Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minerały. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą minerały. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 grudnia 2019

Test podkładów mineralnych: Proto-col Baked Mineral Foundation (Dover); Amilie, Jojoba (cream beige, pine nut); Everyday Minerals, podkład półmatowy (fair neutral, linen); Pixie Cosmetics, Minerals Love Botanicals (lunar falls)

Podkłady mineralne służą mojej naczynkowej, przetłuszczającej się cerze o wiele lepiej niż wszelkie podkłady płynne. Z tego tytułu rok 2019 był rokiem testowania różnych marek, formuł i odcieni, których rezultaty zobaczycie poniżej. Z lat wcześniejszych wiem, że nie pokochałam proszków Pixie z serii Amazon Gold Mineral Foundation (klik) ani Earthnicity (klik); bardzo za to polubiłam się z Amilie Mineral Cosmetics w wersjach matujących i kryjących (klik), Neve Cosmetics Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (klik), nie unikam też Lily Lolo (klik). W ramach testów dowiedziałam się, że pasują mi odcienie jasne i żółte. Ponieważ mam w toaletce jeszcze kilka sztuk proszków, których tu nie opisałam, postanowiłam nadrobić i udokumentować swoje mineralne przygody. Tym bardziej, iż jeśli o minerały chodzi, naprawdę trzeba testować, testować i testować, aby znaleźć te najlepiej służące naszej cerze.


#1
Proto-col Natural Mineral Cosmetics, baked mineral foundation, Dover

Od producenta:

"Baked Mineral Foundation works in harmony with the most sensitive of skins and adapts to individual skin tone for an even, well blended complexion.
  • Flawless coverage and effortless application.
  • Contains light refracting Mica to help minimise the appearance of fine lines and pores.
  • Allows skin to breathe.
  • Suitable for all skin types.
  • Available in three different shades.
  • 9g.
  • Paraben free.
Key Ingredients:
Lavender – calming.
Rosemary – a powerful antioxidant and anti-inflammatory.
Green Tea – a fantastic anti-oxidant.
Suitable for all skin types
." (klik)


Szybko okazało się, że będzie to jeden z moich ulubionych podkładów, mimo mojego początkowgo sceptycyzmu. Po pierwsze, jest wypiekany i nie robi bałaganu podczas nabierania na pędzel. Po drugie, opakowanie ma lusterko, co jest mega przydatne w podróży. Po trzecie, mimo iż kosmetyk zawiera olej jojoba, nie wzmaga przetłuszczania się mojej cery (olej jojoba ponoć przypomina ludzie sebum i może w tym rzecz). Po czwarte, mimo iż jest to podklad rozświetlający, zawierający sporo miki, nie daje na mnie po kilku godzinach efektu córki króla smalcu. A poza tym, jak widać na zdjęciu poniżej, podkład bardzo ładnie wyrównuje koloryt cery i daje piękne wykończenie. Nieco bluruje pory na policzkach, a przy tym wygląda bardzo naturalnie - jak nasza druga skóra. Wyświeca się na mnie po 4-5 godzianch, ale po akcji z bibułką matującą wygląda dobrze do końca dnia. Produkt nie wysusza mi cery. Dostałam go od Hexxany, z czego ogromnie się cieszę, bo jest świetny.



#2
Amilie Mineral Cosmetics, podkład jojoba (cream beige, pine nut)

Od producenta:

"Kobiety o dojrzałej cerze z pewnością docenią nasz innowacyjny podkład Jojoba. Jego niespotykana formuła opiera się o minerały zamknięte w otoczce z oleju jojoba. Dzięki temu wyróżnia się gładką, kremową konsystencją. Nasz wyjątkowy podkład mineralny sprawia, że skóra wygląda perfekcyjnie. Maskuje wszelkie niedoskonałości i dodaje cerze subtelnego blasku, który ją odmładza i dodaje świeżości. Wysokiej jakości podkład Jojoba dostępny jest w 13 odcieniach, dzięki czemu dopasujesz go do dowolnej karnacji. Produkt ten wyróżnia się swoim doskonałym, naturalnym składem, dobrym kryciem, pozytywnym wpływem na skórę, a także jedwabistą konsystencją i prostotą aplikacji. Oczywiście, tak jak pozostałe kosmetyki mineralne, dla najlepszych efektów należy nakładać go pędzelkami do makijażu. Dzięki temu Twój make-up będzie wyglądał idealnie i świeżo przez cały dzień." (klik)

Hexxana podesłała mi odsypki dwóch odcieni tego podkładu. Sama raczej bym nie postawiła na ten wariant, bo nie pomyślałabym, że moja cera dogada się z olejem jojoba. Zostałam pozytywnie zaskoczona.


Odcienie, które mam to cream beige (chłodne tony z nutą beżu) oraz pine nut (paleta olive). Z założenia żaden z nich nie powinien mi pasować, gdyż najlepiej wyglądają na mnie odcienie jasne, ciepłe, wpadające w żółć, ale jakmiś cudem i cream beige, i pine nut wyglądają na mnie w porządku, jakby się dopasowywały do odcienia mojej skóry. Może rzecz w tym, że aplikuję tylko jedną warstwę i jestem teraz zimowo blada, a one są jasne? Trudno powiedzieć.

Cream Beige
nie świnkuje mnie!

Pine Nut
nie daje na mnie efektu topielca!


