środa, 4 września 2013

Ziaja Sopot, balsam brązujący relaksujący

 Od dobrych kilku lat nie wystawiam specjalnie skóry na słońce. Jako nastolatka chętnie opalałam się w ogrodzie czy na plaży (i to, o zgrozo, bez żadnej ochrony przeciwsłonecznej, czego do dziś bardzo żałuję), ale teraz już nie sprawia mi to przyjemności, o braku czasu nie wspominając. Dlatego w okresie letnim, co by nie straszyć ludzi swoją bladością, chętnie sięgam po balsamy brązujące. W tym roku padło na Ziaję.

Zdecydowanie bardziej wolę balsamy brązujące od typowych samoopalaczy. Korzystanie z tych drugich zwykle kończy się u mnie smugami, mimo że przygotowuję skórę i staram się nakładać je równomiernie...

Ziaja zamknęła swój balsam brązujący w nieprzezroczystej, pomarańczowej butelce. Pod światło można jednak kontrolować stopień zużycia produktu. Buteleczka ma korek na zatrzask. Jest płaski, więc kiedy zbliżamy się do końca opakowania, można postawić ją "do góry nogami", co ułatwia wydobycie produktu.

Mazidło ma żółtawy kolor i konsystencję mleczka do ciała. Łatwo zaaplikować je równomierną warstwą; szybko się też wchłania. Zapach nie jest specjalnie przyjemny, czuć charakterystyczną samoopalaczową woń  podbitą anyżem.


 Moim zdaniem pod względem działania jest to przyzwoity produkt. Już po 4 godzinach po pierwszej aplikacji na skórze pojawia się kolor. U mnie już po 2 dniach opalenizna była optymalna - nie za ciemna, o ładnym, ciepłym kolorycie. Żeby efekt ten utrzymać stosowałam balsam co drugi-trzeci dzień, w zależności od potrzeb. Stosując go codziennie szybko nabawiłabym się efektu pomarańczowej skóry. Odpowiednia częstotliwość stosowania produktu tego typu to podstawa, żeby wyglądać ładnie, a nie karykaturalnie.

Bardzo ważną rzeczą przy stosowaniu tego produktu jest regularny peeling. Kiedy nakładamy mazidło na niewypeelingowaną skórę, kolor może wyjść nierównomierny. Przy regularnym złuszczaniu martwego naskórka nie miałam problemów z zaciekami i smugami. Nie zauważyłam również, aby produkt brudził mi ubrania, ale zawsze pozwalałam mu się dobrze wchłonąć i nie nakładałam nie wiadomo jakich ilości. Właściwie, jak i w przypadku makijażu, przy stosowaniu kosmetyku sprawdzała się zasada "mniej znaczy więcej".

Na temat wydajności się nie wypowiem. Mi butelka o pojemności 300 ml wystarczyła na całe tegoroczne lato, ale produkt stosowałam tylko na nogi, ręce i dekolt, dwa-trzy razy w tygodniu. 

Podrażnień nie odnotowałam. Mazidło nie wysuszało mi skóry. 

Ale o co chodzi z tym, że balsam jest "relaksujący"? Nie mam pojęcia...

Znacie? Lubicie?

poniedziałek, 2 września 2013

Zużycia i zakupy sierpnia 2013


  • Alterra, krem do rąk granat i aloes; recenzja; dobry krem, polubiliśmy się
  • Essence, krem do stóp z serii show your feet. Kupiłam go wieki temu i nie mam pojęcia, czy jest jeszcze dostępny. Kosmetyk miał żółty kolor i dość lekką konsystencję. Dawał efekt chłodzenia, co w upały było przyjemne. Nie miał szczególnych właściwości nawilżających. Zawierał drobny brokat, którego zadaniem było podkreślanie opalenizny. Nie do końca mi to odpowiadało, bo drobiny przenosiły mi się czasem na ubranie. Zresztą w ogóle nie jestem fanką takich rozwiązań.
  • balance me, super toning body wash. Ten żel pod prysznic był dodatkiem do magazynu. Miał konsystencję galaretki, dość słabo się pienił. Zapach do przyjęcia, coś jak lawenda z cytrusami i jakąś gorzką nutą. Mył i nie wysuszał zbytnio skóry.
  • Original Source, miętowy żel pod prysznic. Świetny na upały. Mocno pachniał miętą i dawał efekt chłodzenia. Był moim małym wybawieniem w gorące dni.
  • Adidas, Free Emotion EDT. Nuta głowy: cytryna, czerwone jabłko, czarna porzeczka, malina; nuta serca: frezja, lilia, róża, hibiskus; nuta bazy: piżmo, cedr. Ładny, delikatny, świeży, nieprzytłaczający zapach na lato. EDT ma jednak zasadniczą wadę: była na mnie bardzo nietrwała. Po dwóch godzinach już zapachu na sobie nie czułam :(
  • antyperspirant Dove go fresh - aktualny ulubieniec


