niedziela, 3 maja 2015

Wesoły makijaż w zielni i żółci.

Kilka dni temu zrobiłam makijaż inny niż zwykle. Zwykle bowiem noszę się w neutralach, a tu mnie wzięło na kolor. Żeby to uczcić, zrobiłam zdjęcia. A jak już zrobiłam, to publikuję ;)

Makijażu nie wyciągałam mocno w górę, bo czułabym się trochę przytłoczona. Zieleń i żółć to nie są bezpieczne kolory na powiekach... Dodałam też troszkę brzoskwini ponad załamaniem i brudny wrzosik na dolną powiekę. Na ustach zaś pasującą do wszystkiego, cudna Airy Fairy Rimmela. 

Mam nadzieję, że jest OK. Dawno, dawno nie bawiłam się kolorem na powiece....

Mam wrażenie, że na zdjęciach nie widać, iż starałam się przyłożyć do blendowania. Naprawdę się starałam.



Do makijażu twarzy użyłam:



A oczy to głównie cienie Inglota i przybrudzony wrzosik The Body Shop:


Pod oczami kombinacja dwóch korektorów: płynny Kobo utrwalony sypkim Lily Lolo. Oba z osobna kryją raczej lekko, ale ogromnie podoba mi się efekt, jaki uzyskuję po ich połączeniu.

Miłej niedzieli!

piątek, 1 maja 2015

Zużycia kwietnia w mini-recenzjach. Drobne zakupy kwietnia.

Pielęgnacja twarzy:


Miniaturę nawilżającego kremu Biotherm dostałam od Hexxany. Nawilżał, nie spowodował u mnie wysypu, więc nie dał mi powodów do narzekania. Serum z witaminą C Filorgi, również prezent od Hexx, wystarczyło mi na dziesięciodniową kurację. Cóż za niesamowity kosmetyk. Chyba nigdy nie miałam tak gładkiej i przyjemnej w dotyku skóry jak podczas tych 10 dni. Zdecydowanie mam ochotę na więcej! Krem Caudalie Polyphenol [C] trafił do mnie z tego samego, hojnego źródła. Świetnie nadawał się pod makijaż i miałam wrażenie, że wpływał na regulowanie procesu wydzielania sebum przez moją tłustą skórę, bo się nie świeciłam aż tak, jak zazwyczaj. Rozpatrzę powrót do niego po lecie, gdyż zawiera filtr SPF 20, a ja ze swoją bardzo bladą, płytkounaczynioną skórą w ciepłe miesiące potrzebuję dwa razy wyższej ochrony. Na zdjęciu widzicie, że żelu do mycia twarzy Fitomed, który niedawno opisywałam (klik), zostało mi na jeszcze trzy użycia. Wrzucam go do denka, bo pustą już butelkę po prostu za te 3 dni wyrzucę zamiast trzymać ją w torbie z pustakami przez miesiąc ;) Żel rewelacyjnie uzupełniał wieloetapowy proces oczyszczania twarzy, gdyż nie odzierał skóry z naturalnej warstwy hydro-lipidowej. Ja bardzo lubię delikatne, ale skuteczne myjadła do twarzy, więc w przypadku tego kosmetyku dostałam dokładnie to, czego chciałam.


Pielęgnacja ciała:


W kwietniu pod prysznicem dominowały dwa żele pod prysznic Balis&Harding, które dostałam w prezencie gwiazdkowym. Miały przyjemne, ale nieco zbyt delikatne zapachy. Skończyły mi się bardzo szybko ze względu na swoją kisielowatą konsystencję i wielki otwór w butelce, przez który bardzo trudno było kontrolować ilość nabieranego na dłoń kosmetyku. Ogólnie niczego mi nie urwało, choć przyznam, że żele zupełnie, ale to zupełnie nie wysuszały mi skóry na ciele. Po kąpieli nacierałam się niesamowicie pachnącym i świetnie nawilżającym skórę olejkiem Khadki Pink Lotus (klik), również sprezentowanym mi przez Hexxanę. Na zdjęciu widać, że wystarczy mi go jeszcze na jakieś dwa użycia, dlatego również w tym przypadku po prostu pozbędę się za chwilę opakowania, zamiast je przechowywać. Krem do twarzy i ciała Babydream kupiłam dla córeczki, ale ponieważ ona nie znosi nacierania, a do utrzymania właściwego nawilżenia jej skóry wystarczy dodatek oliwki do wanienki podczas kąpieli, zużyłam go sama. Aplikowałam go na nogi po goleniu - świetnie łagodził ewentualne podrażnienia. Krem do stóp Lirene z 30% mocznika to był z kolei niewypał (klik). Ani specjalnie nie nawilżał, ani nie zapobiegał rogowaceniu pięt, na co liczyłam. Na zdjęciu zabrakło opakowania po kremie do rąk Neutrogeny z maliną nordycką (klik). Moje dłonie były nawilżone i gładkie w dotyku tylko kiedy miałam produkt na skórze. Po pierwszym myciu rąk skóra znów była wysuszona na wiór. Stałych czytelników bloga obecność mocznikowego kremu do rąk Isany ani antyperspirantu Dove raczej nie zdziwi. Jest to mój ukochany krem do rąk ever, bo nic tak nie nawilża i nie regeneruje moich problematycznych dłoni jak właśnie ten skuteczny tanioszek. Kulka Dove z kolei ładnie pachnie i zapewnia mi wystarczającą ochronę przez cały dzień.


Kolorówka:


Z kolorówki zaliczyłam zużycia błyszczykowo-lakierowe. Błyszczyko-stain Essence 06 berry me! miał świetny kolor i był całkiem trwały jak na tę kategorię produktów (klik). Błyszczyk Models Co w odcieniu Striptease to był drogi zwyklak (klik). Niczym szczególnym się nie wyróżnił. Biały lakier Seche pokazywałam tutaj. Wbrew pozorom takiego maluszka bardzo łatwo zużyć... Seche Clear sprawdził się jako baza, gdyż prędko wysychał i zapobiegał zabarwieniu paznokci przez kolorowe lakiery. Seche Vite nieco mnie zawiódł. Po pierwsze, strasznie śmierdział. Po drugie, mimo iż genialnie przyspieszał proces schnięcia lakierów, w wielu przypadkach strasznie kurczył emalie na brzegach. Ogromnie mnie to denerwowało. Po trzecie, w moim przypadku niestety nie przedłużał trwałości manikiuru. Wiem, że mam miękkie paznokcie, ale liczyłam na pomoc w tym względzie. Jednak wolę Poshe i Good to go Essie.


Zakupy kwietniowe były skromne. Kupiłam niezbędne mi kosmetyczne podstawy (antyperspirant, pasta do zębów) oraz jedną zachciankę (Invisibobble). Gumki póki co niestety mnie nie zachwyciły :/



środa, 29 kwietnia 2015

Khadi, Pink Lotus, ajurwedyjski olejek do twarzy i ciała

Oleje, olejki i olejuńcie kocham miłością żarliwą. Dlatego olejek Khadi, prezent od wspaniałej Hexxany, bardzo mnie ucieszył. Ze względu na intensywny zapach do twarzy go nie stosuję, ale od ponad miesiąca codziennie wcieram w wilgotną jeszcze po kąpieli skórę ciała. I codziennie zakochuję się w tym produkcie na nowo...


Jak widać, olejek ma brzoskwiniowy kolor, ale oczywiście nie barwi skóry. W konsystencji jest nieco tłustszy od oliwki Babydream fur mama, ale wtarty w wilgotną skórę zostawia na niej bardzo przyjemny, lekko natłuszczający film. Nie ma mowy o plamieniu ubrań. Zapach tego kosmetyku jest bardzo oryginalny; nigdy wcześniej nie spotkałam się z tak wybuchową mieszanką: relaksująca lawenda w połączeniu ze słodyczą ylang-ylang na cedrowej bazie, nadającej całości nieco męskiego charakteru. Coś niesamowitego. Zapach utrzymuje się na skórze przez kilka godzin, ale znika do rana, co mi pasuje, bo nic nie kłóci się z perfumami, którymi psikam się na dobry początek dnia.