Jak widać, podkład jojoba od Amilie daje troszkę mniejszy poziom krycia pod podkładu Proto-col, choć nadal wyrównuje koloryt cery. Produkt należy do kategorii rozświetlającej. Z tego tytułu wyświeca się na mojej tłustej cerze po około 3 godzinach, ale bibułki matujące załatwiają sprawę i podkład wygląda dobrze do końca dnia. Proszek dobrze leży na skórze, nie daje efektu maski, nie ciastkuje się i nie wysusza. Z przyjemnością zużyję swoje próbki, ale z tej firmy zwrócę się jednak w stronę wersji matującej i kryjącej, których testy wywołały u mnie wiele zadowolenia.


#3
Everyday Minerals, podkład półmatowy, fair neutral, linen

Od producenta:
"Podkłady marki Everyday Minerals pozwalają uzyskać nieskazitelny wygląd skóry bez efektu maski. Zapewniają jedwabiste i nieskazitelne wykończenie, a jednocześnie bardzo naturalny i zdrowy wygląd. Podkłady mineralne są lekkimi kosmetykami, które utrzymują się na twarzy nawet do 24 godzin. Dodatkowo firma Everyday Minerals proponuje nam 4 wersje podkładów, w zależności od typu skóry jaką posiadamy: od bardzo suchej przez mieszaną do bardzo tłustej ze skłonnościami do niedoskonałości." (klik)

Skusiłam się na zakup samplerów podkładów mineralnych Everyday Minerals, ponieważ naczytałam się o nich ogromnych ochów i achów, i napaliłam się jak szczerbaty na suchary. A tymczasem proszki te nie podbiły mojego serca.


W ciemno wybrałam dwa bardzo jasne, neutralne odcienie, i oba jakoś zgrywają się z moją zimową bladością (linen lepiej). Podkład oferuje bardzo niskie krycie, ale za to wygląda bardzo naturalnie i daje przyjemne, półmatowe wykończenie. Wyświeca się na mnie po około 3 godzinach, a po następnych kilku ulatnia się z mojej cery, jest nietrwały. Nie dość, że podkłady EM są jednymi z droższych na rynku, to jakościowo są gorsze od naszych rodzimych Amilie czy Annabelle, które właśnie testuję.

fair neutral

linen
 


#4
Pixie Cosmetics, Minerals Love Botanicals, lunar falls

Od producenta:
"Prezentujemy  nową odsłonę sypkich, mineralnych podkładów do twarzy. Minerals Love Botanicals łączy ze sobą dwa światy: mineralny i roślinny. Unikalna kombinacja kryjących pigmentów mineralnych oraz wyselekcjonowanych substancji roślinnych (sproszkowanego bambusa oraz mączki owsianej), tworzy na skórze jedwabisty film mineralny, nadaje cerze naturalne, jednolite i nieskazitelne wykończenie. Niedoskonałości znikają, a twarz wygląda świeżo i naturalnie. Pomimo sypkiej konsystencji, zapewnia lekko kremowe odczucie gładkości na skórze, idealnie stapia się z cerą. W składzie formuły pojawił się też bursztyn, który posiada właściwości odmładzające, niszcząc wolne rodniki, tym samym hamując proces starzenia. Cera staje się świeża gładka i wypoczęta. Poprawia się jej koloryt, a naskórek szybciej się regeneruje." (klik)

Tę odsypkę też podesłała mi Hexxana.
.
O odcieniu lunar falls przeczytamy: "Do karnacji jasnej w tonacji neutralnej o lekko ziemistym, ciepłym, subtelnie oliwkowym kolorycie; polecany dla osób o cerze w odcieniu naturalnego, ciepłego beżu. Zblizony do "Antique Beige". Jest jednak od niego nieco mniej chłodny, mniej ziemisty, posiada nieco więcej złocistych tonów." (klik)


No i znowu w teorii nie jest to mój odcień, a w praktyce - nie odznacza się od szyi. Odnośnie formuły, w porównaniu z Amazon Gold Mineral Foundation seria Minerals Love Botanicals ma nieco lepsze krycie. Zostawia na twarzy satynowe wykończnenie i wygląda bardzo naturalnie. Moja cera zaczyna się pod tym podkładem wyświecać po około 4 godzinach od aplikacji, ale ściągnięcie sebum bibułką nie pomaga na długo. Im dalej w las, tym podkład zaczyna wyglądać ciężej, cera mocno się błyszczy. Mam wrażenie, że niestety moja skóra nie lubi podkładów Pixie Cosmetics i już....

Mimo iż minerały wymagają wielu testów, raczej nie zamierzam wracać do tradycyjnych fluidów. Kiedy stosuję proszki, moja cera jest w znacznie lepszej kondycji, a i naczynka się nie buntują. Serdecznie polecam.

wtorek, 10 grudnia 2019

Pixie, My Secret Mineral Rouge Powder, Kiss and Tell, Blushing Berry, Pale Jasper

Robiąc porządki w tolatce natknęłam się na odsypki trzech różów mineralnych marki Pixie - satynowego Kiss and Tell, matowego Blushing Berry i rozświetlającego Pale Jasper. Musiałam je kupić razem z próbkami różnych podkładów mineralnych, w ramach testowania. 

Są ładne, ale....



Słodki, satynowy róż Kiss and Tell w moim przypadku okazał się najlepszy z całej trójki. Bardzo ładnie i świeżo wygląda na policzku, no i widzę go na sobie od aplikacji do zmycia makijażu po około dziesięciu godzinach. Gdybym miała jakieś braki w różach, mogłabym się na niego skusić.



Blushing Berry to śliczny odcień jasnego, przybrudzonego różu o matowym wykończeniu. Niestety znika bez śladu z mojego lica po 3-4 godzinach. 