  • Flos-Lek, Arnica, kremy nawilżający i przeciwzmarszczkowy; recenzja; bardzo dobre produkty do pielęgnacji cery naczynkowej
  • Babydream, oliwka pielęgnacyjna dla kobiet w ciąży. Zbieram się do recenzji i zbieram, i zebrać się nie mogę. Kocham ten produkt. Rewelacyjnie nawilża i ujędrnia skórę. Na chwilę obecną zdecydowanie moja ulubiona oliwka.
  • Lirene Dermoprogram, selected from nature, ujędrniający biokrem pod oczy; recenzja; krem dostałam od Maggie; nawilżał i ujędrniał skórę pod oczami i świetnie nadawał się pod makijaż - byłam z niego ogromnie zadowolona
  • Yves Rocher, Foot Beauty Care, anti-fatigue iced gel; recenzja; prezent od Asi; świetny, chłodzący kosmetyk do stóp - idealny na upały

  •  Receptury Babuszki Agafii, organiczna pasta przeciwpróchniczna; recenzja; bardzo polubiłam pastę pod względem działania i smaku i jedyne, co mi w niej przeszkadzało, to niewydajność
  • Biochemia Urody, peeling enzymatyczny; recenzja; efekty działania zauważyłam dopiero po kilku użyciach; działa przyzwoicie, ale znalazłam coś jeszcze lepszego...
  • Organique, algowa maseczka pod oczy. Produkt miał intensywnie jasnoniebieski kolor. Na moje rejony podoczne maska jakoś szczególnie nie działała. Nie zauważyłam różnicy w kondycji skóry pod oczami. Natomiast produkt nałożony na całą twarz nie odstawał od reszty algowych masek Organique - dawał uczucie chłodzenia, koił i detoksykował skórę.
  • ZSK, spirulina algi morskie. Niedawno pisałam o powodach, z których rezygnuję ze spiruliny w swojej pielęgnacji. U mnie półprodukt sprawdza się jedynie na włosach, ale nie jest na tyle cudowny, żebym chciała do niego wrócić.
  • Seche Vite, smarowidło do skórek. Kosmetyk dostałam od Hexxany. Zmiękczał skórki, ale poza tym nie zauważyłam specjalnego działania.

  • Bibułki matujące Infinity. Moje ulubione drogeryjne bibułki. Moim zdaniem nie mają sobie równych: są mocne i chłonne.
  • Miniatura Lancome Hypnose Star show stopping volume mascara; recenzja; był to dodatek do magazynu, świetny tusz, ale na chwilę obecną nie na moją kieszeń.
  • Rimmel, moisture renew lipstick w odcieniu 600 Soft Coral; pokazywałam ją tutaj; pomadka miała dość ładny odcień, ale wysuszała usta, więc nakładałam ją na jakiś produkt ochronny; nie podobało mi się wykończenie z drobinkami
  • Odlewka podkładu Maybelline Superstay 24 hr w odcieniu 030 Sand, którą dostałam od Asi - Kosmetycznego Przekładańca. Podkład był dla mnie za ciemny, więc zmieszałam go z jaśniejszym podkładem Bourjois. Ogólnie mieszanka ta mnie nie zachwyciła, szybko się świeciłam.
  • Essie, good to go rapid dry top coat; recenzja; bardzo dobry wysuszacz, który zrewolucjonizował mój manicure
  • Color Club stuck on you base coat. Produkt spełniał swoje zadanie, czyli chronił moje paznokcie przed przebarwieniami. Przedłużenia trwałości mani nie zaobserwowałam. Baza była niesamowicie wydaja, korzystałam z niej przez około 10 miesięcy.
  • Lakiery: Essence c&g 86 a lovely secret oraz 92 better late than never; Vipera high life 819 (buteleczka nie załapała się do zdjęcia) od Eweliny - połowę odlałam Słomce, drugą połowę zużyłam; co do lakierów Essence 04 cotton candy od Krzykli - wymieszałam obie połówki w wygodniejszej buteleczce, tworząc sobie glitterowego frankena


Uff. Sierpień okazał się produktywny ;)

***

W sierpniu poczyniłam również małe zakupy. 

