poniedziałek, 30 listopada 2015

Podsumowanie zużyć listopada.

Kończy się listopad. Już jutro grudzień! Nie do wiary. Z drugiej strony mam nadzieję, że kwiecień przyjdzie bardzo szybko, bo obecna aura sprawia, że najchętniej zapadłabym w sen zimowy...

Ok, pustaki. Zacznijmy od pielęgnacji ciała:


Serum do biustu Eveline okazało się zbędnym elementem w mojej pielęgnacji (klik). Może i coś tam nawilżało, ale największy wpływ na wygląd skóry tego rejonu miały jednak ćwiczenia i masaże, do których w zupełności wystarczy naturalny, pozbawiony chemii olejek. Z kolei balsam do ciała z serii lukrecja gładka Fitomedu to kosmetyk świetny i godny polecenia (klik). Ładnie pachnie łąką i naprawdę świetnie i na długo nawilża i uelastycznia skórę. Serum antycellulitowemu multimodeling z Ziai nie dałam niestety się wykazać. To przyjemnie, świeżo pachnące mazidło ma postać białego mleczka i nie wchłania sie od razu, dzięki czemu można wykonać kilkuminutowy masaż. Niestety nie byłam regularna w stosowaniu (sięgałam po nie jak mi się przypomniało), więc nie mogę należycie ocenić ujędrniającego działania. Skład natomiast wygląda zachęcająco, gdyż jest napakowany wieloma roślinnymi ekstraktami. W przyszłości na pewno zrobię drugie podejście do tego serum. Drugiego podejścia nie będzie natomiast do aloesowego kremu do rąk Isany (klik). Produkt zupełnie się u mnie nie sprawdził - nie nawilżał ani nie regenerował moich wymagająych dłoni. Antypersiprant Dove w wersi invisible dry też nie do końca mnie zadowolił. Chronił tylko przez kilka pierwszych godzin po aplikacji.



Sole do kąpieli ze zdjęcia powyżej dostałam od Hexxany. Wszystkie były w porządku - ładnie pachniały i nie wysuszały skóry. Jednakowoż fanką wanny dzięki nim nie zostałam; w moim przypadku nic nie pobije prysznica.


Włosy:


Odżywkę gęste i zachwycające Garniera stosowałam razem z szamponem z tej serii podczas pobytów w Polsce u rodziców. Niestety nie byłam specjalnie zadowolone z tego duetu, gdyż obciążał moje włosy. Nie zauważyłam żadnej dodatkowej objętości. Odżywka w zasadzie nic specjalnego z moimi kłakami nie robiła. Z kolei serum na końcówki Phyto było dobrym uzupełnieniem mojej zwykłej pielęgnacji (klik).


Pielęgnacja twarzy:


Olejek do oczyszczania i mycia twarzy Bielendy przypadł mi do gustu (klik). Wprawdzie nie przebija moich ukochanych naturalnych olejków hydrofilnych, ale stanowi ich łatwo dostępną alternatywę i spełnia wyznaczoną mu przeze mnie rolę wstępnego rozpuszczenia makijażu. Krem do mycia twarzy Alterry służył mi, jak i wielu z Was, do porannego mycia paszczy. Sprawdzał się znakomicie - usuwał resztki nocnej pielęgnacji bez wysuszania skóry. Kilka razy użyłam go też do wstępnego rozpuszczenia miakijażu, i tu też nie miałam zastrzeżeń. Ponieważ wyjazdy sprzyjają zużywaniu saszetek, widzicie tu małą gromadkę. Na uwagę zasługują glinki Ziai (delikatnie oczyszczają skórę) oraz peeling enzymatyczny Bielendy, który ładnie oczyszcza i wygładza skórę. Po małych próbeczkach kremów natomiast nie widziałam rezulatów, bo i nie miałam prawa ich widzieć. 