A połyskliwy Pale Jasper jest tak jaśniutki, że lepiej sprawdzi się w roli różowawego rozświetlacza niż różu. On też jest na mnie bardzo nietrwały i szybko znika bez śladu.
 

Macie jakieś doświadczenia z różami marki Pixie?

niedziela, 2 czerwca 2019

Neve Cosmetics, Flat Perfection Smoothing Powder Foundation (Light Warm)

Witajcie w moim ulubionym miesiącu w roku. Maj był bardzo pracowity (do około 18 godzin w pracy na dobę) i miałam naprawdę niewiele czasu dla siebie. Czerwiec zapowiada się podobnie, ale raz, że pracy się nie boję, a dwa - mam nadzieję w końcu na słoneczko i ciepełko, więc w najbliższą przyszłość patrzę z nadzieją. Nawet teraz piszę notkę obsługując klientów w pensjonatowym barze w sobotnią noc gdzieś między 3.00 a 4.00 nad ranem. Za wszelkie błędy z góry przepraszam :D A że nie zdążyłam zrobić jeszcze żadnych zdjęć majowych zużyć, przychodzę z opinią na temat podkładu mineralnego nieznanej mi do tej pory marki Neve Cosmetics, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie.

Spośród dziewięciu dostępnych odcieni, do  mnie trafił Light Warm. Tak o kosmetyku pisze producent:

Pressed powder foundation with a silicone-free, vegetarian and vegan formula. Precious minerals are combined with plant ingredients and vitamins to give your skin a smooth, luminous look, making it sublime to look at and to touch.

Light Warm, a pale shade with warm undertones. The foundation for fair but not cold skin tones: unlike Light Neutral, this one has amber undertones that make it the perfect choice for pale Mediterranean skin. If most pale foundations look too pink on your skin, you're probably a Light Warm.

Application: face.
Finish velvet: opaque yet vibrant.
Wet & dry.
Size: 8 g of product in a 5,8 cm diameter pan.
Vegetarian & Vegan: no animal nor animal derived ingredients.
No silicones, petrolatum and parabens.
Cruelty-free: not tested on animals!
Made in Italy.   

Ingredients: Talc, Mica, Silica, Octyldodecyl Stearoyl Stearate, Cetearyl Ethylhexanoate, Caprylyl Glycol, Tocopheryl Acetate, Retinyl Palmitate, Helianthus Annuus Seed Oil [Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil], Lauroyl Lysine, Zinc Stearate. May Contain (+/-): CI 77891 (Titanium Dioxide), CI 77491 (Iron Oxides), CI 77492 (Iron Oxides), CI 77499 (Iron Oxides).
(klik)


Producent umieścił swój podkład w poręcznym, plastikowym puzderku wyposażonym w lusterko. Moje jedyne zastrzeżenie w kwestii opakowania wzbudził fakt, że wieczko jest pofalowane, a nie gładkie, co nieco utrudnia przechowywanie produktu z innymi podobnymi puzderkami, jako że nie możemy niczego na nim polożyć, gdyż zwyczajnie się ześlizgnie.

Jak widać, kosmetyk ma prasowaną formułę. CO ZA WYGODA w porównaniu z sypkimi minerałami - łatwiej kontrolować ilość, która nabiera się na pędzel i osyp na ubrania podczas aplikacji jest zminimalizowany.

Podkład ma na moje laickie oko bardzo ładną, bezpieczną dla skóry formulację, w której oprócz minerałów i pigmentów znajdziemy witaminy i olej słonecznikowy.

Praca z tym kosmetykiem to sama przyjemność: stosowany na sucho dobrze przykleja się do skóry i daje się ładnie, równomiernie rozprowadzić. Aplikacji na mokro nie próbowałam. Krycie oczywiście można budować, ale ogólnie należy do tych delikatniejszych. Wykończenie jest bardzo ładne, naturalnie satynowe. Muszę przyznać, że na mojej skórze podkład dawał efekt drugiej skóry: jej koloryt był delikatnie wyrównany, a przy tym wyglądała, jakbym na nią niczego nie nakładała. Sami zobaczcie (pierwsze zdjęcie z lewej to ja przed aplikacją podkładu;  na kolejnych dwóch na twarzy mam jego jedną cienką warstwę; niedoskonałości przebijają, ale koloryt cery jest wyrównany):


Co do kwestii trwałości, to jest w porządku, ale bez cudów. Nie jest to podkład długotrwały i na imprezę bym go nie wybrała. Na mojej tłustej cerze wyświeca się po około 3-4 godzinach, ale zmatowiony bibułką nadal wygląda bardzo ładnie i nie ciastkuje się. Po około 6-7 godzinach widać, że na skórze jest go już bardzo niewiele; tak jakby równomiernie wyparowywał. Ogólnie jest to bardzo dobry zawodnik na co dzień, nie na ważne wydarzenia. 

Bardzo się cieszę, że miałam okazję go poznać.

środa, 15 marca 2017

Lily Lolo, korektor Mineral Cover Up, Barely Beige

Bardzo lubię podkład mineralny Lily Lolo za to, że ładnie na mojej twarzy wygląda, a przy tym pozwala skórze oddychać. Jednakowoż kiedy stosuję na twarz podkład w tej formie, a muszę coś jeszcze zakamuflować, płynne/kremowe korektory czy kamuflaże nie do końca się sprawdzają... Co oczywiście mnie w ogóle nie dziwi, bo znam regułę, że sypkie formuły najlepiej współpracują z innymi sypkimi formułami, duh! Dlatego kupiłam korektor mineralny i jestem z tej decyzji zadowolona. W miarę.

odcienie korektorów od lewej: Lily Lolo Barely Beige; Collection Lasting Perfection Concealer 1 Fair; Bourjpois Healthy Mix Correcting Concealer 51 Light Radiance

Posiadam wersję w starym opakowaniu i nie wiem, jak się ono ma do nowego. To tutaj nie sprawia mi żadnych problemów.

