Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matowe pomadki w płynie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą matowe pomadki w płynie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 grudnia 2019

Kilka słów o moich pomadkach w płynie: Revlon, Ultra HD Matte Lipcolor; Maybelline, Vivid Matte Liquid; Zoeva, Pure Velours Lips; Nip + Fab, Matte Liquid Lipstick

Kiedy spoglądam na swoją toaletkę, w oczy rzucają mi się tubki pomadek w płynie. Swojego czasu miałam na nie ogromną fazę, stąd ich nadwyżka (i konieczność przesiewu) w moim posiadaniu. Ale przynajmniej mogę coś o nich napisać.


#1
Revlon, Ultra HD Matte Lipcolor,  600 Devotion, 610 Addiction, 635 Love Amour


Na blogu recenzowałam już wiele różnych pomadek Revlon; lubię je. Dlatego z chęcią skusiłam się i na serię Ultra HD Matte Lipcolor. Mazidła mają ładne opakowania i bardzo wygodny aplikator w kształcie wiosełka. Umożliwia on precyzyjną aplikację. Pachną landrynkowo. Przez jakiś czas po nałożeniu na ustach mamy błysk, który z biegiem czasu znika, pozostawiając na wargach matowy stain. Produkt nie wysusza ust. Nie miałam okazji przetestować trwałości nudziakowego koloru, bo w trakcie wizyty rodziny pomadka wpadła w oko siostrzenicy mojego partnera i jej ją podarowałam. Pozostałe dwa kolory bez tłustego jedzenia wymagają poprwek po około 6 godzinach.

600 Devotion to twarzowy różowy nudziak.

610 Addiction to cudowna borówka.

 A 625 Love to oczywiście piękny koral.


#2 
Maybelline, Vivid Matte Liquid, 05 Nude Flash, 25 Orange Shot


Pomadki Vivid Matte Liquid mają wygodny w użyciu, lekko spłaszczony aplikator. Pachną słodko, trochę ciasteczkowo. Wbrew nazwie nie dają matowego wykończenia - wyglądają na ustach jak bardzo dobrze napigmentowane błyszczyki. Kolor jest wyrazisty i soczysty. Mazidła nie zastygają na ustach, są cały czas plastyczne, mocno się odbijają na kubkach, mogą się w chwili nieuwagi rozmazać czy odbić na zębach.


05 Nude Flash to różowy nudziak. Jego trwałości nie przetestowałam, gdyż go również oddałam bratanicy pana Simply.


Jak sama nazwa wskazuje, 25 Orange Shot to żywy, koralowy pomarańcz. Zażółca zęby. Jej trwałość to na mnie około 3 godziny, po tym czasie zostaje na ustach delikatny stain.


#3 
Zoeva, Pure Velours Lips, All Is Calm


Pomadka Zoevy wywołała we mnie mieszane uczucia. Dostałam ją od Hexxany. Doceniam wygodny w obsłudze, "wiosłowaty" aplikator. Doceniam świentą pigmentację, lekko musową konsystencję, ładne matowe wykończenie oraz brak wysuszania ust. Mój odcień All Is Calm to bardzo ładny odcień toffee. Ale tutaj przechodzimy do największej wady produktu: pomadka jest bardzo nietrwała. Znika po mniej więcej dwóch godzinach albo przy jakiejkolwiek formie konsumpcji. Szkoda.



#4
Nip + Fab, Matte Liquid Lipstick, 70 Red Velvet


Kolor tej pomadki jest niesamowity - ciemna, wampirza wiśnia. Ale wszystko inne... Niestety ta pomadka to bubel. Nakłada się nierówno, robią się plamy, prześwity. Ze względu na bardzo płynną konsystencję nie sposób ładnie obrysować sobie usta, gdyż kosmetyk się rozlewa. Kiedy zastygnie, a zastyga bardzo szybko, nie da się zrobić żadnych poprawek. Pomadka masakrycznie wysusza wargi i cały czas czuć ją na ustach jako ciężkawą, ściągającą naskórek, jakby gumowatą warstwę. Zjada się bardzo brzydko, nierówno, wykrusza w kącikach i na styku ust. Brrrr. Niestety nikomu tego nie polecę.

wtorek, 17 grudnia 2019

ColourPop, no filter concealer, Fair 06 & ultra matte lip, Bumble, Sizzle

Moja przygoda z marką ColourPop trwa w najlepsze. Pisałam Wam już o świetnej kredce do brwi Precision Brow Pencil (klik) oraz fantastycznej jakościowo paletcie cieni Give It To Me Straight (klik), a dziś przychodzę z pozostałą resztą mojej ColourPop-owej gromadki, czyli z korektorem pod oczy oraz matowymi pomadkami w płynie.