A najlepsze jest to, że olejek pięknie nawilża i lekko natłuszcza skórę, i jest to działanie długotrwałe. W moim przypadku zniknęły suche placki na łokciach i kolanach, a skóra ogólnie zrobiła się przyjemniejsza w dotyku i elastyczniejsza. Bardzo żałuję, że kosmetyk już mi się kończy, gdyż była to niezwykle udana, niesamowicie pachnąca znajomość - zamierzam zaprosić w przyszłości do swojej łazienki inne olejki Khadi. Asiu, serdecznie dziękuję, że zwróciłaś moją uwagę na tę markę.

wtorek, 28 kwietnia 2015

Fitomed, Mydlnica Lekarska, żel do mycia twarzy do cery tłustej i trądzikowej

Bohatera dzisiejszej notki używam co wieczór od ponad czterech miesięcy. Powoli mi się kończy - wydajność okazała się bardzo dobra, zwłaszcza, że zapłaciłam za niego jedyne 8,18 zł w aptece Dbam o Zdrowie. Tani polski kosmetyk, ale czy godny polecenia? Tak!


Dość lejący w konsystencji żel zamknięto w przezroczystej, estetycznej wizualnie, plastikowej butelce z klapką. Etykieta nie odkleja się pod wpływem wody (trzymam żel pod prysznicem), co jest dla mnie ogromnym plusem. Ze względu na dużą zawartość ziół (skład poniżej), kosmetyk posiada ciemnobrązowy kolor. Ma przyjemny, ziołowy zapach. Dobrze się pieni.


Jeśli chodzi  o tego typu kosmetyki myjące, zależy mi na tym, aby były delikatne a przy tym skuteczne i nie przesuszały skóry. Żel Fitomed dokładnie taki jest. Stanowi doskonałe uzupełnienie wieloetapowego oczyszczania twarzy, którego jestem gorącą zwolenniczką. Osobiście rozpuszczam wstępnie makijaż olejkiem hydrofilowym, poprawiam micelem, a dopiero potem myję twarz wodą i żelem (kończąc etap oczyszczania tonikiem). Używany w ten sposób produkt spisuje się u mnie doskonale, skutecznie usuwając resztki makijażu i inne zanieczyszczenia. Skóra jest czysta a pory lekko ściągnięte, przy czym nie ma poczucia odarcia z bariery hydro-lipidowej. Co za tym idzie, żel nie wysusza i nie przyczynia się do wzmożonej produkcji sebum, co jest dla mnie o tyle istotne, iż mam tłustą cerę. Nie podrażnia również moich naczynek i nie wywołuje rumienia. Jest też łagodny dla oczu - kilka razy umyłam powieki tym żelem i obyło się bez podrażnień czy szczypania.

Ze względu na swoją delikatność wątpię jednak, że sprawdziłby się u tych z Was, które jednym produktem - żelem do mycia twarzy - załatwiają za jednym zamachem sprawę demakijażu i mycia twarzy. Nie sądzę, aby sam jeden potrafił wszystko usunąć. Dla mnie to nie jest wada, bo u mnie kosmetyk spełnia trochę inną, węższą rolę, i moje oczekiwania spełnia w 100%. Polecam.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Virtual mini (brak numerka lub jakiegokolwiek oznaczenia)

 Lakier dostałam "w spadku" od bratowej :)
Dostępność: M. kupiła go w jakiejś małej drogerii
Cena: 2-3 zł
Pojemność: 5 ml
Kolor: ciepły, borówkowy fiolet
Wykończenie: kremowe z delikatnym shimmerem, który widać na paznokciach tylko w mocnym świetle
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny
Krycie: do pełnego krycia potrzeba dwóch grubszych lub trzech cieńszych warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Seche Vite)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich paznokciach zaczyna odpryskiwać po około dobie od nałożenia...

Podoba mi się ten kolor, dlatego ubolewam nad nietrwałością tego pana :/



piątek, 24 kwietnia 2015

Model Co, Shine Ultra Lip Gloss, Strip Tease oraz Berry Pink

Błyszczyki, które dziś przedstawię, były dodatkiem do któregoś brytyjskiego magazynu. O ile dobrze kojarzę, marka Model Co miała swojego czasu szafę w Superdrug. Jeśli się nie mylę, ceny nie należały do najniższych. Szafa ta jakoś nigdy mnie nie pociągała. I chyba nie tylko mnie, skoro standy zniknęły z rzeczonej drogerii. W każdym razie błyszczyki miały kosztować, o ile dobrze pamiętam, aż 17 funtów za sztukę. A ceny tej, moim zdaniem, kompletnie nie są warte...