Jako że jestem osobą o bardzo jasnej cerze (na poziomie China Doll, jeśli o podkład chodzi), jaśniutki Barely Beige bardzo mi odcieniem odpowiada. Poza tym, mimo iż jest to proszek, to nie pyli się, dobrze czepia się pędzla i bez problemów przenosi na skórę. Stosuję kosmetyk dwojako: cienką warstwą na policzki i nos pod podkład, jeśli akurat mam rumień, co ów rumień ładnie przygasza, oraz punktowo na wszelkie "niespodzianki" typu wypryski czy plamki pigmentacyjne. Punktowo krycie da się ładnie budować, ale uwaga - jeśli wypryskowi towarzyszą na przykład suche skórki, zostaną one podkreślone, nie ma się co łudzić. Z trwałością kosmetyku jest w porządku - o ile nie dotykamy twarzy, niedoskonałości są zakamuflowane tak przez 6-8 godzin, po czym potrzebne są poprawki.

Próbowałam nakładać korektor pod oczy, ale tu nie służy mi zupełnie, nawet na dobrym kremie pod oczy. Wprawdzie nałożony cienką warstwą nie wysusza, ale też nie zakrywa moich rozległych zasinień, a jeśli go dołożyć, to zaczyna wyglądać pod moimi oczami sucho i nieładnie. Tam jednak wolę coś zdecydowanie emolientowego. Natomiast czasem utrwalam niewielką ilością korektora LL nałożony wcześniej kremowy korektor pod oczy, i kosmetyk faktycznie zapobiega nadmiernemu zbieraniu się takiego produktu w liniach pod oczami.

tutaj widać, że cienka warstwa pod oczami u mnie nie daje rady, bo nie ma większej różnicy, ale nie mam tego temu kosmetykowi za złe


Nie mam porównania z innymi korektorami mineralnymi, ale wydaje mi się, że zawodnik od Lily Lolo jest przyzwoity.

sobota, 17 września 2016

Amilie mineral cosmetics, pierwsze wrażenia dotyczące podkładów w wersji kryjącej i matującej

Bardzo lubię podkłady mineralne w cieplejsze miesiące roku. Lubię też testować nieznane sobie produkty. Problem jednak w tym, że z minerałami czasem nie da się od razu wstrzelić w swój kolor, a wydawanie kilku dyszek na pełnowymiarowe opakowanie łączy się z ryzykiem, że odcień nie będzie trafiony, a my będziemy musiały kombinować. Dlatego bardzo doceniam, że marka Amilie prowadzi sprzedaż odsypek (za jedyne 2,90 zł, a ilość wystarcza na około 10 aplikacji), dzięki którym możemy przetestować na własnej skórze nie tylko różne odcienie (których marka ma naprawdę spory wybór), ale i formuły. Mała ściąga ze strony producenta:



Ze względu na fakt, iż mam cerę tłustą, która z upływem lat wcale nie chce produkować mnej sebum, wykończenie rozświetlające mnie nie interesowało. Kupiłam zatem dwa odcienie z formuły kryjącej (vanilla i olive fair) oraz dwa z formuły matującej (latte i ivory). Wszystkie podkłady aplikowałam pędzlem kabuki marki Lily Lolo. Wraz z próbkami otrzymałam bardzo klarowną "instrukcję obsługi" minerałów, ale i bez niej wiedziałam, co robić, bo nie jestem w tej dziedzinie nowicjuszką.

Odcieni podkładów do wyboru jest mnóstwo: 28 w formule kryjącej, 13 w formule matującej oraz 13 w formule rozświetlającej. Śmiem twierdzić, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, że możemy wybierać spośród aż sześciu gam kolorystycznych:

Honey - odcienie ciepłe z brzoskwiniowymi/żółtymi tonami
Beige - odcienie chłodne z beżowymi/brązowymi tonami
Golden - odcienie ciepłe ze złotymi/żółtymi tonami
Olive - odcienie neutralne z oliwkowymi/zielonymi tonami
Natural - odcienie neutralne
Cool - odcienie chłodne z różowymi tonami

Na zdjęciach poniżej widzicie słocze czterech wybranych przeze mnie odcieni. Wydaje mi się, że udało mi się też uchwycić różnicę w wykończeniu. Widać, że dwa pierwsze kolory (formuła kryjąca) mają wykończenie satynowe i są jakby bardziej kremowe w konsystencji, a dwa kolejne (formuła matująca) są zdecydowanie suchsze, bardziej matowe.

od lewej: vanilla (coverage), olive fair (coverage), latte (matt), ivory (matt)


Moim zdaniem krycie można budować za pomocą obu formuł - od lekkiego po średnie poprzez dokładanie cienkich warstw (choć faktycznie formuła kryjąca kryje troszkę lepiej niż mat). Pełnego krycia nie starałam się uzyskać, bo wykończenie na twarzy robiło się coraz bardziej pudrowe, a chciałam uniknąć efektu ciasta. U mnie dwie-trzy cienkie warstwy podkładu to była ilość optymalna. Koloryt skóry był ujednolicony i choć niedoskonałości przebijały (co z powodzeniem można przykryć korektorem), całość wyglądała naturalnie.

