wtorek, 31 lipca 2012

Zużycia lipcowe (07. 2012)

Trochę się tego nazbierało :)

1. Dwie miniaturki z trzeciego BlogBoxa:


Miałam kiedyś brata tego kremu - wersję Classic (RECENZJA). Tamten krem mnie nie zachwycił i tak samo jest z wersją intensywną. Produkt jest mocno średni, nawilża tylko doraźnie, a przy tym bardzo długo się wchłania i obtłuszcza wszystko, czego się dotkniemy. Jestem na nie.



Miniatura nie skłoniła mnie do kupna produktu pełnowymiarowego. Specjalnego ujędrnienia nie zaobserwowałam (używałam produktu na tyłek i uda, wystarczył mi na jakieś dwa tygodnie).


2. Próbki i miniaturki od Hexxany i Lady In Purplee:



  • odlewka porzeczkowego olejku Alverde; zużyłam na włosy, ale nie wyrobiłam sobie ostatecznego zdania, choć nie polubiłam zapachu (nie lubię zapachu ani smaku czarnych porzeczek)
  • mleczko-tonik do demakijażu Bielendy; nie lubię mleczek i zdania nie zmienię, choć ten kosmetyk zarabia plusik za niezostawianie mgły na oczach
  • nawilżające serum Avene; nawilża na tyle dobrze, że nie nakładałam po nim kremu; szybko się wchłania, nadaje się pod makijaż
  • odlewka kremu z olejkiem z drzewa herbacianego, która wystarczyła mi na jakieś 3 tygodnie stosowania; zostało mi jeszcze kremu na dwa użycia, ale wrzucam tutaj, bo jestem na bieżąco z jego właściwościami: krem intensywnie pachnie olejkiem herbacianym; zostawia bardzo tłusty film na skórze na bardzo długo, więc stosowałam krem tylko na noc; krem wyraźnie koi skórę, nawilża, pomaga małym krostkom się goić, ale z drugiej strony mam kilka dużych podskórnych wulkanów na linii żuchwy i nie wiem, czy to nie przez tego delikwenta właśnie
  • odlewka zielonego kremu Monu calming cream; używałam na dzień na policzki i nos, czyli moje obszary naczyniowe; krem pomagał łagodzić aktywność naczynek i spowalniał tempo rumienienia się, ale w moim odczuciu nie był lepszy od np. podobnego specyfiku Avene (Antirougeurs); uwaga, Hexx jest z tego kremu bardzo zadowolona (KLIK)
  • miniaturka kremu do rąk L'Occitane (część prezentu urodzinowego od Hexx); kiedyś miałam tubkę kupioną z gazetą i wtedy krem mnie nie zachwycił, bo, jak się okazało, masło shea stosowane w nadmiarze na moją skórę wysusza mnie zamiast nawilżać; krem od Hexx używałam zatem tylko raz dziennie, na noc, i budziłam się z miękkimi i nawilżonymi dłońmi
  • próbki dwóch zapachów od Yves Rocher (Moment de Bonheur, So Elixir) - oba zapachy mi się podobały, ale Moment de Bonheur zbyt szybko ulotnił się z mojej skóry niestety
  • serum z Yves Rocher - nie pamiętam, żeby jakoś mnie oczarowało
  • krem pod oczy Skin Food (Black Raspberry Eye Cream); miał okropny zapach (kojarzył mi się z ziemią i ślimakami), ale naprawdę widocznie liftingował skórę pod oczami
  • krem do ciała, który był częścią zestawu z Douglasa (prezent gwiazdkowy od przyszłej bratowej); bubel - ani to ładnie nie pachniało, ani nie nawilżało
  • dwie połówki maseczek z RdL; nie wiem, co miały robić dla skóry, ale działaniem się nie różniły - obie zastąpiły mi krem na noc, nawilżyły skórę jak krem na noc i tyle
  • testery szminek Avon, które pokazywałam TUTAJ
  • na zdjęciach zabrakło TEGO żelu pod prysznic od Maggie, który również zużyłam :)