Zakupy robiłam oczywiście online na stronie marki i musiałam zdalnie dobrać sobie odcienie. Kiedy zobaczyłam na żywo swój korektor w odcieniu 06 Fair pomyślałam, że jest niemal biały i będzie za jasny nawet dla mnie, ale na szczęście spotkała mnie przyjemna niespodzianka - mazidło nie robi u mnie efektu pandy.

Mamy tu ładne opakowanie ze złotymi napisami; mamy wygodny, lekko spłaszczony, gąbkowy aplikator. Formuła korektora jest emolientowa i niewysuszającą. Nosi się pod okiem komfortowo.


Kosmetyk w zadowalający sposób wyrównuje koloryt skóry pod oczami (średnie krycie) i odbija światło. Nie mam do niego zastrzeżeń.




Pomadki też mają wizualnie bardzo ładne ubranka. Aplikator to małych rozmiarów, dość precyzyjna gąbeczka. Właściwościami szminki przypominają mi pomadkę Jeffree Stara (klik) - mają brzydki, plastikowy zapach, mocno matowe wykończenie, zastygają na ustach i dają uczucie gumowej warstwy na naskórku. Usta są też nieco ściągnięte. Dodatkowo oba posiadane przeze mnie kolory są na wargach zdecydowanie ciemniejsze niż w opakowaniu.





Bumble jest na żywo bardziej rdzawy niż na moich zdjęciach. Producent opisuję ten odcień jako ciepłą różę. Bez tłustego jedzenia wymaga poprawek po około 4 godzinach; schodzi z ust nierówno, płatami.


Sizzle to połączenie marsali z borówką. Jedna z najtrwalszych pomadek w mojej kolekcji - bez tłustego jedzenia potrafi nie wymagać poprawek przez ponad 8 godzin!

piątek, 14 kwietnia 2017

Hit: Giorgio Armani, lip maestro intense velvet color, 504

Wspominałam już wielokrotnie, że nigdy sama nie kupiłam sobie pomadki z luksusowej półki. Skąd zatem u mnie ferrari wśród matowych szminek w płynie Giorgio Armaniego? Prezent urodzinowy od kochanej Hexxany, oczywiście. Dlatego też na zdjęciach mam jeszcze różowe włosy, z którymi zaszalałam w okolicach swojej trzydziestki w czerwcu. Teraz na powrót noszę swoje naturalki - głównie z lenistwa, bo póki nie muszę, zupełnie mi się nie chce bawić w farbowanie co kilka tygodni... Ale odbiegam od tematu.

Lip maestro intense velvet color testuję sobie spokojnie od kilku miesięcy. I od kilku miesięcy niezmniennie się tym produktem zachwycam. Nieprzypadkowo odniosłam się do niego za pomocą motoryzacyjnej metafory - to zdecydowanie najlepsza pomadka w płynie, z jaką kiedykolwiek się zetknęłam.

Asia wybrała dla mnie odcień 504, żarówiąstą fuksję, i moja opinia opiera się wyłącznie na tej jednej sztuce; nie wiem, jak zachowują się inne kolory.

Pomadka zachwyca już samym opakowaniem, wykonanym z porządnego, nieobłażącego z farby plastiku, z wyraźnym logiem marki. Gąbkowy aplikator ma idealny kształt i wielkość, dzięki czemu nabiera odpowiednią ilość produktu na jednorazową aplikację i daje pełną kontrolę i precyzję podczas tej czynności. A wierzcie mi, precyzja w przypadku tak wyrazistego koloru jest bardzo ważna.

