, kolagenu, oleju arganowego, miodu manuka i aloesu, co ma stanowić niezwykle odżywczą, łagodzącą i ujędrniającą mieszankę. Niestety u siebie żadnego z tych pożądanych efektów nie dostrzegłam. Wręcz nie mogłam stosować kosmetyku solo, bo na noc był zdecydowanie za mało odżywczy, a na dzień za mało nawilżający i już po kilku godzinach czułam jak cienka i delikatna skóra pod oczami odwadnia się, wysycha i ściąga. 


Krem AA zapakowano w typową tubkę z dziubkiem. Ma postać białej, gęstawej emulsji i jest bezzapachowy. Dałam mu szansę ze względu na ciekawe składniki aktywne, m. in. masło shea, olej marula, pantenol, olej arganowy, alantoinę, olej z ostropestu plamistego, olej z ogórecznika, czy skwalan.


Chciałam, bardzo chciałam zobaczyć u siebie obiecaną metamorfozę; skórę "głądką, nawilżoną i pełną blasku". Nic z tego. Krem okazał się w moim przypadku zwykłym, podstawowym nawilżaczem. Nadawał się pod makijaż, a na noc łączyłam go z opisanym wyżej żelem. Dzięki temu zabiegowi skóra mi się w nocy nie odwadniała, ale na żadne zachwycające rezulaty nie mogłam liczyć. 

Niestety nie zawsze ciekawe składy przekładają się na rzeczywiste działanie :/ No i każda skóra jest inna i inaczej reaguje na dany kosmetyk...

piątek, 27 października 2017

Orly, 40105 Stone Cold

Tego ślicznota dostałam od Asi :*

Pojemność: 18 ml
Kolor: atramentowy niebieski
Wykończenie: glass-flecked
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek:klasyczny, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: już drugiego dnia pokazały się mocno starte końce (co widać na zdjęciach), a trzeciego mani kwalifikował się do zmycia



This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 18 ml
Colour: ink blue
Finish: glass-flecked
Consistency: just right
Brush: classic, comfortable to work with
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2-3 days on my soft, weak nails

wtorek, 24 października 2017

Farmona, Nivelazione, ratunek dla dłoni, intensywnie regenerujący krem do rąk SOS

Krem do dłoni Farmony wypatrzyłam na półce w drogerii Hebe. Ponieważ skóra dłoni to najsuchsze i najbardziej problematyczne miejsce na moim ciele, ponieważ krem przeznaczono dla ekstremalnie zniszczonych dłoni, ponieważ zawiera w sobie mocznik i kosztuje mniej niż 10 zł, dlugo się nie zastanawiałam. I zakupu absolutnie nie żałuję!


Kosmetyk zapakowano w funkcjonalną tubkę z klapką. Ma przyjemny, kosmetyczny zapach i dość  niespotykaną w drogerii postać musu. Produkt jest po rozsmarowaniu bardzo treściwy, otula dłonie ochronnym filtrem i potrzebuje dobrych kilku minut na wchłonięcie. Co takim sucharom jak ja absolutnie nie przeszkadza.

Ratunek dla dłoni przynosił mi natychmiastową ulgę na dłuższy czas. Sprawiał, że skóra nie była nieprzyjemnie ściągnięta, eliminował szorstkość, nawilżał, natłuszczał słowem - działał nawet mimo raczej mało wyszukanego składu. Farmona tym razem zasłużyła sobie na pochwałę na łamach niniejszego bloga. 

Nie wykluczam powrotów. Znacie? Lubicie?

piątek, 20 października 2017

TAG: jak to się zaczęło?

Agata, fantastyczna dziewczyna o niezwykle lekkim piórze i genialnym poczuciu humoru, wymyśliła niedawno bardzo ciekawego TAGa. Mam ogromną ochotę na niego odpowiedzieć, więc here goes :)


1. Kiedy rozpoczęłaś/rozpocząłeś swoją przygodę z blogowaniem?


Niemal siedem lat temu, w grudniu 2010 roku. Jak ten czas szybko leci!


2. Który blog z Twojej kategorii tematycznej odnalazłaś/-eś w sieci jako pierwszy?

Na 100% nie pamiętam, ale najprawdopodobniej był to blog 1001 Pasji autorstwa Asi. Na pewno najpierw odkryłam wizaż.pl, potem urodowy youtube (MizzVintage i Iwetto, uwielbiałam oba kanały), a dopiero potem blogi - wspomnianej Hexxany, a także już nieistniejące/nieaktualizowane Co sroce w oko wpadnie (autorka prowadzi teraz innego bloga) i Urban State of Mind.