Różne:


Mydło Nivea niczym mnie nie kupiło. Nie zachwyciło zapachem, trochę wysuszało skórę. Zużyłam i zapomnę. Próbkę Renaissance Cleansing Gel Oskii miałam od Hexxany. Produkt ładnie pachnie i dobrze rozpuszcza makijaż. Miniaturki kosmetyków Ahavy też trafiły do mnie od Asi. Mleczko do demakijżu mnie nie zachwyciło, gdyż odrzucał mnie jego zapach, a do tego ja nie lubię mleczek. Balsam do ciała był OK, przyzwoicie nawilżał i szybko się wchłaniał.


Kolorówka i paznokcie:


Bazę i top Essence miałam u rodziców na czas swoich przyjazdów. Baza zapobiegała żółknięciu paznokci a top ładnie nabłyszczał lakier. Duet w porządku. Olejek do skórek i paznokci z Golden Rose był prezentem od Justyny. Stosowany regularnie pomagał nawilżyć i nabłyszczyć paznokcie, ale brak regularności skutkował powrotem do ich gorszego stanu. Ze względu na bardzo ładny sklad produkt godny uwagi.


Błyszczyk Benefit dandelion pokazywałam tutaj. Nie zachwycił ani pigmentacją, ani trwałością. Właśnie ze względu na jej brak łatwo było ten produkt zdenkować. Zabrałam się też za maluchy z OPI z serii Liquid Sand sygnowanej przez Mariah Carey. Prezentacja na paznokciach tutaj. Po pewnym czasie lakiery straciły swoje właściwości i z szybko schnących zrobiły się schnącymi przez całe wieki.

Uff, ależ pisania było!

sobota, 28 listopada 2015

Everyday Minerals Eye: Sleigh Ride, Snow Flakes, Anna Karenina, Tide Pool, Love Letters, Monsoon, Shady Violets, Net Surfing, Twilight Kiss - słocze i bardzo amatorskie makijaże

Zestaw dziwięciu cieni marki Everyday Minerals dostałam od Hexxany. Dziękuję :* Jeden z cieni, niebieską Annę Kareninę, oddałam przyjaciółce, bo ja po niebieskości nie sięgam wcale, nie mój kolor. Reszta została ze mną i choć przeważają tu fiolety, wydaje mi się, że tym razem nie dają na mnie efektu podbitego oka.

Cienie mają formę sypką, ale są dość kremowe i łatwo przyczepiają się do pędzelka. Nie osypują się jakoś powyżej normy. Pigmentację mają dobrą, ale troszkę się gubi podczas aplikacji na oko. Zawsze można ją wzmocnić bazą z kolorowego cienia w kremie. Na bazie sypańce trzymają się bardzo dobrze i z makijażem nic się nie dzieje przez kilkanaście godzin.

Grafitowy Sleigh Ride, szaro-fioletowy Tide Pool, jagodowy Love Letters oraz oberżynowy Monsoon mają wykończenie matowe; niebieska Anna Karenina i brudnoróżowy Net Surfing to satyny, a taupe Snow Flakes, fioletowo-brązowy Shady Violets oraz stalowy Twilight Kiss charakteryzuje wykończenie perłowe. A teraz ciekawostka - po aplikacji na oko wszystkie cienie wyglądają na matowe. Nie mam pojęcia, jak to się dzieje, ale zaraz zobaczycie moje wyjątkowo nieprofesjonalne zdjęcia wyjątkowo nieprofesjonalnych makijaży, gdzie widać, jak perły gubią swoje wykończenie. Nie przeszkadza mi to, bo chętnie sięgam po maty, ale uczulam na tę zadziwiająca właściwość. Ktoś może zna rozwiązanie tej zagwozdki?

Ale my tu gadu-gadu, a przecież słocze czekają na swój występ:



A teraz moje dzienne zwyklaki. Nic specjalnego, ale pokazują, że do  codziennych makijaży cienie Everyday Minerals nadają się bardzo dobrze.

# 1 Net Surfing, Shady Violets, Monsoon; usta: Revlon Colorburst Matte Balm 205 Elusive


# 2 Twilight Kiss, Tide Pool; usta: Rimmel by Kate 101


# 3 Snow Flakes, Love Letters; usta: L'Oreal Rouge Shine Caresse 102 Romy


# 4 Sleigh Ride, Love Letters; usta: Rimmel lasting finish 070 Airy Fairy

Próbowałam zrobić zdjęcia samego oka, ale nie chciały wyjść. Oh well. Mam nadzieję, że coś jednak widać.