Sam kosmetyk ma lekko musową konsystencję i jest obłędnie napigmentowany. Jedynie zapach nie jest jego mocną stroną. Wiecie jakim smrodkiem zalatują Rouge Edition Velvet z Bourjois? Lip maestro pachnie podobnie tylko delikatniej...


Do godziny po aplikacji pomadka GA ma welwetowe wykończenie. Potem zastyga na pełen mat. Piękny, soczysty mat. Produkt nie ma tendencji do wylewania się poza kontur ust czy osadzania w bruzdach wargowych, a na zębach odbije się tylko, jeśli nałożymy go na usta zbyt dużo. 

Z trwałością mamy ciekawą sprawę. Jeśli coś konsumujemy w przeciągu pierwszej godziny po aplikacji, produkt potrafi "zjeść się" po około trzech godzinach. Jeśli natomiast jemy i pijemy już po jego zastygnięciu na mat, trwałość wynosi nawet 7-8 godzin, choć po pierwszych czterech kolor zauważalnie blednie, a na ustach zostaje coś na kształt stainu. A teraz najlepsze: naprawdę nie wiem, co to za magia, ale ten wyrazisty kolor zjada się bardzo równomiernie.  Niewiarygodne! Normalnie tego typu pomadki znikają od środka ust pozostawiając wokół nich obwódkę, lub brzydko wykruszają się z kącików. Tutaj nic takiego nie ma miejsca. I dlatego właśnie tak lip maestro pokochałam. No i za kolor. Tylko spójrzcie, jaki jest piękny:


Co tu dużo mówić... IDEAŁ.

piątek, 3 marca 2017

MUA, matowa pomadka w płynie, Reckless

Opisywana dziś matowa pomadka w płynie została podarowana mi przez Magdalenę, która wie, że dobrze czuję się w czerwieni. A ta czerwień jest naprawdę piękna.


Już samo opakowanie pomadki zwraca uwagę - oszroniony plastik wygląda ciekawie, elegancko, inaczej. Aplikator to gąbeczka, którą bardzo wygodnie się operuje. Nie ma drażniącego dla nosa zapachu. Odcień Reckless to piękna, winna czerwień.


Nie widać tego na zdjęciu wyżej (odbijające się światło od okna; na zdjęciach poniżej wykończenie jest lepiej oddane), ale wykończenie mazidła to taki konkretny mat. Przez kilka minut po aplikacji pomadka jest plastyczna, dzięki czemu można z nią popracować, po czym zastyga na mur-beton i jest nie do ruszenia (np. podczas pocierania o siebie wargami). Po zastygnięciu nie ma też najmniejszej nawet lepkości i produkt prawie w ogóle nie odbija się na kubkach. Pomadka oczywiście wysusza usta, więc po całodniowym romansie z nią warto je mocno nawilżyć.


Największą wadą kosmetyku jest to, jak się zjada. Oto obraz, jaki za każdym razem widzę w lustrze po trzech godzinach noszenia pomadki nałożonej na czyste, suche usta:


Jak widać, zjada się od środka (co mocno widać podczas mówienia) i skrusza w kącikach.

Niestety nie jest to długodystansowiec, więc jeśli szukacie trwałej pomadki na wiele godzin, to ten produkt odradzam. Na krótkie sesje - czemu nie; matowe wykończenie wygląda świetnie.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Wibo, Million Dollar Lips, 4

Był taki czas, kilka lat temu, że kibicowałam marce Wibo. Nie dość, że nasza, polska, to oferowała kosmetyki o przyzwoitej jakości w naprawdę przyzwoitych cenach. Jako studentka często zatrzymywałam się przed ich szafą w Rossmannie; kupowałam głównie lakiery do paznokci. Podobało mi się, że marka nadążała za trendami; na przykład, kiedy zrodził się szał na lakiery piaskowe, Wibo wprowadziło takie do oferty. To samo z pomadkami w kredce czy matowymi pomadkami w płynie. Swoją Million Dollar Lips z radością kupiłam zanim mój stosunek do marki uległ znacznemu ochłodzeniu, a wręcz zamarzł. Piję do tego, że polski producent, którego tak ceniłam, w pewnym momencie przekroczył (umowną i dla każdego inną) granicę dobrego smaku, bo co innego inspirować się wysoko półkowymi markami, czasem finansowo nieosiągalnymi, a co innego chamsko kopiować nie tylko odcienie, ale nazwy, opakowania, układ produktów w opakowaniu - dosłownie wszystko. We mnie wywołuje to ogromny niesmak. Dodajmy jeszcze fakt, że produkcja z terenu kraju przeniosła się do Chin, ojczyzny podrób, a przy tym ceny wzrosły. Bardzo, bardzo nie podoba mi się obrany przez Wibo kierunek, więc matowa pomadka, którą kupiłam przynajmniej pół roku temu (za 11,29 zł / 3 ml) na długo zostanie moim ostatnim zakupem od nich. Rozpoczynam swój prywatny, nic dla Wibo nie znaczący, bojkot.