3. Produkty pełnowymiarowe:

  • micel Bourjois; wciąż i wciąż do niego wracam - polecam!
  • peeling do ciała Rituals; fajny, pisałam o nim TUTAJ
  • szampon Alterry Papaya & Bambus; póki co jedyny szampon marki, z którym moje włosy nie chcą się dogadać - trochę je obciąża niestety
  • płyn do higieny intymnej Femresh; z braku wielkiego wyboru trzymam się tej marki
  • maskary Max Factor False Lash Effect i Hean Boom Lashes oraz Yves Rocher lash plumping - wszystkie od Hexx, żebym mogła sobie przetestować, jak sprawują się na moich rzęsach
  • ukochany pomarańczowy olejek myjący z BU (RECENZJA), będę tęsknić i na pewno do niego wrócę
  • kulka Nivea invisible; bardzo często wracam do tego antyperspirantu, lubię go


Przekopałam się przez część próbek, ale jeszcze wiele przede mną...

poniedziałek, 30 lipca 2012

Rituals..., Wai Wang Organic White Lotus & Yi Yi Ren exfoliating body scrub

Jakiś czas temu Rituals dodało tubki peelingu marki Rituals o pojemności 70 ml do któregoś z brytyjskich magazynów. Skorzystałam z okazji i kupiłam gazetę, bo 200 ml opakowanie tego produktu kosztuje około 12 funtów, a niestety nie mogę sobie obecnie pozwolić na wydanie takiej kwoty na scrub do ciała - kosmetyk, który zostaje na skórze tylko przez kilka minut...

Produkt sprawił na mnie bardzo dobre wrażenie. Przede wszystkim jest drobnoziarnisty, a ja wolę takie od peelingów gruboziarnistych. Drobinki są dość ostre, ale nie przesadnie. A ponieważ, jak się okazuje, materiałem ściernym jest polietylen, drobinki nie rozpuszczają się pod wpływem wody. Dodajmy do tego przyjemny zapach i mamy naprawdę fajny ścierak, który daje nam możliwość samodzielnego kontrolowania długości procesu ścierania martwego naskórka. Po spłukaniu produktu skóra jest gładziutka, przemiła w dotyku, a przy tym nie jest nadmiernie wysuszona. Naprawdę fajny kosmetyk, ale, niestety, drogi. Z drugiej strony peeling jest dość wydajny, bo to 70 ml wystarczyło mi na około 7 użyć na całe ciało. Miałam do czynienia z mniej wydajnymi produktami w tej kategorii :)

Aha, nie zwracam aż takiej uwagi na skład produktu, który ma krótką styczność z moją skórą. Niestety muszę przyznać, że producent wprowadza konsumenta nieco w błąd szafując słówkiem "organic". W produkcie oprócz naturalnych wyciągów znajdziemy również trochę chemii. Typowy chwyt marketingowy ;)

EDIT: na życzenie zbliżenie na skład :)



I bought this scrub (a tube of 70 ml) with some British magazine some time ago. I was happy to be able to try this product as 200 ml costs circa £12 and, at the moment, I just can't spend so much on a body scrub...


This scrub is great. The grains are small but quite coarse. Because they are made of polyethylene, they do not dissolve, so you can take as long as you want to massage your skin. Add a nice fragrance and this is really a fantastic beauty treat. The product leaves your skin fabulously smooth and ready to absorb anything you're going to put on it next. Also, the scrub doesn't dry your skin. 70 ml allowed me circa 7 uses, which is really good for a body scrub :)


The only thing I slightly dislike is throwing the word "organic" in your face while the product isn't 100% organic. Far from it. I don't like it when companies mislead their customers...

niedziela, 29 lipca 2012

Ziaja, maska kojąca z glinką różową skóra wrażliwa

This product has been purchased in Poland. Ziaja is a Polish brand.
***

Na tą maskę długo miałam ochotę, ale nie mogłam jej znaleźć ani w Naturze, ani w Rossmannie. Dzięki kochanej Ewelinie vel Beauty Wizaz w końcu miałam okazję wypróbować ten produkt :)

Glinkowe maski Ziaji kosztują około 1,50-2 zł/7 ml. Do tej pory zetknęłam się z maseczkami oczyszczającą, nawilżającą, regenerującą i anty-stress (o tych czterech już pisałam na blogu). Wszystkie maseczki mają postać gęstej pasty, która, prawdopodobnie dzięki dużej ilości oleju Canola, nie wysycha na twarzy. Zmywają się w miarę łatwo. Maska kojącą ma kolor pastelowego różu i przyjemny, delikatny, kwiatowy zapach. Saszetka wystarczyła mi na jedno użycie.