Błyszczyki mają przyjemne dla oka opakowanie z małym lusterkiem z boku umożliwiającym dokonanie szybkich poprawek. W sumie niepotrzebny ten bajerek, bo produkty są słabo napigmentowane i spokojnie można je zaaplikować bez lusterka. Oba kolory zawierają w sobie drobinki, których na szczęście nie czuć na ustach i które nie urządzają sobie wędrówek po twarzy.

Produkty mają intensywny zapach jakiejś sztucznej oranżady. Tak mi się kojarzy. Są lepkawe i mają dziwną, ciągnącą się konsystencję. Czasem kiedy wyciągamy gąbeczkę z opakowania, produkt zaczyna się ciągnąć, a potem spada, ochlapuje i otłuszcza wszystko naokoło. 


Żeby dobrze pokryć usta, trzeba nakładać kosmetyk jakieś trzy razy. Przy regularnym używaniu w opakowaniu bardzo szybko pojawia się ubytek. Niestety nie można mazidła zużyć do końca, gdyż aplikator kończy się całe 2 cm od dna i nie ma jak wydobyć około 1/6 produktu.


Berry Pink:

Ich trwałość wynosi do dwóch godzin bez jedzenia i picia. Kiedy są na ustach, wargi zdają się nawilżone, ale poczucie to znika wraz z błyszczykiem.


Strip Tease:

Ogólnie są to błyszczyki przeciętne aż do bólu. Zużyję i zapomnę :)

środa, 22 kwietnia 2015

Neutrogena, odżywczy krem do rąk z maliną nordycką

Tak, znowu wyskakuję z opinią na temat kremu do rąk. Tych kosmetyków pielęgnacyjnych pojawia się chyba u mnie najwięcej, ale co człowiek ma poradzić, jeśli ma wyjątkowo problematyczną skórę dłoni... Nic tylko testować kolejne produkty (stosując je obok sprawdzonych ulubieńców), a potem o tym pisać ;)

Krem Neutrogeny kupiłam z Waszego polecenia, choć nie powiem, pokręciłam trochę w Rossmannie nosem nad stosunkiem pojemności (75 ml) do ceny (13,89 zł). Znam tańsze i większe pojemnościowo kremy... Niemniej dałam produktowi szansę. Czy było warto? Poniekąd.


Już na wstępie nie polubiłam się z zapachem kremu. Mój nos czuje tu mocno kwaśną niby-malinę. Zapach nie należy moim zdaniem do kategorii przyjemnych.

Co poza tym? Kosmetyk ma postać białej emulsji i nałożony w rozsądnych ilościach względnie szybko się wchłania, pozostawiając jedynie delikatny, nietłusty film. Po aplikacji skóra wydaje się nawilżona i jest przyjemnie gładka w dotyku. Zapewne dzięki temu efektowi krem ten ma tak wiele zwolenniczek. Sama pewnie bym dołączyła do tego grona gdyby nie fakt, że po pierwszym umyciu rąk skóra moich dłoni wraca do pierwotnego, wysuszonego na wiór stanu. W moim przypadku nie ma niestety faktycznej regeneracji. Z drugiej strony nie powiem - kiedy mam krem na dłoniach zanim je umyję, czuję się dość komfortowo, nie ma nieprzyjemnego ściągnięcia skóry. Z tego tytułu nie będę się zarzekać, że nigdy do produktu nie wrócę. Nie jest ideałem (może dlatego, że nie zawiera mocznika, a moje dłonie kochają mocznik?), ale zły też nie jest. Do zapachu też się w końcu przyzwyczaiłam, choć nigdy go nie polubię. Nie da rady.

Ja często sięgam po krem do rąk w ciągu dnia, więc tę tubeczkę wykończyłam w jakieś 3 tygodnie.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...