środa, 12 listopada 2014

Maybelline, Fit me! concealer (15)

Korektor kupiłam za 5,99 funtów/6,8 ml błąkając się pewnego dnia po Bootsie w poszukiwaniu czegoś do zakrycia cieni od niewyspania. Wystarczył mi na około 6 miesięcy niemal codziennego stosowania na same rejony podoczne.


Producent wpakował mazidło do opakowania kojarzącego się z błyszczykami, czyli przezroczystej tubki z gąbkowym aplikatorem. Mi bardzo wygodnie dozowało się produkt - kilka kropek pod oczami, które potem rozcierałam i wklepywałam palcami lub gąbką (ten ostatni to mój ulubiony sposób aplikacji korektorów).

Kosmetyk ma przyjemną, płynno-żelową konsystencję. Rozciera się bez problemu i nie roluje się.

Wybrałam drugi z kolei odcień w gamie. O ile dobrze pamiętam (a mogę się mylić) 10 był żółtawy, a ja lepiej wyglądam w korektorach lekko łososiowych - jak ten tutaj.


Krycie korektor ma lekkie w stronę średniego. Widocznych cieni nie zakryje. Nie nadaje się też do maskowania pryszczy. Niemniej na pewno lekko wyrównuje koloryt skóry pod oczami i ładnie odbija światło - a właśnie tego w korektorach szukam. Dodatkowym atutem tego produktu jest fakt, że nie przesuszał i nie obciążał skóry pod oczami, a  utrwalony odrobiną pudru nie zbierał się w zmarszczkach.

Minusy? Im mniej było go w opakowaniu, tym zaczął nabierać tendencji do ciemnienia (utleniania się) na skórze. Na szczęście, kiedy nałożyłam go cienką warstwą i dobrze roztarłam, nie było tego widać.

Ogólnie byłam całkiem z tego korektora zadowolona, ale ja nie mam dużych wymagań od korektora pod oczy. Byle lekko krył, nie wysuszał i nie wchodził w zmarszczki, i nie narzekam.

wtorek, 11 listopada 2014

Balm Jovi make-up #4 | Daily

Delikatny dzienniak, w którym główną rolę gra kreska wykonana przepięknym granatowym cieniem The Stroke:



 W makijażu użyłam:


poniedziałek, 10 listopada 2014

Wibo, Glamour Satin, 4

Dostępność: Rossmann
Cena: 6-7 zł
Pojemność: 8,5 ml
Kolor: ciemny, bakłażanowy fiolet mieniący się delikatnie na zieleń (duochrom)
Wykończenie: zmatowiony duochrom
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: całość, czyli baza i dwie warstwy lakieru wyschły całkowicie po kilku minutach
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich paznokciach 3 dni

Udawajcie, że nie widzicie moich zadziorów. Sam lakier wygląda ciekawie, nieprawdaż?



niedziela, 9 listopada 2014

sobota, 8 listopada 2014

Dabur Vatika, olej "dziki kaktus"

Olej ten dostałam dawno, dawno temu od Lady In Purplee. 200 ml wystarczyło mi na długie miesiące (może nawet rok?) stosowania średnio dwa razy w tygodniu.

Skład INCI: Paraffinum Liquidum, Canola Oil, Palm Oil, Olea Eurpoaea (Olive) Oil, Phenyltrimethicone, Parfum, Aloe Barbadensis (Cactus) Extract, Avobenzone, Eruca Sativa (Garger) Extract, Vitamin E, Acetate, Rosemarinus Officinalis (Rosemary) Ropa, Hydro Benzochinon, Allium sativum (Garlic) Extract, CI12740, CI61565

Olej wygląda i pachnie jak... płyn do mycia naczyń. Takie mam skojarzenia. Konsystencję oczywiście ma oleistą, a do tego bardzo tłustą, gdyż jego bazą jest parafina (a może nafta kosmetyczna?). Mimo tej tłustości nigdy nie miałam problemów ze zmyciem go z włosów i skóry głowy.

Produkt zapakowano w plastikową butelkę z wielkim otworem. Notorycznie wylewałam sobie na dłoń za dużo kosmetyku, więc ostatecznie przelałam go do butelki z pompką, co okazało się dla mnie idealnym rozwiązaniem.


Działanie.... Musze powiedzieć, że olej bardzo mnie zaskoczył. Wprawdzie na wypadanie włosów nie miał wpływu (ciągle wypada mi ich mniej lub więcej, ale wypadają), ale za to jego regularne stosowanie przyniosło inne, niesamowite dodam, efekty. Moje włosy były średnio- lub nawet wysokoporowate. A po kilku miesiącach kilkugodzinnych sesji z olejkiem dwa razy w tygodniu ich porowatość znacznie zmalała. Zauważyła to nawet moja fryzjerka, kiedy poszłam podciąć końcówki. Kłaki są zdecydowanie gładsze, lejące, miękkie i błyszczące. Są też bardziej nawilżone niż kiedyś. Jedynie objętości im brak, ale tutaj musiałabym sięgać po kosmetyki do stylizacji i suszarkę, których nie lubię i unikam. Dodam też, że mimo iż włosy mi lecą, widzę u siebie mnóstwo baby hair, które aktualnie sterczą mi na czubku głowy na wszystkie strony i trudno nad nimi zapanować.