Skład maseczki na oko laika nie jest zły, ale nie jest też idealny. Obok oleju Canola, glinki, glicerydów kokosowych, pantenolu i allantoiny znajdziemy w produkcie nie do końca pożądane substancje: jeden PEG, silikon, czy pięć konserwantów, wśród nich bardzo szkodliwe 2-Bromo-2-Nitropropane-1,3 Diol oraz Diazodinyl Urea. Swoją drogą, producent chwali się, że niektóre składniki są zaaprobowane przez ECOCERT, dlaczego by więc  nie zrezygnować z PEGu, silikonu (jestem pewna, że i bez niego maseczka by dość łatwo się aplikowała) oraz szkodliwych konserwantów na rzecz tych naturalnych?

Skład składem, ale czy maska działa? Owszem, działa. Dość zadowalająco. Po zmyciu produktu moja buzia była wygładzona, rozświetlona, delikatnie oczyszczona, rumień był ukojony. Byłam bardzo zadowolona :)



sobota, 28 lipca 2012

Inglot, Rainbow Eyeshadow 115 R

Kolejny tęczowy cień do mojej kolekcji :) 115 R to piękne, matowe, ciepłe fiolety. Łatwo się nabierają na pędzelek, do rozcierania trzeba się troszkę przyłożyć. Cienie są trwałe, dobrze napigmentowane, efektowne, nie osypują się. Ja tą trójeczkę bardzo lubię :)



Z dedykacją dla Hexxany :*

Będzie bez zbliżeń na oko, bo jak na złość zdjęcia wychodziły nieostre, a nie miałam zbyt wiele czasu na siłowanie się z aparatem... Mam nadzieję, że wybaczycie :)



Another Rainbow Eye Shadow in my collection :) 115 R consist of three beautiful, matte, warm purple shades. They are long-lasting, pigmented, there is no fall-out during application.  Me likey :)

czwartek, 26 lipca 2012

Flormar, Plus+ Quartz nail enamel, 058

This nail polish has been purchased in Poland. Therefore, I wrote a review only in Polish. However, if you have any questions I will be happy to help.

***

Dziś ostatni lakier, który dostałam w prezencie urodzinowym od Kataliny :* Swoją drogą ten lakier to przykład, że sztuczne światła w centrach handlowych potrafią nieźle nas oszukać. Przy wyspie Flormaru bowiem 058 wyglądał jak koral, a okazało się, że to barbiowy, prawie neonowy róż. Ale to nic, i tak bardzo mi się podoba :)

  • Dostępność: wyspy Flormar, sklep internetowy
  • Cena: 8,10 zł
  • Pojemność: 11 ml
  • Kolor: barbiowy, prawie neonowy róż; śliczne wykończenie jelly
  • Konsystencja: rzadka
  • Pędzelek: klasyczny, wygodny, łatwo się nim manewruje
  • Krycie: do pełnego krycia potrzebujemy dwie grubsze lub trzy cienkie (na zdjęciach) warstwy 
  • Wysychanie: szybkie
  • Zmywanie: bez problemów
  • Trwałość: u mnie zaczął odpryskiwać trzeciego dnia (pomalowałam nim pazurki dwa razy pod rząd i za każdym razem zaczynał odpryskiwać trzeciego dnia)
Miłość do lakierów Flormar trwa :)



TAG: Ulubione Kanały Youtube

TAGa dostałam od Kataliny :*

Zacznę od małego wyjaśnienia. Ja z youtube nie jestem szczególnie związana. Wchodzę tam "z doskoku" w poszukiwaniu tutoriali/recenzji/skeczy/muzyki, które mnie w danym momencie interesują. Subskrybuję na stałe całe 9 kanałów, z których cztery szczerze uwielbiam i zaraz je Wam przedstawię. Blogosfera mnie dużo bardziej wchłonęła niż youtube...