Co do pomadek MDL, do wyboru mamy cztery odcienie. Ja wybrałam czerwień o numerze 4.

Opakowanie kosmetyku jest, dyplomatycznie mówiąc, niezbyt urodziwe; złote napisy szybko zaczęły obłazić. Kolor zakrętki koresponduje z odcieniem pomadki. Nie odpowiada mi tu brak możliwości śledzenia stopnia zużycia. Za plus poczytuję umieszczenie informacji na temat objętości kosmetyku, bo marka nie zawsze raczy podać takie info na opakowaniu.

Aplikator to mała gąbeczka. Dzięki swoim niewielkim rozmiarom pozwala na precyzyjną aplikację nawet bez konturówki, a poza tym nabiera odpowiednią ilość mazidła na jedną aplikację - ani za dużo, ani za mało. Małym minusem aplikatora jest to, że drapie. Wcześniej nie zetknęłam się z tak mocno drapiącą gąbeczką.

Pomadka ma nieprzyjemny, plastikowy zapach na modłę REV z Bourjois. Jest świetnie napigmentowana i bardzo szybko zastyga, trzeba sobie zatem wypracować w miarę szybkie tempo aplikacji. Po zastygnięciu nie ma możliwości przemieszczenia produktu, na przykład pocierając o siebie wargi; makijaż zostaje na swoim miejscu.

Wykończenie kosmetyku jest prawdziwie matowe. Co nie dziwi, pomadka wysusza usta, ale to raczej normalka w przypadku matowych szminek w płynie. Kosmetyk na ustach nie jest lepki, ale czuć go na naskórku, a kiedy pocieramy o siebie wargi mamy wrażenie, że jest na nich jakby kremowa pomadka mocno przypudrowana dla zniesienia lepkości. Mam nadzieję, że dobrze wytłumaczyłam, o jakie odczucie chodzi.


Numer 4 to ładna, chłodna czerwień. Producent obiecuje trwałość do 4 godzin; u mnie jest ona nawet większa - wyraźne ubytki w makijażu ust widzę po 5-6 godzinach z jedzeniem i piciem. Produkt, mimo iż zastygający, nie jest całkowicie transfer-proof; zostawia ślady na kubkach. Zjada się oczywiście od środka i nierównomiernie. Żeby poprawić makijaż, zdecydowanie wolę usunąć jego pozostałości i zaaplikować pomadkę od nowa.

Nie jest to zła pomadka. Ma brzydkie opakowanie, okropny zapach i wysuszające, jak większość tego typu produktów, właściwości, ale przy tym jest świetnie napigmentowana, ma ładny kolor i jest dość trwała, a aplikator, choć drapiący, jest precyzyjny. 

Moje stanowisko wobec firmy znacie, ale oczywiście nikomu nie zamierzam go narzucać. Produktu ani nie polecam, ani nie zniechęcam.

czwartek, 6 października 2016

Stila, stay all day liquid lipstick, 06 carina

Jak sprawić ogromną radość blogerce uzależnionej od kolorowych (zwłaszcza matowych) pomadek? Podarować jej pomadkę, na którą sama by się długo nie skusiła. Co jakiś czas temu uczyniła Hexxana. Dziękuję :*

Pozwólcie, że przytoczę Wam obietnice producenta:
A creamy-matte, full-coverage lip colour delivers intense moisture with bold, long-lasting colour and stays in place for up to 6 hours of continuous wear. The texture is weightless on lips and delivers superb comfort. Its colour-rich formula will not bleed or transfer. (klik)

W UK mamy do wyboru 15 odcieni w cenie około 16 funtów/3 ml.


