sobota, 7 lipca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 701 Jazz Funk

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: średni, ciepły róż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wytrwał na nich aż pięć! dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Jazz Funk is still available.

Volume: 12 ml
Colour: warm, medium pink
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 5 days on my soft, weak nails - a brilliant result

wtorek, 3 lipca 2018

Zdobycze czerwca.

W czerwcu byłam w Polsce, co oczywiście oznacza, że zawitałam do tej i owej drogerii. Poza tym miałam urodziny, a przyjaciele i rodzina zadballi o dobroci dla ciała i duszy. Tylko spójrzcie, jakie czadowe prezenty wpadły w moje łapska!


od Kasi:


od Agaty:


od brata i bratowej:


od Słomki:


od Stri:


od Justyny:

Dziewczyny maksymalnie mnie rozpieściły. Bardzo Wam dziękuję :*


A moje zakupy przedstawiają się tak:


Bo potrzebowałam myjadła do ciała, a w Boots była promocja 3 for 2. Bo nieskutecznie polowałam na tę mgiełkę z filtrem SPF 50 od LRP już w zeszłym roku. Skoro w końcu znalazłam ją stacjonarnie, wiele się nie namyślałam - zwłaszcza, że Basia ją u siebie chwaliła.



Bo niedługo skończy mi się krem pod oczy na dzień, a miałam kiedyś próbkę multiwitaminowego kremu Norela, która mnie bardzo zaciekawiła. Skorzystałam z faktu, że byłam w kraju i zamówiłam. Fajnie, że marka do każdego zamówienia dołącza próbki.
 


Na liście zakupowej z Rossmanna miałam pasty do zębow Splat (zaciekawiła mnie nimi Aga), antyperspiranty na dzień (lubię te od Rexony), dezodorant na noc (fenjal jest spoko i pięknie pachnie), skarpetki kwasowe (moje ulubione!), żel pod prysznic (często sięgam po Isanę, bo po co przepłacać), oliwkę Babydream (bardzo lubię), olejek do włosów Alterry (wspaniale sprawdza się na wlosach mojej córci) i oczywiście mój ulubiony krem do rąk wszechczasów - mocznikową Isanę. Z ciekawości skusiłam się też na nowy olejek do ciała Bielendy, a termoaktywne bandaże były w cenie na do widzenia, więc też dorzuciłam do koszyka, a co mi tam. Tylko dwie nadprogramowe rzeczy, czyli jest dobrze!

Słonecznego i radosnego lipca kochani :*

poniedziałek, 2 lipca 2018

Podsumowanie zużyć czerwca.

Serio, to się już czerwiec skończył? Kiedy, bo nawet nie zauważyłam?

 Podczas obowiązkowego pobytu w Polsce zużyłam fanty ze zdjęcia obok. Krem mocznikowy Isany, olejek do biustu Voluplus z Mazideł oraz odżywkę do włosów Alterry kupuję regularnie, bo to moje hity i niezbędniki, które uwiebiam i kocham, i zużyłam już mnóstwo opakowań. Do toniku Evree też wróciłam, ale nie korzystam z niego w przeznaczonym mu charakterze, a moczę nim Beauty Blendera. Nie wiem, jakoś sobie zakodowałam w głowie, że mojej cerze to się bardziej podoba niż korzystanie z czystej wody. Hydrolatu różanego z e-naturalne używałam jako toniku i byłam zadowolona, bo ładnie koił skórę naczynkową. Kwiatowo-owocowy zapach Eros Pour Femme marki Versace bardzo mi się podobał, ale był na mnie niezadowalająco nietrwały niestety.