Zasady:
1. Zamieść regulamin i baner tagu
2. Wypisz w tagu kanały które oglądasz (o modzie, urodzie i inne)
3. Otaguj 10 osób


Kolejność alfabetyczna.




sympatyczna dziewczyna tworząca ładne makijaże i rzetelnie przygotowująca się do swoich filmików





pełen profesjonalizm





bo lubię i już :)






piękne makijaże i przejrzyste tutoriale


A tak w ogóle o istnieniu czegoś takiego, jak filmiki urodowe dowiedziałam się, kiedy jeszcze za czasów studenckich wpadłam na kanał MizzVintage. Szkoda, że Mizz już nie nagrywa :(

Taguję:

środa, 25 lipca 2012

Max Factor, False Lash Effect; MAC, Zoom Lash; Hean, Boom Lashes; Maybelline, One by One Volum' Express Satin Black - subiektywny przegląd

Dziś będzie o moich subiektywnych odczuciach względem czterech maskar z różnych półek cenowych, które przysłała mi jakiś czas temu Hexxana - właśnie po to, żebym mogła sobie przetestować szczoteczki i formuły tych kosmetyków :) Od razu zastrzegam, że ja mistrzem malowania dolnych rzęs nie jestem (a właściwie sztuka ta w ogóle mało kiedy mi wychodzi), co na zdjęciach bardzo dobrze widać. Srogich anonimowych krytyków proszę o wybaczenie :P

Żadna z maskar nie zafundowała mi atrakcji typu osypywanie się, rozmazywanie, efekt pandy, itp. a nosiłam je po kilkanaście godzin dziennie.

Tak wyglądają ich szczoteczki:




1. Max Factor, False Lash Effect Mascara, wersja wodoodporna

Maskara efekt sztucznych rzęs.

Mam ją w kolorze brązowym. Tusz ma silikonową, dość dużą szczoteczkę, którą całkiem wygodnie się operuje. Poza szczoteczką ja nie zauważam innych plusów. Owszem, maskara jest wodoodporna. Na tyle, że jej zmycie to prawdziwa katorga. Nie chce poddać się dwufazówkom (awokado Bielenda), micelom (Bioderma, Bourjois), olejku BU trzeba użyć dwukrotnie, żeby to to ruszyć. Mnie problematyczny demakijaż strasznie męczy, a już w ogóle kiedy rzęsy wypadają w czasie całego procederu. A efekt? Śmiech na sali! Czy tak wyglądają sztuczne rzęsy?


Jak dla mnie jest słabiutko. Żeby nie było, miałam już kiedyś FLE w wersji czarnej niewodoodpornej, i sprawował się identycznie, czyli dawał mało spektakularny efekt. Tusz nie dla mnie.

Z tego, co wiem, kosztuje około 60 zł/13,1 ml.
***


2. MAC, Zoom Lash.

Pogrubiający i wydłużający tusz do rzęs, który daje efekt panoramicznych rzęs. Długo utrzymuje się na rzęsach.

Mam go w kolorze czarnym. Tutaj szczoteczka jest klasyczna, dość wąska, nie sprawia trudności w aplikacji. 

Tusz mnie nie zachwycił. Tylko tyle udało mi się z niego wykrzesać:


Czyli uzyskałam przyciemnienie rzęs. Nie ma pogrubienia, nie ma wydłużenia. Nie jest nawet specjalnie ładnie. Tusz-legenda, ale mojego portfela nie odciąży w przyszłości ;)

Wizaż podaje, że tusz kosztuje 55 zł/8 g. Hm, zawsze wydawało mi się, że więcej...

***

3. Hean, Boom Lashes mascara.

Hipnotyzujące spojrzenie i maxi rozmiar. Tusz ekstremalnie pogrubia i zwiększa objętość rzęs. Innowacyjna formuła zapewnia efekt pogrubienia już po pierwszej aplikacji. Wyjątkowa szczoteczka spektakularnie unosi rzęsy. Naturalne woski: Beery wax, Candellila i Carnauba kondycjonują rzęsy.