Byłam z tego jadowicie zielonego oleju bardzo zadowolona. Ode mnie kciuk w górę :)

piątek, 7 listopada 2014

Balm Jovi make-up #2 | Coming out of my comfort zone

Ten makijaż stanowi wyjście z mojej strefy komfortu, gdyż pierwsze skrzypce gra w nim zieleń khaki, która nie zawsze dobrze komponuje się z niebieską tęczówką. Połączyłam ją z ciepłym brązem i wyszło coś takiego (w rzeczywistości kolory były dużo intensywniejsze):



W makijażu użyłam:


czwartek, 6 listopada 2014

The Balm, Balm Jovi Rockstar Palette + Balm Jovi make-up #1 | Poprawinowy

Paletę Balm Jovi dostałam w niespodziewanym i bardzo udanym prezencie od Kataliny. Dziękuję, dziękuję, dziękuję :* 


Jak to ujęła Kasia - jedna paleta, wiele zabawek. A te zabawki to dokładnie dwanaście cieni do powiek, pudrowy róż, rozświetlacz oraz dwa pomadko-róże w kremie.

Opakowanie jest kolorowe, tekturowe ale mocne, z dwiema klapkami zamykającymi się na magnes. Bardzo podoba mi się fakt, że klapki oddzielają konsystencje kremowe od pudrowych, gdyż nic mi się nie osypuje do pomadek. Proste, a skuteczne. Dodatkowo całość jest leciutka i kompaktowa - idealna do zabierania w podróż.

Przyjrzyjmy się bliżej odcieniom poszczególnych kosmetyków.


Metal-ica: perłowe srebro

Adagio: kremowy mat

Blink 1982: różowawy brąz z drobnym srebrnym brokatem



Iron Maid-in: chłodne perłowe złoto

Allegro: bardzo ciepły brąz, mat

The Stroke: granat z drobnym lazurowym brokatem



Lead Zeppelin: zieleń khaki z drobnym złotym brokatem

Moderato: bakłażan, mat

rem: lilak, mat



Alice Copper: burgund, satyna

Presto: czekoladowy brąz, mat

Third Eye Blonded: bardzo jasny róż, perła


Cienie mają dość kruchą konsystencję. Należy naprawdę delikatnie przykładać do nich pędzelek, inaczej kruszą się. Jest to jednak ich jedyna wada. Poza tym są obłędnie napigmentowane, dobrze się aplikują i rozcierają. O ile nakładamy je w małych ilościach i stopniowo budujemy krycie, praca z nimi to sama przyjemność. Na bazie trwają na oku w niezmienionym stanie do demakijażu.

Muszę przyznać, że nie miałam w życiu tak świetnych jakościowo cieni. Przebiły wszystko, co mam w kosmetyczce, włącznie z cieniami Urban Decay. Kocham je szaleńczo i gdybym musiała oddać wszystkie swoje cienie i mogła zatrzymać tylko jedną paletkę, wybór byłby bardzo, bardzo, bardzo prosty.



Solid Gold to piękny złoty rozświetlacz. Jest bardzo trwały, tworzy na skórze cudną taflę. Róż Don't You Want Me? to odpowiednik Frat Boya marki. Piękny, niezwykle twarzowy odcień, znakomita trwałość (od nałożenia do demakijażu) oraz matowe wykończenie to przepis na róż idealny. Ma jednak tę samą konsystencję co cienie, więc kruszy się pod większym naciskiem pędzelka. Ze względu na świetną pigmentację trzeba aplikować go lekką ręką.

Milly i Vanilly rzeczywiście spisują się i w roli różu (utrzymując się do demakijażu) i pomadek (tu na moich ustach ich trwałość wynosi około 3 godziny). Ogromnie podoba mi się ich matowe wykończenie. Nałożone na pomadkę ochronną nie wysuszają moich ust. Milly to łososiowy róż a Vanilly - czerwień.



Best palette this century? Tak, zdecydowanie! Dzięki tej palecie jeszcze bardziej chcę Balm Voyage oraz Meet Matt(e) Nude, a na wish-listę wskoczyły również Nude'Tude oraz Balmsai :)


Przygotowałam dla Was siedem makijaży przy użyciu mojej ulubienicy. Dziś pokażę pierwszy z nich - miałam go na sobie na poprawinach wesela kuzyna. Z góry bardzo przepraszam za jakość zdjęć - ja nie umiem fotografować dobrze makijażu (a w opcję wchodzi tylko fota "z rąsi", co stanowi spore utrudnienie), a mój aparat dodatkowo bardzo zjada kolory i na zdjęciach makijaż nie jest nawet w połowie tak intensywny, jak na żywo (chociaż podkręciłam kontrasty w Picassie). Tyczy się to całej siódemki malunków, a wiedzcie, że starałam się jak mogłam :(

 



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...