poniedziałek, 30 marca 2015

Alverde, mieszanka olejowa do włosów z olejem migdałowym i arganowym

Olejek dostałam od Hexxany. Przeznaczony jest do bardzo suchych włosów i skóry głowy, a ja takich nie mam (włosy zdrowe, niskoporowate, normalna skóra głowy), niemniej kosmetyku używało mi się przyjemnie.


Produkt zapakowano w szklaną buteleczkę ze sprawną pompką. Mieszanka jest średnio tłusta, ma słomkowy kolor i przyjemnie, lekko cytrusowo pachnie. 50 ml wystarczyło mi na około trzy miesiące stosowania dwa razy w tygodniu na długość włosów kilka godzin przed myciem.

Bardzo podstawowa znajomość języka niemieckiego pozwoliła mi ustalić, że producent zaleca wcierać  niewielkie ilości produktu w skalp i końce włosów po umyciu, ale u mnie się to nie sprawdzało - był oklap i strączki. Co mnie wcale nie dziwi - moje włosy i skalp nie są suche i nie mogły przyjąć tak bogatej dawki pielęgnacyjnych dobroci.


Stosowany na kilka godzin przed myciem głowy olejek nawilżał i bardzo ładnie nabłyszczał włosy. Nie było spektakularnego wygładzenia, ale też nie takie jest zadanie tej mieszanki.

Dobry produkt, można wypróbować.

niedziela, 29 marca 2015

Bell, BB Cream, 7 in 1 Eye Concealer

Dziś będzie o korektorze, od którego, mimo jego niskiej ceny, miałam duże oczekiwania. Dlaczego? A bo taniutki róż Bell 2skin pocket rouge (klik) jest świetnej jakości. Niestety o korektorze pod oczy 7 w 1 nie mogę tego powiedzieć.


Zacznę od tego, że produkt skończył mi się z zaskoczenia po niecałym miesiącu codziennego stosowania. Jeszcze nigdy nie miałam tak niewydajnego korektora.

Opakowanie to pisak z jednej strony zakończony pędzelkiem, a z drugiej pokrętłem. Nie lubię tego rozwiązania; zazwyczaj trochę korektora zasycha na pędzelku, a umyć się go bałam, żeby woda nie naleciała do środka.

Kosmetyk ma dość lekką konsystencję, ale moim zdaniem nie zastąpi kremu pod oczy, jak chciałby producent. Wprawdzie nie wysusza, ale specjalnie też nie nawilża skóry pod oczami. Obiecane wygładzenie naskórka jest oczywiście powierzchowne i krótkotrwałe za sprawą zawartych w formule silikonów. Jeśli chodzi o kolor, jest względnie jasny i wpada w żółte tony.


Korektor ma bardzo niskie krycie. Tak niskie, że nie ma zauważalnej różnicy przed aplikacją i po. Prawie jakbyśmy nic na skórę nie nakładały. Ja często niedosypiam i w te dni mam 'piękne', niebiesko-fioletowe podkówki pod oczami (czego akurat na zdjęciu wyżej nie ma, bo tego dnia byłam względnie wyspana). Korektor podkówek nie zakrywa ani nie tuszuje. Ze względu na brak krycia nie ma też rozświetlenia. A jak nie ma rozświetlenia, nie ma ukrywania oznak zmęczenia. Taka reakcja łańcuchowa. Chyba tylko obietnica o SPF jest spełniona. Przynajmniej w moim przypadku. Aha, po przypudrowaniu kosmetyk nie zbierał mi się w drobnych zmarszczkach.

Do korektora nie wrócę. Szukam czegoś lepiej kryjącego, rzeczywiście rozświetlającego i żeby nie wysuszało mi skóry pod oczami. W kolejce czeka korektor Kobo. Zobaczymy.

sobota, 28 marca 2015

Lirene, Youngy 20+, Balsam z oliwkami karnawał w Wenecji

Balsam dostałam od Hexxany :*

Poprzedni post był pełen zachwytów, więc dziś, dla równowagi, będzie o kosmetycznym rozczarowaniu.

Zacznę od tego, że coś mi nie po drodze z pielęgnacją Lirene. Miałam całkiem sporo kosmetyków od nich i w znacznej większości się u mnie nie sprawdziły. To samo tyczy się niestety bohatera dzisiejszej notki, którego męczę i zmęczyć nie mogę od kilku miesięcy. Tak to zazwyczaj bywa, że bubelki okazują się wydajne...


Produkt zapakowano w ładną wizualnie butelkę. Jest ona jednak wykonana z bardzo sztywnego plastiku, co generuje problem z wydobyciem mazidła, kiedy w końcu dobiega końca.