Potrzebowałam antyperspirantu oraz płynu do higieny intymnej. Ten drugi znalazłam w polskim sklepie :) Po poście Słomki sprawiłam sobie również dobry szklany pilnik i jestem z tego zakupu szalenie zadowolona.



Poza tym po zapoznaniu się z miniaturami podkładów Blondie, China Doll i Barely Buff od Lily Lolo (planuję osobnego posta na ten temat) zdecydowałam się kupić pełnowymiarowy podkład w odcieniu China Doll. Od razu dokupiłam również pędzel kabuki, bo baby buki z zestawu testowego jest troszkę za mały na szybką aplikację. Przy okazji dorzuciłam do koszyka cienie prasowane w odcieniu Chic Nudes oraz dwa wielowymiarowe sypańce - Smoky Brown i Golden Lilac. Są to cienie, które potrafią robić za cały makijaż oka, więc będą jak znalazł do szybkiego makijażu. Do zamówienia dorzucono mi gąbeczkę.


Zakupy uważam za udane. Miałam ogromną ochotę na coś nowego :)

niedziela, 1 września 2013

Leighton Denny, Plush Pink

Zeszłoroczny dodatek do któregoś z brytyjskich magazynów :)
  • Pojemność: 12 ml
  • Kolor: soczysty, fuksjowy róż; wykończenie kremowe
  • Konsystencja: w sam raz
  • Pędzelek: klasyczny, dość szeroki, wygodny
  • Krycie: można poprzestać na jednej warstwie, ja nałożyłam dwie
  • Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Poshe)
  • Zmywanie: bezproblemowe
  • Trwałość: trzeciego dnia pojawiły się starte końcówki i pierwsze odpryski



This nail polish was added to a British magazine last year.
  • Volume: 12 ml
  • Colour: vivid pink; cream finish
  • Consistency: just right
  • Brush: classic, quite broad, comfortable
  • Coverage: it can be a one-coater; I applied 2 coats
  • Drying time: not tested (I used Poshe fast drying top coat)
  • Removing: no problems
  • Durability: 3 days

piątek, 30 sierpnia 2013

Dzień Blogera i promocja Flos-Lek

Jeśli lubicie kosmetyki Flos-Lek lub macie ochotę któreś przetestować, teraz jest okazja, aby nabyć je taniej :)

BLOGUJ Z FLOSLEKIEM
Z okazji Dnia Blogera 31.08.2013
Wyjątkowa promocja
30% off na wszystkie produkty
na hasło w zamówieniu BLOGER

Termin obowiązywania promocji 31.08-02.09
Promocja dostępna po rejestracji i zalogowaniu się na stronie www.sklep.floslek.pl
Każdy zarejestrowany i zalogowany użytkownik może dokonać tylko jednego zakupu w promocji na hasło: BLOGER




Klikając na baner przeniesiecie się na stronę sklepu :)

Flos-Lek, Arnica, nawilżający krem arnikowy SPF 15, przeciwzmarszczkowy krem arnikowy oraz żel arnikowy

Trzy wspomniane w tytule kosmetyki dostałam do testów od marki Flos-Lek na początku maja. Od połowy maja towarzyszyły mi w codziennej pielęgnacji twarzy. Postanowiłam sprawdzić, czy zmasowany arnikowy atak zrobi jakieś wrażenie na moich naczynkach. Mazidła stosowałam w następujący sposób: krem nawilżający, ze względu na obecność SPF, przeznaczyłam na dzień, a żelem i kremem przeciwzmarszczkowym smarowałam się na noc. Ponieważ kremy nawilżający i przeciwzmarszczkowy właśnie mi się skończyły, mogę od razu napisać, że te tubki o pojemności 50 ml są bardzo wydajne, gdyż każda wystarczyła mi na 3,5 miesiąca stosowania raz dziennie. Żel jest jeszcze wydajniejszy - nadal mam około 1/3 opakowania.