Czy to nie śmieszne, że najtańsza maskara w tym zestawieniu (około 11 zł/10 ml) najbardziej przypadła mi do gustu? Fakt, że trzeba nauczyć się obsługi tej grubej szczoty (metoda na zygzak bardzo skleja rzęsy), ale kiedy się to uda, efekt jest całkiem fajny:


Jest i pogrubienie, i wydłużenie - lubię to! Na zdjęciach widać co prawda grudki, ale to dlatego, że tusz już podsycha... Brawo dla Hean za tak fajny tusz!

***

4. Maybelline, One by One Volum' Express Satin Black.

Lubię tusze Maybelline i z tym również się zaprzyjaźniłam. Silikonowa, dość duża szczoteczka jest całkiem wygodna w obsłudze, a tusz na moich biednych rzęsach sprawuje się tak:


Czyli nie aż tak fajnie jak Hean, ale nie jest źle :) Delikatne pogrubienie i wydłużenie nastąpiło :)

Maskara kosztuje około 28 zł/9,6 ml.

***

A wniosek z tego posta taki, że dolna półka oferuje całkiem fajne perełki ;)

Hexx, dziękuję, że dałaś mi możliwość poznania trzech nowych maskar, wśród których znalazłam dwóch nowych przyjaciół :)

poniedziałek, 23 lipca 2012

Biochemia Urody, pomarańczowy olejek myjący


Uwaga, będą peany, ponieważ jestem bezwarunkowo zakochana w tym olejku :] Kupiłam go za 11,80 zł/120 ml. I to 120 ml wystarczyło mi na trzy miesiące stosowania raz dziennie!

Szczegółowe informacje na temat produktu znajdziecie u producenta, nie będę więc ich kopiować. Zainteresowanych odsyłam tam.

Olejek ma pomarańczowawy kolor (z czasem trochę ciemnieje), jest nieco mętny. Dodatek emulgatora sprawia, że pod wpływem wody zamienia się w dość rzadkie mleczko. Produkt przepięknie pachnie dojrzałymi owocami pomarańczy - uwielbiam!

Olejku można stosować na kilka różnych sposobów - wszystko zależy od naszych preferencji. Ja na przykład używam go typowo do wstępnego demakijażu; Hexxana z kolei wypracowała sobie własny system. Polecam Wam bardzo ciekawy post Jej autorstwa na ten temat :)

U mnie wygląda to tak: demakijaż zaczynam od tego olejku właśnie. Produkt niesamowicie przyspiesza cały proces. Producent zaleca, aby stosować olejek na suchą twarz, ale u mnie zdecydowanie lepiej działa, jeśli twarz zmoczę. A więc opłukuję buzię wodą, nalewam troszkę olejku na wgłębienie dłoni, rozprowadzam w zwilżonych dłoniach i myję twarz wraz z oczami. Produkt generalnie bez problemu radzi sobie z makijażem twarzy i z delikatnym makijażem oczu. Jeśli chodzi o oczy, czasem zmywa wszystko do czysta, czasem nie radzi sobie do końca z eyelinerem czy tuszem. Po myciu wszystko dobrze spłukuję dużą ilością ciepłej wody. Nie żałuję jej zwłaszcza na okolice oczu, ponieważ jeśli nie spłuczemy olejku dobrze, pojawia się chwilowe uczucie zamglenia oczu. Przy dokładnym spłukaniu mgły nie ma. Potem, dla pewności, przecieram twarz i oczy jednym płatkiem nasączonym płynem micelarnym i demakijaż mam z głowy. Olejek usuwa około 98% makijażu, przetarcie twarzy micelem (zwykle na płatku naprawdę niewiele zostaje) daje nam pewność, że mamy czystą buzię. Genialna oszczędność czasu i... płatków oraz micela :]

Próbowałam również innego sposobu: nasączyłam wacik olejkiem, żeby zmyć makijaż oczu. Ten sposób się u mnie nie sprawdził: sam olejek, bez wody, działa dużo wolniej, trzeba więcej go użyć i do tego zostawia niefajną mgłę na oczach. Tego sposobu nie polecam.

Produkt jest bardzo wydajny (jak już wspominałam, buteleczka wystarcza na około 3 miesiące), nie podrażnia skóry, nie wysusza jej i nie jest komedogenny. Szybko i skutecznie rozpuszcza tłuszcz (sebum) i wszelkie zanieczyszczenia (w tym makijaż) z naszej buzi. 