 Kremowe żele pod prysznic Dove dość często u mnie goszczą. Nie mam im nic do zarzucenia - robią robotę, ładnie pachną, umilają kąpiel. Krem do stóp Eveline bardzo pozytywnie mnie zaskoczył; naprawdę daje radę! Niestety umknęło mi obfocenie tubki, ale chyba kupię go jeszcze raz i opiszę tutaj, bo warto wystawić mu laurkę. Z balsamem nawilżającym dla dzieci Johnson's było tak: wysłałam bratanka mojego faceta po żel do mycia dla dzieci, a mu się coś pomyliło ;) Niestety moja córeczka smarowania nie lubi (i nie potrzebuje; ma normalną skórę wiosną i latem), więc balsam musiałam rozpracować sama. Długo mi to zajęło (dobrze ponad pół roku) - ani mnie zapach nie porwał, ani moja skóra nie była zjawiskowo nawilżona. Cieszę się, że mam go już za sobą (tak, mogłam po prostu wyrzucić, ale nie znoszę marnotrawstwa, a oddać nie miałam komu).


Końcówkę filtru Lancome dostałam do wypróbowania od Hexxany. Produkt jest perfumowany, ale mi na szczęście ten zapach się podobał. Filtr nie jest zbyt tłusty (można nosić pod makijaż), nie bieli i działa - używałam go podczas fali ostatnich upałów na Wyspach i się nie opaliłam ani nie spaliłam. O kremie do twarzy Vis Plantis jeszcze napiszę, a serum Bandi z kwasem laktobinowy i glukonolaktonem (klik) obsmarowałam niedawno, nie pozostawiając na nim suchej nitki. Odżywkę Golden Rose stosowałam jako base coat i nie mam zastrzeżeń, a brązową kredkę Maybelline  (klik) naprawdę lubiłam i zużyłam większość, ale po pięciu latach z tym samym egzemplarzem czas się rozstać ;) Z widocznych próbek zachwycił mnie przepiękny zapach Abercrombie & Fitch First Instinct (na nuty składają się magnolia, grapefruit, pasiflora, kwiat pomarańczy, orchidea, lilia wodna, bursztyn, tonka i piżmo), i choć ma na mnie zaledwie parugodzinną trwałość, chętnie przytuliłabym flakon.

I to wszystko. Tym razem zakupów (już wkrótce)  było więcej niż pustaków.

czwartek, 28 czerwca 2018

Huda Beauty, Mauve Obsessions eyeshadow palette

Kiedy Huda wyszła z kolekcją dziewięciocieniowych paletek z serii Obsessions, wersja Mauve od razu wpadła mi w oko. Nie chciałam jednak być impulsywna i przez kilka miesięcy zwlekałam z zakupem. Ostatecznie jednak ochota na nią mi nie przechodziła, więc w końcu ją kilknęłam. 25 funtów i dwa dni dalej paletka była moja.

Jest to wyposażone w lusterko maleństwo, co czyni ją idealnym kompanem wyjazdowym, a także niższym niż duże palety marki kosztem daje nam możliwość poznania jakości cieni Hudy. Której osobiście byłam bardzo ciekawa. Paletka jest tekturowa i zamykana  na magnes. Teraz z kolei strasznie kusi mnie Soft Glam Anastasii Beverley Hills; ciekawość kosmetyków jest chyba nieuleczalna :D :D :D


Cienie Hudy mają swoje wady i zalety. Maty, których w tej paletce jest sześć, są z tych suchawych i kruszących się (zwłaszcza najjaśniejszy beż), ale pracuje się z nimi całkiem dobrze; współpracują przy aplikowaniu i rozcieraniu, a nad osypywaniem da się zapanować. Cienie foliowe (kolejne trzy) z kolei są bardzo kremowe w dotyku i wyglądają pięknie na skórze, jeśli zaaplikuje się je palcem. Nie chcą współpracować z pędzlami, co było i jest dla mnie strasznie dziwne. Efekt jednak wynagradza ewentualne kombinowanie.