Wydawać by się mogło, że 3 ml produktu to mało, ale nie w tym przypadku. Pomadka jest tak obłędnie napigmentowana, że potrzeba jej niewiele na dokładne pokrycie ust. Wręcz warto unikać nadmiaru, bo ten potrafi odbić się na zębach. Mały gąbeczkowy aplikator pozwala na dużą precyzję - można pokusić się o pominięcie konturówki. Tym bardziej, że chwilę po aplikacji mazidło zastyga i nie ma żadnego ryzyka rozmazywania się poza kontur ust. Uwaga - zanim pomadka zastygnie naprawdę warto przyłożyć się do równomiernej aplikacji. Jeśli zostaną nam jakieś smugi czy prześwity, po zastygnięciu pomadki nie da się tego "naprostować".

Produkt ma przyjemnie kremową konsystencję i bardzo ładny, ciasteczkowy zapach. Nie czuć go na ustach, chyba że je o siebie potrzemy - w tym przypadku da się wyczuć pewną lepkość (ale bez możliwości przesunięcia czy rozmazania kosmetyku). I jakkolwiek nie ma co liczyć na "intensywne nawilżenie", to przyznać muszę, że mazidło ust nie wysusza (nie stosuję pod nie pomadki ochronnej), a to rzadkość wśród pomadek o tym wykończeniu.

Asia podarowała mi odcień Carina. To ciepły, pomarańczowy koral. Ładnie ożywia twarz i wydobywa niebieskość moich tęczówek, ale może nie być ideałem, jeśli macie żółtawe zęby.


Jak już wspominałam, chwilę po aplikacji pomadka zastyga na usatch niemal na mur-beton. Nie ma jednak właściwości stainu i nie wżera się w naskórek. U mnie jej trwałość jest zgodna z obietnicami producenta i wynosi około 6 godzin z piciem i jedzeniem lekkich, nietłustych i nie zawierających kwasów owocowych posiłków (które, jak wiadomo, rozpuszczają pomadkę).

Największym minusem kosmetyku jest sposób, w jaki zjada się z moich ust po tych sześciu godzinach:


Kosmetyk ściera się/wykrusza jakby ktoś przejechał po ustach gumką do kredek/ołówków. Nie wyobrażam sobie tutaj poprawek poprzez dołożenie kolejnej warstwy; wolę wszystko zmyć i zaaplikować produkt ponownie.

Przez pierwsze godziny po aplikacji nie ma transferu, np. na kubki, ale kiedy pomadka zacznie się ścierać, przestaje być transfer-proof i zostawia ślady, jeśli czegoś się dotkniemy.

Podsumowując, niezby atrakcyjny sposób zjadania się (po aż sześciu godzinach noszenia!) stanowi w moich oczach jedyną poważną wadę tego produktu. Poza tym jest to naprawdę solidna pomadka o świetnej pigmentacji, ożywiającym twarz kolorze, przyjemnym zapachu i wygodnym aplikatorze. Odpowiada mi fakt, że zastyga na ustach bez wżerania się w naskórek, dzięki czemu w razie potrzeby/ochoty mogę ją łatwo usunąć. Uczulam jednak, że trzeba z nią szybko pracować, bo po zastygnięciu nie ma już szans na poprawienie błędów.

Bardzo się cieszę, że miałam okazję ją poznać.

PS. Asia opisała u siebie inny odcień tej pomadki - Patina (klik). Oceniła ją surowiej niż ja swoją sztukę, ale niewykluczone, że po prostu Patina jest bardziej wymagającym odcieniem niż Carina. A może któraś z Was ma jakieś doświadczenia z tymi pomadkami?