środa, 25 listopada 2015

Eveline, slim extreme 3D, superskoncentrowane serum modelujące do biustu

Latka lecą, biust zmierza w dół, a ciąża i 10 miesięcy karmienia też odcisnęły na nim swoje piętno. Dlatego sięgnęłam po kolejne już serum do biustu, choć myślę, że zrezygnuję z tego typu kosmetyków na rzecz naturalnych olejków. Wcieranie w piersi mazideł z potencjalnie szkodliwymi chemikaliami (konserwanty, DMDM Hydantoina) jakoś nie do końca pasuje do mojej wizji posiadania w przyszłości kolejnego potomstwa, które, mam nadzieję, moje cycki wykarmią tak, jak wykarmiły córeczkę.


Anyways... Eveline zapakowało serum w kobiecą, różową tubkę. Kosmetyk kosztuje kilkanaście złotych i służył mi przez jakieś 5 miesięcy cowieczornego wcierania w miejsce przeznaczenia. Mazidło jest białe i kwiatowo pachnie. Konsystencję ma dość treściwą i potrzebuje kilku minut na wchłonięcie.


Opis działania serum serwowany nam przez producenta brzmi fantastycznie. Dobrego bajkopisarza sobie zatrudnili, bo u mnie żadnego wypełnienia, rzeźbienia i uniesienia biustu, czy powiększenia piersi od samego smarowania nie było. Kosmetyk coś tam nawilża i delikatnie uelastycznia skórę, i to by było na tyle. W okresach kiedy ćwiczyłam i wspierałam działanie kosmetyku masażem, biust zyskiwał na jędrności. W okresach kiedy ograniczałam się do samego smarowania serum, żadnych cudów wianków nie było. Stąd mój wniosek, że na wmasowywaniu naturalnego olejku w piersi przy regularnej aktywności fizycznej po prostu lepiej (zdrowiej) wyjdę.

wtorek, 24 listopada 2015

Revlon, Colorburst Lip Butter, 010 Raspberry Pie, 045 Cotton Candy, 080 Strawberry Shortcake

Kocham matowe pomadki, ale większość z nich ma to do siebie, że prędzej czy później przeusza usta. Zwłaszcza, kiedy robi się chłodniej. Czasem mam też po prostu ochotę na odskocznię od mocno napigmentowanych matów. Sięgam wtedy po nawilżające i odżywcze szminki, dające mi przy tym lekki kolor, jak na przykład masełka Revlonu. 

Za 2,55 gramów tego kolorowego szczęścia trzeba zapłacić w regularnej cenie 7,99 funtów lub 35 zł. Warto polować jednak na promocje, bo wtedy niewydajność tych masełek boli troszkę mniej.


Produkty maja naprawdę ładne ubranka i nie wstyd wyciągnąć je z torebki. Sztyfty są przyjemnie mięciutkie (potrafią się nieco babrać i topić pod wpływem wyższej temperatury) i bezproblemowo suną po ustach. Szminki pachną słodko, trochę ciasteczkowo, ale zapach jest delikatny. Posiadam trzy odcienie; jeden z nich, 010 Raspberry Pie, daje dość wyraziste krycie; dwa pozostałe są raczej półprzezroczyste i spokojnie można nakładać je bez pomocy lusterka.


Wszystkie trzy posiadane przeze mnie sztuki dają mokre, błyszczykowe wykończenie. Zapewne dzięki temu, że zawierają srebrne mikrodorbinki, których na ustach na szczęście nie widać ani nie czuć.


Pomadki nosi się niezwykle komfortowo. Rzeczywiście nawilżają usta i sprawiają, że są miękkie i odżywione.