Mnie olejek oczarował i na pewno będę do niego wracać!


My Secret, Glam Specialist Eyeliner, 11 Eyeliner Amethyst

This product has been purchased in Poland. My Secret is a Polish brand.
***

Z pozdrowieniami dla Zoili. Pamiętam, że eyeliner Ciebie zaciekawił :)

Produktem tym zainteresowała mnie Słomka. Podczas jednego z naszych spotkań poszłyśmy przejść się po Naturze, gdzie Słomka zatrzymała się przed szafą MS i zrobiła sobie na dłoni swatche tych eyelinerów. No i przepadłam :]


Największym atutem tego produktu jest kolor. Piękny, metaliczny fiolet. Nie mogę również przyczepić się do trwałości - nosiłam go po kilkanaście godzin dziennie i nic mi się nie rozmazywało, nie spływało oraz, co najważniejsze, kreska mi się nie kserowała. Za to duży plus.

Dalej nie jest już tak różowo. Po pierwsze, nie cierpię tego pędzelka. Nie przeszkadza mi fakt, że jest cieniutki, ale że jest tak strasznie giętki. Bardzo trudno nad nim zapanować, bo jeden niekontrolowany ruch ręką wystarczy, żeby sobie sknocić kreskę. I tak, wiem, że mogę po prostu używać ulubionego pędzelka, ale wiadomo, że taki pędzelek trzeba wyprać od razu po użyciu, a ja czasami nie mam po prostu na to czasu. Kolejny minus kosmetyk dostaje za wodnistość i niesatysfakcjonującą pigmentację. Podczas aplikacji tworzą się prześwity, więc trzeba kosmetyku dokładać. A cieniutki pędzelek + słaba pigmentacja i konieczność poprawek nie tworzą dobrej kombinacji dla początkujących. Tu zdecydowanie potrzeba wprawionej ręki.

Kosmetyk mnie w żaden sposób nie podrażnił, nie spowodował swędzenia, pieczenia, ani podobnego dyskomfortu.

Ceny nie pamiętam, ale kosmetyki My Secret nie są drogie. Nastawcie się na kwotę poniżej 10 zł :)

Polecam osobom wprawionym i cierpliwym :)


niedziela, 22 lipca 2012

Celia, tropic, Lakier do paznokci, Nr 9

This nail polish has been purchased in Poland. Celia is a Polish brand.
*** 

Lakier pochodzi z trzeciego BlogBoxa :) Tu muszę przyznać, że Piękność dnia trafiła idealnie, bo w swojej (niemałej przecież) kolekcji nie miałam nic w zbliżonym odcieniu :)
  • Dostępność: zapewne osiedlowe drogerie; drogerie sprzedające kosmetyki Celii
  • Cena: ok. 3,50 zł
  • Pojemność: 5 ml
  • Kolor: groszkowa zieleń; wykończenie jelly
  • Konsystencja: rzadka; lakier trochę smuży
  • Pędzelek: klasyczny; dość wąski, ale wygodny
  • Krycie: na zdjęciach widzicie trzy warstwy (przynajmniej tyle trzeba nałożyć), ale czwarta by nie zaszkodziła; pod światło wciąż było widać końcówki paznokci i prześwity
  • Wysychanie: w normie
  • Zmywanie: bez problemów
  • Trwałość: lakier zaczął odpryskiwać już drugiego dnia (z bazą i topem Nail Tek)
Powiem tak: jakościowo nie jest to produkt najwyższych lotów, ale kolor i wykończenie ratują sytuację. Podoba mi się ta zieleń :)



sobota, 21 lipca 2012

Dermika, Witamina P, Maseczka koktajl witaminowy na rozszerzone naczynka

I bought this face mask in Poland. Therefore, I wrote a review only in Polish. However, if you have any questions, I will be happy to help.
***

Na samym początku recenzji zaznaczę, że ten produkt stosowałam niezgodnie z zaleceniami producenta. Pozwoliło mi to przekonać się o jego skuteczności w kwestii ochrony obszarów naczynkowych, ale skończyło się również pewnymi skutkami ubocznymi, których zresztą się spodziewałam. Z tego wniosek taki, żeby jednak lepiej trzymać się zaleceń producenta :)