środa, 17 sierpnia 2016

Bourjois, Souffle de Velvet liquid lipstick, 03 VIPeach & 05 Fuchsiamallow

Na fali popularności matowych pomadek w płynie Rouge Edition Velvet, które mojego kosmetycznego serducha niestety nie podbiły, o czym mogliście przeczytać w poprzednim poście, Bourjois wypuściło kilka miesięcy temu serię Souffle de Velvet, która przy zachowaniu matowego wykończenia ma dawać zupełnie inny efekt, bo niepełne krycie. Producent obiecuje też odczuwalne nawilżenie ust oraz trwałość do dziesięciu godzin. W UK pomadki te kosztują 8,99 funtów za sztukę; ja swoje kupiłam w promocji. Do wyboru mamy osiem kolorów; z tego, co słoczowałam, wszystkie wyglądają na ciepłe.


"Suflety" dzielą pewne cechy ze starszą linią - opakowanie ma podobny kształt (choć jest matowe, a nie błyszczące jak opakowania REV), identyczny, precyzyjny gąbeczkowy aplikator i obrzydliwy, plastikowy zapach/smak. W opakowaniu SDV jest o 1 ml produktu więcej niż wynosi objętość REV.

O ile Rouge Edition Velvet właściwościami specjalnie mnie nie zachwyciły (choć odcienie są ładne i twarzowe), tak Souffle de Velvet wypadły w moich oczach wręcz negatywnie. Już tłumaczę, dlaczego.

Najpierw zaznaczę, że sama nie wiem, czy odpowiada mi efekt niepełnego krycia, czy nie. Czasem podobam się sobie w takim wydaniu, a czasem mam ochotę to-to od razu zmyć. Usta wyglądają jakby były lekko "przegryzione" kolorem a budowanie krycia nie jest dobrym pomysłem, bo nadmiar produktu zbiera się w bruzdach na wargach i odbija na zębach (przy zastosowaniu normalnej ilości atrakcji takowych nie ma). Do wykończenia zastrzeżeń nie mam, ładny mat. Druga rzecz, producent coś tam mamrocze o dziesięciogodzinnej trwałości, a mnie bierze pusty śmiech. U mnie pomadki te nałożone na zupełnie suche, niepokryte balsamem nawilżającym wargi trzymają się dwie godziny, czasem w porywach do trzech. Po tym czasie mocno blekną i czasem zjadają się od środka. Nie da się też przewidzieć zachowania mazideł podczas aplikacji. Czasem nakładają się ładnie i równo, kiedy indziej tworzą się prześwity, które bardzo trudno wyrównać. Nie wiem, od czego to zależy - może od poziomu nawilżenia naskórka danego dnia? Gwoli sprawiedliwości przyznam, że kosmetyki nie wysuszają mi ust, ale jeśli wargi są wysuszone przed aplikacją, pomadki na pewno podkreślą suche skórki i placki. 


Oczywiście pokażę Wam dwa posiadane przeze mnie kolory.

03 VIPeach to, jak sama nazwa wskazuje, świeża brzoskwinia. Przepraszam za suche skórki; robiłam tego dnia hurtowo wiele słoczy i usta trochę ucierpiały.


05 Fuchsiamallow to bardziej ciepły róż niż fuksja.


Podsumowując, mnie osobiście pomadki te rozczarowały. Tak, mają przyjemną, musową konsystencję, ładne wykończenie i nie wysuszają ust, ale to by było na tyle. Abstrahując od faktu, że nie zawsze mam nastrój na niepełne krycie, więc nie jestem do tego efektu w 100% przekonana (choć czasem mi się podoba, przyznaję), nie odpowiada mi, że mazidła są chimeryczne podczas aplikacji i nigdy nie wiem, czy nałożą się równą warstwą, czy też będę walczyć z prześwitami, a wszystko dla efektu nie trwającego dłużej niż 3 godziny bez jedzenia i picia. I jeszcze ten obrzydliwy, plastikowy zapach i niemożność budowania krycia. Ponownego zakupu na pewno nie będzie i cieszę się, że tym razem byłam ostrożniejsza i nie kupiłam w ciemno więcej odcieni, tak jak to zrobiłam w przypadku Rouge Edition Velvet i teraz żałuję, bo nie podzielam zachwytów 90% Internetów. Oczywiście to moja subiektywna opinia; nie chcę urazić wszystkich tych osób, dla których te produkty do hit ;)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Bourjois, Rouge Edition Velvet, 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo!, 07 Nude-ist, 09 Happy Nude Year, 10 Don't pink of it!, 11 So Hap'pink

Szał na matowe pomadki w płynie Bourjois z serii Rouge Edition Velvet trwa od kilku sezonów. Nie pozostałam obojętna na te wszystkie zachwyty i pewnego dnia na promocji 3 for 2 w Bootsie upolowałam sześć odcieni. Normalnie kosztują 8,99 funtów za sztukę, więc dwie ustrzeliłam za darmo. Yay me.