3. Skąd pomysł, żeby zacząć tworzyć coś swojego?

Jeszcze w trakcie studiów, w 2007 roku, poznałam na wakacjach w UK swojego partnera, faceta z Karaibów. Po ukończeniu rzeczonych studiów w czerwcu 2010 roku, wyemigrowałam do UK, aby do niego dołączyć. Przez pierwsze 6 lat naszego związu, zanim urodziłam córę, na co dzień w domu panował angielski. Poza tym nie miałam z kim pogadać na tematy kosmetyczne, które mnie mocno interesowały. W tamtym czasie blog był najlepszym rozwiązaniem tych "problemów" - dawał mi codzienny kontakt  z rodzimym językiem i pozwolił nawiązać znajomości z osobami podzielającymi moje zainteresowania. Do dziś właśnie te aspekty są dla  mnie w blogowaniu najważniejsze. Te 7 lat temu blogowanie to było głównie zajęcie hobbistyczne. Teraz urosło do rangi zawodu; wiele osób na tym zarabia, tworzy profesjonalne urodowe magazyny online z pięknymi zdjęciami. Ja natomiast dalej piszę wyłącznie hobbistycznie, spisując swojego rodzaju kosmetyczny pamiętnik i wymieniając się doświadczeniami z koleżankami. Dlatego mój blog odstaje pod względem zdjęć (mają możliwie wiernie prezentować dany produkt, i tyle), layoutu, pozycjonowania i innych tego typu rzeczy. Te aspekty mnie nie interesują; interesuje mnie komunikacja z osobami o podobnych pasjach i wymiana doświadczeń.


4. A skąd taki temat?


Kolorówką i pielęgnacją zaczęłam interesować się późno, po dwudziestce. Ale jak już to zainteresowanie przyszło, to szczelnie oplotło swoimi mackami i póki co, 10 lat później, nadal nie puściło.


5. Jak Twoi bliscy zareagowali na wieść o tym, że „od teraz jestę blogerę”?

Rodzice uważają, że to fanaberia, a dla części znajomych to zajęcie trochę niepoważne, marnowanie czasu. Są jednak i osoby, które mi kibicują, zaglądają, czytają, czasem pytają o rekomendacje, co jest miłe... Bloga się nie wstydzę, ale też sama raczej nie poruszam tego tematu - trzeba się mnie o niego zapytać.
 

6. Pierwszy znajomy bloger poznany w realnym świecie to?


Były to Stri, Kasia, Bogusia, Basia i Justyna. Słomki nie liczę, bo znamy się od lat (od pierwszego roku studiów), jeszcze zanim którakolwiek z nas pomyślała o założeniu bloga urodowego.
 

7. Co na początku najgorzej Ci szło?

Yyy... zdjęcia? Nadal nie są moją mocną stroną i raczej nigdy nie będą. Powody już wyłuszczyłam.




8. Który z pierwszych tekstów był dla Ciebie ważny i dlaczego?

Chyba ten zupełnie pierwszy, bo w końcu w tamtym momencie odważyłam się ruszyć z blogiem. No i dotyczył jednej z najlepszych decyzji w moim życiu: laserowej korekty wzroku. Od siedmiu lat nie muszę nosić okularów (po niemal dwudziestu latach uwiązania do nich) i BARDZO mi z tym dobrze. Oby tak zostało jak najdłużej :)

Ktoś jeszcze chętny na opowiedzenie o swoich początkach? W imieniu Agaty i swoim serdecznie zapraszam. Chętnie poczytam!

środa, 18 października 2017

Sylveco, lipowy płyn micelarny

Na lipowy płyn micelarny skusiłam się ze względu na ogrom pozytywnych opinii. Kupiłam kosmetyk w Naturze. I wiecie co? Dołączam się do grona zachwyconych konsumentów :)


Produkt zapakowano do brązowej, plastikowej butelki z estetyczną etykietką i wygodną klapką. Otwór dozujący nie jest ani za duży, ani za mały, dzięki czemu nie marnujemy cennej zawartości. Sam kosmetyk ma lekko żółtawe zabarwienie i bardzo dziwnie pachnie lipą z jakąś drażniącą nutą. Zapach to w moich oczach jedyny minus płynu.


Do działania nie mam zarzutów. Micel skutecznie usuwa niewodoodporną kolorówkę, a przy tym nie podrażnia oczu ani skóry, nie wysusza i ma bardzo ładny skład. Naprawdę dobra propozycja naszej rodzimej marki.

A w skrócie:
  • wygodne i estetyczne opakowanie
  • produkt polski
  • ładny, naturalny skład
  • działa skutecznie, ale łagodnie
  • nie podrażnia, nie wysusza.
Wiem, że na temat kosmetyku wypowiedziało się wieeeele osób, no ale sama też musiałam go pochwalić. Bo po prostu na to zasługuje.

niedziela, 15 października 2017

Flormar, Supershine Miracle Colors, U29

Lakier dostałam od Asi :*

Pojemność: 10 ml
Kolor: różowawa czerwień z różowymi drobinkami
Wykończenie: drobinkowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny, wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Golden Rose, quick dry top coat)
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: z moich miękkich paznokci zaczął odpryskiwać po dwóch dniach



This nail varnish was a gift from a friend.