Maseczkę kupiłam chyba jeszcze w zeszłym roku w drogerii Superpharm. Niestety nie pamiętam dokładnie, ile kosztowała (na pewno poniżej 10 zł). Saszetka ma 10 ml pojemności. W środku znajduje się białawe mazidło o konsystencji dość rzadkiego, ale tłustego kremu. Maseczkę pozostawia się do wchłonięcia, więc nie trzeba niczego zmywać - jeśli stosujecie ją na noc. Pod makijaż produkt się nie nadaje; jest zbyt tłusty. Kosmetyk ma dziwny, jakby ziołowy?, zapach, ale nie jest on intensywny (na liście składników nie widzę ani jednej substancji typowo zapachowej).

Jak większość masek drogeryjnych, i ta nie może pochwalić się zachwycającym składem. Owszem, zawiera kilka naturalnych wyciągów działających wzmacniająco na naczynka, ale formuła zawiera również wiele substancji pochodzenia chemicznego, w tym kilka zapychaczy (chociażby wazelinę) i konserwantów. No cóż.

Przejdźmy do działania. Producent zaleca stosowanie maski 2-3 razy w tygodniu. Ja zlekceważyłam to zalecenie i podczas ostatniego pobytu w Polsce zaserwowałam sobie kurację uderzeniową, stosując produkt zamiast kremu na noc przez osiem nocy z rzędu. Moje spostrzeżenia? Maseczka dobrze nawilża i odżywia skórę. Ujędrnienia nie zaobserwowałam, podobał mi się natomiast fakt, że przez te kilka dni nie miałam prawie żadnych problemów ze swoimi obszarami naczyniowymi, tzn. nie miałam na twarzy permanentnego rumieńca od upałów, naczynka nie były aktywne, żadne też nie pękło. Zatem w tej kwestii maseczka działa :) A co było wspomnianym skutkiem ubocznym? Cóż, po tygodniu nieco mnie wysypało, ale się tego spodziewałam. Mam tłustą cerę, a tu jeszcze serwowałam jej takie treściwe mazidło noc w noc... Ale podkreślam, TO MOJA WINA, GDYŻ NIE DOSTOSOWAŁAM SIĘ DO ZALECEŃ PRODUCENTA.  Myślę, że maseczka stosowana 2 razy w tygodniu nie będzie zapychać (mnie wysypało dopiero po tygodniu codziennego stosowania).

Podsumowując, produkt wzmacnia naczynka i zapobiega ich pękaniu. Do tego nawilża i odżywia skórę. Jeśli nie straszny Wam dość chemiczny skład, polecam :)


piątek, 20 lipca 2012

Moje makijażowe story

Wczoraj zauważyłam, że od początku istnienia bloga (założyłam go ponad półtora roku temu), opublikowałam ponad 100 mniej lub bardziej (obiektywnie rzecz biorąc, zazwyczaj jednak mniej...) udanych makijaży. I tak zebrało mi się na przemyślenia i wspominki.

Zaczęłam malować się z większą częstotliwością (czyli kilka razy w tygodniu) dopiero w liceum. I nie był to makijaż wyszukany: krem tonujący Nivea visage, korektor na wypryski, maskara, błyszczyk/balsam do ust, czasem puder. Czasem mam wrażenie, że dzisiejsze licealistki potrafią się lepiej umalować ode mnie na moim obecnym etapie - po kilku latach zabaw z makijażem... Ale zbaczam z tematu. Po liceum przyszedł czas na studia. A na studiach zaczęłam używać cieni. To znaczy, używać: ciap jeden kolor na całą powiekę, no czasem dwa kolory ;) Nie miałam zielonego pojęcia o cieniowaniu, blendowaniu, smokey eyes, korekcie kształtu oka za pomocą makijażu i wielu innych rzeczach do czasu, kiedy przez przypadek odkryłam na youtube.com filmiki urodowe. Szybko się wkręciłam, kupiłam pierwsze pędzle i zaczęłam ćwiczyć. A pół roku po skończeniu studiów założyłam bloga. Na samym początku nie publikowałam makijaży, ale Obserwatorki zaczęły się o to dopominać, więc nieśmiało zaczęłam coś wrzucać. No i zrobiłam galerię swoich makijaży. Z biegiem czasu okazało się, że ta galeria jest fajnym pomysłem. I nie chodzi o to, że wszystkie makijaże są w jednym miejscu, choć oczywiście cieszę się, że mam na blogu porządek, ale o to, że wchodząc w tą podstronę mam wgląd w swój "postęp". 