Co do wykończenia, na mojej twarzy podobały mi się oba. Formuła matująca dawała efekt bardzo naturalnego, rozświetlonego matu, a kryjąca - ładnej satyny. Co do trzymania sebum w ryzach, w obu przypadkach zaczynałam się wyświecać i czułam potrzebę sięgnięcia po bibułki matujące po około pięciu godzinach po aplikacji. Po małych poprawkach cera wyglądała ładnie przez kolejne kilka godzin. W ostatecznym rozrachunku moja skóra po całym dniu z Amilie wyglądała lepiej i bardziej świeżo (na ile to możliwe) niż z większością podkładów drogeryjnych.

Przejdźmy do słoczy poszczególnych odcieni na twarzy. Zdjęcie środkowe bez makijażu, zdjęcie po lewej - z dwoma cienkimi warstwami podkładu.

Vanilla:

Vanilla to chłodnawy, bardzo jasny beż. Jak widać po kontraście z moją żółtawą szyją ten odcień jest dla mnie nieco za jasny i za chłodny (zbyt różowy).


Olive fair:

Olive fair ma w sobie bardzo dużo zielonkawych tonów. Byłam ciekawa tego odcienia ze względu na naczynka. Jak widać, nałożony na całą twarz dawał na mnie efekt topielicy, bo nie jestem oliwkowa, ale jedna cienka warstwa pod inny podkład, na same policzki i nos, naprawdę ładnie neutralizowała rumień i naczynka. Byłam bardzo zadowolona.


Latte:

Latte to najbrdziej neutralny, jasny kolor z wybranych przeze mnie. Myślałam, że to właśnie on będzie idealny, a o dziwo okazał się dla mnie troszkę za jasny i za mało żółty. Jednak nie jestem neutralna (a tak sądziłam, bo pasują mi zarówno jasne jak i chłodne cienie, róże i pomadki). Dzięki minerałom Amilie odkryłam, że mimo różowej skóry twarzy (cera płytkounaczyniona), tak naprawdę powinnam celować w ciepłe, żółte podkłady, bo taki mam odcień skóry na ciele. Człowiek się uczy przez całe życie...


Ivory:

Spośród czterech odcieni, które sobie wybrałam, Ivory - o jasnym, ciepłym kolorze z żółtymi tonami - okazał się najlepiej dobrany do mnie (choć kusi mnie jeszcze wypróbowanie najjaśniejszego odcienia z gamy golden; ivory jest z gamy miodowej).


Z obiema formułami pracowało mi się znakomicie. Proszki ładnie, bez smug i plam, aplikowały się na twarz pokrytą filtrem (Pharmaceris SPF 30 lub SPF 50), bez problemu rozcierały i stapiały się ze skórą. Ich wodoodporności nie testowałam, ale z demakijażem nie miałam najmniejszych problemów.

Jestem z tej przygody ogromnie zadowolona. Na razie podkładowa szuflada pęka u mnie w szwach, ale będę o Amilie pamiętać na przyszłość i nie wykluczam zakupu. Podkłady Amilie sprawdziły się u mnie nieco lepiej niż podkład Lily Lolo (który się na mnie szybciej wyświeca), Earthnicity (gdzie nie znalazłam idealnego dla siebie odcienia) i Pixie (gdzie nie znalazam idealnego dla siebie wykończenia), a przy tym są przyjemniejsze dla portfela od konkurencji.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Lily Lolo, sypkie cienie Choc Fudge Cake oraz Miami Taupe

Podczas któregoś pobytu w Polsce wpadłyśmy z Kasią na kawę i plotki do Słomki. I oczywiście zrobiłyśmy rajd na słomkową kosemtyczkę, no bo jakżeby inaczej. W owej kosmetyczce było dużo cennych skarbów, ale mnie szczególnie wpadły w oko dwa słoiczki sypańców Lily Lolo. Prasowanych cieni tej marki nie lubię (problemy z pigmentacją, aplikacją bądź rozcieraniem, a do tego bardzo szybko jełczeją), ale ich sypańce to zupełnie inna bajka. Niektóre są wielowymiarowe i po prostu cudowne (jak np. Smoky Brown czy Golden Lilac), a Choc Fudge Cake od dawna chciałam z bliska zobaczyć. Wycyganiłam więc od przyjaciółki odyspki...


Wiele chyba nie trzeba dodawać, prawda? Cienie są ładnie napigmentowane i dobrze przyczepiają się do powieki. Łatwo się z nimi pracuje, na bazie są trwałe. Cud miód malina. Miami Taupe to ciepły połyskujący beżo-złoto-brąz a Choc Fudge Cake to duochrom mieniący się z pięknego czekoladowego brązu na lilak. Mam ochotę przytulić cały słoiczek tego cuda.


Próbka tego, jak wyglądają na powiece już po zjedzeniu przez aparat części koloru. Choc Fudge Cake na ruchomej powiece, Miami Taupe w załamaniu i na powiece dolnej, a do tego, bo czemu by nie, czarna kreska.


a na ustach opisywany tu kiedyś eksperyment (klik), kiedy to przetopiłam i zmieszałam dwie pomadki 

Cudne cienie; go Lily Lolo, go! (Wasze prasowańce jednak mogą dla mnie nie istnieć.)

sobota, 28 listopada 2015

Everyday Minerals Eye: Sleigh Ride, Snow Flakes, Anna Karenina, Tide Pool, Love Letters, Monsoon, Shady Violets, Net Surfing, Twilight Kiss - słocze i bardzo amatorskie makijaże

Zestaw dziwięciu cieni marki Everyday Minerals dostałam od Hexxany. Dziękuję :* Jeden z cieni, niebieską Annę Kareninę, oddałam przyjaciółce, bo ja po niebieskości nie sięgam wcale, nie mój kolor. Reszta została ze mną i choć przeważają tu fiolety, wydaje mi się, że tym razem nie dają na mnie efektu podbitego oka.