Kosmetyki mają kilka cech wspólnych. Po pierwsze, są bezzapachowe, co jest dla mnie plusem. Nie wymagam, żeby kremy do twarzy miały zapach. Wręcz tego nie chcę. Poza tym, żaden z produktów mnie nie podrażnił ani nie spowodował niechcianego wysypu, a mam cerę tłustą, skłonną do zapychania. W końcu, wszystkie produkty zapakowano w nieprzezroczyste tubki, które trzeba odkręcać. Fakt ten wielokrotnie mnie denerwował, gdyż jestem niezdarna i nakrętki często wypadały mi z dłoni. Do znudzenia będę powtarzać, że zdecydowanie wolę klapki.


Krem nawilżający SPF 15:


Krem jest koloru seledynowego, co ma optycznie neutralizować zaczerwienienia  na twarzy. I trochę tak się dzieje, ale nie jest to spektakularny efekt. Produkt ma dość treściwą konsystencję. Szybko się wchłania, ale na mojej tłustej twarzy zostawiał delikatny film. Krem bardzo dobrze nadawał się pod makijaż, nic się nie rolowało. Nie mogę również przyczepić się do stopnia nawilżania cery - spisywał się na tym polu wyśmienicie. Nie wypowiem się natomiast na temat ochrony przeciwsłonecznej, gdyż latem faktor SPF 15 jest dla mnie za niski, więc dodatkowo zabezpieczałam buzię wysokim filtrem.




Krem przeciwzmarszczkowy:


Ten krem jest z kolei białawy w odcieniu. Jeśli chodzi o konsystencję, miałam wrażenie, że był nieco bardziej tłusty od kremu nawilżającego, a w każdym razie film, który pozostawiał po wchłonięciu, był nieco tłustszy niż w przypadku poprzednika. Produkt zapewniał nawilżenie na poziomie kremu na dzień. To, że stosowałam go na noc, to był mój świadomy wybór (producent nie oznaczył kremu jako produktu na noc, a te z reguły są treściwsze i bardziej odżywcze).

Mam 27 lat i na razie nie mam problemu ze zmarszczkami. Miejmy nadzieję, że krem pomagał im zapobiegać, ale gołym okiem nie da się tego ocenić. Na pewno po jego użyciu skóra twarzy była miła w dotyku.




Żel arnikowy:


Kosmetyk ma postać lekkiego żelu oczywiście. Stosuję go pod oczy oraz na obszary naczynkowe, czyli policzki i nos. Wchłania się bardzo szybko, ale na mojej tłustej cerze zostawia lekko klejący film, który zostaje zniesiony przez zaaplikowany później krem. Żel sam w sobie nie ma właściwości nawilżających, dlatego nie mogłabym stosować go solo, ale wierzę, że łączony z kremem wspomaga pielęgnację antynaczynkową oraz wspiera krem pod oczy.

Na siniaki żelu nie stosowałam.


Skład żelu: Aqua, Propylene Glycol, Arnica Montana Flower Extract, Arnica Chamissonis Flower Extract, Panthenol, Phenoxyethanol, Triethanolamine, Carbomer, Ethylhexylglycerin

Kwestia najważniejsza: jak stosowanie kosmetyków wpłynęło na naczynka (ponieważ stosowałam kosmetyki razem jako kurację, nie jestem w stanie wypowiedzieć się, jak działają w tej kwestii indywidualnie)? Muszę przyznać, że bardzo dobrze. Produkty widocznie koiły obszary naczyniowe; rumień pojawiał się w ciągu dnia później, niż zwykle, i szybciej znikał. Nawet w czasie upałów, a to imponujące. Poza tym ogólnie moja cera wygląda po tegorocznym lecie lepiej niż w latach poprzednich, gdyż pojawiło się mniej teleangiektazji (a całkowicie, jak wiadomo, nie da się ich uniknąć). Dzięki produktom moja cera ma lepszy, bardziej wyrównany koloryt. 