Z lekką, nawilżającą formułą idzie jednak w parze nietrwałość. Pomadki znikają z moich ust po około 2 godzinach bez jedzenia i picia. Wszelka forma konsumpcji sprawia, że zjadają się szybciej. Przy częstej reaplikacji bardzo szybko widać zużycie produktu. Myślę, że przy częstym codziennym stosowaniu spokojnie można taki sztyft zdenkować w niecaly miesiąc.


010 Raspberry Pie to, jak sugeruje nazwa, spokojna malinowa czerwień. 045 Cotton Candy i 080 Strawberry Shortcake to spokojne różowe nudziaki, różniące się jedynie temperaturą koloru. Patrząc na całą linię zdaje się, że żywsze i ciemniejsze kolory są lepiej napigmentowane od "spokojnych" propozycji.


Osobiście jestem ze swoich trzech masełek zadowolona, ale uważam, że są trochę za drogie jak za tę pojemność.

niedziela, 22 listopada 2015

Fitomed, lukrecja gładka, balsam do ciała ziołowy

Balsam podarowała mi Hexxana, dzięki której poznaję naprawdę wiele świetnych kosmetyków. Propozycja naszej polskiej firmy, co cieszy, również nie zawiodła.


Produkt ma biały kolor i dość lekką konsystencję. Czując jego zapach przenosiłam się w myślach na łąkę usłaną kwiatami i ziołami. Dla mnie aromat ten był bardzo przyjemny i relaksujący. 

Balsam zakmnięto w butelkę ze sztywnego plastiku, którego to sztywność sprawiła, że pod koniec trudno było wydobyć mazidło z  opakowania. Plus za to, że możemy dokładnie śledzić stopień zużycia kosmetyku.

Mazidło dobrze się rozprowadza (nie smuży) i bardzo szybko wchłania. Nawilżaczem kosmetyk jest wyśmienitym. Od razu przynosił ulgę wysuszonej po kąpieli skórze, a poczucie nawilżenia utrzymywało się do kolejnego prysznica. Podczas stosowania propozycji Fitomedu skóra była nie tylko dobrze nawilżona, ale też jędrna i elastyczna.

Ja nie znajduję tu żadnych wad. Świetny polski produkt, który gorąco wszystkim rekomenduję.

piątek, 20 listopada 2015

Kilka słów o dwóch cieniach: Rival de Loop 04 hot chocolate oraz agnes b 1273 Black cherry

Zdjęcia dwóch cieni, które dziś pokażę, od (zbyt) dawna mieszkają na moim dysku i czekają na swoje dwie sekundy. A pokazać te cienie moim zdaniem warto, więc niniejszym w końcu to czynię.

Produkty łączy to, że dostałam je oba od Hexxany. Myślę, że zostały nabyte w Niemczech, choć nie dam sobie za to żadnej kończyny uciąć. 

Jeśli o Rival de Loop chodzi, z kolorówki znam jeszcze ichnią bazę pod cienie (klik), która jest rewelacyjna (miękka jak masełko i bardzo skuteczna), i którą serdecznie polecam. Z cieniem hot chocolate również się polubiłam. Nieważne, że opakowanie nieco zalatuje taniością. Cień ma piękny, chłodny odcień brązu i jest zupełnie nieproblematyczny we współpracy. Mały minus można mu dać za średnią pigmentację, ale za to jest naprawdę dobrym cieniem transferowym o przyjemnym, satynowym wykończeniu. 



Skąd wzięła się nazwa cienia agnes b - black cherry - pojecia nie mam. Kolorowi daleko do wiśni. To raczej ciekawe bordo z fioletową poświatą. Opakowanie cienia szału nie robi (nie lubię małych odkręcanych pudełeczek), ale zawartość, jak w przypadku poprzednika, nie sprawia żadnych problemów w nakładaniu i rozcieraniu. Niestety i tu mamy do czynienia ze średnią pigmentacją i jakkolwiek przechodzi to w przypadku brązów i beżów, tutaj ewidentnie musimy się napracować, żeby uzyskać na oku ładny efekt i wydobyć wspomnianą fioletową poświatę. Najepiej nakładać cień po prostu na kolorową bazę.