Cienie mają formę sypką, ale są dość kremowe i łatwo przyczepiają się do pędzelka. Nie osypują się jakoś powyżej normy. Pigmentację mają dobrą, ale troszkę się gubi podczas aplikacji na oko. Zawsze można ją wzmocnić bazą z kolorowego cienia w kremie. Na bazie sypańce trzymają się bardzo dobrze i z makijażem nic się nie dzieje przez kilkanaście godzin.

Grafitowy Sleigh Ride, szaro-fioletowy Tide Pool, jagodowy Love Letters oraz oberżynowy Monsoon mają wykończenie matowe; niebieska Anna Karenina i brudnoróżowy Net Surfing to satyny, a taupe Snow Flakes, fioletowo-brązowy Shady Violets oraz stalowy Twilight Kiss charakteryzuje wykończenie perłowe. A teraz ciekawostka - po aplikacji na oko wszystkie cienie wyglądają na matowe. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale zaraz zobaczycie moje wyjątkowo nieprofesjonalne zdjęcia wyjątkowo nieprofesjonalnych makijaży, gdzie widać, jak perły gubią swoje wykończenie. Nie przeszkadza mi to, bo chętnie sięgam po maty, ale uczulam na tę zadziwiająca właściwość. Ktoś może zna rozwiązanie tej zagwozdki?

Ale my tu gadu-gadu, a przecież słocze czekają na swój występ:



A teraz moje dzienne zwyklaki. Nic specjalnego, ale pokazują, że do  codziennych makijaży cienie Everyday Minerals nadają się bardzo dobrze.

# 1 Net Surfing, Shady Violets, Monsoon; usta: Revlon Colorburst Matte Balm 205 Elusive


# 2 Twilight Kiss, Tide Pool; usta: Rimmel by Kate 101


# 3 Snow Flakes, Love Letters; usta: L'Oreal Rouge Shine Caresse 102 Romy


# 4 Sleigh Ride, Love Letters; usta: Rimmel lasting finish 070 Airy Fairy

Próbowałam zrobić zdjęcia samego oka, ale nie chciały wyjść. Oh well. Mam nadzieję, że coś jednak widać.

środa, 16 września 2015

Pixie Cosmetics, Amazon Gold Mineral Foundation - odcienie silk beige, almond milk oraz creamy natural i moje subiektywne wrażenia na podstawie próbek

Testowania różnych formuł różnych podkładów mineralnych różnych firm ciąg dalszy. 

O podkładach Pixie nie czytałam/słyszałam zbyt wiele. A chyba niesłusznie. Wprawdzie raczej na razie nie skuszę się na zakup pełnowymiarowego słoiczka - przyczyny poznacie dalej - ale obiektywnie rzecz ujmując podkłady te są wcale niezłe.


Odcienie wybierałam w ciemno, ale trzymałam się jasnej gamy. Jak widać, silk beige ma subtelne różowe tony, almond milk jest podbity oliwką, a creamy natural, który okazał się najlepszym kolorystycznie w moim przypadku wyborem z całej trójki, ma w sobie domieszkę żółci. Pełny i szczegółowy przewodnik po palecie kolorystycznej znajdziecie tutaj. Zdecydowanie jest w czym wybierać, jeśli o odcienie chodzi. Niestety nie ma różnorodności wykończeń. A trzeba Wam wiedzieć, że w moim odczuciu Amazon Gold Mineral Foundation jest podkładem rozświetlającym, to jest pozostawia na skórze świetliste wykończenie, co mi jako posiadaczce cery tłustej radośnie produkującej w ciągu dnia potoki sebum, nie do końca odpowiada. Owszem, tuż po aplikacji skóra wygląda pięknie, zdrowo i promiennie, ale już po jakiś 4 godzinach muszę zbierać z niej smalec bibułkami matującymi, a po kolejnych dwóch-trzech makijaż wygląda na mnie zdeczko nieświeżo.


Proszek absolutnie nie jest suchy. Wręcz przeciwnie, jest niezwykle jak na tę formę produktu kremowy i bardzo ładnie trzyma się pędzla, a także nie fruwa wokół nas podczas aplikacji. Nakładałam podkład pędzlem super kabuki z Lily Lolo i współpraca przebiegła bez większych zastrzeżeń. Produkt nakłada się gładko i przyjemnie, nie tworzy plam, pięknie się rozciera, nie ma problemu z dokładaniem warstw.


Jak widać, podkład ma lekkie krycie. Jak wspomniałam, tuż po aplikacji wygląda na twarzy bardzo ładnie, bo oprócz rozświetlenia wyrównuje nieco koloryt cery (choć rumienia całkowicie nie przykryje) i maskuje pory. Pełnego krycia jednak raczej nie uda się nim uzyskać. Na wszystkich zdjęciach poglądowych (zdjęcia z prawej strony na każdym twarzowym kolażu) widzicie efekt po nałożeniu dwóch cienkich warstw. Trzecia niewiele zmienia - piegi, pryszcze i przebarwienia będą widoczne i jeśli chcecie je ukryć, zamiat dokładać podkładu lepiej jednak sięgnąć po korektor.