Jako całość paletka jest samowystarczalna, gdyż zawiera matowego cielaka, kolory przejściowe oraz dwa odcienie ciemniejsze do zewnętrznego kącika czy kreski. Cienie są ciepłe, w większości zawierające mniejszą lub większą domieszkę czerwieni. Jakość produktu jest zadowalająca i jestem z paletki zadowolona - zwłaszcza, że pojedyncze cienie nie zlewają się na powiece w jedną plamę, jak lubią to robić  na przykład koleżki od Urban Decay, a na dobrej bazie makijaż nie ewakuuje się z powieki w załamania. Czy znam lepsze cienie? Tak - Sigma (zwłaszcza mam na myśli paletę Warm Neutrals, którą już Wam pokazywałam - klik). Niemniej paletkę Hudy lubię, choć na razie nie planuję poszerzać kolekcji. 

Dodam, że mnie kolorystyka tej paletki odpowiada, ale nie podobam się w wykonanych nią makijażach facetom z mojego otoczenia. Według nich wyglądam, jakby mi ktoś regularnie podbijał oczy, ha ha. Mieli problem zwłaszcza z makijażami 1 i 4 poniżej.

Jak zwykle zrobiłam zdjęcia kilku makijaży, co by pokazać wszystkie cienie w akcji. Jestem świadoma, że żaden ze mnie MUA; są to malunki niespecjalnie utalentowanej kobiety, która po prostu lubi się malować.

Szkoda, że cienie nie mają nazw...

#1



#2



#3



#4



#5


Znacie Hudę?

poniedziałek, 25 czerwca 2018

Bandi, anti rouge, Peeling kwasowy na naczynka 10% kwas laktobionowy, glukonolakton

Poprzedni wpis poświęciłam pewnemu nieskutecznemu serum do twarzy z witaminą C. Dziś natomiast opowiem o innym serum - o innym przeznaczeniu, żeby nie było, ale pochwał również niestety i w tym przypadku się nie doszukacie.

Od lat metodą prób i błędów poznaję potrzeby mojej tłustej, płytkounaczynionej cery. Mam już spore pojęcie na temat tego, co jej służy, a czego powinnam unikać. Na przykład, peelingi mechaniczne mocno podrażniają mi naczynka i cera od razu wygląda gorzej, więc zastępuję je enzymatykami oraz produktami na bazie delikatnych kwasów. Mam doskonałe doświadczenia z glukonolaktonem (tu pisałam o świetnym toniku z kwasem PHA 6% z Biochemii Urody) oraz kwasem laktobionowym (tu opisałam fantastyczne serum Iwostinu Perfectin Re-Liftin 7% kwasu laktobionowego). Nic więc dziwnego, że uznałam, iż kosmetyk zawierający obie te substancję będzie niczym ambrozja dla mojej skóry. Niestety nie w tym przypadku.

Serum mieszka w buteleczce z niebieskiego szkła. Dozuje się je za pomocą pipety. Produkt jest bezbarwny i ma bardzo wodnistą konsystencję. Po zastosowaniu  musimy jeszcze dodatkowo dowilżyć cerę (a przynajmniej moja się tego domagała).


Kosmetyk mieszkał w mojej łazience przez nieco ponad dwa miesiące. W pierwszym miesiącu stosowałam go co drugą noc, a w kolejnym - niemal codziennie.

Czego oczekiwałam? Oczywiście spełnienia obietnic producenta - patrz sekcja "efekt" na pudełeczku na zdjęciu powyżej. I muszę przyznać, że przez pierwsze trzy tygodnie serum działało bez zarzutu - rumień rzeczywiście był pod kontrolą, co przełożyło się na względnie równy koloryt cery; poza tym skóra była przyjemnie gładka w dotyku i rozświetlona, a pory nieco obkurczone. I kiedy już myślałam, że być może Bandi przebije wspomniane we wstępie serum z Iwostinu, produkt... przestał działać. Z butelczyny w tamtym momencie ubyło jakaś 1/3 zawartości. Resztę zużywałam z większą niż co drugi dzień częstotliwością, ale niczego to już nie zmieniło. Moja skóra zupełnie przestała na serum reagować i wyglądała tak samo czy aplikowałam produkt, czy nie.  Szczerze mówiąc zupełnie nie rozumiem tego stanu rzeczy, a zawód jest tym bardziej bolesny, że to polska marka i naprawdę chciałam napisać o kosmetyku w ochach i achach. Nie tym razem...