Żeby nie było, że tylko marudzę, wymienię dwie zalety kosmetyku: przepięknie pachnie (nie oliwkami, ale nie jestem w stanie wskazać czym) oraz bardzo szybko się wchłania. Wręcz błyskawicznie.


I wszystko byłoby dobrze, gdyby balsam rzeczywiście nawilżał skórę, choć doraźnie. Zwłaszcza, że moja jest normalna i potrzebuje jedynie nawilżania po kąpieli. A tu nic. Czy się smarujemy, czy nie, nie ma różnicy. Z biegiem czasu skóra na ciele robi się coraz suchsza, gdyż brakuje jej dawki wieczornego nawilżenia.

Balsam widmo, proszę państwa.

piątek, 27 marca 2015

Dr Organic, Organic Rose Otto Night Cream

Dzisiaj będzie chwalenie i słodzenie, albowiem opowiem Wam o najlepszym kremie do twarzy na noc, z jakim do tej pory się zetknęłam. Kto by pomyślał, że kupiony przypadkiem kosmetyk - wszak do Holland & Barret poszłam tylko po swoją ulubioną pastę do zębów (AloeDent), a krem wypatrzyłam przy okazji - okaże się idealnym remedium na zimowe, trudne dla cery noce? 

Dla porządku dodam, że za 50 ml kosmetyku zapłaciłam niecałe 10 funtów.


Krem ma piękny, różany zapach i gęstą, masełkowatą konsystencję. Podejrzewam, że to właśnie konsystencja wymusiła na producencie zapakowanie kosmetyku w szklany słoiczek. Pompka na pewno nie zdałaby tu egzaminu, a z tubki pewnie ciężko byłoby go wycisnąć. Słoiczek zaś zapakowany był dodatkowo w kartonik zawierający wszystkie niezbędne informacje na temat produktu.

Na zużycie kremu mamy pół roku od otwarcia, a mi zajęło to mniej więcej dwa miesiące cowieczornego stosowania. Przez pierwszy miesiąc używałam go codziennie, a przez dwa kolejne - co drugi wieczór na zmianę z kremem Bielendy z kwasem migdałowym.


Jeśli spojrzeć w lustro po aplikacji kremu, ma się wrażenie, że kosmetyk wchłania się do matu. Pod palcami czuć jednak lekko woskowy film, który otula skórę niczym opatrunek (nie jest to absolutnie nic nieprzyjemnego) i nie wchłania się w nią do końca. Rano zmywałam resztki produktu wodą i łagodnym detergentem. Jeszcze ciekawostka - jeśli po kąpieli i aplikacji kremu decydowałam się na zrobienie prasowania, co wiązało się z ogólnym rozgrzaniem ciała i twarzy, na skórze wytrącały mi się kropelki wody. Nie zdarzyło mi się to nigdy przy żadnym innym kremie, ale nie miało wpływu na działanie kremu.


A działanie to było wyśmienite! Mimo zimna na zewnątrz i grzejników wewnątrz, dzięki regularnemu stosowaniu peelingu enzymatycznego, glinek i tego kremu nie miałam żadnych suchych skórek. Produkt optymalnie nawilżał naskórek. Co więcej, krem fantastycznie koił mój rumień. Nie spotkałam się wcześniej z kremem do twarzy, który robiłby to w takim stopniu - niemal jak chłodząca maska algowa, a przecież nie fundował mi tego typu termicznych atrakcji. Po prostu działał jak kojący opatrunek. Dalej, na twarzy pojawiało mi się mniej niedoskonałości, a te, które jednak się przebiły, bardzo szybko się goiły. Szybciej niż zwykle. Poza tym podczas stosowania kosmetyku twarz wyglądała lepiej, jakby jędrniej, a linie na czole nie rzucały się tak w oczy.

Świetny, świetny, świetny krem. Mam teraz w zapasie coś innego, ale do kosmetyków tej marki na pewno wrócę. Na celowniku mam serię ze ślimaczym śluzem. I z minerałami z Morza Martwego. I z miodem Hanuka. I z granatem. I z woskiem pszczelim. Z ciekawości zajrzałam na stronę marki i szczęka mi opadła - mają naprawdę ogromny wybór kosmetyków ukierunkowanych na najróżniejsze problemy i bolączki naszych cer. Dla zainteresowanych zostawiam link: klik.

Jakby co, nikt mi za moje zachwyty nie płacił. Po prostu ten krem wzbudza we mnie same pozytywne uczucia - i do siebie, i do marki, która go stworzyła.

środa, 25 marca 2015

Seche Nail Lacquer, Rose

Lakier był w zestawie do frencha, który kupiłam w Tk Maxx za 7,99 funtów.