Nie zauważyłam w podkładzie tendencji do utleniania się, warzenia, czy zbierania się w porach, jednak ściera się pod wpływem dotyku/tarcia i osadza na okularach czy telefonie.


Jak napisałam wcześniej, jest to całkiem niezły podkład, ale jednak nie dla mnie. Po pierwsze, niestety rozświetlające wykończenie przy mojej tłustej cerze się nie sprawdza, a po drugie poszukuję  nieco mocniejszego krycia. Myślę, że posiadaczki cer suchych i dojrzałych mogą być tym produktem zachwycone i takim osobom chętnie go polecę.

niedziela, 12 lipca 2015

Róże Annabelle Minerals (Romantic, Sunrise, Nude, Coral, Honey, Rose) - porównanie, słocze i pierwsze wrażenia.

Mam wrażenie, że minerały spod szyldu naszej rodzimej marki Annabelle (klik) rozpanoszyły się w blogosferze. I dobrze, czemu nie. Kiedy czytałam kolejne i kolejne pochlebne opinie, rosła we mnie chęć wypróbowania zwłaszcza podkładów. Nie o nich jednak będzie dziś mowa. Bowiem zamawiając interesujące mnie próbki, za niecałą dyszkę dorzuciłam do zakupów też wzornik odcieni róży. 

Wzornik wygląda tak, że dostajemy sampler każdego różu w woreczku strunowym. Zdawać by się mogło, że w środku nie ma dużo produktu, ale to złudzenie. Do jednorazowej aplikacji potrzebujemy naprawdę niewielkiej ilości proszku, a więc nawet taki sampler wystarczy na zaskakująco długi czas.

W ofercie marki Annabelle znajduje się sześć odcieni różów:


Muszę przyznać, że niektóre z nich są naprawdę niebanalne. Myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Dodam też, iż w moim odczuciu ich cena (niecałe 40 zł) nie jest wygórowana, a wręcz konkurencyjna na rynku kosmetyków mineralnych.

Proszki są dobrze napigmentowane, więc nie należy przesadzać z ilością, żeby nie zrobić sobie na polikach efektu matrioszki, choć moim zdaniem nie z każdym kolorem udałoby się ten efekt uzyskać. Mogę się jednak mylić. Może po prostu tylko na mojej twarzy niektórych odcieni nie widać, a u Was będzie inaczej.

Produkty na starcie zapuntkowały u mnie tym, że są dość kremowe, mają odpowiednią przyczepność do pędzla i skóry, nie osypują się i dają się bardzo ładnie rozetrzeć na policzkach nie tworząc plam ani prześwitów.

Do zdjęć nałożyłam większą ilość produktu niż zwykle, żeby lepiej uchwycić efekt aparatem. 


Róż Honey oczami producenta: Róż mineralny w ciepłym, ceglastym odcieniu. Idealny do stosowania jako bronzer. Mi osobiście ani trochę nie przypadł do gustu. Jak dla mnie ten kolor jest dziwny, zbyt ciepły na bronzer. Nie zgodzę się, że jest ceglasty. Ja tu cegły nie widzę, prędzej musztardę. Moim zdaniem nie imituje koloru opalenizny. Możliwe jednak, że po prostu tylko na mnie tak dziwacznie wygląda i nie pasuje do moich naczynek i ogólnego odcienia skóry.


Opis różu Sunrise, czyli Róż mineralny w odcieniu brzoskwiniowym, idealnie oddaje rzeczywistość. Bardzo ładna, klasyczna brzoskwinia dla miłośniczek ciepłych policzków. Nie do końca moje klimaty, bo wolę chłodniejsze odcienie, ale doceniam jego niewątpliwy urok.


Coral z kolei, czyli jak chce producent Róż mineralny w zdecydowanym, karmazynowym odcieniu, ma bardzo mylącą nazwę, bo koralu w nim nie ma. Każdy opisuje ten kolor inaczej; ja widzę tu brąz z domieszką czerwieni. Moim zdaniem to najbardziej oryginalny odcień w palecie. Zaskakuje mnie w nim to, że na słoczach na ręce wygląda na chłodny, a na mojej twarzy bardzo się ociepla.


Rose, czyli według producenta Róż mineralny w odcieniu lilaróż, to kolorystycznie mój ulubieniec. Ani ciepły, ani chłodny, bardzo ładnie ożywia twarz. Mam wrażenie, że ubrana w niego wyglądam młodo i świeżo. Zdjęcia chyba to potwierdzają?


Delikatnego, chłodnego różu Romantic, jak opisuje go producent, z kolei prawie na mnie nie widać. Ma niemal identyczny odcień, co towarzyszący mi na co dzień rumień, więc po prostu gubi się na mojej cerze. Uważam, że jest to dobry  kolor dla prawdziwych bladziochów.


Odcień Nude, przez producenta opisywany jako Róż mineralny w odcieniu przygaszonego, pudrowego różu, jest kolorem najbardziej uniwersalnym. Będzie dobrze wyglądać na większości karnacji i pasować niemal do każdego makijażu. Niestety i on gubi się gdzieś w moim rumieniu...