czwartek, 21 czerwca 2018

Ava, aktywator młodości, witamina C z acerolą

Moja skóra kocha witaminę C. Skuteczne sera z jej stabilną postacią dają u mnie wspaniałe rezultaty - rozświetlają i odmładzają cerę, poprawiają jej fakturę, wzmacniają naczynka oraz, jeśli wierzyć teorii, mają między innymi działanie przeciwstarzeniowe, walczą z wolnymi rodnikami i stymulują produkcję kolagenu, czego oczywiście nie da się zaobserwować gołym okiem. Skąd wiem, że witamina C mi służy? Otóż miałam już do czynienia z wspaniałymi kosmetykami Filorgii (radiance boosting concentrate - klik) czy LIQ PHARM (CC light - klik oraz CE - klik) i mogłam się o tym empirycznie przekonać.

Dlatego tym bardziej jest mi przykro, że serum z witaminą C naszej polskiej Avy niestety nie dorosło powyżej wspomnianym produktom do pięt.

Serum ma postać żółtawego, lekko żelowego olejku. Nie zostawia jednak tłustego filmu na skórze i bardzo dobrze współpracuje z filtrami do twarzy. Samodzielnie nie nawilża dostatecznie i koniecznie trzeba nałożyć na niego jakiś krem. Mieszka w buteleczne z ciemnego szkła, a aplikuje się go za pomocą pipety. Kosmetyk mnie nie podrażnił, nie zapchał ani w żaden inny sposób nie zaszkodził.


Jednak brak szkodzenia to przecież za mało. Miałam odnośnie aktywatora młodości mniej więcej takie same oczekiwania, jak wobec innych kosmetyków z witaminą C. A tymczasem nie zauważyłam w tym przypadku żadnego szczególnego działania. Zabrakło rozświetlenia cery, rozjaśnienia świeżych przebarwień po wypryskach, wygładzenia naskórka i poprawy jego kolorytu. W sumie czy stosowałam to serum regularnie czy sobie odpuszczałam ten krok w pielęgnacji, nie było żadnej różnicy w wyglądzie mojej cery.

Szkoda Avo, szkoda. Ponoć sodium ascorbyl phosphate to stabilna postać witaminy C, więc może zabrakło jakiegoś promotora przenikania? Nie znam się na tym, ale tak bym obstawiała, bo wszystkie skuteczne sera z witaminą C, jakie miałam okazję poznać, zawierały glikol propylenowy, a tu tej substancji nie ma...

niedziela, 17 czerwca 2018

Rimmel, Salon Pro with Lycra, 313 Cocktail Passion

Lakier Rimmela dostałam w prezencie od Hexxany :* Właśnie rozejrzałam się po stronach drogerii Boots oraz Superdrug i wygląda na to, że seria Salon Pro została zastąpiona serią Gel Effect Nail Polish (£5,99), która ma jednak w ofercie pokazywany dziś odcień.

Pojemność: 12 ml
Kolor: przytłumiony neonowy koralo-róż; bardzo ciekawy
Wykończenie: kremowe
Konsystencja:w sam raz
Pędzelek:płaski, szeroki, ścięty na półokrągło
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Sally Hansen Insta-Dri)
Trwałość: jestem pod ogromnym wrażeniem, bo na moich miękkich i słabych paznokciach rzadko co trzyma się dłużej niż dwa dni, a ten gagatek Rimmela wygląda dobrze przez nawet cztery dni



I got this nail polish from a friend. As far as I can tell, Rimmel swapped the Salon Pro with Lycra series for Gell Effect Nail Polish series but the shade Cocktail Passion is still available.

Volume: 12 ml
Colour: muted pink-coral neon
Finish:cream
Consistency:just right
Brush:broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Sally Hansen Insta-Dri quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: 4 days on my soft, weak nails - a brilliant result
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...