Volume: 10 ml
Colour: pinkish red with pink shimmer
Finish: shimmer
Consistency: just right
Brush: classic, comfortable to work with
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Golden Rose quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 2 days on my soft, weak nails

czwartek, 12 października 2017

Ulubieńcy minionego lata | Bielenda, Skin & Tonic, Sylveco, Tarte, Inglot, Maybelline, Theatric Professional

Tegoroczne lato było w Blackpool chłodne i deszczowe. Ciepłe, słoneczne dni pojawiały się co jakiś czas, na chwilę, jakby przypadkiem. Nie naładowałam swoich wewnętrznych słonecznych baterii. Nie było szans. Do tego dodajmy pracę na pełnych obrotach, dziecko, mało snu (który jeszcze dodatkowo ucinałam na rzecz treningów kilka razy w tygodniu), brak czasu dla siebie i już wiadomo, dlaczego moja pielęgnacja nie była specjalnie wyszukana, a makijaż robiłam na szybko i naprawdę rzadko kiedy sięgałam po nowości, a do testów nie miałam specjalnie głowy. Niemniej garstkę letnich ulubieńców wytypowałam.

Pielęgnacja

Bielenda, micele Kolagenowe Odmłodzenie oraz Esencja Młodości (klik)


Micele Bielendy bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły, bo jak na kosmetyki dostępne w drogerii mają w składach sporo substancji aktywnych uznawanych za nawilżające i odmładzające. Oczywiście z zadania usuwania makijażu wywiązują się wzorcowo, a przy tym nie wysuszają mi skóry i nie powodują dyskomfortu. Sama szczególnie polubiłam nieobecną na zdjęciu Kojącą Wodę Różaną. Szczerze polecam i będę wracać.


Skin & Tonic London, Steam Clean oraz Brit Beauty Oil (klik)


Steam Clean było moim pierwszym masełkiem do demakijażu. I mimo iż osobiście wolę olejki hydrofilne  (najzwyczajniej w świecie kwestia preferencji), to ten kosmetyk naprawdę warto było wypróbować. Świetny skład, skuteczne usuwanie makijażu twarzy i dogadywanie się z moimi naczynkami sprawiły, że produkt naprawdę zasługuje na wyróżnienie.



A Brit Beauty Oil pokochałam całym sercem. Co za petarda! Pięknie pachniał neroli, cudownie nawilżał i uelastyczniał skórę, delikatnie obkurczał pory i wyrównywał koloryt cery. Do pielęgnacji nocnej jak znalazł. Sięgałam po niego z ogromną przyjemnością. Asiu :*


Sylveco, łagodny żel do higieny intymnej (klik)


Jak już wspominałam, większość żeli do higieny intymnej mnie podrażnia. Nie Sylveco, co uczyniło z niego moje wielkie odkrycie. Poza tym, że rzeczywiście jest łagodny, wykazuje działanie łagodzące i kojące, np przy rozhukanych hemoroidach.


Kolorówka

Tarte, Showstopper Clay Palette (klik)


Ta paleta to ideał na pracowite lato, gdyż za jej pomocą można szybko załatwić nie tylko makijaż oczu, ale też twarzy. Przy tym kolorystyka, wykończenia, trwałość są jak marzenie. Bronzer i jeden cień trochę się osypują, ale da się nad tym zapanować. Cudo, cudo, cudo <3 Mimo niemal codziennego po nią sięgania nadal mi się nie nudzi, a to o czymś świadczy. Kasiu :*


Inglot AMC 84 & 85 (klik)


Kiedy jednak już znalazł się czas i ochota na odpicowanie oka, sięgałam po jeden z dwóch cudnych pigmentów Inglota. Natychmiastowy efekt murowany!


Maybelline, Color Whisper by Color Sensational, 120 Petal Rebel & 130 Pink Possibilities (klik)



Seria Color Whisper jest już niedostępna, więc trochę biłam się z myślami, czy Wam ją tu przypominać. Niemniej te dwie pomadki rzeczywiście towarzyszyły mi przez całe lato, kiedy nie miałam glowy do kontrolowania makijażu ust, co przy moich ukochanych czerwieniach i fuksjach jest koniecznością. Whisperki były niezobowiązujące i kontroli nie wymagały, a przy tym nosiły się bardzo komfortowo, więc to one królowały. No i też chcę je zużyć zanim się zepsują....


Theatric Professional, bibułki matujące super absorbujące (klik)


Bibułki matujące to przy tustej cerze latem konieczność. Te z Theatric są moim ogromnym odkryciem. Duże, chłonne, mocne, nienaruszające makijażu, w dobrej cenie. Ideał.

A lakieru do paznokci tym razem nie będzie. Bywały dni i tygodnie, kiedy pazury były gołe, bo wolałam poćwiczyć lub iść spać zamiast je malować....

Ponarzekałam na lato, ale póki co tegoroczna jesień pogodowo też nie rozpieszcza :/ Chandra to chyba będzie moje drugie imi; potrzebuję słońca! Trzymajcie się ciepło i pogodnie :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...