Róże Annabelle nosiłam na polikach non stop przez około miesiąc, a wciąż mam sporą ilość produktu w woreczkach. Odkryłam jedną, ale sporą w moich oczach wadę kosmetyku: na mojej tłustej cerze róże trzymają się niestety jedyne 4-5 godzin, po czym znikają bez śladu, niezależnie od tego, czy aplikowałam je na podkład mineralny, czy płynny. To dla mnie za krótko, bo nie mam w zwyczaju dokładać różu na policzki w ciągu dnia. Doceniam fakt, że kosmetyk ulatnia się równomiernie bez tworzenia plam i prześwitów, ale w najbliższej przyszłości nie planuję zakupu własnego słoiczka. Może kiedyś skuszę się na Rose. Może z czasem moja cera przestanie się aż tak przetłuszczać, co wpłynie na wzrost trwałości tych różów? Kto wie.

Zapomniałabym. Róże mają zdrowo matowe wykończenie.

piątek, 6 września 2013

Lily Lolo, pierwsze wrażenia po zapoznaniu się z zestawem Ready Set Glow

Minerały ciekawiły mnie od dawna. Mam bardzo tłustą cerę. Przetestowałam wiele podkładów w płynie i ideału, który długo trzymałby mat, nie znalazłam. Pokochałam jeden krem BB (Lioele Dollish Veil Vita w seledynowym odcieniu), ale zawsze fajnie mieć jakąś alternatywę. Jako że w UK funkcjonuje internetowy sklep Lily Lolo, tam właśnie skierowałam swoje pierwsze kroki. Postanowiłam jednak nie zamawiać w ciemno podkładu, a kupić zestaw próbek, który umożliwiłby mi dobór odpowiedniego odcienia. Jak się okazało, była to bardzo słuszna decyzja.

Zamówiłam zestaw dla najjaśniejszej karnacji. Zestaw zawiera próbki pudru Flawless Silk i podkładów w odcieniach Barely Buff, China Doll i Blondie, oraz malutki pędzel baby buki brush. Kosztował 13,49 funtów.


Pędzel baby buki brush okazał się niezwykle przydatny. Próbowałam aplikować minerały pędzlami Hakuro H51 i H54, ale nie sprawdzały się tak dobrze, jak kabuki. Jedyne co mi przeszkadzało, to rozmiar narzędzia. Pędzelek jest malutki, więc musiałam się namachać przy aplikacji podkładu. Poza tym jakościowo nie mogę się do niego przyczepić: włosie jest przyjemnie miękkie, nie sypie się, pędzel nie odkształca się w praniu.

Puder Flawless Silk niespecjalnie mnie zachwycił. Daje bardzo rozświetlające wykończenie, a ja przy mojej tłustej cerze stawiam raczej na pudry matujące. Nic to, puder poczeka do zimy. Wtedy się tak nie świecę i może jeszcze zmienię o nim zdanie.

Podkładu Barely Buff nie nałożyłam na twarz ani razu. Gołym okiem widać, że jest dla mnie za ciemny. Odłożyłam go na kiedyś tam, kiedy może się opalę. Minerały się ponoć nie starzeją...

Zabrałam się za to za ostre testowanie odcieni Blondie i China Doll. Aplikowałam je różnymi pędzlami, na sucho i na mokro (przy czym nie zauważyłam istotnej różnicy w poziomie krycia, niezależnie od sposobu aplikacji). Na twarz zawsze nakładałam dwie warstwy. Zaskoczyło mnie wykończenie tych podkładów. Na mojej twarzy w ogóle nie dają efektu pudrowości. Nie matują. Na buzi wyglądają bardzo naturalnie, dają jej taki zdrowy glow. Nie zbierają się w porach. Krycie określiłabym jako lekkie, nawet po aplikacji dwóch warstw. Nie obraziłabym się, gdyby kryły nieco lepiej (choć koloryt cery jest na pewno wyrównany), ale z drugiej strony od czego mam korektor.... Efekt na twarzy oba podkłady dawały podobny, ale Blondie czasem się na mnie utleniał na różowo. Nie zawsze, ale czasem tak. Dlatego ostatecznie zdecydowałam, że optymalnym dla mnie odcieniem jest China Doll. China Doll zresztą zawiera w sobie żółte podtony (Blondie jest bardziej różowy), które troszkę lepiej maskują moje obszary naczyniowe. 

Próbki testowałam przez cały sierpień, w upały. Podkłady nie radziły sobie z sebum w takim stopniu, w jakim bym chciała. Zwykle zaczynałam świecić się już po około 3 godzinach (po przypudrowaniu). Możliwe jednak, że zawiniły wysokie temperatury i w chłodniejsze miesiące podkład będzie lepiej sprawdzać się w tym aspekcie. Zobaczymy. Podkłady na mnie się nie warzyły.

Co mnie ostatecznie skłoniło do kupienia pełnowymiarowego podkładu? Przez miesiąc, kiedy na buzię nakładałam tylko minerały, bardzo poprawił mi się stan cery. Mniej się zanieczyszczała, pojawiało się mniej wyprysków.... Coś jest na rzeczy. Pod względem utrzymywania sebum w ryzach może na razie minerały nie przebiły podkładów w płynie, ale jakoś nosi mi się je bardziej komfortowo. Nie czuję minerałów na buzi, a skóra lepiej oddycha. To mi się podoba.



Blondie natwarzowo:
 przed / po


China Doll natwarzowo:
przed / po


Muszę teraz wykończyć swój podkład Bourjois Healthy Mix serum (co by się nie zestarzał i nie zepsuł), a zaraz potem przerzucę się całkowicie na Lily Lolo w odcieniu China Doll. Za kilka miesięcy powinnam mieć wyrobione o nim pełne zdanie i wtedy pewnie naskrobię coś więcej. Pierwsze wrażenie jest takie: podkład to nie ideał, ale zapowiada się obiecująco.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...