Co tu ukrywać, zaczęłam słabiutko. Popełniałam "klasyczne" błędy. 

Jedne z pierwszych makijaży zostały zmalowane kolorami zupełnie nie pasującymi do mojego typu urody. Makijaże te sprawiały, że wyglądałam niezdrowo i nieładnie, słowem nie upiększały ;) Na przykład:



do dziś nie wiem, gdzie ja miałam oczy i czemu je w ogóle opublikowałam...


Kolejnym, bardzo często popełnianym przeze mnie błędem było nieblendowanie dolnej powieki. Zwykle robiłam kreskę kredką i ją tak zostawiałam. Niejednokrotnie kreski były rażąco ostre i psuły cały "efekt":




Poza tym zdarzały mi się dziwaczne, wręcz gryzące się połączenia kolorów: 









Idąc dalej, nie mogę pominąć problemów z kreską na górnej powiece. Kreski cały czas ćwiczę i już zaczynają mi wychodzić, ale jeszcze niedawno nie było różowo. Albo knociłam sprawę totalnie...



... albo przez (zbyt) długi czas trzymałam się "kształtu", który nie robił nic dobrego dla mojej opadającej powieki:







Żeby nie było, z niektórych kresek byłam megazadowolona:




Wiele z publikowanych tu makijaży jest niedopracowanych, widać błędy w cieniowaniu, prześwity, niedociągnięcia w obu kącikach... wymieniać można bez końca. Nie będę ich tu wrzucać, bo musiałabym zamieścić jakieś 80% galerii :/ Wieele jest do bólu zwykłych. Chyba żaden nic nowego nie wnosi.


 Tylko z niewielu jestem tak naprawdę, naprawdę zadowolona:











Czasem mam ochotę zostawić na blogu tylko te makijaże, a resztę pousuwać.... Nie zrobię tego jednak - niech moja galeria będzie dowodem na to, że można zrobić postęp. Ja go u siebie widzę i uważam, że jest znaczny. Nauczyłam się robić kreskę, cieniować, dobierać kolory, które do mnie pasują, podbijać je za pomocą kolorowych baz, itd. Praktyka naprawdę czyni mistrza!


Jak widać, moje makijaże są z kategorii tych użytkowych. Nie znajdziecie u mnie nic specjalnego, jak na blogach wielu utalentowanych w tym kierunku Dziewczyn. Po pierwsze, nie mam po prostu czasu. Pracuję od 10 do kilkunastu godzin dziennie, a w pracy z artystycznym, graficznym makijażem nie będę przecież chodzić ;) Po drugie, moja opadająca powieka nie daje mi dużego pola do popisu. Po trzecie, obiektywnie stwierdzam, że wciąż brak mi umiejętności i, co gorsza, wyobraźni. A bez niej daleko się nie zajdzie ;) 

Obecnie przechodzę swojego rodzaju "kryzys". Maluję się codziennie, i codziennie mam na oku inny makijaż niż poprzedniego dnia. Ale nigdy, NIGDY nie jest to coś "specjalnego", "innego". Dlatego nie wrzucam tu już makijaży zbyt często. Mam wrażenie, że nic nowego nie wnoszę, że tego wszędzie pełno. Może powinnam tylko ograniczyć się do pokazywania, jaki makijaż można zmalować za pomocą jakiegoś nowego w mojej kosmetyczce cienia/paletki cieni? Wiecie, przy okazji recenzji? Z drugiej strony, ktoś mi kiedyś napisał, że makijaży nigdy zbyt wiele. Czy aby na pewno?


Pozdrawiam te z Was, którym oczy nie odpadły na widok kilku z moich koszmarków :*
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...