Pojemność: 3,6 ml
Kolor: elegancki, rozbielony róż
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: klasyczny
Krycie: zdziwiłam się, że po dwóch warstwach uzyskałam pełne krycie - moim zdaniem nie jest to lakier do frencha; po jednej warstwie były smugi, więc nie można na jednej poprzestać
Wysychanie: kilkanaście minut
Zmywanie: bez problemów
Trwałość: na moich miękkich i słabych paznokciach utrzymał się 3 dni

Na paznokciu serdecznym widzicie jedną warstwę Ciate mini w odcieniu Locket.



This nail varnish comes from a French manicure set I bought in Tk Maxx for Ł7.99.

Volume: 3.6 ml
Colour: very light pink
Finish: cream
Consistency: just right
Brush: classic
Coverage: a 2-coater (it's completely opaque after two coats so, in my opinion, it is not a good french manicure varnish)
Drying time: up to 15 minutes
Removing: no problems
Durability: 3 days on my soft and weak nails

On my ring finger you can see one coat of Ciate mini in Locket.

poniedziałek, 23 marca 2015

Bielenda, Sexy Look, Intensywne serum modelujące z efektem powiększania i podnoszenia biustu

Dzisiaj opowiem trochę o pierwszym w mojej karierze serum do biustu. Wcześniej tego typu kosmetyku nie stosowałam, bo przed ciążą i karmieniem biust miałam ładny, jędrny i zupełnie nieproblematyczny. Wystarczał dobrze dobrany stanik (65 G) oraz zwykły nawilżacz.

A potem wszystko się spartaczyło. Cycki dostały w kość podczas prawie dziesięciu miesięcy karmienia, a smarowałam je wtedy bezpieczną dla dziecka maścią, której bazą było masło shea. Maść dobrze nawilżała skórę, ale do dawnego stanu było moim dziewczynkom daleko. Serum Bielendy, surprise surprise, tego nie zmieniło.


Kosmetyk zapakowano w czerwoną tubę, którą z kolei zapakowano w kartonik. Na kartoniku zaś umieszczono wiele dziwnych obietnic po polsku i angielsku. Tak więc na przykład dowiadujemy się, że mazidło "wspomaga wypełnianie biustu o rozmiarze A i B, który wizualnie staje się większy, natomiast biust o miseczce C i D nabiera kuszącego, wymodelowanego kształtu". Czy tylko mnie smuci, że Bielenda, marka produkująca wiele kosmetyków skierowanych do kobiet, nie wie, co to bra-fitting? Że popularyzuje błędną stanikową rozmiarówkę?

Samo serum ma postać dość rzadkiej, białej emulsji i ładnie pachnie. 125 ml wystarczyło mi na dwa i pół miesiąca cowieczornego smarowania obu piersi i dekoltu, więc wydajność oceniam bardzo pozytywnie. Poza tym produkt bardzo szybko się wchłania i nie zostawia żadnego filmu.


Nie powiedziałabym, że serum jest "wyjątkowo skuteczne". Coś tam nawilża, trochę może uelastycznia skórę, ale efektu wow nie ma. Jak również nie zauważyłam ani podniesienia, ani powiększenia, ani wymodelowania piersi. Tyle obietnic, u mnie niestety bez pokrycia.

A tak w ogóle to zachęcam w pokładanie mniejszej wiary w skuteczność tego typu kosmetyków, a większej w dobrze dobrany biustonosz. Nic lepiej piersi  (i przy okazji całej sylwetki) nie modeluje, moim zdaniem.

niedziela, 22 marca 2015

Dwie maskary poniżej 10 zł: Lovely curling Pump Up oraz Miss Sporty Studio Lash instant volume mascara

Tusz do rzęs był jednym z pierwszych kosmetyków, po które sięgnęłam, kiedy zaczęłam swoją przygodę z makijażem. W życiu wypróbowałam już sporo maskar z różnych półek i póki co chyba najbardziej lubię propozycje Max Factorowe, pochodzące ze średniej półki. Taki Lancome ma dobre tusze, ale jednak w moim odczuciu aż tyle, ile za nie wołają, nie są one warte.

Blogi kosmetyczne czytam codziennie, bo lubię i sprawia mi to przyjemność. Dość często natykam się ostatnio na urodowych stronach na pozytywne opinie na temat tanich maskar. Z ciekawości postanowiłam spróbować tych najbardziej polecanych.

Zaczęłam od sławnej Pump Up Lovely.


Przyznaję, jest to świetny tusz. Ma rewelacyjną silikonową szczoteczkę, która ładnie unosi, rozdziela i wydłuża rzęsy; nie osypuje się (zaczyna robić to dopiero, kiedy się starzeje) i w normalnych warunkach atmosferycznych nie rozmazuje się. Raz mając go na rzęsach zostałam zaskoczona przez bardzo intensywną śnieżycę i wróciłam do domu z piękną pandą, ale umówmy się - intensywne śnieżyce nie zdarzają się codziennie. Jedyny minus tego produktu to jego krótka żywotność- u mnie tylko 2 miesiące.