Zdaje mi się, że Inglot ma pyłek podobny do tego cienia agnes b. Ktoś może potwierdzić?

wtorek, 17 listopada 2015

Bielenda, uszlachetniony olejek arganowy do oczyszczania i mycia twarzy + sebu control complex

Preparat w formie lekkiego HYDROFILNEGO olejku przeznaczonego do OCZYSZCZANIA I MYCIA skóry twarzy ze skłonnością do niedoskonałości, przebarwień, nadmiernego wydzielania sebum oraz cery mieszanej i tłustej.
Działanie
Zawiera niezwykle efektywne połączenie szlachetnego olejku arganowego z regulującymi i matującymi właściwościami sebu control complex, co sprzyja znacznej poprawie jakości naskórka, jego odnowie i ograniczeniu nadaktywności gruczołów łojowych. Wyjątkowa lekka olejowa formuła zamieniająca się pod wpływem wody w delikatną piankę, skutecznie rozpuszcza wszelkie zanieczyszczenia podatne na działanie tłuszczu i wody:  zmywa makijaż,  upłynnia sebum,  oczyszcza skórę z zanieczyszczeń i odświeża ją.
Efekt
Olejek daje efekt satynowej miękkości naskórka,  wygładzenia, nie obciąża skóry przy jednoczesnej natychmiastowej redukcji uczucia suchości i dyskomfortu.
Stosowanie
Zwilżyć skórę twarzy i dłoni. Nanieść na dłonie niewielką ilość olejku (1-2 dozy), równomiernie rozprowadzić na skórze, aż do powstania delikatnej pianki, dokładnie spłukać skórę letnią wodą. W razie dostania się produktu do oczu, obficie przemyć je  wodą.



Nie wiem, czy pamiętacie, ale ponad 3 miesiące temu pisałam o innej wersji tego olejku - z pro retinolem (klik). Byłam z tamtego zetknięcia z produktem Bielendy dość zadowolona, ale wersję sebu control polubiłam bardziej. Wprawdzie działaniem olejki niewiele się różnią, ale bohater dzisiejszej notki ma moim zdaniem o wiele przyjemniejszy, świeższy zapach, który bardziej przypadł mi do gustu.

Opakowanie jest takie samo, jak poprzednio: plastikowa butelka ze sprawnie dzialającą pompką. Na wstępne rozpuszczanie makijażu, bo tak używam olejków hydrofilnych, potrzebna mi jedna porcja, dzięki czemu 140 ml produktu wystarcza mi na 3,5 miesiąca codzienego stosowania. Kosmetyk bardzo dobrze rozpuszcza makijaż twarzy i inne zanieczyszczenia (np. sebum), ale z oczami radzi sobie nieco gorzej, czego nie mam mu za złe, bo i tak zawsze "poprawiam" micelem. Jestem ogromną zwolenniczką dwuatepowego demakijażu. Za plus poczytuję produktowi, że nie zostawia niechcianej mgły na oczach.

Formuły olejku nie nazwałabym, jak chce producent, lekką, gdyż jego bazą jest parafina. Parafina w porównaniu z wieloma naturalnymi olejami jest tłustsza i cięższa. Pod wpływem wilgoci olejek zmienia się w mleczną emulsję, którą przez chwilę masuję twarz, a następnie wszystko zmywam ciepłą wodą. Skóra twarzy rzeczywiście nie jest wysuszona, choć obiecywanego wygładzenia raczej nie przypisywałabym temu produktowi. Nie wierzę też, iż ma on wpływ na redukcję produkcji sebum. O tej porze roku moja tłusta cera sama z siebie produkuje go mniej, niż w ciepłe miesiące; nie sądzę, że kosmetyk, który ma krótkotrwały kontakt ze skórą, może tak zadziałać.

Mnie zawarta tu parafina nie szkodzi, tj. nie mam po niej wysypu. Jednak, jak wspomniałam, zawsze po użyciu tego olejku sięgam po micel.