Ogólnie seria jest naprawdę godna polecenia dla osób walczących z naczynkami. Cieszę się, że miałam okazję zapoznać się z tymi kosmetykami. Myślę, że jeszcze do nich wrócę.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Yves Rocher, Foot Beauty Care, anti-fatigue iced gel

Produkt ten dostałam od Asi - Kosmetycznego Przekładańca. Dziękuję kochana :)

Mazidło ma postać fioletowego żelu, który szybko się wchłania. Pachnie jak połączenie lawendy z miętą pieprzową - świeżo i orzeźwiająco. Stosowałam go codziennie wieczorem. Tubka o pojemności 50 ml wystarczyła mi na miesiąc używania.

Wspomniana tubka ma wygodny korek na zatrzask i jest przezroczysta, co łatwo pozwala śledzić stopień zużycia  produktu. Wykonana jest z bardzo twardego plastiku. Z tego powodu końcówki produktu nie da się wycisnąć i najlepiej po prostu przeciąć tubkę.


Żel nie ma nawilżać skóry stóp czy zapobiegać rogowaceniu pięt. Jego zadaniem jest chłodzenie stóp i znoszenie uczucia zmęczenia. I z zadania tego wywiązuje się bardzo dobrze. Okazał się być prawdziwym wybawieniem w upalne dni, gdyż daje mocne uczucie chłodzenia, które utrzymuje się na stopach przez około 10 minut. Sprawiało to, że czułam się przyjemnie orzeźwiona. Świetna sprawa na upały!

Produkt może nie nawilża (podkreślam, nie takie jest jego zadanie), ale również nie wysusza stóp. Po prostu fajny, chłodzący kosmetyk na lato :)

środa, 28 sierpnia 2013

Mała, różowa operacja, czyli kreatywne prasowanie pokruszonych kosmetyków prasowanych

W mojej kosmetyczce rezydowały dwa różowe kosmetyki, po które nie sięgałam. A nie korzystałam z nich, gdyż były pokruszone. Cień Paese Światło Toskanii przywędrował do mnie już w takim stanie. A że mam podobne odcienie w łatwiejszej do użycia formie sprasowanej, cień leżał niekochany. Z kolei róż MIYO w bardzo twarzowym odcieniu Sorbet, który dostałam od Diggerowej, pokruszył się sam z siebie. Nie upadł mi, nie był narażony na wstrząsy. Ot, pewnego dnia otworzyłam kuferek i odkryłam, że sobie wziął i popękał. Zła byłam bardzo, bo kolorek fajny, ale z takiego pokruszonego różu korzysta się trudno, bo na pędzel nabierają się dziwne ilości i łatwo o efekt matrioszki. Poza tym pyłek wymykał się z opakowania i brudził mi wszystko na różowo. 



Ostatecznie stwierdziłam, że będę prasować. Postanowiłam tez od razu połączyć cień z różem, bo wiedziałam, że inaczej z cienia nie będę korzystać. A z "nowego" różu i owszem :)


Całą operację przeprowadziłam na ręczniku papierowym, gdyż robi się przy tym trochę bałaganu. Co zrobiłam?


1. Pokruszyłam do końca cień.

2. Pokruszyłam róż. Uwaga, staramy się kruszyć kosmetyki jak najdokładniej, żeby nie było grudek. Zdjęcie numer dwa zrobiłam w trakcie kruszenia, to jeszcze nie był efekt końcowy.

3. Połączyłam i dobrze wymieszałam cień z różem.



4. Przełożyłam mieszankę do opakowania od różu i zalałam spirytusem kosmetycznym. Wódka też się nada. Wymieszałam.



5. Zaczęłam odciskać alkohol w płatki bawełniane. Zużyłam kilka płatków i pobrudziłam sobie paluchy na różowo, ale po kilku myciach rąk zeszło :]



6. Wyczyściłam opakowanie różu na brzegach i w zawiasach i odstawiłam otwarty kosmetyk na kilkanaście godzin, żeby resztki alkoholu odparowały.


7. Teraz podziwiamy efekty naszej pracy :)

Kosmetyk wygląda co prawda na "po przejściach", ale dużo łatwiej się z niego korzysta niż kiedy był w formie sproszkowanej... No i kolorek jest bardzo ładny ;)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...