Będę wracać. Moje zdjęcia niestety nie oddają, jak ładnie tusz wygląda na żywo :(



Na tusz Miss Sporty skusiłam się wyłącznie dlatego, że lubi go jedna z polskich youtuberek, które śledzę. Ona jednak ma zupełnie inne rzęsy niż ja (długie, gęste), dlatego u mnie już zachwytów nie ma.


Maskara ma dość ciekawą silikonową szczoteczkę: składa się z wielu krótkich, gęsto osadzonych włosków i jednego rzędu a'la grzebyk, gdzie włoski są dłuższe i rzadziej osadzone. Na czubku szczoteczki zbiera się glutek, którego trzeba wycierach w chusteczkę.


Tusz daje ładny odcień czerni, ale efekty u mnie specjalne nie są. Maskara lekko je skleja, nie podkręca, spektakularnej objętości nie nadaje. Ot, zwyklak jakich wiele.

Tusz nie rozmazuje się i zaczyna osypywać się, kiedy się starzeje -  u mnie, podobnie jak maskara Lovely, po dwóch miesiącach.


Czyż to nie frustrujące, że na zdjęciach efektów nie ma większych różnic, a na żywo widać, że tusz Lovely sprawia, że moje rzęsy wyglądają duuużo lepiej niż po użyciu kolegi z Miss Sporty?

sobota, 21 marca 2015

E-naturalne, hydrofilowe olejki myjące (migdał, migdał i krokosz)

Kocham olejki myjące. Dzięki nim demakijaż przebiega szybko, a do tego ani cera, ani oczy nie cierpią. Od kiedy sięgam po tego typu produkty bardzo wzmocniły mi się rzęsy, na przykład. Myślę że to od tego, że już nie katuję ich wacikami i pocieraniem, nawet najdelikatniejszym z delikatnych.

Olejku hydrofilowe z e-naturalne z miejsca stały się moimi ulubieńcami i przebiły nawet konkurencję z BU, chociaż skłamałabym, gdybym powiedziała, że olejków BU już nie lubię.


Olejki z e-naturalne bardzo szybko i skutecznie rozpuszczają makijaż (zawsze dla pewności poprawiam oczy micelem). Są bezzapachowe. Najbardziej pokochałam je za to, że nawet jeśli w trakcie demakijażu musimy otworzyć oczy, bo, na ten przykład, jest z nami w łazience maluch, który może w każdej chwili wpaść w tarapaty, olejki nie wywołują żadnego podrażnienia, a nawet mgły na oczach. Są niezwykle delikatne, względnie nietłuste i bardzo skuteczne. UWIELBIAM.

Opisuję dwie wersje razem, bo w działaniu nie widzę żadnych różnic. Olejek migdał kosztuje 11,90 zł, a wersja z krokoszem - 13,90 zł. Są wydajne - każde opakowanie wystarczyło mi na przynajmniej 3 miesiące stosowania.

środa, 18 marca 2015

Rimmel, 60 seconds, 844 out of the blue

Dostępność: szafy Rimmel; swoją sztukę kupiłam w drogerii Superdrug; nie wiem, czy lakier dostępny jest w Polsce [EDIT: donosicie w komentarzach, że JEST dostępny]
Cena: 3,69 funtów
Pojemność: 8 ml
Kolor: przykurzony niebieski z zielonym podbiciem
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęsta
Pędzelek: szeroki i ścięty na półokrągło; mi się z nim dobrze pracuje, ale mam szeroką płytkę paznokcia
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza Revlon
Zmywanie: lakier mocno farbuje wszystko naokoło
Trwałość: 3 dni



Availability: Rimmel stands; I bought mine in Superdrug
Price: GBP 3.69

Volume: 8 ml

Colour: dusty blue with some green undertones
Finish: cream

Consistency: thick

Brush: broad, comfortable

Coverage: a 2-coater

Drying time: not tested (I used Revlon quick dry top coat)

Removing: it dyes the cuticles and skin blue
Durability: 3 days

poniedziałek, 16 marca 2015

Alterra, serum Orchidea, skóra dojrzała i wymagająca

Serum Alterry kupiłam zapobiegawczo na zimę. Wiadomo, o tej porze roku skóra bardziej obrywa ze względu na zimno na zewnątrz i sztuczne ogrzewanie wewnątrz. Stwierdziłam, że przyda mi się dodatkowa dawka nawilżenia, bo moja tłusta cera o tej porze roku lubi się odwadniać, a działanie anty-age w moim wieku (prawie 29 lat) też jest już mile widziane. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że przez przypadek odkryję fantastyczny krem na noc (o nim innym razem), który pomoże mi i mojej skórze przeżyć zimę w zgodzie, bez niesnasek.