Zostawię Was z tą samą konkluzją, jak po opisaniu pierwszego olejku myjącego Bielendy, z którym miałam do czynienia: nadal zdecydowanie wolę naturalne olejki hydrofilne (moje ulubione to te z BU), ale olejków Bielendy nie skreślam, gdyż spełniają wyznaczoną im przeze mnie rolę, a są dużo łatwiej dostępne od moich ulubieńców (i odpadają koszty przesyłki).

niedziela, 15 listopada 2015

Nails Inc, Colville Mews

Lakier był dodatkiem do brytyjskiego wydania "Glamour".

Pojemność: 10 ml
Kolor: jasny beż z subtelnymi oliwkowymi podtonami
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęsta; lakieru nie da się nałożyć cienkimi warstwami
Pędzelek: klasyczny, raczej węższy niż szerszy
Krycie:ponieważ lakier smuży podczas aplikacji, nie obędzie się bez dwóch warstw
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza Ciate (byłam jednak pozytywnie zaskoczona relatywnie krótkim czasem schnięcia, bo na paznokciach miałam dwie grube warstwy, gdyż inaczej lakieru nie dało się nałożyć)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: na moich miękkich paznokciach utrzymał się w świetnym stanie przez aż 4 dni



This nail varnish was added to a British edition of Glamour magazine. 
Volume: 10 ml
Colour: light beige with olive undertones
Finish: cream
Consistency:very thick
Brush: classic
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Ciate quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: on my soft, weak nails it lasted impressive 4 days

czwartek, 12 listopada 2015

Rimmel, Lasting Finish by Kate Lipstick, 35 & 37

Pytanie za 1000 zł ("Milionerzy"): kto jest twarzą pomadek Lasting Finish Rimmela? Wszyscy wiedzą: Kate Moss. Wiele sygnowanych przez wspomnianą panią pomadek jest w regularnej sprzedaży (maty w czerwonych, a kremy w czarnych opakowaniach), ale cyklicznie pojawiają się też edycje limitowane. Prezentowane tu dziś dwie pomadki należą właśnie do tej kategorii. W brytyjskich drogeriach pojawiły się na tegoroczną wiosnę-lato, a kolorów było do wyboru sześć albo osiem; już dokładnie nie pamiętam. Płaciłam 5,49 funtów/4g za sztukę.


Po zdjęciu zatyczki w nos uderza zapach kojarzący się z jogurtem wiśniowym; w moim odczuciu ani ładny, ani odrzucający. Nie przeszkadza mi. Szminki przyjemnie suną po ustach, nie wylewają poza ich kontur i nie zbierają się w bruzdach. Bez jedzenia i picia utrzymują się na moich ustach jakieś 3 godziny i niestety schodzą nierównomiernie. No ale wiele szminek tak robi.


Nie wiem, co mnie podkusiło do kupna odcienia 35. To bardzo chłodny róż (choć sztyft nie wygląda na tak podbity niebieskością, jak wychodzi to na skórze), w którym mi nie do twarzy. Nie pasuje do mnie ani mojej karnacji i wygląda na mnie tandetnie. Znalazłam jednak na ten odcień sposób - mieszam go z bordową pomadką Wibo eliksir, uzyskując świetną jesienną śliwkę.



Za to 37... Chyba już wszyscy wiemy, że koral to "mój" kolor? 

Lubicie szminki Lasting Finish Rimmela? Ja lubię :)

poniedziałek, 9 listopada 2015

Isana, Balsam do rąk i paznokci aloe vera

Suche, ogrzewane grzejnikami powietrze w domu oraz zimne powietrze na zewnątrz zieją spustoszenie na moich problematycznych dłoniach. Skóra jest nie tylko sucha i ściągnięta, ale nieproszona pęka na knykciach. Paznokcie i skórki też nie wyglądają najlepiej (jeden paznokieć nawet pękł w głąb płytki, po czym malowniczo odszedł, ble).

Oprócz sprawdzonych ulubieńców z mocznikiem (stosowanych głównie na noc), testuję też inne produkty, jak dzisiejszy balsam Isany.