Obiektywnie rzecz ujmując, nie są to złe produkty. Ja jednak się tak tymi pomadkami nie zachwycam, jak większość moich blogowych koleżanek. Dla  mnie są po prostu OK, bez ekscytacji.


Opakowania mają super. Kształ prostopadłościaniu bardzo ułatwia przechowywanie, a kolor nakrętki korespondujący z kolorem zawartości pozwala na szybkie zlokalizowanie interesującego nas odcienia. Wszystko jest ładne i estetyczne. Aplikator to klasyczna gąbeczka. Nabiera odpowiednią na jedną aplikacjię ilość produktu i jest dość precyzyjny.

Zapach produktów szału nie robi. Pachną plastikowo.

Pomadki mają ładne wykończenie satynowego matu, a w ofercie jest obecnie siedemnaście kolorów (w UK).  Posiadane przeze mnie odcienie są świetnie napigmentowane i w zasadzie jedna warstwa wystarcza na osiągnięcie optymalnego krycia. Poza tym dokładanie produktu nie jest dobrym pomysłem, bo jego nadmiar potrafi zebrać się w bruzdach na wargach i przejść na zęby. Umiar bardzo wskazany.

02 Frambourjoise to lekko malinowa czerwień.

05 Ole flamingo! to ognista fuksja.

07 Nude-ist to mieszanka brudnego różu i brązu, taka marsala.


09 Happy Nude Year to ceglasta brzoskwinia. Najgorsza jakościowo z posiadanej przeze mnie szóstki, a poza tym nie do końca dobrze czuję się w tym odcieniu.


10 Don't pink of iit! to dzienny, delikatny róż.

11 So Hap'pink to przyjemna, lekko koralowa brzoskwinka.


Tyle czytałam o niesłychanej trwałości tych pomadek. Zdziwiłam się zatem, że u mnie po pierwszych próbach trzymały się jedynie do 4 godzin. Myślałam, że może to wina stosowania cieniuteńkiej warstwy pomadki ochronnej jako bazy pod te szminki, ale nakładanie ich na zupełnie gołe, suche usta niczego się nie zmieniło. Z niechlubnym wyjątkiem 09 Happy Nude Year, który utrzymuje się na moich ustach przez 1,5 godziny, w przypadku pozostałej piątki co 3,5 - 4 godziny muszę nanosić poprawki, bo widać, że kolor nierównomiernie znika z warg, tworzą się prześwity, i to niezależnie czy jem i piję, czy nie. Jakakolwiek forma konsumpcji nie pozostaje bez wpływu na tempo zjadania się produktów; poza tym pomadki odbijają się na szklankach. Najintesywniejsze kolory potrafią lekko weżreć się w usta i są tudniejsze do usunięcia (polecam olej kokosowy) niż jaśniejsze nudziaki.


Oczywiście pomadki wysuszają usta (podkreślą suche skórki) i po całodziennym noszeniu muszę o naskórek warg dobrze zadbać. Peeling ust i intensywne nocne nawilżanie bardzo wskazane.

 od lewej: 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo!, 07 Nude-ist, 09 Happy Nude Year, 10 Don't pink of it!, 11 So Hap'pink


Jeśli o same kolory chodzi, najlepiej czuję się w 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo! oraz 11 So Hap'pink. 07 Nude-ist również dobrze mi się nosi (w moim odczuciu to jeden z najładniejszych nudziaków w tej linii), a na 10 Don't pink of it! muszę mieć nastrój i dobrze dobrać makijaż (najlepiej ciemne oko), żeby nie wypłukać się za bardzo z koloru na twarzy. Czarnej owcy 09 Happy Nude Year nie lubię - ani za odcień, ani za bardzo szybkie, nierównomierne ulatnianie się z moich ust.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...