Ale wracając do serum. Otrzymujemy je w szklanym opakowaniu z pompką. Wizualnie prezentuje się ono przyjemnie, ale pompka doprowadzała mnie do szewskiej pasji, gdyż dozowała sobie produkt, jak chciała. Czasem przy jednym pompnięciu wychodziła zbyt duża porcja, czasem trzeba było naciskać dozownik kilka razy. Czasem produkt strzelał sobie wgłąb łazienki (zwłaszcza gdy była świeżo wysprzątana), innym razem trafiał tam, gdzie miał, czyli na dłoń. Pod koniec produktu pompka w ogóle zawiodła, ale że się daje ją bez problemu odkręcić, a serum ma konsystencję rzadkiego żelu, można było je sobie z butelki wylać. Nienawidzę chimerycznych pompek, wiecie? Nie po to kupuję kosmetyki, żeby sobie nerwy psuć.

Co jeszcze? Mazidło ma żółtawy kolor i pachnie spirytusem z kwiatkami. Alkohol znajduje się na drugim miejscu w składzie i pełni rolę zarówno naturalnego konserwantu, jak i rozpuszczalnika dla roślinnych ekstraktów. Jeśli ktoś nie lubi i unika - ostrzegłam.


Konsystencja serum wręcz wymusza na nas zrobienie sobie krótkiego masażu twarzy podczas aplikacji. Bez masażu nie spodziewajcie się błyskawicznego wchłaniania; produkt trzeba wmasować w skórę. Przez kilka minut zostawia na niej nieco lepką warstwę, ale z czasem ta lepkość znika. Serum rzeczywiście lekko nawilża skórę i wygładza ją. Nie jest to jednak efekt na tyle spektakularny, żeby można było sobie darować nałożenie kremu. Przynajmniej nie zimą. Jak dla mnie jest to kosmetyk wspomagający, a nie zastępujący krem. Ja czasem aplikowałam je pod krem (na noc), a czasem stosowałam w ciągu dnia, kiedy chciałam jedynie lekko nawilżyć skórę, a wiedziałam, że za kilka godzin sięgnę po coś treściwszego. Pod makijaż nie próbowałam.

Serum mnie nie podrażniło, nie zapchało, nie zauważyłam też negatywnego wpływu obecnego tu alkoholu na skórę.

Za trzydziestomililitrowe opakowanie zapłaciłam w Rossmannie poniżej 10 zł. Towarzyszyło mi przez około 4,5 miesiąca stosowania raz dziennie.

Mimo iż nie mogę powiedzieć, że ten kosmetyk nic nie robi, aż tak zachwycona nim nie jestem, żeby zaraz biec po kolejną flaszkę do drogerii. Mogę bez niego żyć. I bez tej psującej nerwy pompki jak najbardziej też.

sobota, 14 marca 2015

Physicians Formula, Organic Wear 100% Natural Origin Pressed Powder

Opowiem Wam dzisiaj o pudrze, który mam w swojej kosmetyczce od roku, i z którym nie potrafię niestety się do końca dogadać. Kupiłam go za około 5 funtów w sklepie Tk Maxx. Skusił mnie jego ogólny (przyjemny) wygląd, obietnica naturalności oraz słaba dostępność marki. Szkoda tylko, że nie doczytałam, że nie jest to puder ani matujący, ani nawet wykańczający... Tak to jest pozwolić sobie na bycie sroką.


Puder zapakowano w ładne, tekturowe opakowanie w listki, które dodatkowo umieszczono w kartoniku zawierającym istotne informacje na temat kosmetyku. Puzderko zamyka się na magnes i zawiera drugie dno, w którym ukryto całkowicie zbędny pędzelek i bardzo przydatne lusterko. Niestety tekturka szybko zaczęła się niszczyć i obecnie nie wygląda zbyt dobrze. Przezroczysta część wieczka to cienka folijka, która nie chroni dostatecznie produktu. Bałabym się wrzucić go do torebki.

Puder składa się z dwóch różnokolorowych części: jaśniutkich listków i beżowej reszty. Po zmieszaniu wychodzi nam jasny kolor. Ja jestem bladziochem (na poziomie podkładu China Doll z Lily Lolo), a puder nie jest dla mnie za ciemny. To dobra wiadomość, bo kosmetyk ma wyraźne krycie i nie jest transparentny.

Puder ma dość jedwabistą, ale nie pylistą konsystencję. Nie kruszy się pod wpływem miziania pędzlem.