Krem dostępny jest oczywiście w Rossmannie za dosłownie kilka złotych. Zamknęto go w typowej dla kremów Isany, dość grubej tubce z funkcjonalną klapką. Ta konkretna zawartość ma lejącą konsystencję i biały kolor, a pachnie aloesem z kwiatkami w tle. W moje suche dłonie balsam wchłania się błyskawicznie i nie zostawia żadnego filmu.

Dużo się pisze o zbawiennym, regeneracyjnym działaniu aloesu, ale niestety w tym przypadku chyba jest go w produkcie po prostu za mało, aby cokolwiek mógł zdzialać. Alantoina i keratyna też są dalej w składzie i raczej nie mają możliwości zadziałania. Krem zupełnie nie nadaje się do problematycznych dłoni, bo nie robi nic. Już chwilę po aplikacji mam wrażenie, że nic na dłonie nie nakładałam. Częste kremowanie rąk tego nie zmienia. Kosmetyk okazał się w moim przypadku tak słaby, że nie przynosił ulgi nawet na kilka minut. Powrotu na pewno nie będzie.

Ze względu na niezwykle szybkie wchłanianie być może krem spisałby się u osoby, która nie ma większych problemów ze skórą dłoni i zależy jej na znalezieniu kosmetyku, który nie zostawia filmu. Ogólnie jednak nie polecam.

piątek, 6 listopada 2015

Zakupy i niespodzianki na poprawę humoru.

Praca z ludźmi jest ogólnie ciekawa, ale bywa też niezwykle stresująca i dołująca. Niby klient nasz pan, ale niektórym nie dogodzisz i to właśnie oni najbardziej potrafią zaleźć za skórę. A ja mam taki charakter, że wszystko biorę do siebie. Dlatego czasem muszę odreagować i kupić sobie coś ładnego na pocieszenie. Poza tym koleżanki-bogerki kuszą. Justyna na przykład pokazała u siebie ślicznego maluszka Soap & Glory (klik), a ja natychmiast doszłam do wniosku, że za tę niewielką pojemność i cenę chcę kredki wypróbować. Do tego w Boots była promocja 3 for 2 na kolorówkę. Z pięciu dostępnych odcieni wybrałam trzy. Skusiłam się też na nowe pomadki Rimmela, bo jestem ciekawa nowości. Tu również capnęłam trzy sztuki.


A w wyjątkowo podły dzień przyszła do mnie paczka od kochanej Justyny. Do brytyjskiego Glamour dorzucili miniatury pomadek Colour Pop, maskary High Impact i kremu nawilżającego do twarzy marki Clinique. Ponieważ w swojej okolicy nie mogłam pomadek upolować (tusz znam i jest przeciętny, a krem mnie nie interesował), Justyna kupiła gazety u siebie. Jenak przesyłka zawierała jeszcze fantastyczne bonusy, których się zupełnie nie spodziewałam: miniatury maskary False Lashes Extreme Black MAC, odsypkę pigmentu Vanilla tej marki oraz cudowną pomadkę (moją pierwszą!) MAC Make Me Gorgous. Justyno, jeszcze raz bardzo, bardzo Ci dziękuję.




Misja wykonana, humor poprawiony! A w przyszłym tygodniu przyjeżdżam do Polski i na pewno pojawię się w kilku drogeriach, gdyż mam długą listę zakupów do zrealizowania. Dobrze, że prezenty bożonarodzeniowe już kupione ;)

poniedziałek, 2 listopada 2015

Zużycia i zakupy października.

Przysięgam, że nie wiem, gdzie ten czas tak pędzi. Jeszcze wczoraj było lato, a już do końca roku zostały nam ledwo dwa miesiące. Szaleństwo! Mój październik był zawalony pracą, stąd nie miałam prawie wcale czasu dla siebie. Pobudki wcześnie rano, co by zająć się śniadaniami dla gości, recepcja w ciągu dnia, bar do późnych godzin nocnych, no i bycie pełnoetatową mamą... Nie dało się tam wcisnąć rozbudowanej pielęgnacji ani, niestety, ćwiczeń. Bardzo chciałam, ale nie udało mi sie skończyć 30 day shred zanim nastąpiła przerwa spowodowana nawałem pracy. Od jutra wracam do aktywności fizycznej, ale muszę sobie znaleźć jakiś inny program. Wprawdzie widziałam rezultaty po tych dwudziestu kilku dniach z Jillian, ale strasznie bolały mnie po jej ćwiczeniach kolana :/

Co do zużyć, gromadka nie jest specjalnie imponująca, ale coś tam się skończyło.