Kupiłam ten produkt z myślą o dokonywaniu poprawek w ciągu dnia, kiedy po kilku godzinach będę musiała zdjąć z twarzy nadmiar sebum (mam tłustą cerę i konieczność odświeżania makijażu jest u mnie codziennością). Wiadomo - kompakty są w tej kwestii wygodniejsze niż pudry sypane. Niestety, kosmetyk Physicians Formula nie ma właściwości matujących, więc po krótkich czasie świecenie wracało. Zaczęłam zatem stosować go rano jako puder wykańczający, ot aby trzymał  w ryzach podkład. Tu również się nie sprawdził. Raz, że makijaż twarzy nie był szczególnie utrwalony i ścierał się dość szybko, a dwa - puder widać na twarzy, a po kilku godzinach potrafi się ściastkować. Nieźle już zniesmaczona spróbowałam użyć go jako pudrowego podkładu, po prostu na filtr przeciwsłoneczny. Daje krycie lekkie do średniego, w zależności od ilości warstw. Tuż po aplikacji twarz wygląda dobrze, świeżo i naturalnie, jednak po około trzech godzinach sebum daje o sobie znać. Jakby tego było mało, makijaż twarzy wykonany tym kosmetykiem jest bardzo nietrwały; puder szybko ściera się ze skóry. Właściwie jedynym satysfakcjonującym mnie zastosowaniem produktu jest aplikowanie jaśniejszej części pod oczy w celu zapobieżenia migracji korektora w zmarszczki. Tę rolę puder spełnia wyśmienicie, a do tego nie wysusza skóry pod oczami.

Jednym słowem, nie ma co żałować złej dostępności. Trudno mi sobie wyobrazić, kogo ten produkt zadowoliłby w 100%. Dla mnie stanowi przede wszystkim źródło frustracji.

czwartek, 12 marca 2015

Eveline, Aksamitne Dłonie, wygładzająco-nawilżający eliksir do rąk i paznokci

Wygładzająco-nawilżający eliksir, fą fą fą. Coś nam Eveline chce wcisnąć, że mamy do czynienia z kosmetykiem luksusowym. Za 5,59 zł (za 100 ml). Żeby nie było - ja bardzo lubię tanie i dobre kosmetyki. Po co więc na siłę kreować się na księżniczkę, podczas gdy jest się kopciuszkiem?

Ale do rzeczy: biały krem o przyjemnym, bliżej niezidentyfikowanym zapachu Eveline upchnęło w ładną, fioletową tubkę z klapką. Wielkie brawa, nie ma nic bardziej irytującego niż uciekające między palcami nakrętki. Jest dobrze.


Dalej jest tylko lepiej. Krem jest dość gęsty, a po aplikacji otula dłonie wygładzającym filmem, prawie na kształt niewidzialnych rękawiczek. Film ów jest przyjemnie kojący i ma nawet działanie regenerujące. Jak może wiecie, mam ogromnie problematyczną skórę dłoni; często towarzyszy mi również egzema. Krem Eveline nawilżał, wygładzał i regenerował moją skórę dłoni, i przynosił rzeczywistą ulgę. Zapewne dzięki mocznikowi (jest go tu 10%), który bardzo mi pomaga i jest pożądanym przeze mnie składnikiem w tego typu produktach. Nie spodziewałam się tego, ale ogromnie polubiłam się z propozycją Eveline o wymuskanej i śmieszącej mnie nazwie. Rzadko piszę tak o kremach do rąk, więc coś jest na rzeczy - będę wracać i szczerze polecam.


PS. Miałam od dziś nadawać z powrotem z Blackpool, ale zdarzenie losowe, czyli choroba córeczki (i w sumie moja też), zatrzymały nas na kolejny tydzień w Polsce. Fajnie, że zostanę dłużej z rodziną, ale szkoda mi malucha. Chyba żadna mama nie lubi patrzeć, jak jej potomek się męczy :(

wtorek, 10 marca 2015

Rimmel, 60 seconds, 805 Grey Matter

Dostępność: tam, gdzie są szafy Rimmel, choć nie jestem pewna, czy ten odcień dostępny jest w Polsce (ja lakier kupiłam w drogerii Superdrug)
Cena: 3,69 funtów
Pojemność: 8 ml
Kolor: jasna szarość z zielonymi podtonami (ujawniają się w sztucznym świetle)
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: gęstawa
Pędzelek: szeroki, ścięty na półokrągło - w moim odczuciu wygodny
Krycie: raczej dwuwarstwowiec (niektórym jedna warstwa by wystarczyła)
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Revlon)
Zmywanie: całkowicie bezproblemowe
Trwałość: czasem trzy, czasem cztery dni




Availability: Rimmel stands (I bought mine in Superdrug)
Price: GBP 3.69
Volume: 8 ml
Colour: grey with green undertones (you can see them especially under artificial light)
Finish: cream
Consistency: thickish
Brush: broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Revlon quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: sometimes 3, sometimes 4 days

niedziela, 8 marca 2015

Eveline, slim extreme 3D, serum aktywne wyszczuplanie + ujędrniające antycellulit

Eveline oferuje szeroki wachlarz kosmetyków ujędrniających i antycellulitowych na różne partie ciała. Zapewne jest to spowodowane ich niemalejącą popularnością. Zastanawiające, czy konsumentki naprawdę wierzą, że schudną od smarowania się kremem? Dzisiaj opisywane serum na serio obiecuje taki efekt. Huh. Jedzmy dalej czekoladę, a zbędnymi centymetrami zajmie się kosmetyk. 

Takie cuda to tylko w reklamach. Bądźmy realistkami!


Za 16,29 zł kupujemy nieproblematyczną w użytkowaniu, miękką tubę o pojemności 200 ml. Opakowanie to wystarczyło mi na dwa miesiące cowieczornego smarowania ud, pupy, boczków i brzucha, a więc przy stosowaniu zgodnie z zaleceniami producenta, dwa razy dziennie (gdzie ja rankiem nie mam niestety czasu na takie przyjemności), serum wystarczyłoby mi na miesiąc.

Kosmetyk ma gęstawą, kremowo-żelową konsystencję. Jest koloru białego i pachnie mentolowo. Wiecie, co to oznacza? Tak, produkt chłodzi. Mocno chłodzi! I długo, jakieś kilkanaście minut. Zmarzluchom zatem radzę się zastanowić przed zakupem, czy mają ochotę na takie termiczne atrakcje. W sumie już kolor opakowania je zapowiada, na co ja w drogerii nie wpadłam... Silly me.


Mazidło łatwo się rozsmarowuje i dość szybko wchłania, zostawiając na skórze nielepki, wygładzający film. Zobaczcie, jakie cuda obiecuje nam producent. A jak było u mnie? Redukuje tkankę tłuszczową. Nie zauważyłam. Wprawdzie gdzieś tam po drodze niby zgubiłam przez te 2 miesiące jeden kilogram (wow), ale to raczej zasługa biegania za małym tajfunem w postaci piętnastomiesięcznego malucha, który uwielbia ćwiczyć chodzenie po schodach przez pół dnia. Tkankę tłuszczową jednak nadal mam, gdyż jestem ciężko uzależniona od słodyczy i każda próba odstawienia kończy się takim chorowaniem na czekoladę, że nie jestem w stanie o niczym innym myśleć (muszę z tym skończyć, tylko nie mam silnej woli. Jakieś rady?). Dalej, wysmukla sylwetkę. U słodyczoholika - nie. Skutecznie walczy z upartym cellulitem. Ja jak miałam skórkę pomarańczową, tak mam ją nadal. Wygładza rozstępy i zapobiega ich powstawaniu. A tego nie wiem, bo na szczęście rozstępów w tych rejonach nie mam. Albo ich nie widzę (brak dużego lustra w łazience oraz ochoty dokładnego oglądania swojego muffin topa). OK, dalej tego grafomaństwa przepisywać nie będę.

Kupiłam serum, bo chciałam ujędrnienia skóry. I z tego zadania kosmetyk wywiązuje się rewelacyjnie. Skóra zyskała na elastyczności, a do tego jest dobrze nawilżona, więc wygląda lepiej. O to chodziło i dlatego jestem z kosmetyku zadowolona. Tylko tyle i aż tyle.

piątek, 6 marca 2015

Bourjois, blush 34 Rose D'Or

Małe, okrągłe róże Bourjois zyskały sobie miano kosmetyku kultowego. Czy zasłużenie? Sama mam jedną sztukę, ale jestem skłonna na tej podstawie powiedzieć: tak.


Róż znajduje się w uroczym, malutkim, plastikowym opakowaniu z małym lusterkiem i pędzelkiem, którego od biedy da się użyć do poprawek. Ma śliczny, słodki zapach. Jest to produkt wypiekany i jako taki jest szalenie wydajny. Swój egzemplarz mam na pewno ponad dwa lata i przy dość częstym używaniu nie widzę najmniejszego ubytku. Jego wydajność usprawiedliwia w moim odczuciu cenę tego małego koleżki - za 2,5 g należy wybulić bez promocji około 50 zł.