Kolorówka:



 
Próbkę Magic Foundation marki Charlotte Tilbury dostałam od Hexxany. Miłość od pierwszego użycia, mówię Wam. Kosmetyk ma dość lekką konsystencję, rozprowadza się jak marzenie i daje średnie krycie, które można budować. Pozostawia efekt drugiej skóry. Twarz jest gładka, koloryt wyrównany, a pory zakryte, ale jednocześnie nie widać, że nakładało się cokolwiek na skórę. Kolor 2 był dla mnie idealny - jasny beż z delikatnymi żółtawymi podtonami. Podkład nie oksyduje, nie migruje, nie zbiera się w porach ani liniach mimicznych. A najlepsze jest to, że w jakiś cudowny sposób trzyma sebum w ryzach i twarz przez dosłownie cały dzień wygląda ładnie, świeżo i promiennie, i w zasadzie nie wymaga pomocy ze strony bibułek matujących - a to wszystko przy tłustej cerze. Prawdziwa magia i już wiem, skąd wzięła się nazwa tego cudeńka.
 
Lakier Sensique pochodził z bardzo starej limitki, a pokazywałam go tutaj. Trójeczka cieni Inglot Integra 21 (klik) służyła mi bardzo dobrze. Ładne zestawienie do dziennego makijażu; doskonały zestaw do stosowania z ciemnymi, wyrazistymi pomadkami. Wzięłam się też za błyszczyk Sleeks Cream 107 (kilk) tej samej marki, bo miałam go już dość długo, a nie chciałam, żeby się zepsuł. Błyszczyki szybciej się zużywają niż pomadki, ot co. O przyzwoitym tuszu do brwi Wibo pisałam w poprzednim poście (klik). Mimo kilku wad warto wypróbować.


Pielęgnacja: 



Odświeżający tonik Nivea dostałam "w spadku". Zużyłam do tonizowania rankami i nie miałam żadnych zastrzeżeń, sprawował się przyzwoicie. Do Lactacydu wracam regularnie i wracać będę. Nie tylko jest skuteczny, ale pomaga też przy hemoroidach, na które jestem skazana genetycznie (cudownie, prawda?). Antyperspirant Ziai był poprawny, chronił przez większą część doby. Krem do rąk z granatem Alterry mimo swojej gęstej konsystencji nie przyczynił się do poprawy stanu moich dłoni. Niestety wraz z rozpoczęciem sezonu grzewczego skóra dłoni wysuszyła mi się na wiór i niedługo na pewno wróci egzema. Jak zawsze. Alterra pomagała na chwilę, ale nie było pozytywnych efektów długofalowych. Produkt pachnie jak pozostałe kosmetyki z tej linii i zostawia dość wyczuwalny film. Pasta do zębów Himalaya była w porządku; robiła, co miała robić. Miniatury serum anti-age i kremu time filler Filorga też dostałam od Hexx. Dobrze nawilżały cerę i sprawiały, że była niesamowicie gładka w dotyku. Makijaż nakładał się na przygotowaną nimi skórę jak marzenie. O miętowej masce glinkowej Queen Helene pisałam tutaj. Poprawny czyścik dający mocne uczucie chłodzenia.


Jeśli o zdobycze chodzi, to jak wiecie dostałam w październiku mnóstwo dobroci od Hexx (klik). Sama kupiłam jedynie trzy magazyny ze świetnymi dodatkami, bo nie potrafię nie korzystać z takich okazji:


Wszystkie trzy lakiery są super, a już zwłaszcza Orly w odcieniu Rose Gold. Nie mogłam się na niego napatrzeć nosząc go na paznokciach :)

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...