Czytałam o jedwabistej konsystencji tego produktu, ale sama mam zgoła inne odczucia. Jest to najtwardszy róż w mojej kolekcji i muszę aplikować go zbitym pędzlem. Na miękki pędzel, jak Blush  Brush z Real Techniques, produkt nawet się nie nabiera. Jeśli jednak już znajdziemy dla niego odpowiednie narzędzie, nakłada się równo, bez prześwitów i plam, dobrze się rozciera, a krycie można budować.


Mój egzemplarz (34 Rose D'Or) jest w ciepłym różanym odcieniu ze złotym shimmerem, który daje na twarzy niemal duochromowy efekt, w zależności od kąta padania światła. Ten kolor wprost cudownie ożywia twarz, uwielbiam go!


Na mojej tłustej cerze róż widzę na policzkach przez 7-8 godzin. Potem ewakuuje się, zostawiając po sobie wspomnienie w postaci shimmeru. Shimmer nie wędruje jednak nadmiernie po twarzy, a sam kolor schodzi równo i bez plam.

Znacie? Lubicie?

czwartek, 5 marca 2015

Zrób Sobie Krem, francuska glinka żółta

O swoich doświadczeniach z francuską glinką zieloną i czerwoną pisałam tutaj. Z zielonej byłam bardzo zadowolona; czerwona podpadła mi farbowaniem skóry na czerwono i robieniem ogromnego bałaganu w łazience. Potem postanowiłam wypróbować glinkę żółtą i to była dobra decyzja.



Mam cerę tłustą, płytkounaczynioną. Glinki (i peelingi enzymatyczne) pomagają mi utrzymać optymalny poziom oczyszczenia. Tydzień bez glinek, a pojawiają się zaskórniki i zanieczyszczone pory.

Glinkę żółtą stosowałam raz w tygodniu mieszając ją z wodą i olejem z pestek malin. Wychodziła z tego prosta w aplikacji, przyjemnie gęsta pasta. Glinka dobrze łączy się z wodą, a dodatek oleju zapobiegał zbyt szybkiemu wysychaniu maski. Poza tym olejek z pestek malin dość ładnie pachnie, co dodatkowo uprzyjemniało zabiegi.

Glinka świetnie odtłuszcza, matuje i rozświetla skórę oraz odblokowuje i oczyszcza pory. Dodatkowo podczas zmywania jej z twarzy wyczuwamy pod palcami malutkie drobinki, którymi można wykonać bardzo delikatny peeling mechaniczny, który nie podrażnia naczynek i nie wywołuje rumienia. Glinka w żaden sposób mnie nie podrażniła (a czerwona przetrzymana za długo wywoływała u mnie rumień) ani nie uczuliła. Moją skórę oczyszcza lepiej niż zielona. Byłam z tego żółtego proszku ogromnie zadowolona.

Do kupienia tutaj. Słoiczek o pojemności 50 g (6,10 zł) wystarczył mi na około 8 zastosowań  głównie na twarz.

wtorek, 3 marca 2015

Informacyjnie :)

Chyba każdej z nas się zdarza posiadać w kosmetyczce dobre, świeże kosmetyki, które z jakiegoś powodu nam nie odpowiadają. Może kolor nie do końca nam pasuje, może konsystencja nie ta... A komu innemu mogą mazidła te się spodobać czy przydać. Dlatego popieram dzielenie się kosmetykami, które u kogoś innego mogą znaleźć drugie życie.

Nowego domu dla mazidełek ze zdjęcia szuka nasza koleżanka blogowa Justita:

 zdjęcie jest własnością Justity

Róż MUR, kredka do ust Maybelline, bronzer Isa Dora i wiele innych smakołyków. To zgarnięcia tutaj. Piszę u siebie, bo Justita ma jeszcze niewielu obserwatorów, choć jestem przekonana, że to się szybko zmieni :)

poniedziałek, 2 marca 2015

Rimmel, 60 seconds, 600 Deliciously Dark

Dostępność: nie wiem, czy ten odcień jest jeszcze dostępny
Cena: 3,69 funtów
Pojemność: 8 ml
Kolor: głęboka wiśnia
Wykończenie: kremowe
Konsystencja: w sam raz
Pędzelek: szeroki, ścięty na półokrągło - w moim odczuciu wygodny
Krycie: dwuwarstwowiec
Wysychanie: nie testowałam, użyłam wysuszacza (Revlon)
Zmywanie: bezproblemowe
Trwałość: niestety na moich paznokciach zaczyna odpryskiwać drugiego dnia



Availability:unfortunately, I don't know if it's still available
Price: GBP 3.69
Volume: 8 ml
Colour: deep cherry
Finish: cream
Consistency: just right
Brush: broad, comfortable
Opacity: a two-coater
Drying time: not tested (I used Revlon quick dry top coat)
Removing: no problems
Durability: only 2 days on my nails
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...